Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego

Poezja

czwartek, 02 marca 2017

 

 

 

 

 

 Wydawnictwo Papierowy Motyl

Rok wydania: 2016

Ilość stron: 50

Tomik znajdziecie:

http://papierowymotyl.pl/search/mnie+jest+smutno+z+przyzwyczajenia

 

Czy można przyzwyczaić się do smutku? Okazuje się, że można, szczególnie jeśli wypływa on z serca, wypełnia każdą cząstkę naszego ciała. A w takim tonie utrzymany jest tomik Pauliny Ożegalskiej. Wiele jest w nim emocji i to naprawdę różnych. Od przejmujących liryką słów – obrazów, po nieprzeciętny żal i tęsknotę. Poszczególne wersy wierszy tworzą wyznania niczym wyrwane z pamiętnika wspomnienia. Poezja jak z fotografii, odbitych na stronach w kolorze sepii.

 

Zastanawia mnie wyraz okładki. Próbowałam doszukać się odpowiedzi w treści. Czy ją znalazłam?

Wiersz otwierający tomik wyraża pewien rodzaj wspomnień zestawiony ze stanem emocjonalnym, jaki podmiot liryczny odczuwa w stosunku do swojego partnera:


Jest taka cisza

jak ta w Ustrzykach

że nic nie słychać

Jest ta krakowska

gdy słychać wszystko i nic

Jest ta między tobą a mną

kiedy hałasuję

byś jej nie usłyszał

 

 

 

Jest to poezja konkretna. Padają w niej pytania retoryczne, padają żale, wzbiera na sile smutek, żal, niepokój. Autorka świadomie gra na emocjach czytelnika. Pisze o swej nieograniczonej miłości do polskich gór używając w tych wierszach licznych metafor i personifikacji. To doskonałe środki poetyckie, które oddają Jej stan serca i duszy skalany odtrąconym uczuciem: „Znów w połoniny ramiona wpadam/ z kolejną nietrafioną miłością/ z tym swoim nijakim światem/ Tak blisko nieba łatwiej się oszukać/ że jeszcze może być dobrze.”

 

 

 

 

Dużo jest tutaj wierszy, w których autorka pisze o swej niełatwej miłości pełnej strachu, wątpliwości, by na końcu powiedzieć nam, że jednak nic z tego nie wyszło, rozleciało się na kawałki. Miłość wszak nie jest tak prostym i banalnym uczuciem, to nieustanna analiza skomplikowanych relacji, mnóstwa kompromisów, miliona wykrzyczanych słów, muzyki jaka gra nam wewnątrz i którą tylko my słyszymy: „Próbowałam cię zrozumieć/ z lampką wina w dłoni/ Próbowałam/ kopiąc kamień do znudzenia/ Próbowałam/ wdrapując się na szczyt/ i dopiero spadając/ dopiero wtedy w locie/ Zrozumiałam.” Jakkolwiek nie odnieść się do tych słów, można stanowczo powiedzieć, że racji jest w nich co niemiara. Ile potrzeba wyrzeczeń, na ile potrzeba pójść ustępstw, by dopiero w sytuacjach kryzysowych odczytać sens intencji drugiej osoby: „dziś mówisz mi, że koniec/ że ci się wydawało/ ale już odwidziało/ że ty myślałeś/ ale już przemyślałeś/ że to co było chyba tak/ teraz jest tylko raczej nie.” Jak smakuje odtrącenie? Podobnie jak porażka? A może jak gorzka pigułka, którą często bierze się na zapomnienie?

 

 

 

 

Są też wiersze o śmierci. Smutne, zimne, twarde i głuche jak wieko trumny, o którym autorka wspomina w jednym ze swych utworów. Są wiersze niczym przestrzenie refleksyjne, nabierające znaczenia i nowych kształtów. Są wiersze niczym podsumowania, zapiski z diariusza. Jest poezja szukająca i wodząca wzrokiem za próbą zrozumienia samego siebie, szukająca pocieszenia w ramionach czytelnika, wzdychająca, zadająca ważne pytania, odpowiadająca lakonicznie.

 

Co rzuca się odbiorcy na samym początku w oczy, to brak tytułów wierszy, jakby autorka opowiadała nam każdym z nich osobną cząstkę pewnej całości, którą zapisała na skrawkach utkniętych między stronami kajetu i zabawiała nas grą słowną. Opowiada od początku swoją historię, co to zaczyna się od miłości szczęśliwej i emocjonalnej, dającej poczucie bezpieczeństwa. Potem ta miłość okazuje się pomyłką, zostaje po niej tylko niczym nie opisany żal, tęsknota i nadzieja: „A ty mi mówisz/ że kwiaty jeszcze rozkwitną/ że był przymrozek/ ale odpuścił/ że przyjdzie słońce/ i wszystko zmieni/ A ja?/ Nie wierzę.”

Po drodze umiera ktoś bliski, przychodzi chwila głębszej refleksji, wciąż jednak wracając do wątku, czym jest życie bez miłości. A na koniec, czas na podsumowania, zmęczenie wdzierające się w tożsamość każdego z nas.

 

 

 

 Tomik doszedł do mnie wraz z pocztówkami z kolażem, którego na podstawie wierszy Pauliny Ożegalskiej wykonała Ewelina Lebida :)

 

 

„Mnie jest smutno z przyzwyczajenia” Pauliny Ożegalskiej jest liryką autorefleksji. Te lapidarne formy poetyckie są plastycznie ukształtowaną myślą, która odważnie stawia pytania, udziela świadomych odpowiedzi, budzi w nas chwilę zastanowienia. Wiersze w tomiku są jakby rozrzuconymi puzzlami, składającymi się na odpowiedni obraz życiowych ścieżek i wyborów. To poezja, która daje do myślenia, tworzy pewne tajemnice, budzi tęsknoty.

 

Polecam!

 

 

 


 

Za tomik dziękuję autorce :)

21:50, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2017

 

 

 

 

Wydawnictwo Lietrackie

Rok wydania: 2016

Ilość stron: 67



Chociaż Urszula Kozioł jest znaną autorką tomów poetyckich, felietonów, prozy, form dramatycznych, w tym inscenizacji dla dzieci oraz monodramów, dla mnie było to pierwsze spotkanie z Jej twórczością w ogóle. Szkoda, bo tomik „Ucieczki” bardzo mnie zaintrygował, zmusił do głębszej refleksji. Poezja ta przenika do każdego punktu naszego serca, uderzając w najczulsze jego struny, wywołując wiele konsternacji i zadumy. Czytam aktualnie książkę o różnych odcieniach starości i kiedy wzięłam do rąk „Ucieczki” jakoś we mnie podwójnie wszystko zadrżało.

 

Tomik podzielony jest na dwie części, zawiera trzydzieści pięć wierszy spiętych w jedną całość niezbyt przyciągającej oko okładki, która ma estetyczny i powściągliwy wyraz, jednak podejrzewam ma ona swoją specyfiką pokreślić wymiar ascetyczny zawartych w niej poezji. Całość poprzedza wiersz „Do F.”, który opowiada o wielkiej tęsknocie za mężem, z którym autorka spędziła najwspanialsze lata swojego życia, najlepsze chwile: „Wodzę za tobą myślami/ wodzę za tobą słowem/ przekazują cię innym/ do pamiętania/ bylebyś był/ tak czy owak/ żebyś był.” Ten wiersz podkreśla ton, w jakim cały tomik został utrzymany. Tęsknota, żal i poczucie głębokiej, poruszającej pustki, tak w sercu, jak i życiu, mogą spotkać każdego z nas, bo utrata, strata, boli.

 

 

 

Z pierwszej części „Brzegiem” wyziera obraz samotności. Możemy zajrzeć do myśli i emocji autorki, która przejmująco i sugestywnie opisuje stan odczuwanej przez siebie niezwykle intymnej starości, pustego miejsca po ukochanym: „Być niekochaną od samego rana/ być niekochaną nocą po północy/ być niekochaną na jawie i we śnie/ niekochaną po śmierci w nigdzie i w nie tutaj// po co otwierać oczy i po co zasypiać/ budzić się dla nikogo/ nie śnić się nikomu/ nie podchodzić do okna/ nie wybiec na schody/ żeby powitać tego kto był upragniony.” Obrazy stanów serca i duszy autorka często zestawia i przyrównuje do pustych ulic, krajobrazów okolic, a o ludzkiej pamięci pisze jak o studni: „Każda pamięć ma swoją studnię/ to właśnie z niej czerpie swoje sny...”

 

 

Znajdziemy tu wiersze niczym pieśni, długie poematy, ale też lapidarnie skrojone słowem, które celnie oddają emocjonalną sinusoidę, odnajdywanie własnego „ja”, swojej tożsamości, swoich dróg, wiersze, którymi odplątuje się życiowe ścieżki „tonę w odcieniach/ słów zieleniach”, ale z towarzyszącą świadomością, że wszystko ma swój kres, mija bezpowrotnie: „Jestem cicho/ niedosłyszalnie/ gasnę niespostrzeżenie/ w dookolnym łoskocie.” Nadzieję ma przynieść zmiana, budzenie się do życia przyrody, świata flory i fauny, ale mimo wszystko powracają tamte, wspólnie spędzane chwile: „Zagwizdał kos/ razem/ słuchaliśmy jak/ znowu udaje słowika// nie chcę dłużej połykać łez/ wysmuć się smutku.”

 

Tęsknota za ukochanym mężem i ta przenikliwa samotność, którą współodczuwa się z autorką daje również odzwierciedlenie wspomnień zawartych w wierszach z drugiej części tomiku „Ucieczki”. To obrazy ucieczek, wojennych traum, rodzinnych tragedii, wspomnień wysiedleń, nieustannej tułaczki, poszukiwań swojego miejsca na ziemi: „jak tam było – pytają małą dziewczynkę/ której wraz z babką udało się zbiec/ jak było – pytają/ wszystko na czarno – odpowiada – czarno na czarnym”. Autorka opisuje nawet współczesne konflikty, wojny, ukazuje słowami tragedie zwykłych, niewinnych ludzi, dzieci jest znakomitym obserwatorem codziennej walki między żywiołem a człowiekiem, między człowiekiem a człowiekiem: "tysiące uchodźców którzy dzisiaj/ na oczach świata potonęli/ w drodze do raju". Tytułowy poemat „Ucieczki” buduje napięcie począwszy od historycznych sporów, czy niesnasek po współczesne konfrontacje. Kozioł przywołuje również swoją rodzinną tragedię, wysiedlenie z Zamojszczyzny, ucieczkę: „Uciekaliśmy także my/ uciekaliśmy pamiętam/ wtedy z moich stron/ z Zamojszczyzny/ już nie wolno było uciekać/ wtedy nikomu/ już nie wolno było nam pomagać/ pod groźbą srogich kar/ obóz a nawet śmierć/ wtedy wszystko było możliwe/ i natychmiastowe/ nam przez Niemców pisane było wysiedlenie/ rozdzielenie żon od mężów/ dzieci od matek/ wyniesienie z domów lichych węzełków/ nasze domy mieli zaraz zasiedlić przybysze skądinąd// to był początek grudnia 1942/ dzień czy dwa przed zaplanowanym wysiedleniem// uciekaliśmy bez toboków/ żeby nie przyciągać uwagi/ matka w szóstym miesiącu ciąży/ maleńki brat z wysoką gorączką...”


 

 


Te przeżycia odcisnęły w pamięci autorki głębokie piętno, pozostawiły niezmazywalny ślad. Wspomnienia niewyparte przez czas. To też obrazy wielu innych, postronnych ludzi takich jak oni, w nieustannym strachu i przeczuciu, że świat runie im zaraz na głowy. Poemat kończy się niezwykle sugestywną puentą: „nie ma dokąd uciekać/ ani gdzie się skryć/ no więc zaczekam tu/ tutaj jestem (jakby się kto pytał).”

 

 

 

 

„Ucieczki” Urszuli Kozioł to poezja osobista, indywidualna, momentami intymna, o smutku wypełniającym serce po stracie ukochanej, bliskiej osoby, o samotności, świadomości śmierci, przemijania, to obrazy wspomnień, dramatycznych chwil, konfrontacje historii ze współczesnym światem, którego pamięć jest jak studnia, w której może kiedyś zabraknąć wody. Autorka bardzo wyraźnie i sugestywnie podkreśla, jak ważne jest pielęgnowanie tych wspólnych chwil, wspólnego życia. Mówi donośnym głosem wypełnionym żalem i wielką tęsknotą, odważnie, niczym nieskrępowanie. To poezja emocjonalna i zapadająca głęboko w pamięci.

 

 

Polecam wszystkim!

 

 

 

15:55, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lutego 2017

 

 

 

Usługi badawcze i wydawnicze

dr Rafał Brzeziński

Rok wydania: 2014

Ilość stron: 105

Tomik znajdziecie:

http://rafalbrzezinski.info/?product=1542

 

Liryczny wydźwięk poezji Roberta Baranowskiego daje czytelnikowi do zrozumienia, jak ważne w życiu są chwile, miłość, egzystencja oparta na spokoju, towarzyszeniu rzeczywistości w ważnym utrwalaniu naszego śladu człowieczeństwa, współodczuwaniu istnienia i wzajemnej koegzystencji z naturą, której jesteśmy częścią, bo nic w życiu nie jest trwałe, a ono samo przemija niezauważalne gdzieś w amoku i chaosie potocznej codzienności. Przyznam szczerze, że wiersze bardzo przypadły mi do gustu, dotykają ważnych dla mnie sfer, dają natchnienie i nadzieję, że w poezji, jak w świecie, nie ma rzeczy oczywistych, każdy może spostrzegać je inaczej, indywidualnie, osobliwie.

 

Nastał czas

Bystry nurt rzeki wyprzedza moje myśli
Oczy śledzą obłoki żeglujące po niebie
Nastał czas pojedynku z czasem i przestrzenią
Dźwigam jarzmo niewolnika wspomnień

Kwiaty więdną i rozkwitają na moich oczach
Początek i koniec zamieniły się miejscami
Nie mogę odnaleźć obrazu samego siebie
Szukam w ciemności śladu alter ego

Szara masa przelewa się przez rozgrzane
słońcem tortuary
Gubi bezpowrotnie okruchy rozedrganych,
złocistych promieni
Depcze odciski rozbieganych po ulicach
współplemieńców

Wszyscy pędzą, aby dogonić czas
Mijają się uciekając wzrokiem od siebie
Byle dalej, byle szybciej, byle...

 

Nie trudno nie zauważyć, że wiersz w pełni oddaje ducha naszych czasów. Rozmywamy się w tym naszym wypełnionym pędem bycie, zapominamy o tym co ważne, istotne, najważniejsze, nadrzędne, a jednocześnie poeta tymi wersami zwraca naszą uwagę, by zawrócić z krętych ścieżek, tajemniczych, osnutych ciemnością drogach, po których często się gubimy, zatracamy w nieważnościach, odpychając się nawzajem, nie przyjmując niczyjej pomocy.

 

 

 

 

Tomik podzielony jest na cztery rozdziały, od początku do końca w przemyślany sposób, misternie ułożony, w ważnym nie tylko dla poety, ale myślę wielu odbiorców porządku, ustanawiające pewien harmonogram znaczeniowy. Wiersz „Międzylądowanie…” otwierający zbiorek doskonale precyzuje i nadaje pewien ton całości: „Wiersz/ który się łasi/ Ociera się/ Choć nie pora/ Udaje, że/ mu/ zależy/ W duchu/ się naigrawa/ Zamiast współczuć/ Taki wiersz/ trzeba/ Resocjalizować/ Dać mu szansę/ by mógł/ Wybrzmieć/ pełnią Słowa/ W końcu/ stawiany pierwszy/ Krok/ Nie zawsze znajdzie/ finał/ W chmurach…” Początek nadaje słowo – tak bardzo dzisiaj deptane, rzucane półgębkiem, szargane, sprowadzane do roli podrzędnych, mało wartych.

 

W pierwszym rozdziale „Wiara” autor nie ukrywa swojej religijności, mówi otwarcie, że Bóg jest mu potrzebny, że wiara jest tym, co go uszlachetnia. Stawia pytania retoryczne, buduje utkane z niepewności szlaki, modli się: „Proszę Cię Panie Boże/ o dobre – jutro/ Bo na złe – dziś/ nie starcza mi odwagi...”, nie są mu obojętne jej symbole.


 

 

 

W drugim rozdziale „Nadzieja” poeta używa wielu metaforycznych frazesów, języka nawiązującego do tęsknot, wspomnień. Poeta utrwala słowami zapamiętane obrazy, jak fotografie w sepii bądź czarno-białe konterfekty z dawnych ścieżek, na których on sam kiedyś błądził: „Milczał las/ I ja zaniemówiłem/ Wlókł się czas/ I ja się spóźniłem/ Krzyczał brzask/ A ja zaspałem// Przegapiłem siebie wśród ludzi/ Zostałem.../ Porzuciłem przyjaciół/ Zaniedbałem.../ Byłem daleko/ Nie zdążyłem.../ Chciałem zasnąć/ I się obudziłem...”. Poeta dokonuje w w tych wierszach jakby rozliczeń ze swojego dotychczasowego życia, przyznaje się do popełnianych błędów. Jego głos wyraźnie odbiega od radości, słychać w nim przemawiającą mądrość i stabilizację. Nie brak w nich pewnych metaforycznych odniesień, rzewności, refleksji, gdzie samotność człowieka przyrównana jest do starych, opuszczonych domów, które oprócz tajemnic mają swój jedyny, niepowtarzalny urok: „Dom nad rzeką - / Skurczył się i zmalał/ […] Zapadłe oczy okien/ Straszą czeluścią/ Poprzetykaną spróchniałymi/ kikutami ram// […] Upadek domostwa/ Ma swoją przyczynę - / Opuścili go bliscy// Lokatorzy, którym świat/ W przeciwieństwie do dachu/ Zwalił im się na głowę”.

 

Miłość w rozdziale pod tym samym tytułem jest u Baranowskiego delikatna niczym poranna mgła osnuwająca budzącą się do ruchu świadomość. To miłość absolutna. Trochę utkana z pragnień i tęsknot za dotykiem, cielesnością. Trochę to obraz miłości infantylnej, dawnej, utraconej. I wreszcie to miłość niewinnie poszukująca, jakby samotna i odległa: „Chciałbym Cię znaleźć/ bez dźwigania powiek/ Tuż obok.../ Rozleniwioną rytmem/ ostatnich kroków nocy [...]”

 

 

 

 

Ostatni rozdział „Natura” to chwile głębokich refleksji nad nieustannie zachwycającym obrazem natury. Natury, jako stałego elementu, niczym puzzel, czy patchwork dołączony do ludzkich kresów. Natura podkreślająca swoją siłę, wagę i wszechwładną potęgę. Nieustannie inspirująca, zachwycająca i zdumiewająca. Natura, jedna z cech charakteru człowieczeństwa. Ujmująca, zasługująca na najwyższe podium, szacunek, estymę. Natura od początku była tym, co budziło respekt i atencję.

 

„Z perspektywy płomienia...” Roberta Baranowskiego to poezja wyraźnie zarysowująca się w naszej wyobraźni, odsłaniająca niczym w kalejdoskopie obrazy różnorodne, wielowymiarowe, które w czytelniku wywołują głębokie refleksje i sinusoidę emocjonalną. To poezja poruszająca najczulsze struny serca i duszy, jak z perspektywy płomienia, za każdym razem czaruje, przyciąga, maluje indywidualność.

 

Polecam!


 

Za tomik dziękuję Panu dr Rafałowi Brzezińskiemu :)

Strona wydawcy :) 

21:54, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lutego 2017

 

 



 

Wydawnictwo Papierowy Motyl

Ilość stron: 66

Rok wydania: 2016

Książka: http://papierowymotyl.pl/?ksiazki_custom=cztery-strony-twarzy

 

Ostatnio określenie „cztery strony...” staje się modne. Mówi się o czterech stronach świata, o czterech stronach miłości, dlaczego nie może być określenia czterech stron twarzy? Tym bardziej, że poetycka metafora tego określenia przybiera formę plastycznej masy, którą można w odpowiedni dla siebie sposób formować. W tomiku znajdziemy odniesienia do czterech stron świata, tak, jakby autor chciał nam pokazać uniesienia emocjonalnych wierszy ze wszystkich stron na świecie, zachowując przy tym odpowiednią erudycję, delikatność i poszanowanie dla co wrażliwszego czytelnika.

 

Nie od dzisiaj w sztuce temat miłości, czy erotyki ukazany jest z perspektywy sensualnego odbierania świata i doznań, seksualności człowieka bez bezpośredniości anatomicznej, z użyciem metafory, czy koncepcji domysłów, bez opisów dosłownych, czy wręcz potoczności połączonej stekiem wulgaryzmów.

 

 

 

 

W wierszach Adama Buszka erotyzm sprowadzony jest do artyzmu odbieranego palpacyjnym wrażeniom. To uczucie czyste, dziewicze, nieskażone, zmysłowe. Erotyzm dwóch ciał, spotkania intymnego dwojga kochających się ludzi, to obrazy w liryce Buszka delikatne niczym porcelana i kruche, jakby miały za chwilę się rozmyć w marzeniach o miłości doskonałej: „Najpierw chyba/ cztery ściany.// Grząskich oczu/ chwiejny witraż.// […] Oto erotyk utraty:/ po drugiej stronie szeptu,/ tam, gdzie zachodzi pieszczota,/ ona chowa się nagle/ za południk twarzy.”

 

Ubrane w liryzm słowny zmysłowość harmonii ciał ukazuje bliskie, intymne chwile w aktach seksualnych, ale nie pisanych wprost lecz niczym muzyka tańczącego ciała, a scenę tworzenia świata sprowadzić do sceny aktu tworzenia ludzi, prokreacji: „Żeby stworzyć świat,/ trzeba zdjąć bluzkę przez zdumioną głowę,/ wyciągnąć ramiona,/ podzielić usta/ na wargę dnia,/ wargę nocy/ i dwudziestoma palcami/ wypowiadać/ sobie/ ciała.”

 

 

 

Niełatwo pisze się o miłości, tej namacalnej, dotykającej sfery erotycznej, jeszcze trudniej czyta się o niej poezję przez odbiorców, którzy nie są wylewni w okazywaniu swoich uczuć. A już najtrudniej jest napisać erotyk łagodnie, kobietę zaś ukazać jako istotę, o którą trzeba zabiegać, adorować, wyznawać jej na każdym kroku miłość: „Piękna jesteś w rozwidleniach twarzy./ Wygrywać cię można na wszystkich harfach śliny./ Pewnego dnia podasz mi pierś ciepłą jak serce rozgwiazdy./ Zapadniemy w krótki sen./ Potem odbędę podróż./ Zapłaczesz./ Urodzisz syna o krwi nieposłusznej/ i oczach czułego zabójcy.” Trzeba umieć wykazać się wyczuciem i delikatnością.

 

Wiersze debiutującego poety to aranżacja spotkania ze słowem, które ma wyjątkowe znaczenie, a nawet nabiera przez nie innego koloru i kształtu. To liryka wyszeptana na ucho niczym wyznanie, jakiego nie mielibyśmy odwagi wypowiedzieć wprost. Kobieta w Jego wersach nie jest sprowadzana do roli podrzędnego obiektu seksualnego. Artystyczne ujęcie obrazu uprawiania miłości jest grającą metaforą podzieloną na cztery rozdziały tomiku, schodzące się w określenie czterech stron świata. Każdy z nich bowiem przypisany jest odpowiedniej stronie świata.

 

„Cztery strony twarzy” Adama Buszka to liryka napisana z poszanowaniem każdego odbiorcy, bez względu na płeć i wiek. To wiersze, w których brak tak często używanych w codziennej potoczności wulgaryzmów. Erotyzm precyzuje seksualność człowieka, którego przecież nie powinniśmy się wstydzić, bo to przecież część naszej ludzkiej natury. To wiersze, w których zmysłowość zaciera granice banalności, czy powszechnej karykaturalności. To wiersze, które to wzniosłe uczucie i emocje, jakie mu towarzyszą opisują delikatnie, patetycznie, a nawet magnetycznie. Wyjątkowe i ciekawe :)

 

 

Polecam!

 

 

Za możliwość patronatu i egzemplarz dziękuję:

 


 

20:55, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 lutego 2017

 

 

 

Wydawnictwo SIGNO

Ilość stron: 136

Rok wydania: 2017

 

Nic dziwnego, że sztuka Elizy Segiet wywołuje w czytelniku całą gamę emocji. Wszak sztuka ta doskonale skupia się na człowieku i próbuje go na nowo określić. Autorka po raz kolejny pokazała swoje wszechstronne zdolności, nie ma dla niej tematów zamkniętych. A gra słów, jaką podejmuje w "Tandemie" jest tego najlepszym dowodem.

 

Trzecie moje niezapomniane spotkanie z twórczością Elizy Segiet uważam za wspaniałe, pasjonujące i niezwykle inspirujące. W sztuce tej pod płaszczykiem rodzinnego życia, okraszonego zwykłą codziennością, autorka ukryła indywidualizm każdego ze swych bohaterów. Ich pragnienia, wewnętrzną potrzebę bliskości, ukrytych podrygów podniecenia, chwilę uwagi, zainteresowania się ukochaną osobą, potrzebę dotyku, czy poczucie bycia kochanym.

 

 

 

Rodzina, którą opisuje autorka, niczym nie różni się od każdej innej. Rodzice, syn Hirek, jego dziewczyna Helenka, ciotka Adela i przyjaciel syna Miruś. Fabuła tej opowieści skupia się na bezgranicznej nadopiekuńczości matki nad synem. W końcu Hirek jest dorosły, skończył nawet studia, ale nigdzie nie pracuje, tylko siedzi w domu i tworzy poezję. Nieustannych inspiracji dostarcza mu jego dziewczyna Helena. W efekcie powstają gorące i elektryzujące odbiorców erotyki. Ojciec Hirka bardzo sceptycznie wyraża się o postawie życiowej swojego syna. Jak długo jeszcze zamierza siedzieć na jego garnuszku i być wierszokletą? Matka Olga wierzy, że syn ma talent nieprzeciętny, tylko nikt się jeszcze na nim nie poznał. Oczami wyobraźni snuje wizję wielkiej kariery Hirka i przewijające się przez ich dom tabuny znanych gwiazd, z pierwszych stron gazet i szklanego ekranu.

 

Cała sytuacja zmienia się diametralnie, gdy Marcel - ojciec, zaczyna czytać wiersze syna i pojawia się w ich domu ciotka Adela. Trochę tajemnicza, która pojawia się ni stąd ni zowąd, w dodatku głucha i niemówiąca. Jednak jako jedyna poezję młodego potrafi zrozumieć i najlepiej odczytać, przekazać innym na swój sposób. Interpretacja ruchem ciała poezji przez Adelę, wyzwala w Marcelu uśpione pragnienia. Wszyscy, łącznie z Mirkiem wyjeżdżają nad morze, na wakacje. Wyjazd ma być odskocznią od codzienności, odpoczynkiem, odprężeniem, a jednocześnie każdy z nich liczy na niesamowitą przygodę miłosną, z kochankiem u boku. Powrót i wieczory spędzane przy erotykach Hirka z emanującą seksapilem Adelą, pozwala poczuć się wszystkim lekko, z dystansem do życia, niczym wyzwoleni, wolni, pozbawieni rutyny, potoczności. Marcel uświadamiając sobie, jaką władzę i potęgę ma poezja Hirka zaczyna wiązać z nią swoją nawet przyszłość. Posunie się też do pewnego podstępu, ale jakiego, nie zdradzę.

 

 

Sztuka Elizy Segiet rozgrywa się w dwóch aktach. Każda scena pozwala czytelnikowi obejrzeć obraz rodziny i znajomych z bliska, zaglądając praktycznie w każdy zakamarek ciała, duszy, dwuznaczność słów przeplatanych z urywkami wyzwolonych, obudzonych emocji. W akcie drugim bohaterowie zrzucają swoje maski, obnażając prawdziwe oblicze, skrywane gdzieś na dnie serca pragnienia, marzenia. Zakończenie zaskoczy każdego czytelnika. Kim okażą się tak naprawdę bohaterowie? Największą chyba niespodziankę sprawi Adela. Ale, by się tego wszystkiego dowiedzieć, musicie sięgnąć po książkę.

 

„Tandem” Elizy Segiet często określa się mianem farsy. Sztuka zwarta w dwóch aktach jest doskonała gatunkowo. Opisana przez autorkę historia ma swój początek, odpowiednie tempo, precyzyjny zamysł, a jednocześnie autorce nie potrzeba wyszukanych słów, by wyrazić swoją propozycję do skupienia się w życiu nad rzeczami ważnymi i ważniejszymi. Segiet nałożyła na swoich bohaterów określone role. Każdy z nich ma w tej sztuce odpowiednie miejsce, by nieść przesłanie czytelnikom. Nic w życiu nie jest jednoznaczne. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje wady, zalety, marzenia, ukrywane przez lata pragnienia. Często przywdziewamy maski, bo strach nie pozwala nam wyzwolić się spod jego pręgierza, by poczuć się wolnym. W tej sztuce nie jest ważne tło i czas, a bohaterowie – ludzie, podobni do nas, naszych znajomych, sąsiadów, czy mijanych gdzieś w drodze nieznajomych. To oni nas irytują, wywołują sprzeczne emocje, a jednocześnie pokazują, że każdy z nas czasami podejmuję grę pozorów w obawie przed samymi sobą, przed prawdą i bliżej nieokreśloną naturą człowieka, wielokrotnie pokazanego w przeróżnych obrazach poezji czy prozy. Segiet żongluje tu słowem, nadaje mu dwuznaczności, by zmanipulować trochę swoimi bohaterami i obudzić w nich chęć zrzucenia fałszu.

 

Sztukę tę chętnie obejrzałabym na deskach teatru, bo na to w pełni i z pełnym przekonaniem zasługuje. Polecam!

 

Za egzemplarz dziękuję autorce :)

18:44, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lutego 2017

 

Wydawnictwo Novae Res

Ilość stron:105

Rok wydania: 2014

Tomik znajdziecie:

http://zaczytani.pl/ksiazka/ukojenie,druk

 

W poezji nie ma żadnych prawideł, którymi mogłaby się rządzić, czy utartych szlaków, po jakich musiałaby ściśle kroczyć. Poezja ma dawać nam pewnego rodzaju przyjemność, spontaniczność, być wytchnieniem po ciężkim dniu, zmaganiu się z trudami codzienności. Ten tomik taki bez wątpienia jest. W pierwszym odruchu zaintrygowany uroczą okładką czytelnik wyciągnie po niego rękę. Zaczytując się w rymowanych wersach, dozna uczucia lekkości i oddechu prawdziwego, nieukrywanego i niczym nieskrępowanego ukojenia. Urzeka prostotą słów, przy których za bardzo nie trzeba się skupiać, bo rym w wierszach nadaje im określonego rytmu, spokojnego kroku, a nawet odseparowania od zewnętrznej rzeczywistości.

 

Wiersz „Powitanie” otwierający tomik powinien być wyryty na kawałku drewna i zawieszony nad drzwiami każdego domu, bo zawiera w sobie wszystkie elementy, jakie chcemy wnieść do domu każdego człowieka, niekoniecznie bliskiego czy znajomego:

„Witam pogodnie

Nisko się kłaniam

Smutki depresje

Natychmiast przeganiam

Słońcem za oknem

Jak kawą częstuję

Niech dobra i ciepła

Nigdy nie brakuje

Miłości w serduchach

Nam wszystkim potrzeba

Szacunku i wiary

Codziennego chleba

[...]”

 

 

 

Pięćdziesiąt wierszy zebranych w jeden zbiór. Każdy wiersz poprzedzony wywodem, mową wręcz filozoficzną, ale w rzeczywistości, to zapiski z doświadczeń, przeżyć, mądrość życiowa, którą każdy czytający dostrzega właśnie w tym momencie. To luźne myśli, które mają być dla nas głębszą w odbiorze refleksją o życiu i wszystkim co nas otacza.

 

Nie ma tu konkretnych rozdziałów tematycznych. Każdy wiersz ma swój tytuł i, ja to nazwałam – krótką przedmowę. A jest w nich mowa niemal o wszystkim. O miłości, wolności, emocjach, zaufaniu, stresie, odpoczynku itp. Czyli o tym, co dotyka i spotyka nas niemal codziennie i na każdym kroku. Autorka podejmuje z czytelnikiem ważną konwersację na tematy, które są w naszym życiu i otoczeniu ważne. Jak np. o rodzicielstwie: „Rodzic wielkie to wyzwanie/ Począć łatwo trudniej z wychowaniem” Autorka nie ma obaw do tego, by stawiać przed nami pytania i kierować uwagę na te wartości w życiu, które powinny być najważniejsze.

 

 

 

„Ukojenie” Evity Kossmann to liryka melodyjna, niezbyt skomplikowana, zadająca pytania, budząca w nas refleksję i chwilę zadumy. Nie ma tu co prawda wyszukanego słownictwa, a proste zwroty i skojarzenia, ale jest w tej prostocie dużo mądrości i głębokiego poruszenia. To wiersze, w których możemy doszukać się elementów naszego, codziennego życia, skrawków rzeczywistości, która nas otacza. To poezja dotykająca ważnych spraw, istoty indywidualizmu, trochę samotna, ale niezwykle budująca, nastawiająca pozytywnie, przeplatająca nadzieję i uśmiech. Klimatyczna, w stylu romantycznym okładka zachęca, by uścisnąć ją w ramionach.

 

Czas, jaki spędzicie w towarzystwie „Ukojenia” nie będzie czasem straconym. Ta poezja Was ukoi i nastroi pozytywnie. Polecam!

 

 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:


 


16:37, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 stycznia 2017

 

 

 

 

Usługi badawcze i wydawnicze

dr Rafał Brzeziński

Rok wydania: 2014

Ilość stron: 128

Tomik znajdziecie:

http://rafalbrzezinski.info/?product=studnia

 

To debiutancki tomik poety wielokrotnie nagradzanego w turniejach poetyckich, publikującego w wielu antologiach. Twórczość poety odznacza się przede wszystkim indywidualnym tokiem myślenia, spostrzeganiem świata od podszewki. Wiersze w tomiku „Studnia” odtwarzają kadry pędzącego życia, wydłubują z niego to, czego zazwyczaj na co dzień nie dostrzegamy. Świat jest tu bowiem ukazany niczym studnia bez dna – na każdym kroku zaskakuje, zadziwia, odkrywa nieznane rewiry, buntuje się przeciwko zwyczajności. Poezja Dłużniaka próbuje odpowiedzieć na wiele retorycznych pytań i jedno istotne – czym tak naprawdę jest poezja i jaka jest w niej rola poety.

 

Tytułowy wiersz „Studnia” odwraca uwagę czytelnika od zwykłych błahostek, codzienności, przywołuje najważniejsze dla człowieka wartości: „popołudniem gorącym/ ożywili ją przechodnie/ z rezerwuaru wody/ napełnili kubłów kilka […] pamięć i nadzieję wrócili/ że oto świat przesunął granicę/ i znów studnia potrzebna/ a myślała że ludzie wymarli/ albo że nie piją wody/ zespoleni biotechnologią/ smar chłepcą albo coca colę.”

Woda jest ludziom i światu potrzebna. Studnia ukazana w tym kontekście jest niczym - studnia mądrości. Ludzie coraz częściej wracają do wolniejszego, stonowanego trybu życia, coraz częściej zawracają ku naturze i naturalnej potrzebie symbiozy z elementarnymi potrzebami.

 

 

 

Nie inaczej jest w wierszu „Homo ludens” w którym autor upomina nas, by przestać coraz modniejszych „praktyk” użalania się, doszukiwania się absurdów często wespół z pesymizmem zamiast cieszyć się z życia i czerpać z niego garściami: „po cóż utyskujesz i dziur szukasz w absolutnej/ całości? Cóż godności szkodzi, że ktoś przewidział/ każdy twój ruch – nawet niewykonalny – chociażby/ bezwarunkowy […] po cóż mizeroty wyglądasz w konstrukcji świata?/ błądzisz po omacku od olśnienia do eureki/ i kradniesz tajemnice których nie rozumiesz./ [...]dlaczego nie chcesz przyjąć człowieczej w świecie roli/ by życiem się cieszyć jako homo ludens? zwłaszcza,/ że już wiesz, że już wiesz dokładnie, iż nie jesteś bogiem!”

 

Bardzo się cieszę, że powstały wiersze o poezji. Jest bowiem mnóstwo jej definicji, doszukiwań i upatrywań w niej czegoś niezwykłego. Postronni tłumaczą się, że poezja dzisiaj nie ma racji bytu, że dzisiaj, współcześnie nie ma możliwości przetrwać. A jednak są tacy, którzy szukają odmienności, stanu zanurzenia w jej rozpostartych skrzydłach, bo to nie tylko wymiana poglądów, nawiązywanie łączności z czytelnikiem, jak pisze autor w wierszu „Urobek”. To dużo, dużo więcej. Poeta zaś „[...] jest niczym górnik/ pędzący windą do szybu/ by dotrzeć do głębi... myśli i emocji” Czy można coś więcej do tych wersów dodać? Dłużniak ubolewa w wierszu „O kunszcie”, że poezja ginie w potoczności myśli, sztucznych pragnieniach, elektronicznych gadżetach, świecie iluzji „...w mit widzimisię odwzorowany/ we własne życie”, często balansuje między prawdą a złudzeniami. Na której ze stacji poezja wreszcie zrzuci balast zaszufladkowania jej zbędnymi słowami?

 

 

 

 

Są tutaj wiersze podzielone na cztery rozdziały. W rozdziale „O mnie” poeta dokonuje komplementarnej autorefleksji. Pisze o swoich marzeniach, pragnieniach, odczuciach, swoich słabościach, doświadczeniach „Jakiś taki... nijaki jestem./ Zawiedziony. Znowuż stroiłem/ miejsce Twoje w sercu moim/ nadaremno! Nie zawitałaś.” Niby poeta pisze o sobie, ale w wielu tych wierszach przemawia głosem ogółu – ludzi, dokonując pewnych podsumowań: „kiedy zdarzy się ulec życiowej potyczce/ z nieprzewidywalnym losem; kiedy dotyka/ nieszczęście, aż do żywej kości; gdy niedosyt/ sił i trwoga ogarnie – uciekam w siebie - w głąb./ penetruję meandry pamięci przebytych/ lat.”

 

 

 

W pozostałych dwóch rozdziałach poeta pisze o prostocie życia, zwraca się w nich do zwykłych ludzi, takich, których zapewne mijamy codziennie niezauważonych. Niektóre z nich są dedykacjami dla zmarłych znajomych, bliskich. Są też tkliwe wyznania miłości, prośby o spojrzenia, drobne gesty, mrugnięcia okiem. Ale są i te, które mówią o gestach, odwracaniu głowy od cierpienia i niepowodzeń innych, od krzywdy, zakłamania, fałszywych obrazów.

 

 

 

Dużo jest w tomiku „Studnia” emocji, stateczności, a jednocześnie nawoływania do opamiętania, dużo tu filozoficznych porównań, pytań, zachłanności na odkrywanie prawd i podsuwaniu ich czytelnikowi pod nos. Jak to ze studnią, można z niej czerpać całymi garściami aż w końcu woda wyczerpie się. Tomik ten niejednokrotnie podkreśla zatracanie się współczesnego świata w podrzędności, zapominając o wartościach, które podkreślają nasze człowieczeństwo, powinny być wyznacznikiem moralności, etyki i to od nas zależy ile z tej studni wyniesiemy.

 

 

 

Polecam!

 


Za tomik dziękuję panu dr Rafałowi Brzezińskiemu

22:31, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2017

 

 



Wydawnictwo Iskry

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 65

Tomik znajdziecie:

http://iskry.com.pl/literatura-piekna-poezja/270-na-wiecej-na-przepadle-9788324402212.html?ps_full_site=1

 

Poezja jest jak wciąż płynący nurt rzeki. Jest zmienna jak kobieta, ale wciąż, nieustająco przynosząca ukojenie. I nawet, jeśli ten nurt miałby zaginąć w codziennej zawierusze, obroni się. Daję słowo, że się obroni, bo mimo swej odmiennej budowy, kształtu, czy koloru, poezja jest tym, co bez wątpienia porusza dogłębnie.

 

Wacław Tkaczuk jawi mi się, jako poeta, który przede wszystkim wielbi bezpretensjonalny styl. Roztacza wokół swoich wierszy aurę, swoistą sugestywność opartą przede wszystkim na ascezie, na wsłuchiwaniu się w to, co szepcze mu życie. To poeta pogodzony z rzeczywistością, a wiersze Jego skłaniają do głębszych refleksji, niezwykle skromne, stonowane i z uniwersalnymi przesłanie.

 

Dwa rozdziały obejmujące czterdzieści wierszy z przekroju dwudziestu lat obserwacji i dyskursu wyważonego, stawiającego ważne tezy, charakteryzujące się przede wszystkim zwięzłość i celne pointy. Wiersze zawarte w tomiku nie należą do tzw. poezji walczącej. One bronią się zdecydowanym rezonem i alegorycznością nanizowaną niczym pamiątki – widokówki na makietce.

 

 

 

Wiersze cechują się ekspansywnością, a jednocześnie autor stawia w nich celne, retoryczne pytania: „Odeszły mnie słowa. Kto/ jeszcze tak dzisiaj mówi, pisze?/ Kto milczy tak? Z tego to/ powodu – jak wyżej. Miłe/ są mi te matryce. […].” Poeta słucha otaczającego świata, ale po trosze i siebie, wbrew modom, którym absolutnie nie ulega i wszechobecnej potoczności, wypaczającej szlachetność słowa i języka: „Od razu nie mniej, jak/ wszystko; nie inaczej, jak/ doskonale. To lepiej/ nie zaczynać. Dlatego/ tak mało wierszy. Ale choćby/ już ani jednego, i tak/ zawsze będzie to wiersz. I tak, i nie...”

 

 

 

 

Poeta stara się zachować w pamięci jak najwięcej obrazów, zestawień niecodziennych, jak gdyby pogodzony ze światem i jego sensualnością miał za chwilę rozpłynąć się w powietrzu. Liryka wierszy bowiem dotyka płaszczyzn realnych doświadczeń i duchowych, często onirycznych odniesień: „Inaczej - w lustrze,/ inaczej – na jawie.// Na pocieszenie zostaje/ tylko to niepodobieństwo,/ tylko klinga, wyłaniająca się/ znikąd, z piasków, z traw,/ z czegoś może jeszcze/ i bardziej wełnistego. [...]” Wspomnienia niczym talizmany urastające do miana ewokacji mają tutaj swoją erudycję, estymę i ascetyczne pojmowanie niektórych predykatów, zaklętych niczym w fotografiach, podkreślające Jego przynależność i tożsamość: „Imiona tych drzew, krzewów,/ kwiatów i ziół może jeszcze/ umiałbym wyliczyć, ale tylko/ we wspomnieniu. Jakże/ o to starała się matka: abym/ wiedział. I nie zapomniał./ Jak długo – bała się zgadywać,/ żeby stamtąd nie zatęsknić/ za mną. Nie bój się, Mamo./ Tęsknię – żebyś zatęskniła.”

 

 

 

 

Jak niesamowicie emocjonalne i sugestywne są te wiersze, takie, które niejednemu pokazałyby ścieżki zamiast zakrętów, a jednocześnie tyle w nich pokory i powściągliwości życiowego rozgardiaszu, że z chęcią człowiek stopuje i wyciąga po nie ręce. Tyle tu moralnej mądrości, nie potrzeba wielu słów, czy myśli, by wygrzebać ze swojej świadomości zrozumienie i mitygację: „Tak płynnie – to myśli za mnie/ kroplówka w szpitalu. Tak wiele/ wiedzą o mnie, jaki jestem/ i tak bardzo mnie nie ma. Jak/ tylu, tylu innych. Wszyscy byliśmy/ szczęśliwi dłużej niby się chciało.”

 

 

 

Jest też wiele tutaj wierszy – odniesień dziękczynnych do Boga, metafizycznych doznań, dla poety ważnej sfery dzięki której może poznawać i interpretować wiele zdarzeń, świata natury: „[...] Z ręki Boga wysypuje się/ na świat różana drobnica, rój/ duszyczek, których tak wiele,/ tak wiele wciąż kamienieje/ na rozbielonych plażach, / na rozjeżdżonych drogach,/ na rozmytych brzegach rzek,/ gdzie roją się szepty migotliwe:/ my kochali, my kochali.[...]”

 

„Na więcej, na przepadłe” Wacława Tkaczuka, to wiersze będące uwielbieniem i zachwytem nad życiem, to liryka przesiąknięta licznymi przemyśleniami, gdzie człowiek podąża ścieżkami, na których byt nie zostawił licznych śladów. To wiersze, nad którymi rozsiewa się aura tajemniczości, a nawet oczywistości, o których za dużo się nie dyskutuje. To dystans poety do współczesnych obrazów, dając tym samym argument na to, że jest poetą – indywiduum – zmiennym, ale osobnym. To poezja, która odpowiada na ważne pytanie, budująca motywację i wzór dla innych twórców do podążania jej śladami. Czy warto?

Zapewniam, że warto :)


Polecam!

 

 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:

 


 


 

21:54, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 stycznia 2017

 

 



 

 

Tomik wydany w ramach serii wydawniczej „Z szuflady poety”

przez Usługi badawcze i wydawnicze dr Rafał Brzeziński

Rok wydania: 2015

Ilość stron: 189

Tomik znajdziecie:

http://rafalbrzezinski.info/?product=szkice-niespiesznie

 

Niezwykle sugestywny, emocjonalny, ale przede wszystkim bardzo kobiecy tomik bibliotekarki z wykształcenia, poetki i malarki z zamiłowania. Dotąd mi nieznana, ale cieszę się, że mam przyjemność poznać wspaniałą poezję malarki dusz i serc, szczególnie tym, którym bliska jest liryka malowana słowem sielskich, arkadyjskich impresji. Zdecydowanie mogę nazwać tak wiersze Lili Kucfir, które w swej wymowie artystycznej przywołują na myśl obrazy wielkich malarzy. Nic dziwnego, że jest to poezja cicha, stonowana, ale wyraźna kolorem i barwą dobranych słów. Widać w nich pasję autorki, miłość do malarstwa i rymu, o który we współczesnej poezji dzisiaj trudno.

 

A jak to wszystko się zaczęło? Autorka otwiera tomik rymowaną powiastką o swoim natchnieniu i pragnieniu pisania: „jeszcze wczoraj mnie nie było/ tylko zarys dziwnych pragnień/ coś na sercu mi ciążyło/ sama nie wiem co dokładnie// jeszcze wczoraj wicher hulał/ po bezdrożach myśli czystej/ dumał czy w twórczości bólach/ mogę być otwartym listem [...]”.

 

 

Tomik podzielony na cztery rozdziały tematyczne. W pierwszym z nich pojawia się tęsknota za miłością, za cielesnością i pożądaniem tej miłości, to też obrazy znanych nam wiejskich impresji, gdzie czas płynie swoim rytmem, przyroda zawsze rozkwita po swojemu, a poetka łączy wszystko w całość nadając wierszom swoisty klimat i magię: „jest gdzieś poławiacz tęczy/ co miesza w kadzi kolory/ zbiera je z polnych kwiatów/ w magiczne letnie wieczory[...]”. Do takich miejsc i wspomnień, wraca się z przyjemnością.

 

Druga część to wyraźny powrót do korzeni poetki, przywoływanie z pamięci portretów bliskich, sylwetki znanych, zatrzymanych we wspomnieniach fotografii miejsc ukochanych, ulubionych, które w życiu twórczyni niosą nie tylko sentyment, ale i inspirację to malowania, tworzenia swoich pięknych obrazów: „drzewo wiśnie w ciszy dojrzałe/ słodko-kwaśny sok w miękisz tłoczy/ jak robak intruz zaistniałam/ poczerwieniał wiatr cierpki oczy[...]”. Tutaj autorka zwraca uwagę też na upływający czas, mijane po drodze pejzaże życia, na które często nie zwracamy uwagi, to zwrot ku zahamowaniu, przyglądaniu się życiu z każdej strony, bo ono jest chwilą rozszabrowaną przez czas, to świadomość upływającej młodości.

 

 

 

Flora i fauna wiejskiej codzienności pokazana jest bardzo dokładnie w trzeciej części tomiku. Wieś w całej okazałości, ze smakami, zapachami, z towarzyszącym jej krajobrazem lasu: „[...] czasem tylko pobliski las zaszumi o tym/ o czym pamiętają drzewa/ o brzozie chropowatej/ pod którą chłopak do dziewczyny przytulał się/ nieśmiało odpoczywali pod nią żniwiarze/ kochali ziemię czarną upartą nagą/ bez pieniędzy”. Autorka niejednokrotnie przytacza w nich swoje uwielbienie do górskich eskapad, do kroczenia i podpatrywania przyrody ścieżkami między polami, czy łąkami, zawsze z sentymentem, przywiązując uwagę do szczegółów i detalów polskich krajobrazów, by jak najdłużej zatrzymać te chwile.

 

 

 

W czwartej części dość odważnie można wyczytać głos kobiecego ego. W tych wierszach pokazany jest obraz kobiety twardo i świadomie kroczącej przez życie. Zna swoją wartość, walory, piękno duszy i jędrność ciała. Ale to często kobieta samotna z wyboru, singielka, feministka: „[...] to w końcu wybór przecież twój/ samotnie pławić się w kąpieli/ wyciągnij korek z wanny bzdur/ i niechaj piana się oddzieli...” Trochę się przy tych wierszach uśmiałam, szczególnie przy dwóch „8 marca” i „rozważania na temat kupowania”. Te wiersze są niezwykle realistyczne, gdzie kobieta stylizowana jest na zakupoholiczkę, czy szykującej się na wspólne spędzenie ważnego święta dla nas kobiet wspólnie z mężem, który wraca z pracy lekko podchmielony. Tak, to niesamowicie autentyczne obrazy. Pojawiają się tu wiersze lapidarne, ale i dłuższe, a nawet i fraszki o winie w różnej wymowie.

 

 

 

Tomik kończy wiersz o wielkiej do życia miłości. To swoiste podsumowanie i zarazem wyznanie, które zmusza nas-czytelników do głębszej refleksji, do znaku przystankowego, do spojrzenia w inną stronę stronę swojego życia, która bezpośrednio kieruje nas ku naturze i do naszej z nią symbiozy. Człowiek jest może silny, ale nie ma tej przewagi od natury. Ona systematycznie się odradza, budzi z letargu, zimowego odpoczynku. Ludzie się rodzą, ale i umierają. Co autorka pokazuje w wierszu? Przeczytajcie i odpowiedzcie sobie na ważne pytania sami:

apetyżer

apetyt ciągle mam na życie

mimo że za mną już pół wieku

i marzę jeszcze o tym skrycie

żeby zobaczyć twarz w człowieku

 

przekonać się że warto czasem

ot tak po prostu od niechcenia

na spacer iść pod rękę z losem

zakręty wzgórza pozamieniać

 

na drogi proste gdzie słońce świeci

tulić w ramionach niech zostanie

radość co w nią się bawią dzieci

pijąc kakao na śniadanie

 

szczęściu co nazbyt mocno spadło

zerwać pierzynę łaskotać w pięty

tak mi się marzy-wciąż mi mało

 

nie chcę się godzić na spokój święty

 

Wielokrotnie wracam do tego wiersza, jest mi szczególnie bliski ostatnim wersem. Ja też się nie godzę na spokój święty. Cóż jednak nam radzić z oczywistościami? Podobno z nimi się nie polemizuje, nie konwersuje. Pewnie tak, ale w wierszu wszystko można.

 

 

 

„Szkice niespiesznie zmyślone” Lili Kucfir to wiersze jak znaki przystankowe, które czytając zbiera się jak intensywnie wonne kwiaty, zrywane do kolorowych flakoników, by je postawić na widocznym miejscu i o nich nie zapomnieć. Patrzy się na nie i często wraca do tych sielskich obrazów ascetycznej wsi. Z tym obrazem impresjonistycznych dźwięków, smaków i zapachów, grą barw i przenikających się kolorów. Niezwykle sugestywny, refleksyjny, kobiecy, lekki, bez krzykliwości i potoczności. Bliski każdej kobiecie.

 

 

Polecam, warto!

 

 

 

Za egzemplarz dziękuję dr Rafałowi Brzezińskiemu

 

 

 

21:06, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 stycznia 2017

 

 

 

 

Wydawnictwo Iskry

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 120

Książkę znajdziecie:

http://iskry.com.pl/literatura-piekna-poezja/273-dwanascie-dni-9788324403080.html

 

Jakkolwiek nie podchodziłabym do tych wierszy, miałam wrażenie, że ich twórca spaceruje razem ze mną i opowiada mi historie indywidualne, osobiste, oparte na sztuce unikalnego łączenia liryki z wyrazistą umiejętnością fotografowania słowem miejsc, do których chętnie wraca. Więcej, namawia czytelnika do dyskursu odbiegającego od codzienności, potoczności na rzecz wysokiej erudycji, gdzie słowo ma wagę najcenniejszego kruszcu. A przekrój tych wierszy podzielony jest na cztery istotne rozdziały, łączące się w jeden odważny głos, którego ich autor nie wstydzi się wypowiadać jako alokucję stanowiącą swoiste preludium do tytułowego sedna niezwykle sugestywnego, zmuszającego do głębszej refleksji, czy zadumy.

 

Janusz Drzewcuki ma bogaty życiorys ściśle związany z szeroko pojętą kulturą, literaturą. Absolwent filologii polskiej UJ. Dziennikarz, krytyk literacki, poeta, autor książek o polskiej poezji współczesnej, wydawca. Swoją wędrówkę z czytelnikiem – odbiorcą Jego wierszy rozpoczyna od spostrzeżeń i głębokich wywodów na tematy codzienne, dotyczące naszego kraju, które rozpoczyna od zaproszenia znajomej, przebywającej za granicą do przyjazdu do Polski: „Przyjedź wreszcie do Polski,/ nie mów, że nie masz czasu,/ że jesteś ciągle zajęta albo/ że może w przyszłym roku,/ nie usprawiedliwiaj się./ nie wykręcaj się, spakuj/ najpotrzebniejsze rzeczy,/ wsiadaj do pociągu, przyjedź.[,,,] Zobaczysz, nie pożałujesz,/ będzie wesoło, pokażemy ci/ Warszawę, od tej i od tamtej/ strony, puścimy się Nowym/ Światem i Krakowskim/ Przedmieściem...[...]” Pojawia się też „Głos w dyskusji Polska i Kościół” oraz „Jednym okiem, drugim uchem” o sprawach ważnych i mniej ważnych.

 

 

 

Drugą część tomiku stanowią „Wiersze podróżne” stanowiące swoisty rodzaj wierszy-pamiątek z miejsc, w których autor bywał, ale do których chętnie wraca. Szczególnie upodobał sobie Budapeszt tętniący życiem metropolii globalnej, ze wszystkimi ważnymi pozycjami, stanowiącymi główny punkt dojścia do placu Kossutha, gdzie tłum domagał się ustąpienia rządu. Wspomina też w nich wyjazdy z przyjaciółmi do Rumunii, rejs po Morzu Czarnym, który to okazał się pechowy ze względu na brak dodatkowego zezwolenia, secesyjne, z końca dziewiętnastego wieku kasyno w Konstancy, jak się zresztą okazało nieczynne, czy niezwykłe wyprawy po Serbii i jej ciekawe pod względem kulturowym, kulinarnym miasta jak Nowy Sad: „[...] Na targowisku, zaraz/ za Vladićanskim dvorem/ i cerkwią Soborową,/ ociekające kolorami/ owoce i warzywa/ wprawiają mnie/ codziennie/ w zachwycenie,/ białe wino z Macedonii,/ którym zapijam cierpką/ słodycz/ zielonej, żółtej/ i czerwonej, zwłaszcza/ czerwonej, nade wszystko/ czerwonej papryki,/ przenosi mnie/ z uśmiechem/ w inny wymiar.”

 

 


 

Trzecia część to tytułowe „Dwanaście dni” (2004-2012). Wiersze-spostrzeżenia, afirmacje tego, co przynosi los. I znowu podmiot liryczny staje się wędrownikiem. Te dwanaście dni stanowią wycinki miesięcy. Jeden dzień z jednego miesiąca, które swą wymową retoryczną zmuszają czytelnika do spięcia myśli i dotrzymania kroku toczącemu się spacerowi myślowemu, a jednocześnie są refleksją i głębszym zamyśleniem: „Zacząłem dzień/ nie czekając na nic,/ co dzisiaj, wtorek/ czy czwartek,/ wszystko jedno,/ dzień jak niedziela/ albo jeszcze lepiej/ jak sobota, przede mną/ pięć mostów, idę/ dołem, pod mostami,/ lewym brzegiem Wisły.” Fragment wiersza "Ostatni dzień grudnia, czyli mój Anioł Stróż" stanowi refleksję nad życiem, odrębną jednostką przemijania, ciągłym pielgrzymowaniu:

"[…] odpuść, odczekaj
chwilę, zdążysz,
nie spóźnisz się,
a jeśli nawet, to co
z tego, nie jesteś
wcale taki ważny,
nie martw się,
nie przejmuj,
nie z twojego
powodu nastąpi
koniec świata. […]"

 

 

 

 

W czwartej części znajdziemy „Wiersze podzwonne” - wspomnienia – obrazy osób, które w życiu Drzewuckiego stanowiły ważne sylwetki – pisarze, redaktorzy, tłumacze – przyjaciele, znajomi, których autor musiał pożegnać: Jerzy Lisowski, Ziemowit Fedecki, Marian Grześczak, Olimpia Grochowska, Henryk Bereza.

 

 

 

„Dwanaście dni” Janusza Drzewuckiego to wiersze – fotografie ze znanych autorowi miejsc, to wiersze, które pod merytoryczną zwięzłością, ukazują wędrówkę człowieka, a także jego aspekty życia społecznego, ale w zaciszu swojego domu niż wyjściem na ulicę. Poezja Drzewuckiego stroni od metaforycznych opisów, to raczej poezja oparta na fakcie, konkretna, namacalna, somatyczna, która pokazuje problemy i ich nawarstwianie, a pomiędzy chwile oddechu łapane w pośpiechu.

„Dwanaście dni” to tomik poezji, który wcale nie wyróżnia się lapidarnością, to wywody świadome, rzeczowe, bezpośrednie, które wyróżnia na pewno jedno – wyrazistość głosu jednostki.

 

Polecam.

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu:

 


 


 

22:32, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi