Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego

Nowości Wydawnictwa Replika

wtorek, 14 lutego 2017

 

 

 



Poruszająca najczulsze struny duszy bałkańska opowieść napisana sercem zakochanej kobiety 
Czy chwila wystarczy, aby narodziła się miłość, która nie zna granic? 


Porywająca historia niezwykłej miłości pomiędzy Polką i Bośniakiem, która została wystawiona na najtrudniejszą próbę. Narodziła się w wielokulturowym Sarajewie, mieście tolerancji, dialogu i otwartości, tętniącym orientalną muzyką i pachnącym aromatem mocnej kawy. 
To wyjątkowo wzruszająca, przepełniona emocjami opowieść o miłości, rozłące, nadziei i wojnie. Tragizm konfliktu na Bałkanach został przedstawiony z perspektywy osób, które brały bezpośredni udział w tych wydarzeniach, ludzi, którzy stracili swoje rodziny, domy, poczucie tożsamości narodowej i przynależności do ojczyzny. Jest to także świadectwo walki o wielkie uczucie, historia o próbach nawiązania kontaktu z ukochanym przebywającym w oblężonym Sarajewie oraz o bezinteresownej pomocy i wsparciu od nieraz całkiem obcych osób. 
Losy Joanny Stovrag i jej męża zainteresowały kiedyś Waldemara Milewicza − legendę polskiego dziennikarstwa − który nakręcił o nich film.

 

 

 

 



„Cień burzowych chmur” to pierwszy tom pięcioczęściowej sagi Spacer Aleją Róż, traktującej o losach rodziny Szymczaków. To epicka opowieść mocno osadzona na płaszczyźnie społeczno-obyczajowej. Fikcja literacka przeplata się z autentycznymi zdarzeniami, a postaci wykreowane przez pisarkę ocierają się o osoby, które dzisiaj spoglądają na nas z kart książek historycznych. 
Autorka poczytnych powieści w brawurowy sposób serwuje osadzoną w realiach wczesnego PRL-u historię rodzinną ze zbrodnią i zemstą w tle. 
Jest rok 1949. 
W małopolskiej wsi Pawlice zamieszkują zamożni gospodarze, którzy od dawna byli solą w oku najpierw okolicznego ziemiaństwa – Pawłowskich, a po II wojnie światowej przedstawicieli nowej władzy. Pomiędzy głową rodziny, Bronisławem, a Bartłomiejem Marczykiem, bratem wysoko postawionego funkcjonariusza UB, dochodzi do konfliktu. Marczyk poprzysięga zemstę. Na skutek reformy rolnej Szymczakowie tracą gospodarstwo będące owocem pracy kilku pokoleń. We wsi zostaje utworzona spółdzielnia rolnicza, której zarząd obejmuje Bartek. Mężczyzna zaprowadza własne porządki, uprzykrzając życie ograbionej z majątku rodzinie. Z braku perspektyw Bronek postanawia szukać szczęścia w świecie. Porzuca dotychczasowe życie rolnika i podejmuje pracę przy budowie Nowej Huty. Po pewnym czasie dołącza do niego młodsza siostra Julia, uciekająca przed nienawiścią Marczyka. 
****** 
Cóż to jest za powieść! Poznajcie zupełnie nowe, zaskakujące wcielenie Edyty Świętek. Cień burzowych chmur to mocne rozpoczęcie sagi Spacer Aleją Róż, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia… ja już czekam na drugi tom! 
Magdalena Majcher, autorka m.in. Stanu nie! błogosławionego, recenzentka 

Wreszcie historia Nowej Huty znalazła się na kartach powieści - Cień burzowych chmur !!! To zasługa Edyty Świętek. Gorąco zachęcam do przeczytania pierwszego tomu sagi: Spacer Aleją Róż. 
Łukasz Zarodkiewicz, nowohucianin od urodzenia, działacz lokalny. 


„Cień burzowych chmur” to powieść, która nie tylko fascynuje ciekawą intrygą i świetnie nakreślonymi postaciami bohaterów, ale i przeraża realizmem opisów życia w powojennej Polsce. Autorka zręcznie wkomponowała dzieje rodziny Szymczaków w obraz zachodzących przemian, obnażając absurdy i niegodziwości wczesnego PRL-u. Smaczku dodaje rodzinna waśń, zrodzona z zawiści i zbrodni, a wiodąca ku krwawej zemście. 
Hanna Greń, autorka Cynamonowych dziewczyn

 

 

 

 


Redmond Barry z Ballybarry urodził się w nobliwej rodzinie, która niestety czasy świetności ma już dawno za sobą. On sam jednak zdaje się nie dopuszczać do siebie tej myśli, uważając się za najszlachetniejszego młodzieńca w Irlandii, a może nawet w całej Europie. Zachęca go do tego matka, która wpaja mu wszystkie przymioty, jakie jej zdaniem powinien posiadać młody szlachcic – pewność siebie, żarliwość oraz oczywiście znajomość dworskich manier. 


Redmond, przeżywszy swoją pierwszą przygodę oraz… pierwsze rozczarowanie, postanawia wyjechać z domu, aby zdobyć „należne” mu miejsce wśród arystokracji. Zamierza zyskać fortunę i uznanie, i gotów jest w tym celu podjąć wszelkie środki, nie zważając na nic ani na nikogo. 

Barry Lyndon to powieść łotrzykowska, po raz pierwszy opublikowana w formie serialu prasowego w 1844 roku. W Polsce ukazuje się po raz pierwszy! Na jej podstawie Stanley Kubrick nakręcił nagrodzony czterema Oskarami film!

 

 



 

Nowa odsłona cyklu Bruderszaft ze śmiercią to kolejne dwie minipowieści utrzymane w eksperymentalnej konwencji „powieści-filmu”, która ma na celu połączenie tekstu literackiego z wizualnością dzieła filmowego. 

W opowieści Dziwny człowiek weźmiemy udział w błyskotliwej operacji, jaką niemiecki wywiad przeprowadza w wyższych kręgach petersburskiej socjety. Kapitan Josef von Teofels dociera do jednej z najbardziej wpływowych, a zarazem najbardziej kontrowersyjnej postaci Cesarstwa Rosyjskiego, aby wykorzystać ją do własnych celów. Będzie jednak najpierw musiał uporać się z „mistycznymi” mocami swojej ofiary… 

Z kolei w historii Grzmijcie, fanfary zwycięstwa! agent rosyjskiego kontrwywiadu Aleksiej Romanow otrzymuje niezwykłe zadanie. Rosjanie szykują się do wielkiego natarcia na wroga, jednak szczegóły planu objęte są największą tajemnicą. Tylko od młodego agenta zależy, czy tak pozostanie… 
Wyborny humor i doskonale skonstruowana fabuła tylko potwierdzają kunszt pisarski Borisa Akunina!

piątek, 27 stycznia 2017

 

 

30 stycznia nakładem Wydawnictwa Replika ukażą się następujące pozycje:

 

 

 

 

Już nic nie miało znaczenia, bo właśnie w tej chwili jej życie się skończyło. Życie i małżeństwo, które okazało się tak bardzo koszmarne, tak zakłamane, że już sama nie wiedziała, czy chociaż przez chwilę rzeczywiście było prawdziwe. 


Historia dwojga młodych ludzi, którzy po krótkiej znajomości postanawiają się pobrać, rozstając się jednocześnie z wcześniejszymi partnerami. Wkrótce po ślubie Piotr zaczyna być agresywny. Kiedy dochodzi do pierwszego poronienia, otwarcie obwinia Ankę o tę sytuację. Kobieta pod wpływem szoku przechodzi krótkie załamanie nerwowe, podczas którego traci kontakt z rzeczywistością. 



Pozorność to doskonałe studium kobiety, która zostaje poddana przemocy psychicznej i fizycznej. Uzależniona od tego, który kiedyś przyrzekał ją kochać i chronić, teraz zaczyna kroczyć na krawędzi własnego szaleństwa, które nawarstwia się wraz z eskalacją przemocy ze strony ukochanego męża. Natalia Nowak-Lewandowska funduje nam wycieczkę w głąb ludzkiej psychiki, pełną tragizmu, bezlitosną i miejscami nie do przyjęcia. Lektura tej powieści to prawdziwe wyzwanie dla wymagającego czytelnika, bo zderzenie się z przedstawionym światem nie jest pozorne, dotyka najgłębszych zakamarków ludzkiej duszy. 

Polecam. Agnieszka Lingas-Łoniewska

 

 

 

 

 

Roztrzepana i lekkomyślna Zuzanna Roszkowska tym razem spróbuje swoich sił jako… prywatny detektyw 

Zu – najlepsza z żon, a także kobieta zdolna do wszystkiego – daje się namówić mężowi na roczny wyjazd na wieś. Na miejscu słynne „cisza i spokój”, zwykle wiązane z życiem na wsi, będą musiały ustąpić przed niezwykłą skłonnością Zu do wpadania w tarapaty. 

Kiedy gospodyni pensjonatu, w którym zamieszkali Roszkowscy z dziećmi, znika nagle bez słowa, zaledwie dzień po przyjeździe swoich nowych lokatorów, Zuzanna od razu przeczuwa zbliżające się kłopoty. Jednak wszyscy wokół zdają się lekceważyć jej obawy o los zaginionej. 

Tym razem Zu będzie musiała zmierzyć się z przedstawicielami tajemniczej fundacji, niegrzecznym Panem Małpką, pojawiającymi się i znikającymi rondlami, a także… koniem, świnią, kozą, królikiem, gąsiorem oraz kotem – za jedyną pomoc mając podręcznik dla początkujących detektywów. 



Co tym razem wymyśli „najlepsza z żon”? Jedno jest pewnie – będzie barwnie, zabawnie i… wybuchowo! Napisać dobrą komedię to nie lada sztuka, a Iwonie Czarkowskiej z całą pewnością się to udało. Magdalena Majcher, autorka i recenzentka

 

 

 

 

 

Nowa odsłona cyklu Bruderszaft ze śmiercią to kolejne dwie minipowieści utrzymane w eksperymentalnej konwencji „powieści-filmu”, która ma na celu połączenie tekstu literackiego z wizualnością dzieła filmowego. 

W opowieści Dziwny człowiek weźmiemy udział w błyskotliwej operacji, jaką niemiecki wywiad przeprowadza w wyższych kręgach petersburskiej socjety. Kapitan Josef von Teofels dociera do jednej z najbardziej wpływowych, a zarazem najbardziej kontrowersyjnej postaci Cesarstwa Rosyjskiego, aby wykorzystać ją do własnych celów. Będzie jednak najpierw musiał uporać się z „mistycznymi” mocami swojej ofiary… 

Z kolei w historii Grzmijcie, fanfary zwycięstwa! agent rosyjskiego kontrwywiadu Aleksiej Romanow otrzymuje niezwykłe zadanie. Rosjanie szykują się do wielkiego natarcia na wroga, jednak szczegóły planu objęte są największą tajemnicą. Tylko od młodego agenta zależy, czy tak pozostanie… 

Wyborny humor i doskonale skonstruowana fabuła tylko potwierdzają kunszt pisarski Borisa Akunina!

wtorek, 10 stycznia 2017

 

 

 

17 stycznia nakładem Wydawnictwa Replika ukażą się:

 

 

 

http://replika.eu/index.php?k=ksi&s=szu&id=309

 

 

Były już: radość, spokój i beztroska. I nagle los zabrał to wszystko, co piękne i pełne podziwu… Pozostały tylko wspomnienia… 

Skomplikowany związek Witolda i Basi rozpoczął się, kiedy oboje byli zaledwie dziećmi. Dziewczynka, której rodzice nie potrafili poradzić sobie nawet z własnym życiem, nieoczekiwanie trafia do zupełnie obcych ludzi, którzy podjęli się opieki nad nią. Po latach dorosła już Basia wciąż zdaje się zagubiona w otaczającym ją świecie, a jej jedyną podporą jest niezmiennie Witek. Do akcji jednak niespodziewanie wkracza przeznaczenie i burzy całe szczęście zakochanych. Kiedy nie można już cofnąć tragedii, kiedy za późno na zmiany w życiu, kiedy nie przydadzą się dyplomy najlepszych szkół ani poważne stanowisko w świecie dyplomacji, Witold wraca pamięcią do wspomnień, gdy zauroczony nietuzinkową osobowością dorastającej Basi wyczekiwał uczucia: na zawsze i aż do śmierci.

 

 

 

 

http://replika.eu/index.php?k=ksi&s=szu&id=244

 

 

Nie będziesz dostrzegać niczego, słyszeć niczego. Nie będziesz myśleć nic innego, tylko Svengali, Svengali, Svengali! 

Maestro Svengali jest zimnym, pozbawionym skrupułów człowiekiem, wykorzystującym ludzi do własnych celów za sprawą stosowanej od lat hipnozy. Kiedy przypadkiem spotyka w mieszkaniu sąsiadów prześliczną Trilby, zakochuje się w niej bez pamięci. Dziewczyna jednak ma na oku kogoś innego… Obsesja starszego człowieka połączona z umiejętnością perswazji powoduje, że Trilby ostatecznie wiąże się ze swoim adoratorem. Wkrótce dziewczyna, od najmłodszych lat posiadająca niebywały słuch i uwielbiająca śpiewać, zostaje znaną diwą i wielce szanowaną madame Svengali… 

Powieść Trilby, niesamowicie popularna przez całe lata, przeniesiona została na sceniczne deski w formie sztuki, doczekała się cyklu popularnych filmów i zaowocowała stworzeniem kapelusza trilby. 

George Du Maurier, autor Trilby, 
był uznanym karykaturzystą magazynu „Punch”. Jego doskonałe rysunki wzmacniają znacząco czar tej powieści.

wtorek, 15 listopada 2016

 

 

22 listopada nakładem Wydawnictwa Replika ukażą się: :)

 

"Za rok o tej porze" Monika Sawicka

 

 
Książki Moniki Sawickiej są jak spotkania z dobrą przyjaciółką, która wysłucha, pocieszy, przyniesie otuchę
i pomoże ponieść największe nawet ciężary.
Za rok o tej porze to ponowne spotkanie z Kornelią z Dobrze, że jesteś. Jeśli myśleliście, że jej problemy się skończyły, że już nic złego nie może jej spotkać, myliliście się.
Poprzeczka idzie w górę, a problemy się mnożą. Na jaw wychodzą mroczne tajemnice z głębokiej przeszłości, a bohaterów opanowuje psychoza strachu. Przeszłość staje oko w oko z teraźniejszością. To tak, jakby Pan Bóg mówił: „Sprawdzam, ile jesteś w stanie znieść i jakim człowiekiem możesz się stać”.
Ale ta historia to próba sił także dla Czytelnika − co wie o wybaczaniu i o sobie samym, jak daleko sięga Jego wyobraźnia, czy walczyłby o miłość i o siebie tak jak Kornelia?
 
 

"Aniołowie chaosu" Graham Masterton

Piękny słoneczny dzień u wybrzeży Gibraltaru.
Dla kaskadera Noaha Flynna to kolejny dzień pracy pełnej niebezpiecznych wyzwań. W trakcie kręcenia kolejnej sceny z jego udziałem, Flynn odnajduje na dnie morza dziwny medalion oraz natyka się na wrak samolotu. Medalion ma wygrawerowane dziwne znaki, będące, jak się wkrótce okazuje, starożytnym pismem klinowym, samolot natomiast jest znaleziskiem nie mniej intrygującym – na jego pokładzie bowiem w momencie katastrofy znajdował się generał Władysław Sikorski.
Wkrótce tajemnicza organizacja morduje Flynnowi żonę, a on sam ledwo uchodzi z życiem. Śledzony przez dwóch groźnych psychopatów w szarych garniturach, usiłuje dowiedzieć się, do kogo należał znaleziony w morzu medalion i jaki związek z nim ma śmierć zarówno generała Sikorskiego, jak i wielu innych polityków, którzy stracili życie w tajemniczych okolicznościach.
Aniołowie chaosu to jeden z najbardziej popularnych thrillerów Grahama Mastertona, w którym fani autora odnajdą zarówno wartką akcję, jak i doskonale skonstruowaną intrygę, a wątki związane z polską polityką zagraniczną i śmiercią generała Sikorskiego zaskoczą niejednego miłośnika teorii spiskowych!
 
"Wyzwolona" Róża Lewanowicz

 

 

Szybka i mocna akcja, wyraziste postacie, a także niebanalny wątek obyczajowy. Kapitalna książka!
Magdalena Kijewska, Przegląd Czytelniczy
Łukasz był przekonany, że wszystkie problemy jego i jego żony się skończyły. Stawił już czoła porwaniu Justyny, całej jej tajemniczej przeszłości, a nawet odnalazł ją w środku wojennej zawieruchy w Afganistanie. Zawarł nowe przyjaźnie i uratował swoje małżeństwo. Ale czy na pewno?
Okazuje się, że jego ukochana ma jeszcze jednego wroga, najgroźniejszego ze wszystkich, który dla zemsty gotów jest posunąć się do najgorszego. Jego gniew ma dosięgnąć już nie tylko Justynę, ale także jej najbliższych. Justyna i Łukasz będą musieli zmierzyć się z całkiem nowymi wyzwaniami, zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym. Z pomocą przyjaciół zrobią wszystko, aby spełniło się ich największe marzenie, a ich mające się dopiero urodzić dziecko było bezpieczne.
czwartek, 03 listopada 2016

 

 

 

 

Data wydania: 2016
Liczba stron: 544
Oprawa: miękka + skrzydełka
Kategoria: literatura dla kobiet

Kto raz zobaczy zachód słońca z latarni, zawsze będzie tu wracał… 

Większość ludzi pragnie znaleźć swoje miejsce na ziemi. Bezpieczną przystań, gdzie w poczuciu akceptacji będą mogli spełniać swoje marzenia. Nie inaczej jest z Nadią, która w swojej żegludze życiowej dotarła do Bretanii. Chociaż w nowym miejscu nie wszystko układa się po jej myśli, zauroczona nadmorską krainą Nadia postanawia zostać do końca lata. Jej decyzja wydaje się słuszna, gdyż otworzy śluzę dla nowych szans, w tym przyjaźni i miłości. Niestety, na Polkę czekają także zagrożenia… 

Czym są bretońskie Krzyże Wdów i Noc Białej Sowy? Jaki sekret skrywa skalna grota w klifie, a jaki nieczynna latarnia morska? Dlaczego prawda jest dla Nadii tak ważna? Jeżeli lubicie historie, w których nic nie jest oczywiste, sięgnijcie po Gdy ucicha ocean! 

Przenikliwa, momentami refleksyjna opowieść o odpływach i przypływach nadziei oraz wzajemnym splataniu się ludzkich losów. Autentyzm postaci, plastyczne opisy, wielowątkowość… Renata L. Górska jaką znacie i cenicie! 

Dawno nie czytałam tak wspaniałej, wartościowej i przejmującej prozy. Autorka z właściwą sobie wrażliwością uświadamia nam, że nic nie trwa wiecznie. Dlatego trzeba cieszyć się dniem dzisiejszym, chwytać szczęście w przelocie i być wdzięcznym za wszystko, co nas spotyka i otacza. Prawdziwa perełka w swoim gatunku. Jestem zachwycona, oczarowana i wzruszona. 

Krystyna Meszka, autorka bloga: cyrysia.blogspot.com

 

 

 

 

Data wydania: 2016
Liczba stron: 528
Oprawa: miękka + skrzydełka
Kategoria: literatura współczesna



Bohaterowie Trainspotting powracają! 

Życie Marka Rentona zdaje się biec zwyczajnym torem: uczelnia, śliczna dziewczyna, a nawet pewien status społeczny. Jednak po śmierci młodszego brata wszystko po kolei mu się rozpada, a on sam zaczyna szwendać się ze starymi kumplami. Sick Boy, Spud Murphy, Tommy Lawrence, Matty Connell oraz Franco Begbie szybko wciągają go w swoje szalone plany. 

Irvine Welsh ponownie zabiera nas do Edynburga lat 80., do epoki thatcherowskiej – wysokiego bezrobocia, kiepskich widoków na przyszłość, do czasów, kiedy kasa i dragi były trudne do zdobycia. Stworzona przez niego barwna ekipa miota się pomiędzy kolejnymi mrocznie komicznymi nieszczęściami. Mocna, ujmująca powieść Trainspotting Zero − za sprawą pieprznego języka i chropawego humoru − wyśmienicie odtwarza zawrotny zjazd na dno głównych bohaterów. 

Prequel kultowego bestsellera Trainspotting to powieść porywająca, która w ujmujący sposób ukazuje, jak stworzeni przez Welsha barwni szubrawcy zbłądzili po raz pierwszy.

 

 

 Data wydania: 2016

Liczba stron: 360
Oprawa: miękka + skrzydełka
Kategoria: literatura faktu, biografie i dzienniki



Kolejny w dorobku znanego dziennikarza i reportera zbiór krótkich, publicystycznych migawek, w których przegląda się Polska na przestrzeni ostatnich kilku lat. 


Teksty, które teraz zuchwale cisnę Państwu przed oczy, pisałem z myślą o Naszym Kraju, o tym, co czeka go w najbliższych latach. 
Często pisane były szybko, z przeświadczeniem, że trzeba działać już, teraz! Bo ominie nas coś ważnego. 


Jaka jest zatem ta polska krew? 
Jasna, bulgocząca w tętnicach, czy też ciemna, wolno tocząca się przez żyły? 
Kto zna pełny skład tej biało-czerwonej substancji, kto potrafi określić jej idealną konsystencję i skład? 
Na pewno jest małopolska (lekko porywcza i pracowita), wielkopolska (zapobiegliwa, gospodarna), podlaska (dumna i przywarta do krzyża), świętokrzyska (zwariowana, impresyjna), kaszubska, trochę tatarska, ariańska, żydowska, niemiecka... 
Piwna, swarliwa, z grubym karkiem i… lekka jak palce Chopina. 
Gdyby polska krew nie była potrzebna Panu Bogu, to już dawno wypłu¬kałby ją ze świata ruskimi i niemieckimi transfuzjami. 
Jest więc tajemnicą naszego Stwórcy, dlaczego ta właśnie – polska krew – ma się toczyć w żyłach niedużego kraju. 
I niech tak zostanie… 

Witold Gadowski o sobie: 

Jestem człowiekiem w nieustannym ruchu. Uważam się za dziennikarza, reportera opisującego rzeczywistość taką jaka ona jest. Bywam pisarzem, poetą, autorem piosenek, zajmuję się także filozofowaniem i publicystycznym opisem otaczającego mnie świata. Staram się być niezależny i prawdomówny.

środa, 12 października 2016

 

 

 

 http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=42

 

Z pozoru miasteczko jakich wiele. Senne, zasypane śniegiem… Czy w takim miejscu mogą dziać się rzeczy, od których włos się jeży na głowie, a dusza zaczyna wątpić w istotę człowieczeństwa? 

Młoda kobieta, Tamara, przyjeżdża z Paryża do Grzmotów, zaniepokojona długotrwałym brakiem wiadomości od matki, znanej pisarki. Od dłuższego czasu nikt jej nie widział, z nikim się nie kontaktowała. Pozostał po niej jedynie pusty dom, biurko z otwartym laptopem i głodny kot. 

Tamara próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia, ale niespodziewanie wplątuje się w dramatyczne wydarzenia, przy których duch myśliwego ukazujący się na torach jest tylko niewinną igraszką i miejscowym kolorytem, ponieważ najgroźniejsze demony nie muszą pochodzić z zewnątrz… 


Ta książka, zadziwiająca literackim kunsztem autorki, to gwarancja doskonałej rozrywki, a zarazem głębszej refleksji − nad naturą stosunków międzyludzkich, istotą człowieczeństwa oraz nad esencją tego, co pozostaje głęboko ukryte w zakamarkach ludzkiej duszy. To udane połączenie powieści obyczajowej z trzymającym w nieustannym napięciu kryminałem. Przyznam, że niewiele jest rzeczy wywołujących u mnie równie zimny dreszcz, jak pozornie senne miasteczko pełne rzekomo przyjaznych i życzliwych ludzi oraz kwestii budzących silniejsze emocje niż krzywda dziecka. 
Gorąco polecam! 

Karolina Małkiewicz, zwiedzamwszechswiat.blogspot.com

 

 

 

 

http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&s=now&id=46

 

Kiedy zdesperowana singielka postanawia zmienić swój stan cywilny, znajdujący się w zasięgu jej wzroku samotny mężczyzna ma nikłe szanse na pozostanie kawalerem. Nie inaczej jest w przypadku Ciaputka, na którego zarzuca sieci Agnieszka. Kobieta skutecznie realizuje zamierzenia, doprowadzając swego wybranka przed stopnie ołtarza. Na skutek niefortunnego splotu zdarzeń fajtłapowaty mężczyzna zostaje sam z półroczną córką Iwonką. Nadchodzi czas na to, aby w końcu dorosnąć i zatroszczyć się o maleństwo. 
Sześć lat później Ciaputek nadal jest samotnym ojcem, ale z pomocą: mamusi, niani i wujaszka Google świetnie sobie radzi z opieką nad dziewczynką. Sęk w tym, że obydwoje odczuwają samotność i brakuje im w domu kobiety: matki dla dziecka, żony dla mężczyzny. Rezolutna Iwonka postanawia ożenić swojego „tatutka-ciaputka”. Ma już nawet upatrzoną kandydatkę na „panią Ciaputkową”. 
„Miód na serce” to niezwykle ciepła i zabawna opowieść o tym co w życiu najważniejsze. 

 


Miód na serce Edyty Świętek, podobnie jak jego pszczeli odpowiednik, ma szereg cudownych właściwości. Leczy smutki, daje nadzieję i przede wszystkim smakuje. Uśmiech, ale też parę łez wzruszenia – jak najbardziej gwarantowane. 
Joanna Sykat, autorka m.in. Czwarech stronn miłości i Jutro zaświeci słońce 

 

 


Tytuł nie kłamie. Ta książka to rzeczywiście miód na serce. Również i moje. Bawiłam się doskonale. Edyta Świętek tak zgrabnie pakuje Ciaputka w coraz to nową kabałę, że nie można się oderwać. W czasie lektury lepiej nic nie gotować, by tak jak ja, nie spalić sobie garnków. Polecam. Polecam. Polecam! 

Izabella Frączyk, autorka m.in. Końca świata 

środa, 05 października 2016

 

 

 

Nakładem Wydawnictwa Replika ukazały się książki "Tadeusz od spraw zwykłych" Małgorzaty Klunder - czwarty tom sagi Niziołków z ulicy Pamiątkowej oraz "Natasza" Theodora Krogera. 

 

 

 Książkę znajdziecie:

http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=75

 

A na Pamiątkowej nigdy nie pada deszcz... 

Bo zwykłe dni stają się niezwykłe, bo nagle stajemy się świadkami cudów… 

Co jeszcze można powiedzieć o głównym bohaterze, kiedy w poprzednim tomie puenta wybrzmiała aż nazbyt ostatecznie? Czy to w ogóle wykonalne: utrzymać konwencję przesyconej uśmiechem opowieści, kiedy rzeczywistość płata nam figle? 
Okazuje się, że tak. Wszystko jest możliwe, jeżeli tylko otworzymy szeroko oczy i serca. Wtedy sprawy nawet tak poważne jak świętych obcowanie mogą być radosne, a nawet… odrobinkę, ociupinkę… frywolne. Wystarczy sztafeta ludzi dobrej woli, bo niebo wszak się otwiera, jeśli tylko brać je szturmem. Do boju ruszają więc wszyscy starzy i kochani znajomi, cała rodzina Niziołków z księdzem Jankiem na czele, ale też ci, którzy przedtem trwali dyskretnie w cieniu w rolach drugoplanowych i epizodycznych; w Polsce i w Szkocji. 

Zawsze z pogodnym uśmiechem.

 

Fragment:

 

Prolog

Była sobota, dziewiąty lipca dwa tysiące szesnastego roku. Ksiądz Jan, pełniący do czasu nowej nominacji obowiązki proboszcza parafii St Marie’s przy Reminder Street, jak zawsze w sobotnie popołudnie ukląkł obok krzesła w dużym pokoju.

– Odbija ci, Janeczku? – zapytał dobrotliwie ksiądz Tadeusz.

– Robię tylko rachunek sumienia! – pośpiesznie odpowiedział Janek. – Może być ksiądz spokojny, do spowiedzi pójdę normalnie do Świętego Niniana albo gdzieś…

– A, jak tylko rachunek sumienia, to jazda – zachęcił go były proboszcz.

– Pani Smith tak mnie wkurzyła na pogrzebie księdza, że… – zawahał się odrobinę penitent, to

 

 

jest bzdury gada narrator, robiący rachunek sumienia, oczywiście.

– Tak?… – z naciskiem dopytywał się ksiądz Tadeusz.

– Podpuściłem Ethana i Adama, żeby… – Oj, nabroił ten były wikary i ciężko mu teraz szło!

– Żeby?… – popędził go ksiądz Tadeusz.

– Wysmarowali jej samochód… – Jasiek nabrał oddechu – …nieczystościami – dokończył elegancko.

– Znaczy, gównem? – sprecyzował szef. Może już nie proboszcz, ale szefem pozostanie na wieki wieków.

– Tak – potwierdził ze skruchą Janek. Księżowska rutyna tak w nim siedziała, że ani mu w głowie nie postało tłumaczyć swoje postępowanie okolicznościami obiektywnymi. A okoliczności były doprawdy obiektywne: pani Smith najpierw nad grobem zalewała się łzami, przeszkadzając spazmowaniem w obrządku, by potem, nim jeszcze ostatnia garść ziemi spadła na trumnę, zacząć obgadywać proboszcza i rozpuszczać niewiarygodne plotki, że ponoć zostawił po sobie dwustuakrową posiadłość koło Aviemore i ciekawe, komu ją zapisał. Czy aby nie wikaremu i dlaczego właśnie jemu?

– A wiesz, że to podpada pod gorszenie maluczkich? – zapytał surowo ksiądz Tadeusz.

– Wiem – szepnął Janek i pochylił nisko głowę.

– Coś jeszcze? – zapytał szef.

– To, co zawsze. – Janeczek się ożywił. – Opowiadałem na stypie kawał o grabarzu, którego chciał przestraszyć pewien pijak…

 

– To nie jest nieprzyzwoite – zadecydował ksiądz Tadeusz.

– I o pijaku, do którego przyszła maleńka śmierć… – kontynuował Jasiek.

– Tego nie znam! – wciągnął się były proboszcz.

– Pijak padł na kolana i dalej błagać: „Nie zabieraj mnie jeszcze! Poprawię się! Przestanę pić!”.

– I co dalej? – spytał ochoczo ksiądz Tadeusz.

– A śmierć na to: „Zamknij się, ja nie po ciebie, ja po chomika!”.

– Jeżeli w miejsce „zamknij się” nie powiedziałeś „spierdalaj”, to również nie jest grzech – uznał ksiądz Tadeusz, a Janeczek tylko się spłonił. – Wieczorek przy tym był?

– Specjalnie się przecież do niego dosiadłem – potwierdził Jasiek.

– Pił na stypie? – chciał wiedzieć szef.

– Tak ksiądz pyta, jakby nie wiedział najlepiej! – żachnął się p.o. proboszcza, bo może i był łobuzem, co na stypie po proboszczu pikantne kawały opowiadał, ale wiary nikt mu odmówić nie mógł. – Nie pije od marca i na stypie też wytrzymał!

– W takim razie to dobry uczynek, a nie grzech – zawyrokował ksiądz Tadeusz. – Jeszcze coś? A jak tam biskup?

– Na razie w porządku, niech się ksiądz nie boi, w tej materii poza grzeszenie myślą się nie posunę! – obiecał natychmiast były wikary.

– No dobrze – powiedział z namysłem ksiądz Tadeusz. – To zrobimy tak: za pokutę pójdziesz do spowiedzi do Piotrowinów w Glenrothes…

 

– Za jaką pokutę?! – oburzył się momentalnie Janek. – Przecież to tylko rachunek sumienia!

– Nie chrzań, synu – usłyszał w odpowiedzi. – Nie musisz latać do nich co tydzień, raz na miesiąc wystarczy. Co tydzień zrób sobie tylko rachunek sumienia. I możesz chodzić raz do jednego, raz do drugiego, na zmianę. Im to też dobrze zrobi – powiedział szef z satysfakcją – bo chociaż raz posłuchają sobie ciekawej spowiedzi, a nie takich pobożnych blubrów 1. Poza tym będą ci się musieli zrewanżować, a to też im się przyda. Spowiednikiem jesteś, synu, doskonałym, wiem coś o tym…

– Okej, proszę księdza – uśmiechnął się Jasiek. Po czym wstał, ruszył do jeepa i pojechał prosto do Glenrothes, żeby mu się po drodze nie odechciało.

 – Chciałem prosić o spowiedź – powiedział w drzwiach do Piotrowina od Smartfonu.


 

 

Książkę znajdziecie:

http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=7

 


Co czuje człowiek, któremu udało się uciec z piekła syberyjskich tundr? 
Nienawiść? Rezygnację? Tęsknotę? 

Theodor Kröger, po latach naznaczonych wojną, głodem i cierpieniem, liczy na to, że jego tułaczka dobiegnie końca. W Berlinie, do którego udało mu się dotrzeć, napotyka na swej drodze sierotę z ogarniętej chaosem Rosji. Wraz z upływem lat pomiędzy nim a Nataszą – fascynującą dziewczyną, która wyrośnie na światowej sławy artystkę – zawiązuje się szczególne uczucie. 
Natasza. Moje miejsce w twoim sercu to opowieść o miłości, bez której nie ma nadziei na lepsze jutro, to historia, w której ekscytujący Berlin okresu międzywojennego i majestatyczne góry Szwajcarii niekoniecznie mają do zaoferowania więcej niż mała, zapomniana syberyjska wieś… 
Zamknąłem za sobą pewien okres życia, w którym bezlitosny los sprowadził mnie z rozpromienionych słońcem wysokości w bezduszną, ponurą ciemność. Zostało mi zabrane światło, jakim opromieniona była moja młodość, światło rozjaśniające i ogrzewające całe moje jestestwo. Zwiodło mnie ono na manowce, podobnie jak moich towarzyszy niedoli na Syberii, którzy bez słowa i pełni pogardy dla życia opuścili słoneczny blask, kierując się w stronę cienia.

 

Fragment:

Ten po części fabularyzowany opis przeżyć mego Męża w okresie po pierwszej wojnie światowej istniał zaledwie w pierwszej wersji manuskryptu, kiedy nieubłagany los przedwcześnie zabrał Theodora Krögera z kręgu żyjących, nie pozwalając mu dokończyć dzieła. Wydarzenia opisane w Nataszy łączą się nierozerwalnie z przeżyciami z okresu pobytu w niewoli na Syberii.

Czytelnicy wielokrotnie kierowali do mnie zapytania o dalsze dzieła mego Męża, co sprawiło, że w końcu dojrzała we mnie decyzja, aby upublicznić także jego ostatnią książkę.

Hildegard Kröger (jesień 1960)

 

 

I



Dumnemu statkowi z porwanymi żaglami i nadwyrężonym sztormem kadłubem udaje się niekiedy dotrzeć do zbawczego, choć obcego portu.

Tak było i ze mną. Zamknąłem za sobą pewien okres życia, w którym bezlitosny los sprowadził mnie z rozpromienionych słońcem wysokości w bezduszną, ponurą ciemność. Zostało mi zabrane światło, jakim opromieniona była moja młodość, światło rozjaśniające i ogrzewające całe moje jestestwo. Zwiodło mnie ono na manowce, podobnie jak moich towarzyszy niedoli na Syberii, którzy bez słowa i pełni pogardy dla życia opuścili słoneczny blask, kierując się w stronę cienia.

Spoglądałem na podstawkę lichtarza, w którym tkwiła płonąca świeca, w miejsce, gdzie zawsze zaczyna się ciemność. Taka jest właśnie nasza egzystencja – światło i cień! Epopeja mojej ucieczki rozpoczęła się przed czteroma miesiącami, w jednej z zapomnianych przez świat wiosek północnej Syberii. Droga ta liczyła niemal osiemset kilometrów, pokonywanych głównie nocą, przez pierwotny las. Klęska głodu oraz zamiecie ostatniej zimy bezlitośnie i całkowicie wyludniły tamtejsze osiedla, a tych niewielu ludzi, którzy pozostali jeszcze przy życiu, przypominało już tylko bestie. Wraz z moim małym, kudłatym konikiem o imieniu Kolka skradałem się od jednej kryjówki do drugiej, od jednego maleńkiego ogniska do drugiego, by w końcu dotrzeć do toru kolei transsyberyjskiej. Tam zostałem ciężko pobity przez patrol Czerwonej Armii. Tylko dzięki instynktowi życia, który niemal mechanicznie każe człowiekowi iść dalej, udało mi się wrócić do Niemiec, do Berlina, do taniej stancji studenckiej przy dworcu kolejowym Friedrichstrasse.

Teraz chciałem wreszcie zastanowić się nad sobą, spędzić samotnie trochę czasu z tym, co udało mi się uratować – z odrobiną życia, jakie mi pozostało. Świeca płonęła nadal… Obok unosił się na ścianie olbrzymich rozmiarów cień mojej sylwetki, gnąc się ciągle, gdy tylko płomień świecy poruszał się dotknięty powiewem powietrza. Światło ukazywało kontury pochylonego mężczyzny, jego nastroszone włosy, przewiązane opatrunkiem prawe ramię ukryte pod narzuconą nań marynarką i niekształtne, spuchnięte udo prawej nogi, które prawie nie mieściło się w rozciętej nogawce. Największy cień rzucała jednak kula zrobiona z syberyjskiej wierzby – mój wierny towarzysz, która najpierw wspierała kalekę, by później zginąć wraz z nim po trudach pokonanej drogi. Tego najwierniejszego przyjaciela zrobił dla mnie bez słowa stary chłop żyjący w pobliżu toru kolei transsyberyjskiej, nieopodal miasta Perm leżącego u stóp Uralu. Już wtedy nie pojmowałem, dlaczego kulejąc i wędrując wciąż przed siebie, mam dalej zawzięcie dążyć ku nieznanemu, będąc pozbawionym celu i domu.

Czego chciałem? Przeżyć znowu coś wzniosłego lub spaść na samo dno, skoro już wcześniej wszystko to poznałem? Cóż miały znaczyć dla mnie te przyswojone dawniej pojęcia? Zbytnio się od nich oddaliłem, za daleko posunąłem się w mojej wędrówce. Za wiele wiedziałem już o takim życiu. Zbyt dużo zobaczyłem za jego brudnymi kulisami, za wiele przeżyłem i musiałem znosić w ostatnich latach… Czy mój mózg będzie w stanie zmusić do ruchu te zmęczone i zniszczone po części członki? Prawdopodobnie. Ale w jakim celu? Tylko po to, by dalej znosić tę samotność?

Chciałem w samotności spędzić tę resztę życia, jaka mi pozostała. Przypominało ono mój cień, poruszany lekkim ruchem powietrza. Lecz w głębi wszystko było jeszcze zbyt żywe. Przed oczami pojawiały się obrazy kolejnych wspomnień. Jednym z nich była młoda dziewczyna o niepozornej twarzy, okolonej chłopską, kolorową chustą. Stała przede mną pełna lęku i niezdecydowania. Pobraliśmy się tuż przed moim wyjazdem z Petersburga, dzięki czemu mogła uciec na Zachód.

Od pierwszej chwili, gdy położono mnie na słomie rozrzuconej na podłodze bydlęcego wagonu, ta Rosjanka wypełniała swój obowiązek miłosierdzia, także wobec moich rannych towarzyszy, i nie odstępowała mnie na krok. Z niewyjaśnionych powodów wyjazd przeciągał się przez wiele dni. Dawno już zjedliśmy nasze mizerne racje prowiantu. Nikt nie opiekował się rannymi. Nieustannie pilnujący nas czekiści, młodzi i silni mężczyźni „komisji nadzwyczajnej” ubrani w czarne, skórzane kurtki i z czapkami ze świeżo wysztancowanymi sowieckimi gwiazdami, najwyraźniej sądzili, że przesadzoną surowością i ciągle odbezpieczonymi naganami zasłużą na swe pierwsze odznaczenia. Niemal wszyscy byliśmy zdani na pomoc kilku kobiet, z którymi moi towarzysze wzięli ślub w Rosji. One z kolei nieustannie czekały na pozwolenie, dzięki któremu mogły przynieść nam wodę do picia ze studni stojącej przed budynkiem stacji kolejowej, zniszczonej pociskami artyleryjskimi.

Przygniatająca cisza panująca w wagonach przerywana była tylko od czasu do czasu jękiem rannych. Brakowało płótna czy strzępów papieru, z których można byłoby zrobić nowe opatrunki. Niebawem zaczął otaczać nas przenikliwy odór ropiejących ran. Ból wciąż przybierał na sile i niebawem stał się nie do zniesienia. W końcu zasunięto drzwi wagonów. Gdy ich koła zaczęły się toczyć, „żona” położyła się u mego boku i zaczęła głaskać moje czoło swymi zimnymi dłońmi, które także od wielu dni nie zetknęły się z wodą. Nie wiedziałem, czy ta szczupła, jasnowłosa kobieta, dotąd rozpieszczane dziecko szanowanej rodziny, nie zarumieniła się zmieszana tym pierwszym dotknięciem swego „męża”.

Zobaczyłem ją o świcie siedzącą obok na podłodze, ubraną w brudny wełniany kubrak i juchtowe buty. Chwilami, dzięki łaskawości nowego wartownika, mogła się oprzeć o ramę uchylonych drzwi. Kiedy jednak przeprowadzano nową kontrolę – których podobnie jak innych szykan nie byliśmy już w stanie zliczyć – natychmiast wyraźnym głosem meldowała się naszym nazwiskiem, przyciskając jednak lękliwe dłonie do serca. Poprawiała mi kłąb słomy pod głową i troskliwie przykrywała kocem zgruchotane ramię, a kiedy sądziła, że moi towarzysze pogrążeni są we śnie, dodawała mi szeptem odwagi, przysuwając swe usta tak blisko, że czułem jej wargi na moim uchu. A potem w końcu znaleźliśmy się u naszego celu. W Berlinie. Z ramienia zwisał jej po chłopsku związany tobołek z kwiecistego perkalu, z którego wystawał dziubek czajnika z miedzianej blachy, niezastąpionego towarzysza na niekończących się rosyjskich drogach. Pośpiesznie go wyjęła wraz z jedynym nożem, jaki wolno nam było zatrzymać, i położyła je obok mnie, jakbym teraz miał pokonać jeszcze długą drogę… tym razem już samotnie. Może miała rację! Dwie stacje to mogło być bardzo daleko, tak daleko, że można się było stracić z oczu na zawsze. Spod chustki wystawał jej kosmyk sfilcowanych włosów. Na rzęsach pojawiły się łzy, by powoli spłynąć zaraz po policzkach. Widać było, że jest jej zimno.

Dworzec był udekorowany nowymi flagami równie nowej Republiki Niemieckiej, girlandami i powitalnymi transparentami. Orkiestra dęta zaintonowała In der Heimat, in der Heimat, da gibt’s ein Wiedersehn. Słychać było zewsząd wykrzykiwane nazwiska. Krewni powitali młodą Rosjankę kwiatami, dziękując mi wielkimi i pustymi słowami za jej uratowanie. Zachowywali pełną respektu postawę i czekali, aż się pożegnamy. Wszystko to jednak docierało do nas z oddali. Czuliśmy się nieskończenie samotni, zagubieni w nowym świecie, którego brzeg osiągnęliśmy, pokonując wiele niebezpieczeństw. I ciągle zadawaliśmy sobie pytanie, co dalej. Musieliśmy się rozstać – tak się umówiliśmy.

Fiedia… – wyszeptała. – Nasz podróż dobiegła końca… Przez wszystkie te noce leżeliśmy obok siebie, słuchając stukotu kół i szumu okrętowych silników… z napięciem i obawą, że to wszystko nagle się skończy… Byłam szczęśliwa, że mnie potrzebowałeś… – z powodzi swych chaotycznych myśli zdołała jeszcze wydusić z siebie ostatnie słowa i zarazem pytanie: – A ciebie nikt nie wita? Po tylu latach!

Pociąg wolno ruszył. Nie czułem nic poza samotnością, słyszałem tylko echo wybrzmiewających słów wypowiadanych przez oddany mi, przyjazny głos. Napotkałem jeszcze jej pełne lęku spojrzenie.

Będziemy do siebie pisać, Fiedia… na pewno. I nigdy nie stracimy się z oczu. Gdziekolwiek będziesz… gdziekolwiek. Ja… ja nigdy cię nie zapomnę!

Z ręką uczepioną poręczy ruszającego wagonu próbowała dotrzymać mu kroku. W końcu tobołek spadł jej z ramienia. Potknęła się o niego z okrzykiem przestrachu. Więcej już jej nie zobaczyłem…

Gdy tak siedziałem w tym mrocznym, słabo oświetlonym pokoju, poczułem, jak znowu ogarnia mnie fala bólu. Jego ciszę wypełnił nagle mój jęk. Moje spojrzenie zaczęło wędrować wokół niczym wzrok zwierzęcia zamkniętego w klatce. Jeszcze jeden krok, drobny ruch ręką i dotrę do granicy wielkiej ciszy…

Ale mózg czy serce nie wydały rozkazu. Coś ciągle we mnie żyło! I coś nadal chciało żyć! Czekałem. Na co? Tego nie wiedziałem. Chociaż… Sprowadziło mnie tutaj przyrzeczenie, obietnica, że wrócę, że muszę wrócić do domu. Był to także zacięty upór połączony z wściekłością i chęcią zniszczenia wszystkiego wokół mnie z powodu odczuwanego bólu, zapomnienia rzekomych mądrości losu, który pozwolił, aby niegdyś ukochana przeze mnie kobieta oraz tysiące wojennych towarzyszy zostało bestialsko zamordowanych w szalejących śnieżycach. Chciałem ten los udusić własnymi rękoma, zmusić go, by wreszcie ujrzał swą ślepotę i marność.

Upór, jakim charakteryzowałem się już w młodości, zawsze do tej pory ratował mnie z opresji, skutecznie odnawiając. Również w tej chwili udało mu się przegnać ciemność, której tak bardzo jeszcze przed chwilą pragnąłem. A więc to on był tym, co we mnie żyło! Zaczął bić zegar na wieży, a ja liczyłem każde z jego uderzeń. Potem jednak znowu ogarnęła mnie fala bólu, który od pewnego czasu mogłem uśmierzyć jedynie morfiną, jako że dotychczasowe medykamenty zapisywane przez lekarza były tylko namiastką pomocy. To ten ból zmusił mnie w końcu, bym się całkowicie obudził i nakłonił mnie do działania, do ruchu, który pomógł mi wyjść z tego otępienia.

Wyciągnąłem z pudełka strzykawkę i zrobiłem zastrzyk. Przy tej okazji zauważyłem maleńką kapsułkę, w jaką zaopatrzyli mnie przyjaciele, abym był przygotowany na wszystko. Gdy wziąłem ją w palce, wyśliznęła mi się… zalśniła krótko w świetle świecy… i rozbiła na podłodze. We mnie także pękło teraz coś bardzo ciężkiego, coś, co dotąd musiałem znosić z wielkim trudem. Teraz to zniknęło. I wcale mi tego nie brakowało.

Opuściłem powieki. Miałem wrażenie, że moje ciało straciło ciężar. Ból stopniowo zanikał. Myślenie przeszło w nierzeczywisty sen, zmieniając się w nieokreśloną, szczęśliwą egzystencję funkcjonującą w nierealnym wymiarze, którego delikatny kobaltowy błękit zwiastował nadejście dziwnej fali światła. Jednocześnie w uszach rozbrzmiała mi prawie niesłyszalna, nieskończenie doskonała i swym pianissimem przypominająca tchnienie muzyka rogów, którym towarzyszyło delikatne, wywodzące się jakby z próżni vibrato skrzypiec. Słuchałem jej i słuchałem bez końca.

wtorek, 06 września 2016

 

 

 

 

 

Premiera: 13 września

 

W stronę marzeń to trzymająca w napięciu, pełna brawurowych zwrotów akcji opowieść, w której miłość i sprawiedliwość walczą z bezwzględną pazernością, a stawką jest ludzkie życie. 
Młoda Polka wyjeżdża z rodziną do USA. Na skutek tragicznych wydarzeń los obdarowuje ją wielką fortuną. Jednakże ogromne pieniądze przynoszą śmiertelne zagrożenie dla jej najbliższych. 
Ameryka. Dla wielu Polaków Ziemia Obiecana: przestrzeń, zachwycające krajobrazy, szybkie samochody, pieniądze i nieograniczone możliwości kariery – od pucybuta do milionera. Jaka będzie ta Ameryka dla Danusi – dziewczyny z polskiej prowincji? Czy „amerykański sen” nie okaże się jednym wielkim koszmarem?

 

Powieść wielowątkowa zawierająca melodramat, romans, prawdziwą miłość, ogromne pieniądze, rodzinne tajemnice, ciekawe postaci, szybką akcję. Dla miłośniczek telenoweli, seriali (np. Dynastii, Pogody dla bogaczy). 

 

 

 

 

Szczegóły: http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&s=szu&id=155

 

 

Fragment powieści:

"Obudziła się „dokładnie”, to znaczy pięć minut przed budzikiem. Jeszcze w liceum nauczyła się tego sposobu. Po prostu przed zaśnięciem wyobrażała sobie zegar z żądanym terminem pobudki i silne postanowienie, a raczej życzenie, że o tej godzinie musi wstać, realizowało się samo. Najlepsze było to, że sposób okazał się niezawodny, niezależny od ilości przespanych godzin.

Budziła się według życzenia, gorzej było z zasypianiem. Szczególnie w ostatnim tygodniu. I nie była pewna, czy to radość czy niepokój jest przyczyną. Ale za dwie godziny wszystko będzie jasne. To oczywiste, musi być tylko radość, szczęście…

Gdy weszła do kuchni, mama zapytała:

– Danuśka, po co wstałaś tak wcześnie? Niedziela, możesz jeszcze pospać.

– Mamo, muszę jechać.

– Dziecko, dopiero wieczorem przyjechałaś i już wracasz? Przecież dziś nie pracujesz.

– Tak, ale obiecałam Asi, że zostanę z małym, bo ona zdaje jakiś egzamin…

– Rozumiem. Ale znowu tak krótko… Wpadasz jak po ogień i już cię nie ma.

– Nadrobię w przyszłym tygodniu. – Mówiąc to, chwyciła jedną kanapkę i pobiegła na swój stryszek, który reszta rodziny dumnie nazywała poddaszem.

Nie lubiła okłamywać kogokolwiek, a już szczególnie podle czuła się, gdy nie mówiła prawdy rodzicom. Ale to była wyjątkowa sytuacja. Mirek przyśpieszył spotkanie. To nawet dobrze, bo ona też ma dla niego rewelację. Ciekawe, co go skłoniło. Przecież jest na praktyce w szpitalu. Musiał wziąć wolny dzień, bo z Krakowa do Gdyni nie obróci w jednym dniu. Miał przyjechać dopiero za tydzień i zostać na Kaszubach do końca września. Co to jest, że nie może poczekać siedmiu dni? Ee, pewnie tęskni, tak jak ja…

Spojrzała w lustro, obróciła się dookoła i zadowolona rzekła do siebie:

– No, świetnie… Może być. Biegnę do ciebie, mój kochany… Już niedługo.

Zegar wybił wpół do ósmej, co nakazywało chwycić torebkę i biec na przystanek. Weszła jeszcze do kuchni, cmoknęła mamę w policzek i już w drzwiach zawołała:

– Mama pożegna tatę i całą resztę. Za tydzień przyjadę!

– Z Bogiem, córuchna. Ale ty nic nie zjadłaś. Danuśka, weź kanapki!

Danka jednak była już na podwórku. Skierowała się w stronę żużlówki. Ta droga prowadziła do przystanku autobusowego i nie groziła uszarganiem spodni w porannej rosie. Na skróty było bliżej, ale musiałaby iść wąską ścieżką przez zagajnik, z trawą do kolan. To było dobre w czasach ogólniaka. Dziś musiała wyglądać elegancko.

Szkoda, że Mirek nie powiedział dokładnie, o której będzie na dworcu. Gdyby zdążyła, wyszłaby na peron. „Czekaj w kawiarni” – powiedział i odłożył słuchawkę. Spotykali się zawsze w tej samej, więc nie ma problemu. To, co miała mu powiedzieć, trochę skomplikuje sprawy… Nie tyle jemu, co jej, ale wszystko się na pewno ułoży. Może zdecydował się na ślub? Chociaż… raczej nie. Zawsze mówił, że dopiero po studiach. No, ale w takiej sytuacji… Nie, przecież on jeszcze nic nie wie…

Klakson autobusu na zakręcie przerwał jej rozmyślanie i kazał przyśpieszyć.

Niedziela, mało pasażerów. Za pół godziny będzie w Gdyni.

 

Tymczasem Mirek, student po czwartym roku medycyny, spoglądał na peron w Sopocie. Pośpieszny stał tu krótko, ale i tak sporo pasażerów opuściło pociąg. Do Gdyni dojeżdżali już tylko rodowici gdynianie lub wczasowicze, których w połowie września było niewielu.

Od samego Krakowa jechał w przykrym nastroju. Próbował nie myśleć, jak rozegrać tę smutną rozmowę, ale postać Danki wciąż wracała. Znali się od trzech lat. To była świetna dziewczyna. Przedstawił ją rodzicom. Ojciec nie miał nic przeciwko tej znajomości, ale mama… Kiedyś powiedziała wprost: Synu, górujesz nad nią intelektem, ale to bardzo dobra osoba… Zostaw ją w spokoju, niech sobie znajdzie innego chłopaka. Wyrządzisz jej wielką krzywdę, bo ją kiedyś zostawisz… Oczywiście gorąco zaprzeczał i szczerze wierzył w to, co mówił. Ale dziś… sprawdziły się wizje mamy. Od miesiąca znał Ikę. Jedno wielkie – wspaniałe – przeciwieństwo Danki. Oszalał na jej punkcie.

Ika, córka ordynatora chirurgii w szpitalu w Krakowie, kończyła właśnie szkołę teatralną. Była trochę starsza od Mirka, ale to zupełnie nie miało znaczenia. Jak ona się uchowała w takim środowisku? Taka świeża, młodzieńcza, i – o czym był przekonany – „nietknięta”. Zresztą… Całkiem wyraźnie dała mu do zrozumienia, że dotrwa w tym stanie do ślubu.

Tylko jak o tym wszystkim powiedzieć Dance? Jedzie po to, by definitywnie z nią zerwać. Kiedyś na pewno ją kochał. Jeszcze przed miesiącem… No, ale przy Ice Danuśka wygląda jak bezradne dziecko. Jest taka jakaś… nieobyta. Chyba dlatego nie dostała się na studia, chociaż bardzo dobrze zdała maturę. Od października zamierza iść na wieczorowe. Cały rok pracowała w jakimś biurze. Mówi, że trochę odłożyła i starczy na opłacenie nauki. Dzielna dziewczyna, bo na pomoc rodziców nie może liczyć. Ma jeszcze troje młodszego rodzeństwa. Wszyscy w szkole. Ale to za mało, żeby ciągnąć tę znajomość. Ika jest nadzwyczajna… To jak szczęśliwy los na loterii.

I tylko przypadek sprawił, że się poznali. Akurat był w gabinecie ordynatora, gdy przyszła pożegnać się z ojcem, bo zamierzała lecieć do Włoch. Szef przedstawił ich sobie, wyszli do szpitalnego parku i Ika już nigdzie nie poleciała. Minęły cztery cudowne tygodnie i teraz trzeba o tym powiedzieć Dance. Chciał, aby rozstali się w zgodzie, jak przyjaciele. No, ale z dziewczynami nigdy nie wiadomo. Oby Danka okazała się dorosła. Nawet niech błyśnie tym swoim chłopskim honorem, niech da mu w twarz, żeby tylko nie próbowała spotkać się z Iką. Mogłaby ją zrazić do niego. Ika jest taka wrażliwa, delikatna.

Już Gdynia. Do spotkania w kawiarni jeszcze pół godziny, ale to za mało, aby wpaść do domu. Lepiej poczekać na Dankę. Zająć jakieś dobre miejsce, najlepiej stolik w kącie, żeby uniknąć zbyt wielu świadków przykrej sceny. Szkoda, że się nie umówili w parku albo na plaży.

Zbliżając się do znajomej kawiarni, już z daleka zauważył Danusię. Widocznie ona dostrzegła go wcześniej, bo minęła lokal i szła w jego kierunku. Raczej biegła. Coś go ścisnęło w okolicach żołądka. Jakiś niepotrzebny skurcz. Cholera… będzie trudno. Jak pięknie wygląda. Jak chyba nigdy dotąd. W spodniach jej nogi wydawały się jeszcze dłuższe. Włosy do pasa, niezaplecione w warkocz… Wyciąga ramiona i otacza nimi jego szyję.

– Jak dobrze, że wcześniej przyjechałeś. – Patrzy nieco zdziwiona, że on zdejmuje jej ręce i nie całuje.

– Wejdźmy do kawiarni, musimy porozmawiać…

– Coś się stało? Jesteś jakiś smutny.

O tej godzinie są jedynymi gośćmi. To dobrze.

– Poproszę dwie kawy. – Poczekał, aż dziewczyna zajmie miejsce. Usiadł nie obok, jak zwykle, tylko naprzeciwko. A ona przestała się uśmiechać i ponownie spytała:

– Coś się stało?

Milczał chwilę.

– Widzisz… coś się zmieniło…

– Nie rozumiem. U mnie wszystko po dawnemu.

– Tak, tak. Zmieniło się u mnie. To znaczy… poznałem kogoś…

Cholera, co dalej? Ona nawet nie pyta kogo. Patrzy tylko jak dziecko, któremu odebrano jedyną zabawkę. Dziewczyno… rąbnij mnie w łeb, kopnij, przewróć stół, oblej wrzącą kawą… tylko nie patrz tak. Ale ona nawet nie zamrugała, schowała tylko dłonie pod blat stołu, chyba nie chce pokazać, że drżą jej ręce… Trzeba coś jeszcze powiedzieć, wyjaśnić, może przeprosić…

– Poznałem Ikę w Krakowie. Zaraz po rozpoczęciu praktyki. Jest wyjątkowa…

– Spałeś z nią? – zapytała bez cienia emocji, a on jak sztubak, niemal wrzasnął:

– Nie! Skądże! Nawet nie dała się tknąć. I chyba tym mnie oczarowała…

Mówił coś jeszcze, ale ona już nie słyszała. Z całej siły wbiła paznokcie w dłonie i mocno zacisnęła pięści.

Ty podły skunksie. To znaczy, że ja jestem ulicznicą, bo zaciągnąłeś mnie do łóżka. I chociaż jesteś pierwszym i jedynym mężczyzną mojego życia, to nie jestem ciebie warta… bo zjawiła się osoba, może nie lepsza, tylko mądrzejsza ode mnie. Ty gnojku przemądrzały… i ja ciebie kocham… bo przecież cię kocham. Nie, nie powiem ci tego. Nie potrzebuję twojej litości i ślubu pod przymusem… – Tak, ale to tylko jej myśli. Nie odzywa się, walczy z tymi głupimi łzami, żeby nie spłynęły po policzkach, a on ciągle coś mówi…

– …jak przyjaciele. Będę cię mile wspominał… mam nadzieję, że ty mnie też…

Boże, co za kretyn. Przecież wie, jak bardzo go kocha. Zapomniał, co jej przysięgał? Chyba tak, nie warto mu przypominać. Powinna natychmiast wyjść, ale nogi ma jak z waty. Nie ma mowy, żeby zrobiła choćby kilka kroków. Nie, nie urządzi przedstawienia, nie przewróci się. Posiedzi chwilkę i dojdzie do siebie. Ale on musi stąd wyjść. Natychmiast. Jeszcze trochę, a podrapie mu tę piękną gębę i Ika może go nie przyjąć. Wtedy wróciłby do niej… Ale ona już go nie chce. Nie, nie…

– Przestań mówić i wyjdź…

– Nie rozumiem…

– Wyjdź stąd, zostaw mnie. Chcę być sama.

– Może odprowadzę cię na dworzec?

– Wyjdź! Natychmiast!

– No już dobrze… Bądź zdrowa i szczęśliwa… Idę…

Zobaczyła go jeszcze na chodniku. Obejrzał się i poszedł dalej. Teraz dopiero zaczęła płakać. Nie powstrzymywała już łez. Dreszcze wstrząsały ciałem. Podszedł kelner. Zaczęła szukać portmonetki.

– Nie, nie. Ten pan zapłacił… Może szklankę wody? – zapytał.

Bezgłośnie kiwnęła głową. Miał już tę wodę na tacy, postawił przed nią, odczekał kilka sekund i rzekł:

– Na jednym facecie świat się nie kończy…

– Tak, tak, dziękuję…

Zrozumiał, że nie ma ochoty na rozmowę, i odszedł.

Po chwili zrobiło się głośno. Weszła grupa wczasowiczów z kocami. Widocznie wybierali się na plażę. Czasem wrześniowe lato jest w Gdyni bardzo piękne.

 

Dopiero pod bramą domu zorientowała się, że nie ma torebki. Jeszcze przed godziną uznałaby to za duży problem. Klucze, dokumenty, kilkadziesiąt złotych… Co to jest w porównaniu z tym?! Odszukała nazwisko Asi i nacisnęła domofon.

– Asia, to ja. Otwórz…

Koleżanka nic nie odpowiedziała. Rozległ się cichy szmer automatu. Otworzyła drzwi i powlokła się schodami na trzecie piętro. Nie miała nawet klucza do windy. Nie miała nic…

Asia stała w drzwiach. Była pewna, że stało się coś złego. Takie ślimacze tempo to nie w stylu Danki. Coś ją zwaliło z nóg, ale co? Może coś w domu? Nie, wówczas nie wróciłaby do Wrzeszcza. Patrzyła na koleżankę, właściwie serdeczną przyjaciółkę, która szła po schodach jak staruszka. Co prawda nie trzymała się poręczy, ale zazwyczaj, jeśli nie jechała windą, trzecie piętro osiągała prawie równocześnie z nią. Teraz spuściła głowę i wreszcie stawia nogę na ostatnim stopniu.

– Coś w domu?

– Nie pytaj… później… – i pobiegła do łazienki.

 

Mały zaczął płakać. Trzeba go przewinąć i nakarmić.

Gdy uporała się z pracami przy synku, postawiła czajnik na gazie.

– Danusia, kawy czy herbaty? – Nigdy nie rozmawiały przez drzwi toalety, ale trzeba ją wreszcie stamtąd wyciągnąć.

– Dziękuję, samej wody. – Wyszła, ale zaraz zniknęła za innymi drzwiami.

Danka wynajmowała pokój u Asi i jej męża. Właściwie trudno to tak nazwać. Ale umowa była przejrzysta. Gdy Andrzej był na morzu, Danusia mieszkała w najmniejszym pokoju. Gdy wracał z rejsu, opuszczała ich mieszkanie, chociaż gospodarze zapewniali, że wcale im nie przeszkadza. Ale ona wiedziała swoje. Czasem był to miesiąc. Ostatni urlop Andrzeja trwał, z powodu zmiany armatora, siedem dni.

Nie płaciła za pokój. Asi nie były potrzebne pieniądze. Potrzebna była Danusia. Odpowiedzialna, uczciwa Danusia, z którą bez obaw mogła co drugie popołudnie zostawić Tomka. Dzięki niej nie przerwała studiów. Przeniosła się tylko z dziennych na wieczorowe. Taki układ odpowiadał obydwu stronom. Danka wracała z pracy przed szesnastą. Co drugi dzień mijały się tylko w drzwiach i spotykały dopiero po dwudziestej pierwszej. Nie płacąc za mieszkanie, mogła odłożyć pieniądze na studia zaoczne, które zamierzała podjąć od października. To nie kolidowałoby z nauką Asi, bo zaoczne wykłady odbywały się w soboty i niedziele i tylko raz lub dwa razy w miesiącu. Ale teraz… teraz nareszcie mogła się wypłakać.

Wcisnęła twarz w poduszkę, jakby to mogło powstrzymać łzy. Nie słyszała pukania ani słów przyjaciółki. Poczuła dopiero jej dłoń na ramieniu.

– Jeśli nikt nie umarł, to przestań beczeć. Wypij melisę.

Usiadła i wzięła filiżankę. Ręce jej się trzęsły jak galareta.

– Opanuj się, bo się poparzysz… Może przydałaby ci się wizyta lekarza?

– Lekarza? – odpowiedziała pytaniem. – Nie, przydałoby mi się trochę rozumu. Miesiąc temu…

– Oblałaś egzaminy wstępne? Nie, przecież zdałaś bardzo dobrze. Mów, do cholery, co się dzieje, albo nie miej takiej cierpiętniczej miny! Nie, nie chcę z ciebie niczego wyciągać, ale może potrafiłabym ci pomóc?

– Jesteś kochana, ale nikt nie może mi pomóc…

– Danuśka… masz dwadzieścia lat, chyba zwariowałaś z tym pesymizmem. Chłopak cię rzucił? Nie, przecież patrzy w ciebie jak w obrazek. Boże, zgubiłaś forsę! Wróciłaś bez torebki… I to cię tak zmogło?! Zwariowałaś?! Pożyczę ci i jakoś przeżyjemy. – To mówiąc, odgarniała jej z twarzy mokre od łez włosy.

– Asia… Asia… nikomu tego nie mogę powiedzieć, a sama nie umiem sobie poradzić!

– Boże, Danusia… narkotyki?

– O Jezu, aż taka głupia to nie jestem.

– Nie będę więcej zgadywać. Wypij do końca i połóż się. Wychodzę z Tomkiem na spacer.

– Asia… przepraszam. Muszę to wszystko przemyśleć.

– Dobrze, już dobrze. Odpocznij.

Pobożne życzenie. Nigdy w życiu nie spała w dzień, nawet po dyskotece.Po wyjściu Asi wstała i sprzątnęła kuchnię. Następnie przedpokój i łazienkę. Położy się, gdy usłyszy, że wracają.

Tak minęła reszta niedzieli. Ponuro i milcząco.

Kolację jadły oddzielnie. Danka udawała, że śpi, więc Asia zostawiła jej kanapki pod kloszem.

Ranek nie poprawił nastroju. Gdy gospodyni weszła do kuchni, butelka Tomka już się studziła, a Danka dojadała wczorajszą kolację.

– Zrób sobie coś świeżego. Co te kanapki są dzisiaj warte?

– Ee, lepiej być chorym, niżby dar Boży miał się … – Nie dokończyła śmiesznego powiedzonka, zasłoniła usta rękami i wybiegła do łazienki. Nawet nie zamknęła drzwi…

Zrobiła to dopiero po chwili, spuściła wodę i odkręciła kran. Wsadziła głowę pod zimny strumień.

– Boże, chyba oszaleję…"

wtorek, 30 sierpnia 2016

 

 

ZAGINIONE MIASTO Anna Klejzerowicz 

 

 

Link do książki:

http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=77

 

Emil Żądło powraca! A wraz z nim tajemnica pewnego zaginionego w dżungli amazońskiej prastarego miasta oraz ludzi od lat nadaremnie go poszukujących. Cóż może mieć ono wspólnego z Gdańskiem czasów II wojny światowej oraz z Gdańskiem współczesnym? Dlaczego znów giną ludzie, którzy dali się porwać zagadce? Przekonajcie się wraz z dziennikarzem śledczym Emilem Żądło oraz jego przyjaciółką, muzealniczką Martą Zabłocką. Będą Wam towarzyszyć żądza i obsesja, niebezpieczeństwo i śmierć. Ale także pasja i wielkie emocje. 

 

 

 

BRUDERSZAFT ZE ŚMIERCIĄ Boris Akunin

 

 

 

 Link do książki:

http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&s=now&id=484



Druga odsłona cyklu Bruderszaft ze śmiercią to kolejne dwie minipowieści utrzymane w eksperymentalnej konwencji „powieści-filmu”, która ma na celu połączenie tekstu literackiego z wizualnością dzieła filmowego. 
W Latającym słoniu poznajemy wyborną historię o szpiegowskich aferach z 1915 roku – aferach, które zrewolucjonizowały rosyjskie lotnictwo… Kapitan Josef von Teofels otrzymuje niecodzienną misję – dostać się do elitarnej załogi Ilji Muromca. Rzeczywistość pokaże, że nie jest to wcale takie proste… 
W Dzieciach Księżyca napotykamy na agenta rosyjskiego kontrwywiadu, który ma za zadanie rozpracować siatkę szpiegowską. Aby wykonać zadanie, musi przeniknąć do artystycznego klubu i kabaretu „Dzieci Księżyca”. A zbierają się tam ludzie bardzo szczególni − dekadenci… 
Wyborny humor i doskonale skonstruowana fabuła tylko potwierdzają kunszt pisarski Borisa Akunina! 

poniedziałek, 27 czerwca 2016

 

 

Klimatyczne i niezwykle kobiece. Wydawnictwo Replika oferuje na wakacje wiele tego typu powieści.

Co ja wezmę ze sobą w plecak na wakacyjne wojaże?

 

 

Noc Perseidów - Edyta Świętek

 

 

 

Czy istnieje miłość aż do końca świata? Tak miało być w przypadku Emilii i Tomka, którzy tworzyli parę od „zawsze”. Jednak los bywa przewrotny i wtedy, gdy wszystko wydaje się już ustalone, zmierzając do szczęśliwego zakończenia, historia nagle zaczyna zmieniać swój bieg... 

Tuż przed ślubem Tomek zaczyna mieć wątpliwości. Bardzo kocha Emilię, lecz ta poważna decyzja skłania go do refleksji nad tym, jak ma wyglądać jego dalsze życie. Czy ta miła, ale prosta, niemająca większych ambicji i nieprzykładająca wagi do swojego wyglądu dziewczyna sprosta jego wymogom? Gdyby tylko czasem kupiła sobie jakąś modną sukienkę albo chociaż pomalowała paznokcie… Kiedy poznaje Adriannę, odkrywa, że właśnie takiej kobiety pragnie – ambitnej, wyzwolonej, za którą oglądają się wszyscy mężczyźni. Rozdarty pomiędzy miłością a egoistycznymi pragnieniami, musi podjąć ostateczną decyzję, która w równym stopniu zaważy na dalszym życiu tych trojga… 

Czyje marzenia, wypowiedziane w noc Perseidów, spełnią się, a które będą musiały odejść na zawsze w zapomnienie?



Brawo za tytuł. Brawo za okładkę i brawo za odważną historię, która doskonale ilustruje powiedzenie: „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Mocna książka, taka, jak lubię. Polecam! 


Joanna Sykat, autorka m.in. Jutro zaświeci słońce i Tylko przy mnie bądź 

Spod pióra Edyty Świętek wychodzi następna fascynująca opowieść, utkana z okruchów życia, a autorka umacnia nią swoją pozycję wśród najlepszych przedstawicielek polskiej literatury obyczajowej. To powieść o wszystkich najistotniejszych aspektach życia. W jej tle wielka miłość, namiętność, zdrada, łzy, szczęście, rodzina, pieniądze. A na pierwszym planie marzenia − wypowiedziane w noc Perseidów, magiczny czas, kiedy podobno się spełniają... 

Joanna Szarańska, autorka I że ci nie odpuszczę 

 

 

 

Tonia - Iwona Małgorzata Żytkowiak

 

 

 


 


"Tonia" Iwona Małgorzata Żytkowiak


Jeśli szczęście nie przychodzi samo, warto w nie uwierzyć i wywołać, a wtedy stanie się prawdą. 

Tonia jest prostą i silną kobietą, „jak tysiące innych kobiet – Jolek, Mart, Ewek. Ani ładna, ani brzydka. Tonia jest cudnie zwykła”. Chce dla siebie innego, lepszego życia niż to, które poznała w dzieciństwie. Kończy szkołę, wychodzi za mąż, ma troje dzieci i zawsze próbuje coś osiągnąć. Tonia kocha, wpada w cudze życia jak burza i przewraca je do góry nogami. Czasem wygrywa, jeszcze częściej przegrywa. Nie poddaje się i chce walczyć, udowodnić, że też coś znaczy. 

Iwona Żytkowiak kreśli w swej powieści portrety dwóch zupełnie różnych kobiet. Tonię poznajemy jako postać widzianą oczami jej przyjaciółki, jedynej powierniczki. Losy bohaterek wciąż splatają się ze sobą, a z czasem relacja ta staje się coraz bardziej zażyła. Rodzi się przyjaźń, która na pierwszy rzut oka nie powinna mieć szans, a jednak trwa nadal, pomimo odmienności charakterów. 

"Tonia" to opowieść o niezwykłych więziach międzyludzkich, o ważnych sprawach, które umykają nam w życiu i o ciosach, po których zawsze można się pozbierać. Jednym słowem… to piękna historia o drugich szansach! 

 

 

 

Rozmowa z Botem - Piotr Sender

 

 

 

Julian w dniu swoich czterdziestych urodzin chciałby dostać dwa prezenty: śmierć i rozmowę. Śmierć musi zafundować sobie sam w formie samobójstwa, do rozmowy niestety potrzeba drugiej osoby, choć jeśli jest się samotnym mężczyzną, którego porzuciła rodzina, w dodatku z awersją do ludzi, to od biedy wystarczy komputer i ktoś (coś?) po drugiej stronie monitora. Julek snuje smutną i pełną goryczy opowieść o pustce, w której główne role grają on, jego żona, matka, ojciec, ukochana i przyjaciółka, a żadne z nich nie zasługuje na Oskara. Polska B, plan B - bo nigdy ten zakładany w pierwszej kolejności Julkowi się nie powiódł - i tajemniczy interlokutor Bot, program komputerowy… Chociaż w tej opowieści może się okazać, że to człowiek jest zaprogramowany, a program bardziej ludzki niż to możliwe. 



Myślę, że to najbardziej dojrzała powieść Piotra Sendera. Historia samotności i kolejnych utrat bliskich osób. Kameralna sceneria każe nam zapytać o to, kim się stajemy, kiedy widzi nas tylko ekran komputera? Niespokojna, przesycona fatalizmem, ale i pewną nadzieją książka. 

Jarosław Czechowicz („Krytycznym okiem”)

 

 

 

Polecam także najnowszą powieść Joanny Sykat, której to patronuję medialnie :)

 


 

 

A Wy? Co zabierzecie ze sobą na wakacje? 

 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi