Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego

Wywiady

sobota, 28 stycznia 2017

 

 

 

To już drugi mój wywiad z autorką, która zaskakuje mnie na każdym kroku. Pisze lekko, sugestywnie, z niezwykłą erudycją i poszanowaniem dla słowa. Kilka dni temu miała miejsce premiera Jej drugiej, zupełnie niesztampowej powieści "Kiedy będziemy deszczem."

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki :)

 

Jest niezwykle skromna, sympatyczna i życzliwa. Jest Polką, która za miejsce swojego obecnego bytu wybrała Holandię. Kraj zróżnicowany, z zupełnie odmienną od polskiej kulturą, światopoglądem, mentalnością. O sobie mówi: Nadal wiszę sobie w tej bliżej nieokreślonej przestrzeni między światami i jest mi chyba tak dobrze. Tworzy w swoich powieściach bardzo wyrazistych bohaterów, którym umiejętnie krzyżuje drogi życiowe, by w pewnym momencie trochę nimi pomanipulować, dodać im większej autentyczności. Nie da się z nimi nieutożsamić. Każdy czytelnik znajdzie w Jej powieścich precyzję, bezpretensjonalność i ciekawą fabułę, która urzeka, wywołuje chwilę refleksji, zadumy, a nawet łzy w oczach. Jedno jest pewne. Po książkach Dominiki van Eijkelenborg pozostanie w myślach przestrzeń na przemyślenia.

 

O czym rozmawiałyśmy? Na pewno o bohaterach najnowszej powieści, Jej niezwykłej pasji jaką jest łucznictwo, o kulturze holenderskiej i o czasie między wydanymi powieściami.

 

Zapraszam na wywiad z Dominiką van Eijkelenborg, autorką "Czułego punktu" i "Kiedy będziemy deszczem" :)

 

 

 

Dominiko, z nowym rokiem nowa powieść, prawie trzy lata od debiutu Czułego punktu. Czym jest dla Ciebie ten czas, te trzy lata?

Naprawdę to już trzy lata? Nie miałam poczucia, że minęło tyle czasu. Pewnie dlatego, że szczęśliwi czasu nie mierzą. Albo zajęci Te trzy lata to czas, gdy rosły moje córki, zimy zmieniały się w wiosny, a te z kolei przeradzały się w gorące letnie miesiące, życie zrobiło się jeszcze bardziej intensywne. To również trzy powieści, które w tym czasie napisałam. Jedną z nich właśnie miałaś okazję przeczytać, mam nadzieję, że na dwie pozostałe również przyjdzie kolej.

 

Podobnie jak w pierwszej tak i w drugiej, bohaterką uczyniłaś Polkę, która żyje w Holandii. Z Ingą jest tak, że wychodzi za mąż za Holendra, zakładają rodzinę, mają dwójkę dzieci. Łatwiej jest Ci pisać z perspektywy Polki? Równie dobrze bohaterką mogła być Holenderka. Jak to było?

Nie wiem, czy lepiej mi pisać z perspektywy Polki, na pewno w przypadku tej powieści tak było.

W grudniu skończyłam pisać powieść, w której wszyscy bohaterowie są Holendrami.

Odmienna narodowość Ingi była celowa. Miała jeszcze bardziej zaakcentować jej samotność, poczucie wyobcowania. Pewnie mogła być Holenderką, ale chodziło mi o stworzenie postaci, która na wszystkich płaszczyznach życia była w pewnym sensie wyizolowana. Z tego też powodu pojawił się problem uzależnienia od alkoholu w rodzinie Ingi. Starałam się dotrzeć do źródeł tego, jak Inga widziała i odczuwała świat, pokazać i wytłumaczyć, skąd w niej ta tłumiona, a jednak dominująca potrzeba łączności z kimś. Jeśli dobrze wczytać się w powieść, można dojrzeć, że Inga nawet z własnymi dziećmi z trudnością buduje intymną i bliską relację. Zresztą macierzyństwo, gdy nie ma się wsparcia bliskiej przyjaciółki, mamy, siostry, babci, cioci, kogokolwiek, kto doradzi i wesprze, może być wypalającym doświadczeniem. Dlatego zależało mi, by Inga była Polką na obczyźnie.

Gdzieś w niej samej są dwie bardzo przeciwstawne siły: strach przed wejściem w interakcję z drugim człowiekiem i z drugiej strony ogromne jej łaknienie. I jeśli przyjrzeć się Robinowi bliżej, cechuje go podobna konstrukcja psychiczna.

 

Można powiedzieć, że Inga jest pełna tajemnic. Matka, żona, stabilizacja rodzinna, a jednak jak w każdy związek wkrada się rutyna, przyzwyczajenie. Inga znalazła na to sposób, chciałabym żebyś opowiedziała o swojej pasji, jaką jest łucznictwo, i którą wplotłaś bardzo zręcznie w życie swojej bohaterki.

Moja miłość do łucznictwa zaczęła się tak naprawdę trzydzieści lat temu i była związana serialem opowiadającym przygody Robin Hooda ( tak banalnie właśnie! ). Od tamtej pory łuk i strzały były dla mnie symbolem wolności, kojarzyły mi się z lasem, swobodą, przyjaźnią, skupieniem. Było to marzenie z dzieciństwa, jedno z tych, które pielęgnujemy, wiedząc jednak, że nigdy nie znajdzie spełnienia. Jestem chyba najlepszym dowodem na to, że życie potrafi sprezentować niezwykłe niespodzianki. W wieku ponad trzydziestu lat zostałam łuczniczką. A żeby byłoby jeszcze piękniej moje dziecinne marzenia o włóczeniu się po lasach z bandą Robin Hooda, również się w pewnym sensie spełniło.

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

W łucznictwie najbardziej kocham balans. Musi być precyzyjna równowaga między napięciem a rozluźnieniem. Uwielbiam poczucie, że łuk staje się częścią mnie samej, a strzała przedłużeniem umysłu. To sport koncentracji, wymagający pracy nad sobą, to sport, w którym twoją największą konkurencją jesteś ty sam, w którym to, co wewnętrzne ( spokój, skupienie ) manifestuje się na zewnątrz. Dziś jestem przewodniczącą Stowarzyszenia Łuczniczego Orion, w którym wspólnie z cudownymi ludźmi staram się zarazić innych moją pasją.

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

Co do Marca, muszę przyznać z ręką na sercu, momentami miałam ochotę go po prostu udusić. Bardzo realistycznie oddałaś obraz współczesnego ojca, rzecz jasna, nie wszystkim można przypiąć tą samą łatkę, ale myślę, że nie tylko we mnie wywołuje on tak skrajne emocje. On jest jakby w tle, na drugim planie, a potrafi mocno zirytować czytelnika. Jak to było. On faktycznie miał być taki a nie inny? Wiesz, dlaczego pytam, bo zazwyczaj schematy są takie same: facet ma kochankę itp. prościej jest stworzyć taki scenariusz. Ty zrobiłaś coś zupełnie innego, on niby jest, ale bardzo go niewiele.

 

Tak, postanowiłam odwrócić sytuację, głównie dlatego, że dla Marca kochanka nie byłaby pobudką, lecz kolejną ucieczką. A ja chciałam moimi bohaterami wstrząsnąć. Dlatego rzuciłam Robina w wir codzienności Ingi. Miał ją obudzić z marazmu, to było jego zadanie. Miał jej przypomnieć o niej samej, zmusić do spojrzenia na życie w inny sposób.

Dla Marca wstrząsem miało być zniknięcie Ingi i wszystko, co zdarzyło się potem. Pobudką, nieco spóźnioną niestety.

Marc miał być dokładnie taki. Nieobecny, zajęty, przekonany, że małżeństwo jest zakupem z dożywotnią gwarancją. Tak, miał irytować czytelniczki, miał reprezentować też to, z czym wiele kobiet zmaga się w ich małżeńskich relacjach. Bardzo uważnie słuchałam bliskich mi kobiet, ich skarg, smutków, tęsknot.

 To, co mnie samą w Marcu irytuje najbardziej to fakt, że on tak naprawdę Ingi nie widzi. Patrzy na nią, ale jej nie widzi. Musiała zniknąć mu z oczu, żeby ją znów zobaczył, dojrzał przez gęstą mgłę ich codzienności. Czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć.

 

 

 

 

Następna sprawa, to problemy, z jakimi zmierza się Inga. Tak bardzo aktualne, praktycznie takie, które mogą dotyczyć i dotknąć każdego z nas. Nic dziwnego, że zauroczenie i fascynacja kimś innym niż własny mąż, który bez przerwy siedzi z nosem w telefonie bądź komputerze, w którymś momencie wybucha i zamienia się w głębsze uczucie. Ona oczywiście się przed tym broni, ale nie też znowu tak skutecznie. Myślisz, że Inga naprawdę byłaby w stanie odejść od dzieci, bo od męża może byłoby jej łatwiej, ale dzieci są jednak dziećmi, by być z Robinem? Miałaś od początku zarys takiej fabuły, czy zupełnie inny plan na postać Ingi?

 

Relacja Ingi i Robina od samego początku skazana była na klęskę. Nigdy nie wahałam się co do tej kwestii i od początku wiedziałam, że są skazani na rozstanie. Byłam wierna swojej wizji, choć w trakcie pisania pokochałam Robina (a wiemy, jak bardzo można pokochać fikcyjną postać) i złamałam serce sobie samej.

 

 

"Ludzie i psy przychodzą do naszego życia nie bez przyczyny. Przychodzą, by nas ukarać, kochać, czegoś nauczyć. Przychodzą jak lekcje, które trzeba odrobić, jak egzaminy, które należy zdać." W życiu Ingi i jej rodziny pojawił się Pirat. Wydaje się, że wraz z nim przyszły zawirowania, jakby to pies stał się symbolem zmian. Robin z kolei miał Tiga. W przytoczonym przeze mnie cytacie jest prawda i mądrość. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Pirat pojawił się po coś. Wiem, że Tigo ma swoją prawdziwą historię. Jak jest z Piratem i czy scena, którą opisujesz na ostatniej niemal stronie o działalności organizacji sprowadzającej rumuńskie bezdomne psy jest autentyczna? Opowiedz o tym.

W Holandii problem bezdomnych psów tak naprawdę nie istnieje. Funkcjonują jednak organizacje zagraniczne współpracujące z Holandią, które zajmują się adopcjami psów. Również z Rumunii. Wszystko odbywa się oczywiście legalnie, zwierzęta są szczepione, mają paszporty. Wiele z nich w ten sposób znajduje wspaniały dom, na co w kraju, skąd pochodzą nie miałyby szans.

Historia Pirata jest oczywiście fikcją, ale do stworzenia jego postaci zainspirował mnie pies, który istnieje naprawdę i który do Holandii przywędrował właśnie z dalekiej Rumunii. I to w czasie spaceru z nim narodził się pomysł na tę powieść.

 

 

W naszym poprzednim wywiadzie powiedziałaś, że masz poczucie, iż w pełni nie należysz już ani do Polski, ani jeszcze do Holandii. Jak jest dzisiaj? Zmieniło się coś?

Nadal wiszę sobie w tej bliżej nieokreślonej przestrzeni między światami i jest mi chyba tak dobrze. Nie mam też poczucia, że muszę wybrać. Moje korzenie są tam, gdzie je zasadzono, a skrzydła rozwinęłam tu, gdzie sama wybrałam i gdzie poczułam się dobrze i bezpiecznie.

 

 

Jak jest z kulturą holenderską? Co Cię w niej urzeka, co przyprawia o dreszcze, nad czym potrafisz się zachwycać. Znacznie się różnimy od Holendrów.

Zawsze mam kłopot z pytaniami o holenderską kulturę. W niektóre rzeczy wrosłam chyba na tyle, że przestałam je zauważać. Na pewno podziwiam u Holendrów ich walkę z wodą, która ich otacza, przecina ich miasta, wsie, ulice. Zapanowali nad nią, ale są świadomi jej potęgi. Ich mosty, tamy są wbudowane w obraz codzienności. Dzieci od czwartego roku życia uczą się pływać, niektóre w ciągu dwóch lat zdobywają dyplomy A, B, C. Holandia to mały kraj, każdy metr kwadratowy ziemi jest wykorzystany i zadbany. Zdarza mi się tęsknić za dzikością naszych lasów i urodą jezior. Podziwiam holenderskie mamy, które balansują z gracją na cienkiej linii łączącej ich życie zawodowe i macierzyństwo. Uważam, że potrafią się w tym niezwykle dobrze odnaleźć. Myślę, że ogólnie Holendrzy są bardziej zrelaksowani niż my, Polacy. Mieszkam jednak w małym miasteczku, gdzie większość ludzi jest przyjazna i życzliwa.

Ponieważ powieść po części dotyka również macierzyństwa mogę w ramach ciekawostki powiedzieć, że w Holandii codziennością są porody domowe pod okiem położnej. Narodziny dziecka świętuje się tutaj poprzez ozdabianie domu balonikami i dekoracjami w kolorach różowym lub niebieskim. Po przyjściu dziecka na świat rodzice wysyłają kartki wszystkim znajomym, przyjaciołom, współpracownikom, rodzinie, zawiadamiające o tym wydarzeniu. Kobieta w połogu dostaje pomoc w domu, rodzaj pielęgniarki, która zajmuje się opieką nad mamą i dzieckiem, ale również posprząta w domu, zrobi zakupy, przygotuje obiad. Prawo do tej opieki trwa osiem dni. W tym czasie przychodzą również znajomi z wizytą i prezentami, podziwiać dzidziusia. Jako polska mama, która przeżyła to już dwukrotnie muszę powiedzieć, że są to piękne i uciążliwe zarazem holenderskie tradycje.

 

 

 

 

Na koniec, kilka słów od siebie dla czytelników:

Dziękuję bardzo! Tym, którzy moje powieści kupili, pożyczyli, przeczytali, podarowali komuś innemu, recenzowali. Tym, którzy obeszli się łaskawie z moimi bohaterami, mimo iż powieści nie przypadły im do gustu. Tym, którzy podzielili się ze mną swoimi emocjami, przemyśleniami po przeczytaniu. Podobno to wdzięczność starzeje się w ludziach najszybciej. Moja jednak jest długowieczna, a może nawet nieśmiertelna. Kłaniam się nisko!


 Dziękuję za rozmowę :)

20:36, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 grudnia 2016

 

 

 

Debiutowała w 2015 roku powieścią „Cztery rubiny”. Wiosną tego roku na rynek wydawniczy wyszła Jej druga książka „Dziewczyna z zaułka”. Nowy Rok, nowa książka. Autorka zaskakuje coraz bardziej pomysłowością, ale też warsztatem. W porównaniu do poprzedniej książki w „Tajemnicy błękitnej alkowy” rozwinęła skrzydła, tworząc ciekawą, intrygującą fabułę przeplataną wątkami z przeszłości.

 

 

 Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

Jej najważniejszym recenzentem i osobą, która przyczyniła się do wydania pierwszej książki, w której ma też wielkie oparcie, jest mąż. Ale... wielkiej motywacji i siły do tworzenia dodają Jej też czytelnicy, którzy nie szczędzą słów uznania i pozytywnych recenzji.

 

 

 

„Tajemnica błękitnej alkowy” ma swój początek w starym, opuszczonym domu, takim, jakiego autorka widziała na własne oczy. Zbrodnia sprzed ćwierć wieku i tajemnicza aura domu stały się inspiracją do tego, by powstała fabuła z Lilą, jako główną bohaterką. I jeszcze wieś ze swoją gnuśnością, prymitywnością w czasach głębokiej, szarej komuny, która rządziła się swoimi prawami i mentalnością. Wiele tych cech zostało do dziś.

 

Jak powstawała powieść, o bohaterach, starciu dwóch światów światopoglądowych opowiada Magdalena Ludwiczak - autorka, plastyczka, specjalista do spraw sprzedaży, menager, wrażliwa dusza.

 

Zapraszam na rozmowę :)

 

Madziu, spotykamy się przy okazji premiery Twojej trzeciej książki „Tajemnica błękitnej alkowy”. Jakie to uczucie? Jak czujesz się jako autorka już trzeciej książki?

 

To cudowne uczucie, tym bardziej, że gdy napisałam pierwszą książkę „Cztery rubiny”, opartą na kanwie rodzinnych wydarzeń, myślałam, że to już wszystko co mam do powiedzenia. Okazało się, że jednak nie i tak powstała druga „ Dziewczyna z zaułka”.

Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie moi kochani czytelnicy. To oni motywują mnie i utwierdzają, że to ma sens wciąż czekając na kolejne powieści.

 

 

Chciałabym, żebyś czytelnikom bloga przybliżyła historię domu, która stała się inspiracją do napisania „Tajemnicy błękitnej alkowy”.

 

Po napisaniu drugiej powieści dość długo szukałam inspiracji do trzeciej. Czekałam jednak spokojnie, bo wiedziałam, że ona pojawi się znienacka. Tak było.

Pojechałam samochodem w lasy oddalone od mojego domu, bo Puszcza Notecka, w której mieszkam, to 135 tysięcy hektarów i jest gdzie spacerować. Podczas tej wyprawy natknęłam się na dom na skraju lasu. Piękny, stary, opuszczony... Zauroczyła mnie jego bryła i położenie. Jak się okazało, było to miejsce strasznej zbrodni sprzed około dwudziestu pięciu lat. Zamordowano w nim dwie studentki. To mną wstrząsnęło. Kontrast pięknego domu z czynem jakiego się dopuszczono, to była duża dawka emocji. Inspiracja nie zrodziła się jednak natychmiast. Pomysł zakamuflował się w głowie, by w odpowiednim momencie dać upust wyobraźni. Pewnego dnia doznałam olśnienia i dokładnie wiedziałam, co znajdzie się w trzeciej powieści.

„Tajemnica błękitnej alkowy” to kwintesencja cierpień przeplatających się ze szczęściem. Dokładnie jak w życiu. Od razu jednak uprzedzę... Prawdziwa tragedia domu nie jest tematem książki, a jedynie jego mroczna aura.

 

 Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

 

Stworzyłaś bohaterów z dwóch światów. Z przeszłości i współczesności. Światy te opisywałaś równolegle w jednym ciągu fabuły. Trudno było?

 

Tak już chyba mam, że lubię „mieszać” w czasie, by czytelnikom nie było tak prosto. Żartuję:) Chodzi o to, że nawet mnie samą nuży chronologicznie tocząca się akcja. Lubię te zmiany klimatu, nastroju, otoczenia, mieszanie się na przykład czasów Polski za komuny z kontrastem współczesności, w której mamy sto programów oraz nawigację w telefonie, a tak naprawdę to przełom pięćdziesięciu zaledwie lat... (o tym więcej będzie w czwartej powieści, która jest na ukończeniu:)

Odpowiadając na pytanie, jest to dość trudne, bo trzeba bardzo uważać, by nie popełnić błędów merytorycznych.

 

 

W tym świecie z przeszłości ukazałaś wieś gnuśną, zabobonną, taką, która faktycznie nie grzeszyła pragmatyzmem, często prostackiej, w którym rządził mężczyzna, kobieta miała być uległa i nie narzekać. Stworzyłaś ten obraz bardzo realistycznie. Czym był dla Ciebie ten powrót do przeszłości?

 

Jak wcześniej wspomniałam, bardzo lubię te zmiany w przestrzeni czasowej. O ile czasy nam współczesne są wszystkim znane, bo sami przechodzimy te technologiczne i mentalne ewolucje, to czasy przeszłe zdecydowanie mniej. Pamiętają je już tylko nasi dziadkowie, ewentualnie rodzice. Zapominamy, że niecałe sześćdziesiąt - siedemdziesiąt lat temu, na małych Polskich wsiach panowała ciemnota i zabobon. Bardzo przepraszam, jeśli kogoś urażę, ale nie to mam w zamiarze. Tak po prostu było. Ludzie nie potrafili czytać, nie mówili poprawną polszczyzną, bali się lekarza, leczyli ziołami, kobiety były „kuchtami”, a mężczyźni „panami”. Teraz, czasami ci sami ludzie (dobiegający osiemdziesięciu lat i więcej) oglądają w naszych domach telewizję, w której jest sto kanałów! Korzystają z kanalizacji, chociaż za ich młodości na wsi były tylko „wygódki”. Ten kontrast jest mimo wszystko szokujący.

Ewoluowali, tak jak my cały czas w nieznanym do końca kierunku…

 

Lila, czy ma swój pierwowzór w realnym świecie? Cieszę się, że dałaś jej szansę na normalne życie.

 

Myślę, że Lila ma wiele pierwowzorów wśród nas. Bywa, że tragedie, które nas spotykają, zamykają nas na całą resztę życia. To naturalne, że bolejemy nad stratą bliskich, nad krzywdą jaką nam wyrządzono lecz złym jest zamykanie się w smutku na całą resztę życia. Mamy je darowane tylko raz! Nasz umysł jednak potrafi się zablokować przed światem na bardzo, bardzo długo, jak u Lilianny, a niekiedy na zawsze jak to czasami bywa. Za pośrednictwem bohaterki „Tajemnicy ….” chcę zwrócić uwagę, że często sami sobie tę krzywdę potęgujemy, nie szukając pomocy lub nie zważając na wyciągnięte ku nam pomocne dłonie. Gdyby jednak ich sięgnąć... furtka zostałaby uchylona, a życie stałoby się znów wartością nadrzędną.

Dlatego też, dałam Liliannie szansę na normalne życie, bo każdy ma do niej prawo:)

 

 

Mówiłam już, ale z chęcią i przyjemnością powtórzę: dojrzewasz warsztatowo. Bardzo ciekawą formę zastosowałaś w „Tajemnicy...”. Klimatyczna, różnobarwna. Zanim zaczęłaś pisać, wiedziałaś, że przyjmiesz taką formę?

 

Gdy zaczynam pisać w ogóle nic nie wiem. Nic, poza fabułą nie planuję. To wszystko wychodzi bardzo spontanicznie i naturalnie.

Dziękuję za to spostrzeżenie. Okazuje się, że stare przysłowie mówiące „ ćwiczenie czyni mistrza” jest zawsze aktualne, bez względu czy dotyczy powieści, czy setnej upieczonej przez ucznia piekarza bułki.

 

 

 Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

Kompletnie zakręciłaś tu intrygą. Powiem więcej, zakończenie zaskakuje. Ale... no właśnie, czuję pewien niedosyt, że Lilianny Twoim bohaterom nie udało się odnaleźć. A może szykujesz nam kolejną niespodziankę i piszesz kontynuację?

 

Cieszę się. Czasami do samego końca powieści waham się z zakończeniem. Jak postąpić z bohaterem... Niestety, a może „stety” jestem optymistką i na razie do tej pory wszystko kończy się dobrze.

Dla młodszych bohaterów powieści, Pawła i Reni, każda mijana na chodniku w Łodzi para starszych ludzi może być Lilianną i Franciszkiem. Każde dzieło malarskie może być dziełem jej pędzla. Każda artystyczna kawiarenka może być jej ulubionym miejscem... Nie odnaleźli się, ale aura Lilianny, już szczęśliwej jest nad nimi i daje im poczucie spełnionego poniekąd obowiązku.

A zorganizowana przez młodych wystawa oddaje hołd jej wewnętrznej walce o siebie...

 

 

Coś od siebie dla czytelników:

Kochani Czytelnicy!

Mam nadzieję, że „Tajemnica błękitnej alkowy” pobudzi was do uśmiechu i poruszy do łez. Spowoduje zadumę nad życiem, nad postępowaniem, nad tym co ważne. Rozglądajmy się wokół szukając takich jak Lilianna, by im pomóc.

Dziękuję Wam, że jesteście, bez Was pisanie nie miałoby sensu.

Dziękuję za słowa, które do mnie piszecie, proszę o więcej:)

Pozdrawiam

Magdalena Ludwiczak

 

Dziękuję za rozmowę :)

 

 

 

19:03, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 listopada 2016

 

 

Zaczęło się od bajek, które opowiadała swojemu młodszemu bratu. Gdy uczęszczała do szkoły podstawowej były historie zapisywane w zeszytach. Jako mama dwójki dzieci zaczynała i kończyła studia. Jest nie tylko specjalistą od PR, ale pisze też artykuły do gazety. Uwielbia kryminały, zaczęła już nawet jeden pisać. Nie wszyscy wiedzą, że pani Jolanta zajęła trzecie miejsce w konkursie literackim serwisu Chomikuj.pl, opowiadaniem „Hipnoza”, które też zostało wydane w formie e-booka.

 


„Hipnoza"opowiada historię Edwarda, którego prześladują senne koszmary. Kilka dni wcześniej poznaje na firmowym bankiecie towarzyszkę swego największego wroga - Lilę, która jest piękna i zmysłowa. Następnego dnia odkrywa jej zwłoki we własnym łóżku. Sąd po krótkim procesie uniewinnia go, ze względu na brak dostatecznych dowodów. Doktor Gic, specjalista od psychoanalizy postanawia mu pomóc i wprowadza pacjenta w tytułowy stan, by dowiedzieć się prawdy...

 

„Niepokorna” to Jej debiut literacki. Powieści patronowałam medialnie:

http://nietypowerecenzje.blox.pl/2016/11/8222Niepokorna8221-Jolanta-Bartos-Recenzja.html

Z wielką przyjemnością zaznaczyłam też w recenzji, że autorka ma zadatki na pisanie kryminałów. Historia Anny pośrednio związana z tragedią młodych dziewcząt w tle. Ciekawie poprowadzona fabuła, dynamiczna akcja i prawdziwi bohaterowie. Powieść godna polecenia!

 

A jaka jest sama autorka?

 

Zapraszam na wywiad :)

 

Pani Jolu, „Niepokorna” to Pani debiut literacki. Skąd pomysł na pisanie?

Piszę od zawsze. Odkąd pamiętam opowiadałam mojemu najmłodszemu braciszkowi wymyślane na poczekaniu bajki, a on zamiast próbować zasnąć chciał więcej i więcej. Potem były historie zapisywane w zeszytach. Pamiętam, że pisałam w ósmej klasie szkoły podstawowej. Tak zaczął się ten bakcyl pisania i wymyślania. Nie miałam kłopotów z pisaniem jakiegokolwiek wypracowania, ale moja droga edukacyjna nie była poukładana, tak jakby można przypuszczać. W Ogólniaku nabawiłam się wstrętu do języka niemieckiego, co zawaliło moje marzenia o studiach. Poszłam do zawodówki, w której cierpiałam z powodu zerowego poziomu nauczania. Potem było zaoczne technikum odzieżowe. Zdawałam maturę mając dwoje małych dzieci i to one były moim priorytetem na wiele lat. Pisałam, ale tylko do szuflady. Moje marzenia o studiach odżyły dopiero po wielu latach, gdy okazało się, że uczelnię mam blisko i jest specjalizacja specjalnie dla mnie.

„Niepokorna” zaczęła powstawać na studiach. Początkowo była to praca zaliczeniowa z kreatywnego pisania, ale dość szybko zauważyłam, że znam kolejne losy bohaterów, które musiałam zapisać…

 

 

To powieść bardzo osobliwa. Ja nie miałam nawet problemu z tym, by napisać, że ma Pani bardzo dobre zadatki do tego, by napisać kryminał. Jak to jest?

Uwielbiam kryminały. Moje pierwsze krótkie opowiadanie „Hipnoza”, które ukazało się w Internecie w postaci e-booka miało właśnie taki charakter. Ale jakoś przeszło bez echa.

Dążę do napisania kryminału, który do ostatniej strony będzie trzymał czytelnika w napięciu. Już dziś mogę zdradzić, że powoli taka historia powstaje.

 

Z wykształcenia jest Pani magistrem PR, dziennikarką na co dzień. Na ile wykształcenie, znajomość rynku pomogło Pani w pisaniu, wydaniu? Jak w ogóle wyglądała ta droga?

To nie jest tak, że jeśli ma się odpowiedni papierek, to wszyscy czekają na ciebie z otwartymi ramionami. Na co dzień pracuję w dużej odzieżowej firmie niemieckiej (tu niestety dostrzegam ironię losu), natomiast dziennikarstwo jest moim hobby, które uwielbiam.

Studia skończyłam stosunkowo niedawno, bo w 2014 roku. Zazwyczaj słyszałam, że nie mam doświadczenia jako dziennikarka. Na szczęście ktoś umiał docenić moją pasję i teraz mam szansę publikowania moich artykułów.

„Niepokorna” czekała na wydanie, ale z tym też jest ciężko. Nie każde Wydawnictwo chce publikować debiutantów. Zazwyczaj nawet nie czytają przysłanych im książek, tylko odpowiedź jest od razu odmowna. Ale na mojej drodze pojawił się Michał Matuszak. Mój redakcyjny szef poprosił mnie o napisanie recenzji do jego drugiej powieści „Odgrodzeni”. Dzięki Michałowi znalazłam Wydawnictwo Białe Pióro.

 

Wplotła Pani znakomicie intrygę wokół głównej bohaterki. Anna jest krucha, pokaleczona przez życie. Skąd pomysł na taką a nie inną bohaterkę? Czy ma ona swój pierwowzór w realnym życiu?

Anna jest kobietą, którą po prostu widziałam w swojej głowie. Piękna, inteligentna, przebojowa, a z drugiej strony gdzieś w zakamarkach jej duszy czają się demony, które chcą nią zawładnąć.

Moja bohaterka nie stoi z boku, nie może powiedzieć, że chce odpocząć, że ma dość. Nie może pokornie znosić kolejnych kopniaków od losu. Musi walczyć z raną, która nigdy się nie zagoiła. A z drugiej strony nie jest superbohaterką, której się wszystko udaje. Popełnia błędy, jak każdy człowiek. Chciałam, żeby była jak najbardziej normalna, tak, żeby każdy mógł w niej zobaczyć choć odrobinę odbicia własnej osobowości. Mam nadzieję, że to mi się udało.

 

 

 

 

Poruszyła Pani w swojej książce dość istotny temat. Młode dziewczyny, zagubione w życiu, którym towarzyszy wstyd biedy, w której przychodzi im dorastać marzą o dobrobycie, wyrwaniu się z marazmu często powielanego z pokolenia na pokolenie. Co skłoniło Panią do napisania takiej, a nie innej książki? Dlaczego akurat na taki temat?

Temat trudny i właściwie niezauważalny, a zaczyna się już w najmłodszych klasach, gdy uczniowie tworzą grupy. Często jest tak, że spychają na margines tych „gorszych”, bo nie stać ich na nic. Ale właśnie takie sytuacje tworzą dorośli. Jedno dziecko ma właściwie codziennie jakieś słodycze, czy pieniądze od rodziców, a drugie patrzy na nich z zazdrością i zrobi wszystko by im dorównać.

Słyszałam wielokrotnie historie o piętnastolatkach, które przypadkowo zachodzą w ciążę, bo chcą dorównać koleżankom. Też chcą być przebojowe, piękne i podrywane przez kolegów. I widzą tylko jeden sposób – seks. Umawiają się z kimś poznanym przez Internet, bo wydaje im się, że to szansa.

W mojej książce ten temat jest tylko tłem wydarzeń. Cieszę się, że pani go zauważyła.

 

 

Czy kiedykolwiek miała Pani w swoim życiu zawodowym do czynienia ze sprawami zaginięć młodych dziewcząt? Jeśli tak, to jak one wyglądały? Proszę napisać, oczywiście tyle, ile Pani może, by nie dotykać sfery intymnej rodzin i bliskich.

Jedna historia utkwiła mi w pamięci (opowiedziana przez moją koleżankę, a chodziło o jej bratanicę), choć nie miało miejsce zaginięcie, ale ucieczka, bunt nastolatki.

Dziewczyna często korzystała z różnych forów i czatów. Miała jakieś 14 lat, ale teraz nastolatki potrafią zrobić taki makijaż, że wyglądają na starsze. Dziewczyna umówiła się z facetem, wsiadła do jego samochodu i pojechała z nim do jego domu. Tu muszę napisać, że widziała tego faceta pierwszy raz, nic o nim nie wiedziała. Ojciec dziewczyny wyciągnął ją siłą z samochodu, gdy całowała się z tym facetem. Rodzice pilnowali, co robi ich córka bo chodziły jakieś pogłoski po mieście… Natomiast córka zbuntowała się przeciwko takiemu nadzorowi i uciekła z domu. Ta historia dobrze się skończyła, ale tak niewiele brakowało…

 

Zastanawiam się, czy tylko chęć ucieczki z biedy kieruje tymi dziewczynami, by wyjechać za granicę, otumanione jakimiś mrzonkami, pustymi obietnicami. Zastanawiam się, dlaczego potrafią być tak naiwne? Co tak naprawdę nimi kieruje?

Może moja odpowiedź nie będzie niczym odkrywczym, ale to miłość. Niestety, zakochana kobieta ma klapki na oczach. Jest ślepa, głucha i naiwna. Cokolwiek by jej powiedzieć o ukochanym to i tak będzie uważała, że jej po prostu zazdrościsz. Tu nie chodzi tylko o chęć wyrwania się ze środowiska, z biedy i beznadziei. Zakochana kobieta zrobi wszystko dla ukochanego.

 

Myślę, że Pani powieść rozpoczyna taką ważną dyskusję, na temat, o którym praktycznie się już nie mówi, który zapomniano. Dlaczego Pani o nim przypomina?

Myślę, że po prostu przymykamy oko na coś, czego nie chcemy zauważać. Prostytucja młodych kobiet jest wszędzie, może dlatego nie zwracamy na to uwagi. A tu właśnie chodzi o taki problem, tylko w mojej książce jest on bardziej drastyczny. Jest tragedią nie tylko dla młodych dziewczyn, ale również dla ich rodzin.

 

 

 

Jaką na co dzień czytuje Pani literaturę?

Świat pędzi zbyt szybko do przodu i coraz mniej czasu poświęcamy tylko sobie.

Uwielbiam felietony Artura Andrusa, ale sięgam również po literaturę faktu. To są ciężkie książki i na pewno nie na co dzień. Często wracam do „Alchemika”, który jest moim światełkiem.

Książki obyczajowe, kryminały, czasami jakiś ciekawy romans... w zależności od tego co mi podsunie moja Mama, którą widzę tylko z książką. To jest moje marzenie na emeryturę – będę siedzieć w wygodnym fotelu przy kominku i czytać lub pisać książki.

 

 

Jak na debiut zareagowali Pani najbliżsi znajomi, jak koleżanki, koledzy z pracy?

Muszę przyznać, że bardzo pozytywnie. Nie odczułam zazdrości, czy zawiści. Rodzina czeka na mój przyjazd, żebym każdemu napisała dedykację. Siostrzenica stwierdziła, że rośnie nam w rodzinie celebrytka. Syn zdziwił się – mamo, ty piszesz książki? Do pracy wróciłam po prawie miesięcznej chorobie i już wtedy moja powieść się ukazała. Koleżanki przyjęły mnie ciepło, gratulując sukcesu i dopytując o spotkanie autorskie i autografy… Mój kolega redakcyjny i szef w jednej osobie był dumny, bo on również przyczynił się do wydania tej książki.

To wszystko jest bardzo miłe, ale nie czuję się gwiazdą, czy celebrytką. Wciąż jestem tą samą osobą, której spełniło się wielkie marzenie. Marzenie, z którego tak naprawdę zrezygnowałam, a które odżyło na studiach.

Teraz wiem, że jeśli człowiek rezygnuje z marzeń zaczyna wegetować, żyjąc z dnia na dzień. Dzisiaj mogę powiedzieć, że realizuję siebie, choć tych marzeń jeszcze trochę mam…

 

 

 

 

Jakie są Pani najbliższe plany wydawnicze?

Zaczęłam pisać kolejną powieść. Tym razem ma to być kryminał. Mam nadzieję, że ukaże się w przyszłym roku.

 

I na koniec, coś od siebie dla czytelników:

Chciałabym życzyć wszystkim, którzy sięgną po tę książkę wiele przyjemności z tej lektury. Chciałabym życzyć sobie, żeby Państwu się spodobała i z jeszcze większą ochotą weźmiecie do ręki moją kolejną powieść. To jest największa nagroda dla pisarza, gdy czytelnik czeka na kolejne dzieło.

 

Dziękuję za rozmowę :)

 

 

 

16:06, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 września 2016

 

 

 

 

 

Wywiad, który poprowadzili głównie czytelnicy. W ramach zadania konkursowego, w którym mieli okazję zadać autorce maksymalnie 2 pytania. Pytania od czytelników znajdziecie w pierwszej kolejności. Niżej jest kilka moich. O co zapytali czytelnicy, jaką osobą, kobietą jest pani Roma? Co Ją zainspirowało do napisania dosyć trudnej powieści?

 

Zapraszam na wywiad :)

 

 

Anita

1. Zawsze mnie interesuje, skąd autor bierze pomysł na napisanie książki, czy historia inspirowana życiem, czy wybujała fantazja?

Nie umiem powiedzieć, jak to jest w przypadku innych autorów. „Powiedz Ameryce” to historia inspirowana życiem, zasłyszanymi historiami osób, które w mniejszym lub większym stopniu w rożnych sytuacjach otworzyły się przede mną, obdarzyły zaufaniem, czasem zaobserwowanymi w przeszłości sytuacjami, wydarzeniami, które niejednokrotnie dotyczyły nawet bliskich mi osób. To również po części moja historia i części mojego pokolenia, tj. pokolenia, które żyje w przełomowych czasach.

 

2. Czy uczyła się Pani gdzieś, jakieś kursy, szkolenia z pisania czy to samo przychodzi? Bo fascynuje mnie to, że niektórych autorów czyta się łatwo i lekko, innych opornie, jedni używają wyszukanych słów, inni prostych.

W trakcie edukacji pisałam dużo przeróżnych prac, artykułów, referatów. Potem jako nauczyciel siłą rzeczy przygotowywałam różne materiały dydaktyczne, przedstawienia czy też akademie. Doświadczenie na pewno pomaga w pisaniu, ale najważniejsze jest to, by osoba która czuje, że musi się podzielić swoimi przeżyciami, czy przemyśleniami, nie bała się tego zrobić. Znajdą się wówczas dobrzy ludzie, którzy pomogą.

 

 

izabela81

1. Główna bohaterka Iza trafia do szpitala z diagnozą guza mózgu. Czy pisząc tak trudny wątek potrafiła Pani zrobić to na zimno, bez emocjonalnego angażowania się? Czy w ogóle tak się da?

Na pewno tak się nie da, pisząc o chorobie Izy miałam przed oczami jej pierwowzór, wyjątkową osobę, dzięki której napisałam tę powieść. Bardzo chciałam, aby na zawsze pozostała w ludzkiej pamięci.

 

2. W "Powiedz Ameryce" przedstawia Pani obraz PRL-u. Wiemy, jak ciężki i trudny był to okres w dziejach Polski. Co z tego okresu jest dla Pani najważniejsze, może najtrudniejsze, co zapamiętała Pani najbardziej?

 

W PRL – u przeżyłam swoją młodość, czasy nauki i częściowo życie zawodowe. Pisząc o tamtych czasach wracałam do własnych wspomnień. Nie było łatwo żyć w takim kraju. Ja osobiście niewiele mam miłych wspomnień. Z pewnymi wyjątkami oczywiście, bo na te trudne czasy przypadło chociażby przyjście na świat i dorastanie mojej córki. Z tych czasów najbardziej pamiętam uczucie niepokoju o to, co będzie za miesiąc, za rok, za dziesięć lat. Zawsze bałam się życia na wzór chiński czy północnokoreański. Człowiek w tamtych czasach miał niewielkie możliwości, by być sobą. A jeśli mimo to był, to płacił za to niejednokrotnie wysoką cenę. Nie lubię wracać do wspomnień z tamtych czasów.

 

 

 

 

 

megami

1. Podobno interesuje się Pani restaurowaniem różnych przedmiotów. Zatem niech Pani zdradzi, jaki jest Pani ulubiony i dlaczego? Może któremuś z nich poświęciła Pani szczególnie dużo czasu i uwagi?

Faktycznie przywracam życie starym przedmiotom, to jest moja pasja. Najbardziej się cieszę, kiedy moi przyjaciele nie dostrzegają mojej pracy, bo cóż to by była za renowacja, skoro można byłoby ją zauważyć. Nie tak dawno kupiłam na aukcji obraz z dużym ubytkiem płótna. Jemu właśnie poświęciłam szczególnie dużo czasu i uwagi. Wklejka i naniesienie malowidła było wielkim wyzwaniem. Moi przyjaciele oczywiście tego nie zauważyli, co jest powodem do dumy.

 

2. Kto zaszczepił w Pani miłość do historii? A może sama ją Pani "odkryła", np. zafascynowała się konkretnym okresem, epoką?

Historią, literaturą interesowałam się od najmłodszych lat, niewątpliwie dom rodzinny mi w tym sprzyjał. Paradoksalnie sprzyjały też czasy – w czasach mojego dzieciństwa w mojej rodzinnej wsi były dwa telewizory – jeden w szkole, a drugi w wiejskiej klubokawiarni. Siłą rzeczy jedyną odskocznią od codzienności i możliwością poznawania świata były książki. Podobnie było później. Gdy z ekranów telewizorów sączyła się propaganda, sięganie do literatury pozwalało choć na chwilę przenieść się w inny świat. Tak jak powiedział Umberto Eco: „Kto czyta, żyje podwójnie”.

 

 

Jolanta

Witam. Zawsze interesuje mnie, na jakich bajkach została wychowana autorka? Jakich bajek słuchała Pani, kto je opowiadał bądź czytał? Ulubiona bajkowa postać z dzieciństwa?

Tak właściwie od zawsze trudno było mi uwierzyć w istnienie dziewczynki żyjącej w kielichu kwiatu, czy rybkę mówiącą ludzkim głosem. Wychowałam się raczej na historiach o prawdziwych ludziach, tych dobrych i tych złych. Pamiętam, że kiedy byłam mała, w długie zimowe wieczory do dziadka zachodzili sąsiedzi i przyjaciele. Dyskutowali, politykowali i wspominali też dawne czasy. Czasy przedwojenne, kiedy to dziadek Franek wyjechał za chlebem do Francji, wspominali też czasy wojny, kiedy to wielu z nich, łącznie z dziadkiem Frankiem i moim tatą, znalazło się w obozach pracy. Były historie i smutne i straszne, były też zabawne i takie, które pozwalały wierzyć, że są jeszcze na świecie dobrzy ludzie. Jeśli nam coś czytano, to były to nowele Marii Konopnickiej, Bolesława Prusa czy innych autorów. Ja osobiście lubiłam słuchać powieści Józefa Kraszewskiego. Wtedy były dla mnie źródłem wiedzy historycznej. Jako dziecko bardzo przeżywałam losy głównych bohaterów, niejednokrotnie chciałam zmienić zakończenie i dopisać własne. Cieszę się, że od zawsze miałam dostęp do biblioteki, w której pracowała moja dużo starsza kuzynka Teresa. Kiedy już sama opanowałam umiejętność czytania po prostu czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce.

 

 

edytacha00

1. Droga pisarza do sukcesu niekoniecznie usłana jest różami. Czasami brakuje drogowskazów, pojawia się zwątpienie i łzy, ale i są na pewno chwile radości. Kiedy Pani skakała ze szczęścia - gdy przyszedł mail potwierdzający chęć wydania książki, gdy otrzymała Pani wydrukowane egzemplarze czy gdy pojawiła się pierwsza pozytywna recenzja? A może jeszcze Pani wyczekuje takie radosnego momentu?

Nauczyłam się w życiu „spokoju”. Zawsze wszystko staram się przyjmować od życia bez zbędnych emocji. Na pewno do momentu, kiedy nie jestem pewna ostatecznych decyzji. Cieszyłam się dopiero, gdy trzymałam moją powieść w ręku i niewątpliwie po kilku dobrych recenzjach moich przyjaciół.

 

2. Co w pisaniu kocha Pani najbardziej? Co dało Pani wydanie "Powiedz Ameryce", może rozpoczęło jakieś istotne życiowe zmiany?

W pisaniu tej powieści spełniłam swoje zobowiązania wobec osoby, która stała się pierwowzorem Izy. Żal mi tylko, że nie poznałam jej bliżej, że nasza rozmowa była bardzo krótka jak dla mnie. Pisząc tą powieść mogłam po latach wyrazić swoje zdanie o trudnych czasach, w jakich przyszło nam żyć. Byłam osobą młodą, pełną marzeń i zamiast je realizować stałam w kolejkach, by kupić jakieś śmieszne, banalne rzeczy.

 

 

Źródło: Internet

 

 

Pytania od Recenzji Agi

 

Pani Romo. „Powiedz Ameryce” to Pani debiut pisarski. Czym on dla Pani jest?

Wprawdzie pisałam i drukowałam różne prace dydaktyczne, ale „Powiedz Ameryce” jest moją pierwszą powieścią. Tak jak już wspominałam, pisząc tę powieść przede wszystkim pragnęłam, aby pozostała pamięć o takich osobach jak pierwowzór głównej bohaterki. Chciałam też uzmysłowić rządzącym, do jakich dramatów dochodzi „tam na dole”. Skłonić do refleksji nad decyzjami, jakie podejmują wobec narodu. Naród nie jest anonimową masą, naród to miliony pojedynczych ludzi, a każdy z nich ma własne marzenia i własną wizję życia.

 

Jest Pani historykiem i wątki historyczne przy tworzeniu powieści nie sprawiały Pani trudności. Z czym miała Pani największy kłopot?

Zasiadając do pisania książki przygotowałam bardzo dużo materiałów. Ze względu na objętość powieści postanowiłam jednak zrezygnować z niektórych wątków. Było to trudne, bo wciąż wydawało mi się, że tak wiele jeszcze rzeczy warto przekazać Czytelnikom. Z drugiej strony starałam się też nie zanudzić historią, nie zamęczyć przekazywaniem wiedzy historycznej, niejako wyplenić z siebie nauczyciela kładącego na siłę łopatą do głowy wiedzę historyczną. A przecież z wykształcenia jestem nauczycielem, więc było to nie lada wyzwanie ;-)

 

Źródło: Internet

 

 

W swojej recenzji napisałam, że Iza jawi mi się jako bohaterka wręcz tragiczna. Pozytywów w swoim życiu miała bardzo mało i jeśli się zdarzały, to raczej trwały krótko. Jaką dla Pani jest postacią?

 

Iza rzeczywiście jest postacią tragiczną. Zostaje uwikłana wbrew własnej woli w politykę wielkich mocarstw. Ta prosta, młoda, szczęśliwa dziewczyna ma marzenia jak miliony nastolatek. Pragnie studiować, pracować i założyć rodzinę. Jednak te marzenia zostają jej odebrane. System wartości, jaki wyznaje, nie pozwala jej zapomnieć o danej obietnicy i żyć bez wyrzutów sumienia. Chociaż próbuje kurczowo chwytać życie, to jednak ponosi porażki. Tu nasuwa się refleksja, czy historia każdej osoby w otaczającym nas świecie kończy się happy endem.

 

Czy główna bohaterka ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości?

Rzeczywiście Iza ma częściowo swój realny pierwowzór. Nie było mi dane poznać jej bliżej, ale czasem w życiu się tak zdarza, że jedna rozmowa wywiera ogromne wrażenie, wpływ na drugiego człowieka. Niewątpliwie moje spotkanie z tamtą kobietą do takich należało.

 

Ile w ogóle jest w tej powieści wątków zmyślonych, a ile opartych na faktach?

W tej powieści większość wątków jest oparta na faktach. Zmieniałam oczywiście imiona, nazwy miejscowości, ale sytuacje niemal gotowe czerpałam z życia. Dlatego z żalem usuwałam niektóre wątki, chociaż stanowiły prawdziwą kronikę z życia mojej rodzinnej wsi. Można powiedzieć, że historia Izabeli jest kompilacją historii, których naprawdę doświadczyli realni ludzie.

 

Co poza pracą robi Pani na co dzień?

Od kilku lat jestem na emeryturze. Teraz mogę rozwijać swoje pasje i realizować niedokończone projekty. Jest ich wiele i bardzo różnorodnych. Mogę wreszcie podróżować, czytać, pisać, wyszukiwać i odnawiać stare przedmioty, a przede wszystkim zajmować się domem, ogrodem i poświęcać czas swoim bliskim. Kiedyś wydawało mi się, że na emeryturze będę mieć mnóstwo wolnego czasu – nic bardziej mylnego ;-)

 

Jaką literaturę czytuje Pani, poza pewnie pozycjami naukowymi?

Faktycznie wciąż śledzę prace naukowe z dziedziny historii, ale czytam wszystko co tylko mnie zainteresuje. Szczególnie lubię czytać pozycje, które posłużyły do realizacji filmów historycznych. Interesuje mnie, na jakie wątki scenarzysta zwrócił uwagę i próbuję zrozumieć jego decyzje. Ciekawi mnie zawsze to, z jakim odbiorem widza czy czytelnika, spotkają się odchylenia wątków od prawdy historycznej czy od powieści, na której oparty jest film. Lubię też reportaże z podróży. Być może kiedyś spełnię swoje marzenia i udam się śladami Beaty Pawlikowskiej, Wojciecha Cejrowskiego czy Martyny Wojciechowskiej.

 

Czy od zawsze było tak, że lubiła Pani historię?

Nie umiem powiedzieć, kiedy zrodziła się moja pasja do historii. Musiało to być dosyć wcześnie, pewnie jeszcze w dzieciństwie, gdy wręcz „połykałam” książki i z zapartym tchem śledziłam losy walecznych rycerzy, ekscentrycznych władców i dawnych imperiów. Kiedy gdzieś natknęłam się na cytat autorstwa Georga Santayana, amerykańskiego pisarza i filozofa, który brzmiał: „Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej ponowne przeżycie”, wiedziałam, że historia to jest to! ;-)

 

Coś od siebie dla czytelników:

W mojej powieści chciałam pokazać człowieka, dla którego pewne wartości są wyznacznikiem jego życia. W burzliwym obecnie świecie pełnym napięć często zapominamy, że obok jest człowiek, który potrzebuje pomocy, zrozumienia. Myślę, że istotnym jest również ukazanie faktu, w jaki sposób człowiek zostaje zniewolony przez rządzących i podporządkowany ich woli. Powieść jest w pewnym sensie apelem do ludzi dzierżących władzę, aby postrzegali naród jako miliony pojedynczych pragnących żyć w spokoju ludzi.

 

Dziękuję za rozmowę :)

 

 

 

 Źródło: Internet

12:30, toksiazki12 , Wywiady
Link Komentarze (1) »
środa, 24 sierpnia 2016

 

 

 „Jeśli się kocha to co się robi, łatwiej nie tylko o chęci, ale i o siłę, nieodzowną wytrwałość” Mira Białkowska

 

"Nie zawsze stąpam po ziemi"

Na zdjęciu Mira Białkowska

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

 

Z zawodu jest muzykiem i pedagogiem. Z zamiłowania, biologiem. Pracowała jako pedagog i nauczyciel muzyki, uczyła gry na fortepianie, prowadziła chór, zespół wokalny, zespół fletów prostych, zajmowała się profilaktyką uzależnień.

Spod Jej skrzydeł wyszło wielu utalentowanych uczniów, min. Rafał Brzozowski, Joanna Berdyn, Janka Klimiuk – Popielak, a o innych będzie jeszcze można usłyszeć w najbliższej przyszłości. Nie ma problemu z tym, by szczerze powiedzieć swoim uczniom dobre słowo, pochwałę, czy po prostu to, że są od Niej w czymś lepsi.

 

Nie ukrywa, że przeszła już na emeryturę, na której zajmuje się pisaniem, śpiewa w chórze, wykonuje karki okolicznościowe, pływa. Ma czas dla siebie i na rozwijanie swoich pasji. Niezwykle aktywna, sympatyczna i zdystansowana do siebie, świata, szczególnie ludzi.

 

Jej przygoda z pisaniem zaczęła się już w dzieciństwie, gdy napisała, jak to określiła, bardzo patetyczny wiersz, który miała okazję wyrecytować jakiejś pisarce. To Ona „wywróżyła” małej Mirze, że będzie pisać.

 

„Fraszkowa uczta”, której patronuję medialnie jest na to niezwykłym dowodem. Tomik jest zwieńczeniem wielu innych, wybranych spośród trzystu napisanych. Na dnie szuflady leży jeszcze czteroczęściowa powieść, która aż prosi się, żeby ją wydać. Kto wie... należy wypatrywać wszystkiego, w najbliższej przyszłości, co wyjdzie spod lekkiego pióra pani Miry Białkowskiej, którą macie okazję dzisiaj poznać bliżej :)

 

Zapraszam na wywiad.

 

Pani Miro. „Fraszkowa uczta” jest Pani debiutem książkowym. Czym on dla Pani jest?

Jeśli powiem, że spełnieniem marzenia to i ładnie brzmi, i jest zgodne z prawdą, ale jest także pewną „korzystną zmianą planów”. Chodzi o to, że wcześniej podjęłam nieudaną próbę wydania swojej powieści. Tak więc mieniłam plany. Odłożyłam powieść, zajęłam się fraszkami i to był dobry pomysł – z fraszkami się udało.

 

Każdego autora, szczególnie tego debiutującego zadręcza się pytaniem, jak to się zaczęło, to pisanie? Bo tak naprawdę pisać fraszki trzeba umieć. Wymagają lekkiego pióra, dystansu do siebie, świata. Wiem, że napisała też Pani kilkadziesiąt wierszy, scenariusze i teksty piosenek. Tak więc, jak to się zaczęło, że zaczęła Pani pisać w ogóle? Kiedy ta myśl zaczęła kiełkować, a kiedy nastąpił fakt dokonany? Czy był to długi proces?

 

W młodości pasjonowałam się twórczością Sztaudyngera. Jego fraszki zapisywałam w grubych zeszytach, zapamiętywałam, cytowałam. Nie podejrzewałam się jednak o to, że ośmielę się naśladować Mistrza. Nie wiem na czym polega to „trzeba umieć”. Dla mnie najważniejszy jest pomysł. Dostrzeżenie i skojarzenie pewnych szczegółów ( „Sasanka”), dwuznaczników („Ewa”, „Palma”), a ubranie tego w słowa nie jest jakąś filozofią. A dystansu do siebie i świata na pewno mi nie brakuje. Dowód? Fraszka „Skarga emeryta”.

"Skarga emeryta"

Odchudzili mój portfel.

Ciało się nie dało.

Jak to się zaczęło? Tak na serio zaczęło się po przejściu na emeryturę, ale wrócę do zamierzchłej (bardzo zamierzchłej :) )przeszłości. Jako dzieciak napisałam jeden(!) bardzo patetyczny wiersz, który miałam okazję wyrecytować jakiejś pisarce. Owa pani „wywróżyła” mi wtedy, że będę pisać. Brzmi jak bajka? Ale tak było naprawdę.

A teraz na poważnie. W mojej pracy z uczniami potrzebowałam scenariuszy i piosenek na różne (powtarzające się) okazje. By nie powtarzać repertuaru czasem zdarzało się, że pisałam własne teksty do znanych melodii, tworzyłam scenariusze (jeden opublikowano). Po przejściu na emeryturę nadal pracowałam. Przygotowywałam uczniów do różnych festiwali. Na niektórych (np. Festiwal Piosenki o Zdrowiu) warunkiem uczestnictwa był własny tekst. Tu już nie miałam wyboru - pisałam tekst i uczyłam śpiewać.

 

 

 

Z pisaniem fraszek było inaczej. Wena dopadła mnie w wieku emerytalnym nagle i niespodziewanie. Nawet datę pamiętam. Przez jeden weekend napisałam 21 fraszek. Dostałam jakiegoś amoku. Tworząc jedną fraszkę za drugą zaczęłam się zastanawiać, czy to co przed chwilą wymyśliłam jest na pewno moje, czy może czyjś tekst wygrzebałam z zakamarków pamięci.

Odpowiedzią na te wątpliwości też była fraszka:

Mistrzu Sztaudyngerze!

Tak zawładnąłeś mą duszą całą,

że już nie wiem:

czy to są moje myśli, czy twoje?

Wszystko mi się pomieszało.

Przez trzy miesiące wymyśliłam 168 fraszek. Próbkę swojej twórczości wysłałam do „Agory”. Nieopatrznie pochwaliłam się, że przez trzy miesiące napisałam ponad 160 fraszek i zostałam bardzo skrytykowana za… ilość. Innych zarzutów nie było :)

 

 

Jest Pani z wykształcenia min. muzykiem. Czy to właśnie ona staje się inspiracją do tworzenia wersów wierszy, fraszek?

Nie. Inspiracją do pierwszych fraszek była przyroda - jestem biologiem z zamiłowania (nawet uczyłam biologii w szkole). Przyroda jest kopalnią tematów. No i życie po prostu.

Muzyka, a zwłaszcza jej dwa podstawowe elementy (rytm i melodia )mają dla mnie bardzo duże znaczenie w wierszach. Fraszka jest formą krótką. Jest mniej czasu by ją rozkołysać, rozhuśtać czy w inny sposób zrytmizować. Dlatego dla fraszki te elementy muzyki mają mniejsze znaczenie. Kontynuując terminologię muzyczną powiedziałabym, że dla fraszek bardzo ważne są pauzy. Odpowiednio zastosowane dają czas na zastanowienie, albo tworzą atmosferę przed mającą nastąpić pointą.

 

Wiem, że oprócz wierszy, fraszek pisze też Pani jak już wcześniej wspomniałam scenariusze, teksty piosenek, ale... i powieść. Może przyszedł czas, żeby w końcu to wszystko wydać?

Choćby dziś. Zwłaszcza czteroczęściowa powieść niecierpliwie wierci się w mojej szufladzie :) To jest moje marzenie, które oczekuje realizacji. Powieść jest gotowa. Rysunki do niej, wykonane przez Anię Skórczyńską, (tę samą, która zrobiła rysunki do „Fraszkowej uczty”), także.

 

 


"Autorki wymieniają się autografami"

Na zdjęciu od lewej: Mira Białkowska i Anna Skórczyńska

 Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki.

 

 

Za fraszki otrzymała Pani nawet nagrodę. Proszę o tym opowiedzieć.

To nic wielkiego - jedna z podrzędnych nagród na Konkursie Jednego Wiersza, ale dla mnie to było ważne, bo tym razem (pierwsza była „Agora”) moje fraszki doceniono. Usłyszałam też, że powinnam je wydać.

 

Uczy Pani młodych. Jak się z nimi współpracuje? Czy są chętni do nauki? 

Właśnie. Współpracuję. To jest bardzo trafne określenie. Ja nie mam problemu powiedzieć uczniowi, że jest ode mnie w czymś lepszy (np. on gra na harmonijce ustnej, a ja nie), albo, że się czegoś od niego nauczyłam. Nie „urabiam” ich na własną modłę. Dobrze, jeśli szukają własnej drogi. Rafała Brzozowskiego 9 lat uczyłam, gry na fortepianie, ale on postanowił śpiewać, chociaż szanse na zostanie wokalistą nie były duże. Jego ciężka praca przyniosła sukces. Od niego nauczyłam się, że nie należy rezygnować ze swoich marzeń. Zdziwił się, gdy mu to powiedziałam. Asia Berdyn i Janeczka Klimiuk – Popielak to dziś wspaniałe wokalistki. Gdy skończyły gimnazjum nasze drogi rozeszły się (szlifowały swe głosy u nauczycieli lepszych ode mnie). Dziś współpracujemy nadal.

Z muzyką, jak ze wszystkim. Jeśli się kocha to co się robi, łatwiej nie tylko o chęci, ale i o siłę, nieodzowną wytrwałość. Nie każdy jest uzdolniony muzycznie (no i dobrze). Ale jeśli komuś słoń na ucho nadepnął, niech się chociaż z muzyką oswaja i próbuje ją zrozumieć, a ja mu w tym staram się pomagać.

 

Jest Pani dowodem na to, że na emeryturze można więcej, ma się jeszcze wigor, ochotę do dalszych działań. Co by Pani doradziła innym przebywającym biernie na emeryturze? 

Żeby nie przebywali biernie na emeryturze :) Mówię o emerytach zdrowych, stosownie do wieku!!! Emerytura to świetny czas na realizację marzeń. Ja dopiero po przejściu na emeryturę zajęłam się pisaniem, zaczęłam śpiewać w chórze, wykonuję kartki okolicznościowe i mam czas pójść popływać. Nie każdy musi pływać, ale jest gimnastyka w wodzie dla emerytów. Nie każdy może śpiewać, ale każdy może słuchać, oglądać, uczestniczyć. W każdym mieście dużo się dzieje, trzeba się tym zainteresować. Zdarza mi się słyszeć: „Ty to masz fajne życie”, ale przecież nikt nam czasu wolnego nie zorganizuje. Każdy musi znaleźć coś, co mu odpowiada. No, ale jeśli komuś nic nie odpowiada i woli siedzieć przed telewizorem, to znaczy, że tak mu dobrze i niech nie narzeka.

 

"Dobrze czuję się każdym towarzystwie"

Na zdjęciu Mira Białkowska

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

 

 

Wiem też, że chętnie Pani podróżuje. Który kraj zrobił na Pani największe wrażenie? 

Kraj? To nie kraj, a raczej miejsca. Fiordy, ale nie cała Norwegia. Meteory, ale nie cała Grecja. Biały Kanion (wędrówka przez pustynie i oaza Ain Khudra) na Synaju, czy niezapomniana, nietypowa świątynia Wat Rong Khur w Tajlandii niedaleko granicy z Birmą i Laosem. Trochę czasu zajęło mi nim uświadomiłam sobie co mnie najbardziej zachwyca. W moim przypadku to nie architektura (chyba, że architektura Gaudiego), zbiory Luwru czy Prado. Dla mnie to są Bałkany, Krym czy wspomniane miejsca.

 

Coś od siebie dla czytelników:

„Nie święci garnki lepią.” Nazbyt często wydaje się nam, że sukces zarezerwowany jest dla wybitnych jednostek. Tak bardzo w to wierzymy, że nawet nie podejmujemy działania. Proponuję „przemeblowanie” myślenia, pracę (czasem ciężką), wiarę w powodzenie i efekt może nas zadziwić.

 

Dziękuję za rozmowę.


A w zakładce - Konkursy - znajdziecie konkurs, w którym do wygrania dwa egzemplarze "Fraszkowej uczty", której patronuję medialnie :)

15:45, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lipca 2016

 

Część II wywiadu z Anią Sikorską, mamą autystycznej Oli

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu Anny Sikorskiej

 

 

Jak na zaburzenie Oli zareagowała w ogóle Wasza najbliższa rodzina?

Bliskich trzeba podzielić na dwie strony: moich bliskich i męża bliskich. O ile moi zaakceptowali Oli urodę i pozwalają jej po prostu być, to męża bliscy narzucają na jakich warunkach Ola ma być i okazuje się, że Ola do tych warunków całkowicie nie przystaje, bo nie jest tak sterowalna jak przeciętny przedszkolak, bo robi swoje, bo na przykład mocniej przytuli kota lub nie czeka na robienie czegoś albo biega slalomem między krzakami, drzewami na ogrodzie. Na szczęście mam wielu znajomych otwartych na Olę i dzięki nim moja córka ma kontakt z kozami, krowami, kaczkami, kurami, króliczkami, kotami, psami. Z przyszywanymi ciociami piecze bułeczki, ciasteczka, robi swojski makaron, bawi się z ich dziećmi i zawsze jest bardzo życzliwie witana. Nikt nie histeryzuje nad złamanym kwiatkiem, czy zerwanym listkiem. Nauczyli się, że Ola potrafi niespodziewanie wejść na stół i chcieć huśtać się na lampie, że w jej towarzystwie trzeba być niesamowicie uważnym i gotowym na natychmiastową reakcję.


Jakim dzieckiem jest Ola? Mówi się, że dzieci autystyczne mają bardziej rozwinięte i wrażliwsze pewne zmysły. Jak jest z Olką? Co lubi robić?

Ola jest bardzo pogodna, ciekawska, aktywna, a wszystko pod warunkiem, że się ją uaktywni. Na szczęście mam tę moc włączania jej. Lubi nowe miejsca, uwielbia książki, ma rewelacyjną pamięć i uwielbia zwierzęta. Był czas, kiedy nawet zbliżenie się psa powodowało atak paniki, gołębie ganiała i był to taki element, który zachęcał ją do aktywności, ale kiedy mogła dotknąć to już pojawiał się strach. Teraz jest zupełnie inaczej. Wiele w naszym życiu zmienił jej pies Tutuś, który od szczeniaka jest szkolony na Oli psa rehabilitacyjnego i przewodnika. Sami się wzajemnie wybrali i jest im ze sobą bardzo dobrze. Już teraz (mając rok) wie, że musi iść po określonej stronie człowieka, wykonuje kilka komend na migi i ma niesamowity dar wyczuwania, kiedy jego przyjaciółka zaczyna się wyłączać. Ola uwielbia biegać z nim po lesie, zakopywać w piachu, bawić się piłką, szarpać koc, malować, kąpać go, a on w czasie tych wszystkich zabiegów całkowicie się jej poddaje mimo, że waży więcej od niej i bardzo łatwo mógłby uciec. Córka niesamowicie dba o swojego czworonoga. Zawsze, kiedy je smakołyki to dzieli się z nim.

 

Tutuś.

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu Anny Sikorskiej

 

W przedszkolu, w domu i na spacerze chętnie bawi się plastikowymi zwierzakami. Ma ich niesamowicie dużą kolekcję i o każdego zwierzaka bardzo dba. Miałyśmy raz wypadek, kiedy w czasie biegu potknęła się o nierówne chodniki i upadając zdarła sobie kolana oraz złamała ucho krowie, okazało się, że kolano nie jest tak ważne jak ucho zabawki. Brak ucha odkryłyśmy dopiero przy domu i musiałyśmy po niego wrócić, ja musiałam krówkę wyleczyć (przykleić ucho) i dopiero się rozpogodziła. Mimo, że ma trzy takie same krowy i praktycznie sklejenia nie widać regularnie sprawdza czy ucho jest na właściwym miejscu.

W pierwszym roku w przedszkolu Ola dużo wędrowała między salami, bo bez wchodzenia w interakcje z dziećmi szybko poznawała zabawki i pędziła do kolejnych. W ten sposób do każdej sali zawędrował jakiś jej zwierzak lub książka. Kiedy teraz zdarza jej się bawić w innej sali to zawsze z wielką radością reaguje na swoją zabawkę lub lekturę.


Na swoim profilu Facebookowym niemal codziennie opisujesz Twoją walkę o Olę, by mogła zacząć funkcjonować w społeczeństwie. Na czym polega rehabilitacja Oli?

Oli rehabilitacja jest wszechstronnym aktywowaniem. Specjaliści mają swój zestaw zabaw pozwalający rozwijać wszystkie umiejętności, jakie powinno mieć dziecko w jej wieku, a ja mam swój. Na początku szłam torem rozwijania pamięci i koncentracji, dzięki czemu Ola mając niecałe pięć lat jest w stanie pracować ze mną przez godzinę bez przerwy. Jest to bardzo długi czas koncentracji u dziecka w tym wieku. Pod wpływem neurologopedy i książek Kaufmana zaczęłam nieco inaczej patrzeć na cele, które chcę osiągnąć. Teraz bardziej stawiam na kontakt wzrokowy, bo bez niego nie możliwa jest komunikacja. Bawimy się też w naśladowanie odgłosów zwierząt, nucenie piosenek. Ze względu na jej świetną pamięć bardzo szybko nudzi się wszystkim. Zna już wszystkie polskie piosenki dla przedszkolaków, niedługie seriale animowane. Uczymy się też języków obcych, co pomaga nam w wywoływaniu mowy, ponieważ polskie słowa są trudne do wymówienia, a w innych językach czasami dużo łatwiejsze.


Jakie są dla Ciebie najtrudniejsze momenty?

Najtrudniejsze były dla mnie momenty, kiedy ja z córką byłam przeganiana z piaskownicy, bo Ola inaczej się bawiła, bo np. wkładała do dołka wykopanego przez inne dziecko swojego zwierzaka i to dziecko zaczynało z tego powodu panikować albo przymierzała czy mieści się w dołku i wielu rodzicom nie podobało się, że Ola zaburza spokojną zabawę ich dzieci. Teraz mam to w nosie. Siedzimy sobie razem w piachu, kopiemy dołki, zakupujemy zwierzaki, odkopujemy. Kiedy się znudzę tym kopaniem wyjmuję książkę, głaszczę Olę po plecach i czytam jej. Ona od czasu do czasu zerka na ilustracje. Całkowicie też zmienił się stosunek do Oli. Od kiedy wiedzą, że ma autyzm są dla niej i jej zachowań o wiele bardziej wyrozumiali, próbują nawiązać z nią kontakt, są otwarci na uczenie się, w jaki sposób komunikować się z nią.

Kolejne trudne momenty były, kiedy Ola miała swoje ataki histerycznego płaczu, autoagresji, kiedy ktoś ją dotknął. Często robiły to osoby starsze z tekstem: „Co za matka nie dba o uszy dziecka” i naciągały jej na ucho czapkę, co wywoływało u niej płacz, złość, zrzucenie czapki, której do wyrośnięcia nie chciała założyć. Niesamowicie męczące były Oli ataki autoagresji wywołane przez dotyk innych ludzi. Teraz po prostu czekam aż jej przejdzie i nie włączam negatywnych emocji, nie boję się, co sobie inni pomyślą, że dziecko płacze, rzuca się po ziemi. Trudne bywają chwile, kiedy próbuję Olę uaktywnić, a ona i tak jest w swoim świecie, ale nauczyłam się wielu rzeczy, które mi pomagają nawiązać z nią kontakt.


Dla odmiany, które momenty są dla Ciebie najprzyjemniejsze?

Ola nie mówi, więc nie może powiedzieć mi: „Kocham cię”, ale za to potrafi tak pięknie, mocno przytulić, że to wystarczy za wszelkie słowa.

Może to zabrzmi dziwnie, ale ja bardzo cieszę się z takiego macierzyństwa, jakie mi dano. Ola jest cudownym, wrażliwym, dbającym o najbliższych dzieckiem. Zawsze pamięta, aby w sklepie kupić też coś mamie, tacie i Tutusiowi.

Uwielbiam nasze codzienne spacery, ganianie psa. Są to czynności bardzo wyczerpujące, ale jednocześnie wywołujące niesamowicie dużo pozytywnych emocji.

Kocham Oli zaangażowanie w rozpakowywanie paczek z książkami, jej niesamowite zainteresowanie nowymi lekturami, jej pasję kolekcjonerską dotyczącą zestawów kloców Lego. Zawsze mnie cieszy nasze specyficzne porozumiewanie się bez słów. Nie zawsze się rozumiemy, ale bardzo się staramy.

Przy dziecku niepełnosprawnym jest zazwyczaj tak, że któreś z rodziców poświęca swoją karierę zawodową, możliwość pracy zarobkowej. Tak jest w Twoim przypadku. Czego najbardziej Ci brakuje na co dzień?

Ja właśnie robię tak, żeby niczego nie poświęcać. Jestem takim samym rodzicem jak mąż i mam te same prawa oraz obowiązki. Większość czasu Ola spędza ze mną, ale też dbam o to, aby kontakt z tatą był intensywny, częsty i długi. Cały czas się rozwijam, dążę do „awansu”, czego wynikiem jest wydana w ubiegłym roku monografia naukowa „Hiszpania w filmach Pedra Almodóvara” i kolejna planowana na ten rok „Rodzina w filmach Pedra Almodóvara”. Mam tak wypełnioną dobę, że jedyne czego mi brakuje to snu. Kiedy słyszę propozycje znajomych: „Jeśli twój mąż w ten weekend nie ma zajęć to wpadnij do nas. On zajmie się Olą”, ja samolubnie myślę: „poszłabym sobie choć raz spać przed północą i tak porządnie się wyspała”. Mój tryb życia sprawia, że miewam chwile, kiedy muszę odespać aktywność. Na szczęście na razie nam się to ładnie pokrywa z sesją egzaminacyjną i przerwą w zajęciach na uczelni, kiedy mąż może być bardziej aktywnym ojcem.

Wielokrotnie opisujesz również przygody, jakie Was napotykają, gdy wychodzicie chociażby na zwykły spacer, czy plac zabaw. W większości są to również obawy i strach innych rodziców, dzieci zdrowych, że ich pociechy zarażą się od Oli chorobą. Nie uważasz, że wciąż mówi się o autyzmie za mało? Że świadomość społeczeństwa na ten temat jest po prostu żadna? Czy faktycznie nasze społeczeństwo jest otwarte na inność?

Myślę, że dzięki Oli coraz więcej rodziców wie czym jest autyzm i już nie spotykam się z tekstami: „Ma autyzm? Przecież wygląda na zdrową? Kto wam to zdiagnozował?”. Już wiedzą, że autyzm to bardzo specyficzne zaburzenie, które zwykle fizycznie jest niewidoczne.

Z otwartością i wiedzą o osobach z autyzmem jest tak jak ze stereotypami narodowymi. Czasami ludzie mówią: takich a takich nacji nie lubimy, a nawet nienawidzimy, ale kiedy mają znajomego z tej nacji i jest to rewelacyjna, pracowita, przyjazna osoba, to nagle te uprzedzenia stają się nieważne. Myślę, że wszystko zależy od nas rodziców. Jeśli nie będziemy przejmowali się opiniami, będziemy wychodzić z dziećmi do ludzi, to oni dostrzegą piękno naszych dzieci.


Z perspektywy czasu, czym jest dla Ciebie autyzm?

Autyzm to nasz wymagający i bardzo kosztowny członek rodziny. Wszystko jest jemu podporządkowane. Staramy się oczywiście funkcjonować normalnie, odwiedzać ludzi, rozmawiać, robić zakupy, podróżować, ale autyzm zmusza nas do załatwiania formalności w urzędach, do lekkich walk i stawiania na swoim, czasami z rezygnacji z odwiedzin, ponieważ Ola nie ma ochoty. Dla mnie jest on najbardziej wymagającym trenerem, jakiego nie dostarczy mi żaden pracodawca. Nauczył mnie wielkiego dystansu do świata i miłości oraz akceptacji siebie bym mogła kochać i akceptować męża i córkę.


Na koniec, rady i wskazówki dla rodziców, którzy dopiero usłyszeli diagnozę:

Znajdźcie sobie interesujące was zajęcie, którym zapełnicie czas i które da wam wytchnąć od codzienności. To uchroni was przed dołowaniem się, a jeśli nie będziecie się dołować to będziecie mieć siły i cierpliwość dla dziecka, które wymaga dużych pokładów energii i skupienia. Koniecznie przestańcie słuchać i przejmować się opiniami innych na wasz temat. Każdy może dać wam dobre rady, ale nikt nie zamieni się z wami miejscem. To jest wasze rodzicielstwo i róbcie wszystko, aby było jak najbardziej szczęśliwe. Korzystajcie z dostępnych pomocy specjalistów. Jeśli macie jakikolwiek problem kierujcie się do „Jestem mamą, nie rehabilitantką, Jestem tatą nie terapeutą”. Osoby tam pracujące pomogą w wielu kwestiach prawnych. Kolejna rzecz, to koniecznie załóżcie sobie subkonto na fundacji. W ten sposób będziecie mogli zdobyć choć troszkę pieniędzy na terapię, która jest bardzo kosztowna. Koniecznie idźcie z dzieckiem do neurologopedy. Rewelacyjni to tacy, który potrafią nawiązać kontakt wzrokowy z dzieckiem w czasie kilkunastu minut.

Jeszcze jedna bardzo ważna (a nawet najważniejsza) sprawa: nie pozwólcie, aby wasi krewni wami manipulowali, bo to wy poniesiecie konsekwencje waszych decyzji i przykrych słów, a nie oni. Dzielcie się obowiązkami, aby wasi partnerzy mieli dla was siły. Nie zastanawiajcie się co będzie za kilkanaście lat. Bądźcie dla siebie życzliwi.

 

 

 

Dziękuję za rozmowę.

13:02, toksiazki12 , Wywiady
Link Komentarze (1) »

 

 

 

Dzisiaj, zapraszam Was na wywiad z wyjątkową dla mnie osobą. Skromną, ale wielką jednocześnie. To blogerka, autorka monografii naukowej „ Hiszpania w filmach Pedra Almodóvara”. Ciepła, życzliwa, nigdy nie odmawia pomocy. Jest matką, całkowicie oddaną swojej autystycznej córeczce, ale przede wszystkim to kobieta – pasjonatka, której udało się pogodzić (chociaż w jakimś stopniu) pracę naukową z masą innych obowiązków. Cenię ją nie tylko, jako znakomitą pasjonatkę, ale przede wszystkim jako wspaniałą matkę tak dzielnie zajmującą się swoją córeczką. Wiem, że nie jest Jej (i Jej mężowi) łatwo, ale Ania nigdy nie użala się, ani nad sobą, ani nad Olą, a już na pewno nie nad tym, co ją - ich spotkało. Owszem, padają nie raz pytania i wątpliwości, ale Jej uosobienie nie pozwala na coś takiego, jak wylewanie żalu i goryczy publicznie.

 

Anna Sikorska. Dla mnie po prostu Ania. Podziwiam Ją za siłę, sposób bycia, bycie asertywną, a nawet otwartość i nie oglądanie się za siebie. Ania bardzo donośnie wypowiada swoje zdanie i w ogóle nie przejmuje się tym, co inni o niej myślą.

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu Anny Sikorskiej.

Na zdjęciu Ania z Olą

 

 

Nasz dzisiejszy wywiad nie jest zupełnie przypadkowy. Kilka dni temu opublikowałam recenzję książki „Inne, ale nie gorsze” o dzieciach autystycznych opowiadają ich rodzice. Pomyślałam, dlaczego by Ani zapytać, jak wygląda ich codzienność, praca z Olą, przełamywanie barier, czy po prostu, jak to wszystko się zaczęło. Efektem jest ten wywiad.

 

Tym, którzy nie potrafią zrozumieć działań rodziców dzieci niepełnosprawnych, tego, że walczą o nie, bo są ich jedyną nadzieją do przystosowania ich chociaż w jakimś stopniu do życia w społeczeństwie, lepiej niech zamilkną, a przede wszystkim niech pomyślą, czy chcieliby się z nimi zamienić.

 

Zapraszam na blog Ani: Górowianka (http://annasikorska.blogspot.com/)

 

A teraz poznajcie Anię i Jej córkę Olę.

 

Aniu, nie wszyscy Cię znają i nie wszyscy wiedzą, że wspólnie z mężem wychowujecie córeczkę Olę mającą autyzm. Nasza rozmowa nie jest przypadkowa. Spotykamy się przy okazji pewnej publikacji, którą obie miałyśmy okazję przeczytać. Chodzi o „Inne, ale nie gorsze”. Z rodzicami autystycznych dzieci rozmawia Grzegorz Zalewski. Chciałabym, abyśmy na Waszym przykładzie pokazały funkcjonowanie Waszego „świata” ściśle podporządkowanemu córce i jej zaburzeniu.

Jak i w jakim wieku zdiagnozowano u Oli autyzm? Wiedzieliście od początku, że z Olą jest coś nie tak? Kto, Ty czy mąż, zauważył pierwsze symptomy u Oli? Jeśli chodzi o diagnozę, mam na myśli specjalistów, którzy Wam Wasze obawy potwierdzili.

Ola urodziła się siłami natury jako ponad 4 kilogramowa, zdrowa dziewczynka posiadające prawidłowe odruchy. Była bardzo pogodna, nie płakała, miała niezły apetycik. W książeczce zdrowia w dniu porodu ma wpisane 10 punktów w skali Apgar, czyli bardzo dużo. Ja w swojej miałam zaledwie 3, mój brat chyba podobnie, ponieważ urodziliśmy się bez widocznych funkcji życiowych. Byłam przygotowana na coś takiego. Ola rozwijała się świetnie. Do tego nie chorowała, nie miała katarków. Pierwsze przeziębienie zaliczyliśmy, kiedy miała półtora roku. Do tego miałam z nią rewelacyjny kontakt. Rozwijała się troszkę szybciej niż przewidywały tabelki ze skokami rozwoju. Bardzo wcześnie nauczyła się przewracać z plecków na brzuszek, z brzuszka na plecki, siadać, przeglądać książki, chwytać kredkę. Nawet kupiliśmy jej specjalne nietoksyczne, którymi z wielkim zacięciem bazgrała po wszystkim co trafiło w ich zasięg. W ten sposób powstały jej pierwsze rysunki ścienne, kalendarzowe, zeszytowe. Nie gardziła też pudełkami, na których pięknie ćwiczyła swoją umiejętność. Miałam wrażenie, że cały jej dzień to piękny trening w moim towarzystwie. Patrząc na nią mówiłam sobie: „Ale mi mały geniusz rośnie. Kocha książki, lubi spacery, obserwuje przyrodę, pięknie się koncentruje”

Kiedy skończyła pięć miesięcy miała problem z kolkami, przez co większość nocy nie przesypiałam, ale to nie wpływało na nią negatywnie. Lekarka powiedziała mi, że kolki miną, że trzeba dziecku podawać herbatkę z kminkiem i będzie dobrze. Niestety to nie pomagało. Mimo tego Ola pięknie gaworzyła, patrzyła mi w oczy i nim skończyła roczek postawiła swoje pierwsze kroki. Była niesamowicie otwartym dzieckiem i w pewnym momencie odpłynęła do swojego świata. Pierwsze słowa zniknęły, przestała gaworzyć, ciągle „wyłączała się”, czyli patrzyła w przestrzeń jakby nic dookoła nie widziała, przestała reagować na zachętę do zabawy. Włączała się dopiero, kiedy do jej rąk dawałam coś nowego, zabierałam ją do lasu na spacer. Wysadzałam ją z wózka i pozwalałam biec. Ponieważ nie reagowała na swoje imię musiałam z wózkiem przez krzaki pędzić za nią. Trzymanie za rączkę wywoływało panikę, jednocześnie niczego się nie bała. Nie miała problemów ze skokami z wysokości, nie uciekała kiedy jechał samochód, uwielbiała się wspinać i bardzo szybko zaprzyjaźniła się z wszelkimi przeszkodami w mieście. Mając dwa lata wchodziła na najwyższą, dwumetrową przeszkodę na sky parku, a później z niej zjeżdżała jak ze zjeżdżalni. Uwielbiała biegi przez kałuże i zawsze po nich wracałyśmy do domu całe mokre. Robiłam wszystko, aby była aktywna, aby nie tracić z nią kontaktu. Dzięki temu Ola jest dzieckiem sprawnym fizycznie.

Kiedy po raz pierwszy pomyślałam, że coś nie gra? Ola miała wtedy półtora roku i widziałam, że zamiast się rozwijać zaczyna się uwsteczniać. Zamiast mówić - zamilkła, zamiast komunikować swoje potrzeby – stała się biernym odbiorcą. Często chodziłam z nią na plac zabaw i sadzałam w piaskownicy i obserwowałam. Potrafiła siedzieć wśród zabawek i nie wiedzieć, co z nimi zrobić. Analizowałam, co jest nie tak. Pomyślałam sobie, że jak będę jeszcze bardziej aktywna, jeszcze bardziej urozmaicę jej doświadczenia to wszystko będzie w porządku. Przypadkowo w czerwcu 2013 roku (miała wtedy 1,5 roku) byłam z Olą we Wrocławiu i rozmawiałam o swoich obserwacjach z moją byłą wykładowczynią profesor Agnieszką Liburą. Jeszcze nie sklasyfikowałam wtedy Oli, ale już wiedziałam, że Ola może nie mówić. Po miesiącu stwierdziłam, że to może być autyzm. Poszperałam w notatkach ze studiów, wymyśliłam dla Oli ćwiczenia, które nic nie dawały, ponieważ nie było kontaktu wzrokowego. Ten udawało mi się łapać tylko, kiedy podsuwałam jej coś całkowicie nowego i w dodatku tylko na chwilę była zainteresowana nowym przedmiotem/zabawką. Kolejna wizyta na uczelni – tym razem u doktor Anny Majewskiej- Tworek ponownie utwierdziła mnie w przekonaniu, że to autyzm. Wiedziałam, że muszę z Olą łapać kontakt wzrokowy, bo inaczej może całkowicie odpłynąć do swojego świata, że muszę pozwolić jej na jej manie byle była aktywna fizycznie, podsuwać jak najwięcej jak najbardziej różnorodnych zabawek, książeczek, bardziej urozmaicać spacery. Tego wszystkiego do tej pory było bardzo dużo, ale od czasu, kiedy uświadomiłam sobie, że walczę o kontakt było gigantycznie dużo. Dzięki dobroci znajomych i ich znajomych oraz tanim zabawkom w lumpeksach w bardzo szybkim tempie zagraciłam dom wszystkim, co mogło Olę choć na chwilę skłonić do kontaktu. Ku mojej uldze Ola to wszystko zabrała ze sobą do przedszkola, które w ten sposób stało się z jednej strony czymś nowym, a z drugiej miało sporo znanych elementów.

Nim córka poszła do przedszkola walkę oczywiście prowadziłam samotnie. Mąż pracował poza miejscem zamieszkania w dwóch miejscach, aby zarobić na rodzinę. W domu bywał, a do tego ja robiłam wszystko, aby nikt nie dowiedział się, że Ola ma autyzm, bo jak się wszyscy dowiedzą to będzie przecież katastrofa, a tak może sama ją z niego wyciągnę i będzie wszystko dobrze i będę mogła być idealną matką, za którą nie uchodziłam, przez co niejednokrotnie usłyszałam „coś z Olą przez ciebie jest nie tak” (taki mały element przemocy w rodzinie męża). Ich niepokoił brak mowy, a mnie szereg innych zachowań.

Kiedy Ola miała dwa lata trzeba było myśleć o przedszkolu. Wiedziałam, że nie mogę jej zamknąć w domu i chronić przed światem, bo ona ma kiedyś być samodzielna, a nie zależna od kaprysów bliskich lub obcych. Wiedziałam też, że bez diagnozy i osoby, która się nią w tym przedszkolu zajmie Ola po prostu się wyłączy.

Zaczęliśmy diagnozować, żeby Ola miała w przedszkolu profesjonalne wsparcie. Lekarz zastępujący naszą lekarkę rodzinną wysłał nas na badanie słuchu, bo może dziecko nie słyszy, a mi powiedział coś z czym już się nie zgadzałam „zobaczy pani, dziecko z tego w ciągu roku wyrośnie i będzie mówić. Ma jeszcze czas”. Większość doświadczeń ze specjalistami, do których niepotrzebnie trafiliśmy było jedną wielka katastrofą i męką dla mnie i córki. Jedna z wielu przygód: czekałyśmy na badanie słuchu 5 h! Ciągle wchodziłam i wychodziłam do ciasnej poczekalni przepełnionej ludźmi. Ola niemiłosiernie nudziła się, bo nie szłyśmy do lasu, a przy ruchliwej ulicy nie chciałam jej puszczać, bo nie pozwalała trzymać się za rękę, więc jeździła w wózku. Wynudzone dziecko wparowało do gabinetu lekarskiego, wskoczyło na kozetkę, a z kozetki na mnie. Lekarz mnie wyzwał, że mam niewychowane dziecko. Później, że nie umiem dziecka przygotować do badania, które polegało na tym, aby dziecko sygnalizowało czy słyszy, a przecież Ola nie sygnalizowała niczego, więc w jaki sposób mogła sygnalizować cokolwiek lekarzowi. Przestał krytykować, kiedy ze łzami w oczach powiedziałam, że Ola ma autyzm i chciałam zdiagnozować, a lekarz wysłał nas tu, bo uznał, że konieczne jest zbadanie słuchu. Ja wiedziałam, że słuch ma świetny, bo nawet najmniejszy „hałas” potrafił ja obudzić po godzinie snu. Skierował nas do Poznania, gdzie w szpitalu w ciągu kilku dni przeprowadzono wiele badań: od psychologa, przez badanie słuchu po logopedę. Jeden z milszych pobytów, niesamowicie empatyczni specjaliści. Byłam wtedy ciągle na etapie wyparcia. W czasie rozmowy w cztery oczy z lekarzem z ProFUTURO dowiedziałam się: „Pani córka ma autyzm”. Jednak jeden ze specjalistów powiedział też: „Nie dajcie sobie wmówić, że to autyzm. Jak wam zaszufladkują dziecko to nikt wam już nie pomoże” i pojawił się we mnie cień nadziei, że może jednak się mylimy i wielka panika przed diagnozą. Zrobiłam wszystko, aby nie mieć niczego na papierze i wszystko, aby podważyć swoje przekonania.

Kolejnym miejscem, w którym diagnozowaliśmy jest ośrodek przy ul. Wołowskiej we Wrocławiu. Byliśmy tam już w konkretnym celu: diagnozę na piśmie, bo bez tego nie będzie dla Oli pomocy w przedszkolu, terapii. Zaczęliśmy też współpracę z panem Jackiem z Synapsis. Polecam wszystkim rodzicom. Mojemu mężowi bardzo pomógł wejść w rolę ojca nietypowego dziecka.


Kiedy pojawiła się diagnoza, jak na nią zareagowaliście?

Diagnozę na piśmie mieliśmy, kiedy Ola miała 2,5 roku. Wtedy pojawiły się w nas wyrzuty sumienia, dlaczego tak późno. Na szczęście trafiliśmy na specjalistów, którzy pokazali nam, że wcale nie tak późno, do tego uświadomili mnie, że przecież oni robią z Olą dokładnie to, co ja robiłam w domu, więc diagnoza dla papierka pomagającego załatwić wiele formalności w urzędach.

Na samą diagnozę zareagowałam ulgą. Już nie musiałam udawać, że wszystko jest w porządku. Nadal zdarzało mi się słyszeć, że Oli autyzm przeze mnie, bo wszystko robię źle. Większość rodziców niepełnosprawnych dzieci to słyszy od bliskich. Ja przestałam tych uwag słuchać. Moi krewni po prostu zaakceptowali, ale nadal nasze problemy były rodzinną tajemnicą. Skupiłam się na sobie, Oli i blogowaniu. Myślę, że to mnie uratowało przed depresją i zwykle narastającym w takich przypadkach smutkiem. Miewałam takie chwile, kiedy sama wyjeżdżałam załatwić różne sprawy i wracałam pociągiem, w którym beztrosko bawiły się młodsze od Oli dzieci. Uśmiechałam się, zaciskałam zęby, a łzy same mi płynęły i zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego moja Ola tak nie może? Dlaczego ma autyzm?”.

Nasza prawdziwa wędrówka po specjalistach tak naprawdę zaczęła się po dostaniu diagnozy na papierze. Szukaliśmy przyczyn w genetyce, metabolizmie, diecie, pasożytach, grzybach, zaburzeniach neurologicznych i tak dalej. Szukaliśmy informacji w internecie, co jeszcze trzeba zbadać, co zweryfikować. Powoli przechodziłam ze stanu przeżywania żałoby „po swoim zdrowym dziecku” (która wcale nie zabierała mi radości z chwil spędzonych z córką) w akceptację. Wtedy zaczęłam pisać, na facebooku o tym, że Ola ma autyzm. Blog był coraz bardziej znany, a ja chciałam dzięki niemu dotrzeć do jak największej ilości osób z informacją, że potrzebujemy 1% na terapię dla Oli. Pojawiło się wielu życzliwych ludzi, którzy wsparli mnie słowem, książkami, materiałami do terapii. Wiele z nich służy nam do dziś. Mam kilku przyjaciół – lekarzy, z którymi konsultuję wszelkie „magiczne substancje” proponowane przez innych specjalistów. Nie zabrakło też osób, które czują niezwykłą potrzebę pouczenia, jak należy wychowywać dziecko, aby nie miało autyzmu. Byli to głownie mężczyźni na emeryturze, którzy Oli nigdy nie widzieli, a trafili na blog i przypuszczam, że nie jestem jedyną adresatką złośliwych pouczeń. Na początku bawiłam się w tłumaczenie, było mi przykro, ale później zaakceptowałam to, że nie mogę na cudzą złośliwość w żaden sposób wpłynąć i regularnie dodaję takie maile do spamu. Oli autyzm nauczył mnie jednej bardzo przydatnej rzeczy: podejścia do życia „a co mnie interesuje opinia innych, ważne, abym robiła to, co kocham, żebym była szczęśliwa z rodziną, aby moje dziecko robiło postępy i miało na to środki.

 

 

 Na zdjęciu Ola.

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu Anny Sikorskiej

 

 

 

 

Zapraszam na część II wywiadu.

12:50, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lipca 2016

 

 

Skarlet i Alberta mieliście okazję już kilka razy poznać na moim blogu, przy okazji ich książek o słonecznej, magicznej, ale wciąż odkrywanej na nowo Bułgarii. Zarażają swoją miłością do tego kraju nie tylko przez swoje publikacje, bardzo odbiegające od łatwo dostępnych przewodników, ale przede wszystkim pasją podróżowania. Te książki są wyjątkowe, bo napisane z głębi serca i doświadczenia, wszystkiego, co widzieli na własne oczy, a czym chcieliby podzielić się z czytelnikami.

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

 

Bułgaria to niekończąca się opowieść, w której zawsze jest coś nowego i ciekawego do opowiedzenia. Skarlet jest niezwykle sympatyczna, ale wiernie strzeże swojej prywatności, o której mówi niewiele, a nawet wcale. Skąd sentyment do tego, a nie innego kraju? Co podoba się Jej i współtowarzyszowi Albertowi w ich wspólnych wojażach? Co jeszcze ciekawego mi powiedziała?

 

Zapraszam na wywiad.

 

 

Skarlet. Skąd ten sentyment i wielka miłość do Bułgarii?

Często powtarzam, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Czas mijał, a moje uczucie się nie zmieniało. Powiedziałabym nawet, że dojrzało. Bułgaria i całe Bałkany bardzo zyskują przy bliższym poznaniu. Trudno więc się odkochać - nie tylko mnie.

 

Skąd w ogóle pomysł, by to Bułgaria właśnie stała się takim Waszym wspólnym punktem odniesienia? Miejscem na ziemi? Gdzie Wy właściwie mieszkacie z Albertem na stałe?

Albert nie miał wyboru, bo urodził się w Bułgarii. A jak już zaczęliśmy podążać tą samą ścieżką, los zadecydował, że właśnie tu spędzimy większą część naszego życia.

Na pytanie o dom zawsze odpowiadamy, że mamy dwa domy: Polskę i Bułgarię. I chociaż bardzo się od siebie różnią, są dla nas jednakowo ważne. Niestety, nigdy nie udawało się nam sprawiedliwie podzielić czasu pomiędzy te nasze dwa domy. Od 3-4 lat faworyzujemy Polskę, choć nie jest nam łatwo, bo nie zawsze umiemy się w niej odnaleźć. Ale uczymy się.

 

Jesteście rodzajem swoistych globtroterów. Przemierzacie wspólnie Bałkany, by w swoich książkach opisywać to, co najpiękniejsze, najciekawsze. Co podoba Wam się w tych wojażach najbardziej?

Uwielbiamy podróże. Każda jest inna i każda ekscytująca. Nawet jak docieramy po raz „en-ty” do tego samego miejsca, zawsze udaje się nam odkryć coś czego nie dostrzegliśmy wcześniej.

Lubimy poznawać nowe zakątki i zawsze próbujemy poczuć ich atmosferę.

Piękne jest to, że dzięki podróżom i dzięki ludziom opowiadającym o miejscach, w których się znaleźliśmy, możemy przemieszczać się nie tylko w sensie dosłownym. Możemy przymknąć oczy i powędrować w przeszłość. A na Bałkanach jest to dość łatwe, bo wiele budowli sprzed nawet 2000 lat pozostaje otoczonych dziewiczą przyrodą i w tych, które są oddalone od turystycznych ścieżek, wydaje się, że nic się nie zmieniło, dzięki czemu wyobraźnia ma pole do popisu.

 

Czy opisaliście już wszystko, co było możliwe do opisania, wszelkie, nawet tajemne i magiczne zakątki tego kraju?

Nie. Bułgaria to niekończąca się opowieść. Przekazaliśmy bardzo niewiele. W pierwszych dwóch książkach z serii „Bułgaria znana i nieznana” (Z Ruse do Varny i Kierunek Burgas) próbowaliśmy opowiedzieć o miejscach, znajdujących się na trasach najbardziej znanych polskim turystom.

W „Magicznych górach”napisaliśmy o Rodopach, o których Vazov (wielki bułgarski poeta) słusznie mawiał: „Ten kto nie widział Rodopów, nie widział Bułgarii”. I to co napisaliśmy, to ułamek tego co chcielibyśmy powiedzieć. O tych naprawdę magicznych górach można by pisać w nieskończoność i wspominamy o nich także w nowej książce „W bałkańskim kociołku”, w której odwiedzimy wiele zakątków w różnych, jeszcze nie opisywanych przez nas rejonach Bułgarii, ale nie tylko, bo zrobimy też mały „skok w bok” do Grecji i z powodu jasnowidzki Vangi, także do Macedonii.

 

Okładka nadesłana przez autorkę

 

 

Jacy są Bułgarzy, ze społecznego punktu widzenia, tak najogólniej mówiąc?

Zdecydowanie inni. Wszystko robią na odwrót. Mówiąc tak, kiwają głowami w przeciwnym kierunku niż reszta Europy, tańczą i śpiewają w niespotykanym nigdzie indziej rytmie (muzykoznawcy określają muzykę bałkańską mianem „takty bułgarskie”), jak mówią „na prawo” to znaczy, że idą prosto, a ślub to u nich „brak”. Na pewno żyją na większym luzie, są bardzo otwarci i towarzyscy, mówią sobie na „ty” (niezwykle rzadko używają formy pan/i), są przesądni i wierzą w magię, także w magię ziół.

To tyle – najogólniej mówiąc, choć tak naprawdę, w przypadku Bułgarii, która jest zlepkiem narodowości, nie powinno się nic uogólniać, bo każda społeczność jest wierna swoim tradycjom i obyczajom. Pomimo nie małych różnic kulturowych i wyznaniowych, jakimś cudem udaje im się funkcjonować obok siebie, wspólnie świętować, a nawet modlić się w tych samych miejscach. I mamy nadzieję, że tak pozostanie i że nie pojawi się iskra, która spowoduje wielki wybuch, o który (jak wiadomo) na Bałkanach nie trudno.

W każdej książce staramy się przybliżyć specyficzną mentalność ludzi i ich charakterystyczny styl bycia i życia, opowiadamy także o małych społecznościach. bo naszym zdaniem, między innymi dzięki wielkiemu zróżnicowaniu, cały region jest bardzo ciekawy.

 

Nawiążę do pytania poprzedniego, ale zapytam o kobiety – Bułgarki, jakie one są?

Bardzo różne. To jakie są i jak żyją zależy od tego z jakiej pochodzą społeczności.

W Polsce mianem Bułgarki określa się ogół kobiet mieszkających w Bułgarii. Natomiast w samej Bułgarii, to słowo odnosi się raczej do narodowości. Sytuacja Bułgarek nie różni się od sytuacji Polek. To jaka jest ich rola w życiu rodzinnym, zależy od tego jaki mają charakter, w jakiej wychowały się rodzinie, jakie mają poglądy. Wcale nie rzadko, to one podejmują ważne rodzinne decyzje.

Zupełnie inna jest sytuacja kobiet urodzonych i wychowanych w społecznościach Turków lub Pomaków. W tych grupach głową domu jest mężczyzna. Przede wszystkim na wsiach istnieją bardzo tradycyjne rodziny, w których zdarza się, że kobieta nie siada przy stole wspólnie z gośćmi.

Pisaliśmy na ten temat w książce „Magiczne góry”, bo na terenie Rodopów mieszka spora grupa Turków i Pomacy (muzułmanie z korzeniami bułgarskimi, z których niewielka część uważa się za Turków) mający inne zwyczaje niż Bułgarzy.

 

 

Okładka nadesłana przez autorkę

 

 

A jaka jest kultura Bułgarii? Chodzi mi o gałąź sztuki. Gdybyście mieli ją porównać do polskiej kultury. Jakie są jej cechy wspólne, czego zazdrościcie Bułgarom, do czego jeszcze nam daleko, czego możemy się od nich nauczyć?

Bułgaria ma długie tradycje w śpiewie chóralnym i ikonografii. Rejon Sofii może się pochwalić sztuką śpiewu polifonicznego, wpisaną na listę kulturowego dziedzictwa UNESCO i uznaną za Arcydzieło Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości. Na liście UNESCO jest też sztuka tkania kilimów w bułgarskim Chiprovtsi.

Nie ma żadnej różnicy między Polską a Bułgarią w sensie istniejących instytucji związanych z kulturą (placówek kulturalnych) i gałęzi sztuki. Ponieważ mieszkańcy całego kraju są tradycjonalistami i stare obyczaje żyją, na pewno jest więcej miejsc poświęconych sztuce ludowej.

Bułgarzy bardzo dbają o przekazywanie swoim dzieciom przywiązania do zwyczajów, tańca, muzyki i robią to skutecznie. I myślimy, że takie postępowanie jest godne naśladowania.

 

Literatura Bułgarii. Jaka jest? Może jest jakiś Wasz ulubiony pisarz, pisarka?

Wydarzeniem literackim ostatnich lat była powieść„Fizyka tęsknoty” - poety i prozaika Georgi Gospodinova - nominowana do wielu nagród literackich w Europie i przetłumaczona na kilkanaście języków. Berliner Zeitung pisał o książce: „niesamowita, sentymentalna, śmieszna, wzruszająca, filozoficzna i poetycka”. „Fizyka tęsknoty” nie była pierwszą powieścią tego autora, która zrobiła światową karierę. Na 19 języków przetłumaczono także jego książkę „Powieść naturalna”.

Bułgarscy Czytelnicy na pewno chętnie czytają książki osadzone w realiach, które znają, bo łatwiej im się utożsamiać z bohaterami mającymi te same problemy. Odpowiedzią na to zapotrzebowanie jest ciekawy, nowy tytuł „Grecka kawa”, powieść z wplecionymi elementami autobiograficznymi debiutującej autorki Kateriny Hapsali. Główni bohaterowie to bułgarsko greckie małżeństwo. Rzecz dzieje się na Bałkanach podzielonych granicami, które (jak to ktoś trafnie ujął) „dzielą i łączą”.

Od bardzo wielu lat, niezmienną popularnością cieszy się w Bułgarii książka „Tiutiun” (Tytoń) Dimitara Dimova. Akcja powieści osadzona jest po odzyskaniu niepodległości, po 500 latach niewoli osmańskiej. Książka świetnie pokazuje skomplikowaną historię i ludzkie losy. I my chętnie do niej wracamy, bo jest naprawdę ciekawa.

Musimy jeszcze wspomnieć o powieści „Osydyni dushi” – Skazane dusze - też Dimova (była wydana także w języku polskim, chyba pod innym tytułem). Autor opowiada w niej o wojnie domowej w Hiszpanii i miłości pewnej kobiety do zakonnika, z góry skazanej na porażkę. Na podstawie książki powstał bułgarski film (polski tytuł „Dusze stracone”) z Janem Englertem w roli głównej.

 

Jakie są Wasze najbliższe plany wydawnicze?

Grzecznie czeka na wydanie książka „W bałkańskim kociołku”, z magicznymi miejscami we wnętrzu, z poważnymi i nie-poważnymi historyjkami i z wieloma bardzo smacznymi daniami w treści. (Które po mistrzowsku przyrządza Albert.)

W najnowszej książce (pod roboczym tytułem) „Smaki bałkańskiej podróży” będzie dużo o ludziach i obyczajach i też w treści znajdą się przepisy. Właśnie rodzi się jej pierwsza część „Lato”.

Przygotowywane jest też nowe, papierowe wydanie książek z serii „Bułgaria znana i nieznana” z wkładkami, na których w kolorze znajdą się zdjęcia, które dotychczas były czarno białe. Uwagi naszych Czytelników spowodowały, że te prace zostały podjęte, ale to nie znaczy, że zniknie dotychczasowe wydanie. Będą dostępne dwie wersje, ta w kolorze na pewno będzie droższa. Jako pierwsze ukażą się „Magiczne góry”.

 

Coś od siebie dla czytelników:

Wszystkich naszych Czytelników serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy, że są z nami.

Bardzo cieszymy się, że niektórzy znajdują czas skreślić, a właściwie „wyklikać” do nas parę słów. Dzięki temu wiemy, że są tacy, którzy wybrali się w podróż z nami i do Varny i do Burgas i w Rodopy. I są też zdecydowani zajrzeć do „bałkańskiego kociołka”, oczywiście jak już będzie dostępny.

Bardzo interesuje nas opinia każdego Czytelnika i prosimy o sugestie dotyczące tematów, które będziemy mogli wykorzystać pisząc następną książkę.

Tych, którzy nie mieli okazji nas odwiedzić, a są ciekawi świata i kultur z nutkami orientu zapraszamy na stronę książek: www.dobulgarii.blogspot.com

Bułgaria znana i nieznana. Z Ruse do Varny

Bułgaria znana i nieznana. Kierunek Burgas!

Bułgaria znana i nieznana. Magiczne góry

Ziołowa magia

Kuchnia bałkańska

W bałkańskim kociołku (przed premierą)

Smaki bałkańskiej podróży. cz. 1 Lato (prace nad książką trwają)

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

 

 

Ja również zachęcam i przede wszystkim dziękuję za rozmowę.

 

 

 

10:40, toksiazki12 , Wywiady
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 lipca 2016

 

 

 

„Pamiętam wieczory przy kaflowym piecu, z herbatą w blaszanym kubku, babcię i dziadka przy stole, wielkie puchowe pierzyny na łóżkach przykrytych wyszywaną kapą. Nie było telewizora ani radia, były bajki.” Anna Konstanty

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

 

Na co dzień jest etatową urzędniczką, księgową na zlecenie, ale nade wszystko żoną i matką. Pisze lekko, z namaszczeniem i doborem odpowiednich słów, szacunkiem do słowa pisanego. Wieś jest Jej miejscem na ziemi i stara się zatrzymać ulotne jej chwile w tekstach, które nierzadko otrzymują liczne nagrody w konkurach literackich.

 

Sympatyczna, skromna, utalentowana. Dusza twórcza, która potrafi pisać w tzw. międzyczasie na nudnych zebraniach, oglądając film, czy w kolejce u lekarza. Czytuje nowości, ale ceni też wielkich klasyków.

 

Jaka jest Anna Konstanty? Skąd czerpie inspiracje? I czym jest dla niej pisanie?

 

Zapraszam do przeczytania wywiadu.

 

 

Pani Aniu. Tytułowe opowiadanie „Wiosna” otrzymało główną nagrodę w ogólnopolskim konkursie prozatorskim „Debiutanci 2014”. Czy zostało ono napisane typowo pod konkurs, czy powstało znacznie szybciej, przeleżało w szufladzie, a kiedy pojawiła się informacja o konkursie, wyjęte, odpowiednio dopracowane i wysłane?

„Wiosna” to jedno z opowiadań, które powstały z serca. Pisałam je długo, z namaszczeniem i ze łzami w oczach, przede wszystkim dla siebie. Zebrałam w nim to co chciałam przekazać na temat tęsknoty za czymś co było dobre, ale minęło bezpowrotnie. Dopiero kiedy skończyłam wiedziałam, że to jest naprawdę dobre opowiadanie i warto je gdzieś wysłać.

Odnośnie konkursu „Debiutanci 2014” to oryginalną „Wiosnę” musiałam mocno przerobić i skrócić żeby dostosować do ograniczenia znaków, powstało właściwe zupełnie inne mini opowiadanie, w którym musiałam zamknąć całą treść jak w pigułce. To wymagało dużo pracy, ale nagroda była kusząca. Bardzo się cieszyłam kiedy się udało. W tomiku natomiast ukazała się ta prawdziwa „Wiosna”, ta moja.

 

To nie pierwsza tego typu nagroda. Jest Pani laureatką wielu innych. Chciałabym, żeby Pani przedstawiła się czytelnikom, kim jest Anna Konstanty. Co robi na co dzień, jakie są jej pasje, jakie nagrody już zdobyła.

Lista nagród nie jest wcale taka długa, zdobyłam ich kilkanaście, a znam osoby piszące które nagromadziły po kilkadziesiąt. Pierwszą nagrodę zdobyłam stosunkowo niedawno, bo jesienią 2012 roku, ale była to moja pierwsza próba konkursowa od razu zakończona sukcesem. To mnie ośmieliło i zaczęłam więcej wysyłać, przy okazji gali pokonkursowych poznałam bardzo miłych ludzi, pisarzy, poetów, przekonałam się, że bardzo dobrze się czuję w takim środowisku więc warto iść w tym kierunku.

Nagrodą najbliższą memu sercu jest właśnie ta pierwsza – Złote Pióro w XV ogólnopolskim konkursie literackim im. Tadeusza Firleja. Od tej nagrody zaczęła się moja współpraca z organizatorem konkursu – Gubińskim Towarzystwem Kultury, którego dziś jestem członkiem i pracuję w zarządzie.

Na co dzień zaś jestem etatową urzędniczką, księgową na zlecenie i oczywiście, co jest dla mnie najważniejsze, żoną i mamą.

 

Z naszych wcześniejszych rozmów wiem, że w Pani szufladzie leżą jeszcze inne utwory. Na co czekają?

Czekają chyba na czas kiedy będę miała odwagę zawalczyć o ich wydanie. Tymczasem cały czas czuję się początkującym gryzipiórkiem i pisanie traktuję jak hobby. Poza tym jestem bardzo surowym krytykiem własnej twórczości i mam tendencję do porównywania siebie do Tołstoja, Sienkiewicza czy Agathy Christie. Przy nich oczywiście wypadam blado, ale nie tak zupełnie źle ;)

Słowo jest bardzo wdzięcznym materiałem i widzę, że coraz łatwiej mi ulega, dlatego piszę nieustannie, ale póki co skończenie opowiadania i odłożenie go na półkę kończy cały proces. Inaczej jest z powieściami (napisałam trzy, piszę czwartą, piąta jest zaczęta, szósta w głowie), one kosztowały za wiele pracy żeby zostawić je gdzieś zapomniane, mam nadzieję, że uda mi się znaleźć wydawcę.

 

Opowiadanie „Wiosna” ma swój specyficzny klimat. Doskonale odwzorowuje Pani klimat wsi, jej mieszkańców, ze szczególnym naciskiem na osoby starsze. Takich opowiadań w książce jest kilka, nie tylko to, ale autentyczności dodaje im także specyficzny sposób mowy, język z dialektem, akcentem. Pani zastosowała w tych opowiadaniach te elementy po mistrzowsku. Skąd czerpała Pani do nich inspiracje?

Mieszkam na wsi od urodzenia. Zawsze byłam otoczona mieszanką ludzi przywiezionych po wojnie na ziemie odzyskane. Babcia pochodziła z Laszek Murowanych, dziadek spod Taronbrzega, pani sklepowa mówiła inaczej, pan z poczty inaczej, a wszyscy mieli dużo do powiedzenia. Dzisiaj żałuję, że nie słuchałam ich dość uważnie, ale mimo wszystko w pamięci zostały cytaty, akcenty, sposób wymawiania niektórych słów, to wszystko bardzo mi się podoba, bo jest takie swojskie, bliskie mi, a jednocześnie odchodzi w zapomnienie razem z tymi ludźmi. Chciałabym to zachować.

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

Które z tych opowiadań, które miałam okazję przeczytać sprawiło Pani najwięcej kłopotu? Było w ogóle takie? Ma Pani lekkość w pisaniu, stąd to pytanie.

Nie było. Opowiadania zwyczajnie nie sprawiają mi kłopotu, czasem poruszam tematy, które są trudne albo opisują prawdziwe wydarzenia i wtedy bardzo się staram żeby wyszło godnie i z szacunkiem dla człowieka, ale generalnie nie „pocę się” nad tekstem.

 

W jakiej literaturze zaczytuje się Pani na co dzień? Jakich autorów Pani czytuje i co mają właśnie w sobie takiego?

Moja ulubiona półka w bibliotece to „nowości”. Czytam właściwie wszystko, bardzo lubię polskich pisarzy współczesnych, z ciekawości dla stylu i dla poruszanych tematów. Ukochane autorki to Joanna Chmielewska i Agatha Christie, przeczytałam wszystko co napisały, ale teraz wracam do tych samych książek i czytam je dzieciom (one bardzo chętnie słuchają mimo, że oboje to nastolatki). Wielkim szacunkiem darzę też klasyków, obecnie klasyków rosyjskich, bo jestem w trakcie czytania „Anny Kareniny”, a na półce czeka już „Wojna i pokój” oraz „Cichy Don”.

Wychodzi na to, że po prostu lubię różnorodność.

 

Jak wygląda Pani warsztat pisarski i proces twórczy? Musi mieć Pani ciszę absolutną, czy w tle może przewijać się muzyka?

To pytanie słyszę najczęściej ;) Patrząc z boku na moje życie wydaje się, że zwyczajnie nie ma w nim czasu na pisanie, ale gdyby przyjrzeć się bliżej to widać, że zawsze mam przy sobie stos zapisanych kartek, notes, długopis i pendrive z tekstami. Piszę w tak zwanym międzyczasie – oglądając film, siedząc na nudnym zebraniu, w kolejce do lekarza, ale oczywiście znajduję też czas typowo na pisanie i najbardziej lubię kiedy jest tylko klawiatura i ja. Lubię ciszę.

 

 

 

 

Coś od siebie dla czytelników:

Miłością do literatury zaraziła mnie moja ciocia. Pamiętam wieczory przy kaflowym piecu, z herbatą w blaszanym kubku, babcię i dziadka przy stole, wielkie puchowe pierzyny na łóżkach przykrytych wyszywaną kapą. Nie było telewizora ani radia, były bajki.

Staram się dzisiaj serwować własnym dzieciom takie wieczory pełne czarów i bajkowych postaci, bo wiem, jak cudownie się je potem wspomina i jak cudowanie rozwijają wyobraźnię. I taka jest moja prośba do czytelników – czytajcie dzieciom.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 


11:48, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 lipca 2016

 

 

Na zdjęciu Małgorzata Mossakowska - Górnikowska.

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

 

Jest wnuczką tytułowej Neli, głównej bohaterki „Pani Neli z Saskiej Kępy”, jednak w książce pojawia się dopiero pod koniec. To Ona, ta mała Małgosia postanowiła napisać historię swojej babci. Niezwykłą historię, bo to trochę o zagubionej, młodej dziewczynie, obracaniu się w świecie wielkich warszawskich osobowości, kobiecie walecznej, silnej, której cierpliwość i zapas wszystkiego co dobre kruszyły się z każdym rokiem.

 

Nela, bez wątpliwości była wyjątkową osobowością, silną, apodyktyczną, ale miała duże poczucie humoru i momenty, w których budziła się w niej mała dziewczynka. Dla wnuczki zawsze wyrozumiała, oczytana, zawsze przynosząca inne książki do czytania.

 

Poznajcie panią Małgorzatę Mossakowską – Górnikowską, wnuczkę Anieli Bińkowskiej, która opisała historię babci. O tym, jak i od czego to wszystko się zaczęło przeczytacie poniżej.

 

Zapraszam serdecznie.

 

Pani Małgorzato. „Pani Nela z Saskiej Kępy”, to Pani debiut literacki, czy ma Pani już jakieś publikacje na swoim koncie? Chciałabym, żeby opowiedziała Pani coś o sobie. Czym zajmuje się Pani zawodowo, jakie są Pani pasje, jaka jest Pani twórczość?

Pani Nela” to debiut. Zaczęło się od bloga (paninela.bolg.pl), na którym publikowałam sukcesywnie kolejne rozdziały w tempie, w którym pisałam. Równocześnie rozdział miał swój odnośnik na FB (Facebook/Pani Nela) i w ten sposób zdobywał czytelników. Aż wreszcie zebrało się sporo materiału i aż szkoda było to tak zostawić. Dlatego pojawiła się książka.

W tej chwili na profilu Neli, na Facebooku zamieszczam recenzje oraz wydarzenia promocyjne dotyczące książki.

Ukończyłam dzienne studia na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Pracowałam dorywczo w różnych redakcjach, jednak to korporacja (firma badan rynkowych) przez 15 lat determinowała moją codzienność zawodową.

Kończę w tej chwili powieść współczesną, zupełnie inną niż „Pani Nela z Saskiej Kępy”, ale mam nadzieję, że interesującą dla czytelników. Nosi tytuł „Za drzwiami”. Tak jak w przypadku „Pani Neli”, poszczególne rozdziały publikuję na blogu (zadrzwiami.piszecomysle.pl) i FB (Facebook/Za drzwiami). Już teraz zapraszam do lektury a niedługo później do księgarni.

 

Nela, skrót od Anieli. Historia kobiety skromnej, ale silnej charakterem. To była Pani babcia. Jak Pani ją wspomina? Z książki jawi nam się obraz kobiety zagubionej, ale bardzo apodyktycznej, mającej zawsze swoje zdanie i to w dodatku najważniejsze. Jaka była Nela dla wnuczki Małgosi? Jaką była babcią?

Babcia była bardzo ważna w moim życiu. Jako dziecko nie byłam oczywiście w stanie dostrzec tego, jaka była niezwykła. Choć już wtedy widziałam, że nie była przeciętną babcią, która wyciera ręce w fartuch i czeka w kuchni na wizytę wnuczki z talerzem gorących pierogów. W zasadzie to nigdy nie widziałam, żeby coś gotowała. Raz w tygodniu przyjeżdżała na obiady do córki i dzięki temu widywałyśmy się niezmiennie, przez wiele lat w każdą sobotę. Niezależnie od tego, ile miałam lat, Babcia traktowała mnie tak, jakbym była dorosła. Była kategoryczna w sądach, apodyktyczna, co tylko wzmacniało się z wiekiem. Traktowała mnie trochę jak audytorium, do którego można było wygłaszać niezliczone historie, prawdy życiowe i anegdoty. Miała przy tym nieprawdopodobne poczucie humoru. Potrafiła śmiać się nawet z tego, co sama mówiła. Czasem była dziecinna i może dzięki temu miała ze mną o wiele lepszy kontakt niż z własną córką. Była niesamowicie oczytana. Przynosiła mi książki z biblioteki mówiąc, że mogę trzymać ile chcę, ale za tydzień przeniesie coś następnego.

 

 

 

 

 

Ile w tej historii jest prawdy, ile fikcji literackiej? Co w ogóle skłoniło Panią do napisania tej historii?

Zaczęłam spisywać zapamiętane sytuacje. Pierwsze 13 rozdziałów miało zupełnie inną formę. Dopiero później pomyślałam, że Neli i Saskiej Kępie przydałaby się mniej anegdotyczna a bardziej literacka forma. Wyrzuciłam pierwszą wersję i zaczęłam pisać od nowa. Miałam taki głód pisania jakby to wszystko czekało po prostu na swój moment.

 

Skąd czerpała Pani wszelkie wiadomości potrzebne do tej książki? Oprócz fotografii zapewne pomogły wspomnienia mamy? Jak w ogóle mama wspominała Nelę?

Niestety nie posiłkowałam się niczyimi wspomnieniami. Nie istnieją też żadne pamiętniki czy choćby zapiski ani babci, ani mamy. Córka Neli – Ania- a moja Mama zmarła 11 lat temu, dwa lata po śmierci matki. Nie było czasu ani okazji, by wspominać Babcię.

Wiedziałam, że Nela przyjechała z Łodzi do Warszawy w wieku 17 lat w jednej sukience. Większość scen napisała moja wyobraźnia. Jednak jest w nich Babcia taka, jaka była. O wielu rzeczach słyszałam od niej samej. Obrazów dawnej Warszawy szukałam w literaturze, co wykazałam w dość obszernej - jak na tak skromną książkę - bibliografii. Śledziłam mapy dawnych linii tramwajowych wyobrażając sobie, jaką trasę mogłaby pokonać po przyjechaniu do stolicy. Trochę w ten sposób powstawała cała książka. Wiedziałam, że podróż poślubną spędzili w Zakopanem, ale co tam robili? Mogłam jedynie próbować się domyślić wiedząc, jakim człowiekiem okazał się jej mąż a mój dziadek, którego nie widziałam poza bardzo wczesnym dzieciństwem. Tak wczesnym, że zupełnie go nie pamiętam.

 

 

Kogo jeszcze Pani pamięta dobrze z rodziny babci? Interesuje mnie sylwetka Flory, jako pisarki. Czy pamięta Pani cokolwiek, co dotyczyłoby właśnie Jej twórczości? A może pamięta Pani wuja „Hejo”? Jaki był?

Flora i Władek – jej mąż a brat Neli otoczeni byli kultem. Byli w oczach babci najzdolniejszymi i najwspanialszymi ludźmi, z jakimi przyszło jej obcować. Flora na zawsze pozostała jej dobrym duchem, zaś Władek był wzorem erudycji, poliglotą, autorytetem. Nie było mi dane ich poznać. Dopiero niedawno udało mi się odnaleźć ich grób na warszawskich Powązkach.

Zarówno Flora jak i Władek pisali w sposób trudny. Przebrnięcie przez tego typu literaturę może stanowić nie lada wyzwanie dla współczesnego czytelnika. Chociaż na pewno łatwiej czytać Florę niż Władka. Ich córka, Ewa Bieńkowska, która mieszka we Francji, wydała kilka lat temu książkę wspomnieniową o rodzicach.

 

Na okładce widnieją dwie wspaniałe rekomendacje, dwóch znanych osób. Trudno było dojść w ogóle do takich osób, które pamiętają Nelę?

To akurat było najłatwiejsze zadanie, gdyż obie panie mieszkały w bardzo bliskim sąsiedztwie Neli. Jednak ze względu na różnicę wieku nie były to oczywiście osoby, które mogłyby dobrze ją znać. Takich już po prostu nie ma. A szkoda.

Mam szczęście, że obie panie są wybitnymi osobowościami i zgodziły się przeczytać książkę.

 

Coś od siebie dla czytelników:

Będę szczęśliwa, jeśli Nela na tyle poruszy serce czytelnika, że pozostanie w jego pamięci. Teraz jesteśmy mniej wyraziści, mniej kontrastowi. Nela nie bała się mówić, co myśli. Chłonęła ludzi, potrzebowała ich, chciała im pomagać, motywować, że nigdy na nic nie jest się za starym i na nic nie jest za późno.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

 

14:04, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi