Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego

Recenzje

czwartek, 09 marca 2017

 

 

OFICJALNE ZAMKNIĘCIE BLOGA! :)

 

 

 

Kochani!

Informowałam Was już szybciej, że przechodzę na platformę blogspot :) Od wczoraj już oficjalnie działam i tam też zapraszam Was oficjalnie na mój blog :) Zatem, ogłaszam, iż ten blog zostaje z dniem dzisiejszym zamknięty. Zapraszam wszystkich na:

www.nietypowerecenzje.blogspot.com

 


Zaś wyniki konkursu z "Jagodą" Anny Kasiuk znajdziecie:  http://nietypowerecenzje.blogspot.com/2017/03/wyniki-konkursu-z-jagoda-anny-kasiuk.html

Wiem, długo czekaliście. Biorę winę na siebie, bo zamarzyłam sobie, żeby Ania odpowiedziała na Wasze pytania w formie filmiku. Mało tego. Okazało się, że filmik, długości ponad 26 minut nie chce się w całości załadować. Nie wiedziałyśmy, jak go sobie przesłać. Wybrnęłyśmy z tej sytuacji, bo już było naprawdę gorąco w ten sposób, że Ania podzieliła filmik na 12 części. Mam nadzieję, że macie duże pokłady cierpliwości i chęci, by sobie filmiki oglądać po kolei :) W ostatnim z nich znajdziecie wytypowanych zwycięzców :)



Jednak przepaść między możliwościami blox.pl a blogspotem jest OGROMNA! Tam możliwości jest ogrom i więcej :)

 

Serdecznie zapraszam wszystkich na mój nowy blog :)

Aga :)

11:27, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 marca 2017

 

 



Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Ilość stron: 320

Rok wydania: 2015

 

Właściwie nie wiem, czego się po tej lekturze spodziewałam. Autorka znana jest z podejmowanych przez siebie trudnych tematów, nie szczędzi czytelnikom emocji, tworzy sugestywne postaci, niezwykłe uwikłania fabuły i sytuacje jak w kalejdoskopie. Poprzednia pozycja autorki, którą miałam okazję przeczytać „Wszystko, co minęło” wywarła na mnie znacznie większe wrażenie. Owszem, tematyka „We dnie, w nocy” nie jest lekka i przyjemna, jednak zdecydowanie nie pasował mi jako jeden z narratorów Anioł Stróż. Wiem, że pojawił się celowo, ze szczególnym naciskiem na scenę kluczową dla powieści oraz byśmy mogli na trudne i dojmujące sytuacje spojrzeć z nieco innej perspektywy, nie bezpośrednio, a łagodniejszym tonem, którego autorka zastosowała odpowiednio.


 

 

 

Retrospekcja czasowa zabiera nas w schyłek lat dziewięćdziesiątych. Mamy w powieści trzech narratorów – głównej bohaterki Anny, Piotra oraz wspomnianego przeze mnie wcześniej Anioła Stróża. Te same sytuacje zatem widzimy z trzech stron i perspektyw. Kiedy Anna w roku 1997 miała siedemnaście lat, ja miałam piętnaście. Zatem doskonale utożsamiłam się z jej sytuacją i nią jako bohaterką pierwszoplanową. Autorka przeniosła nas w najlepsze, młodzieńcze lata Anny i nieco innej niż dzisiaj rzeczywistości, kiedy to prym i oblężenie wiodły kafejki internetowe. Pamiętam dokładnie, bo sama z nich korzystałam. Komputer był w domach zamożniejszych rodzin, a jeśli ktoś mieszkał podobnie jak ja na wsi, to musiał do takiej kafejki dojechać, zazwyczaj bowiem zlokalizowane były w mieście. Przez jeden z portali, z którego korzystała jej przyjaciółka Hania, Anna poznaje dziesięć lat starszego Piotra. Wydawałoby się, że Piotr jako znakomicie zapowiadający się dziennikarz w lokalnej gazecie, jest raczej mężczyzną stabilnym uczuciowo, dojrzałym, bardziej doświadczonym. I w rzeczywistości taki był, ale tylko na zewnątrz, dla pozorów. W miarę wczytywania się w fabułę książki czytelnik ujrzy prawdziwe oblicze Piotra. Znajomość z maturzystką przeradza się w coś znacznie więcej. Mężczyzna trzyma swe żądze na wodzy, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że Ania jak na swój wiek jest bardzo wyważona, mądra i nadzwyczaj elokwentna. Jak coś powie, to nie jak typowa nastolatka, a dojrzała kobieta.

 

Ania z kolei wiąże z Piotrem wielkie nadzieje. Wie, że znaczna różnica wieku z czasem będzie pogłębiała ich wzajemne podejście do życia i światopoglądów. Nastolatka u progu dorosłości boryka się również z niezbyt sympatyczną sytuacją w domu. Jej starszy brat Jacek pewnego dnia rzuca studia i ucieka od rodziny. Chce żyć wedle obranych przez siebie samego ścieżek, a nie apodyktycznego ojca, który zaplanował mu przyszłość prawnika. Ucieczka Jacka wzmaga w Ani brak poczucia bezpieczeństwa. Miała w bracie zawsze jakieś wsparcie. W Piotrze szukała nie tylko utraconego brata, ale też stabilizacji rozchwianych emocji, które piętrząc się w sfrustrowanych rodzicach, żale i pretensje wylewali teraz na nią. Spotkania z Piotrem ożywiają się. Ania snuje plany i marzenia o Akademii Teatralnej. Chce zostać aktorką, zresztą ma ku temu i predyspozycje i talent. Intymność między dwojgiem zostaje zachowana w każdym detalu. Ania jest ostrożna, nie przekracza granic, za to Piotr, no cóż, w końcu jest tylko mężczyzną. Ma swoje potrzeby, które rozładowuje dzięki narkotykom od kolegi z pracy i przypadkowym znajomościom na imprezie.

Sytuacja wymyka się w pewnym momencie spod kontroli i dochodzi do czegoś, co życie Ani odmieni o trzysta sześćdziesiąt stopni. Piotr wyjedzie do Anglii na trzy miesiące, na staż, by nabrać doświadczenia, zaś Ania pozostawiona sama z nieświadomością i pustką, nie szybko nabierze ufności do jakiegokolwiek mężczyzny.

 

 

 

Oboje bohaterów poznajemy kilkanaście lat później. Ania ma swoją rodzinę, męża, córeczkę, od rodziców odcięła się całkowicie. Piotr podobnie. Żona i dwie córeczki. Przeszłość obojga, zacznie przywoływać dawne demony, szczególnie Ani. Kobieta nie może zapomnieć o tym, co się kiedyś wydarzyło. Nie mówi nawet o tym swojemu mężowi. W pewnym momencie, targana silnymi emocjami i wspomnieniami, wynajmie prywatnego detektywa. Piotr zaś, król życia, które go zresztą nie oszczędzało jak się okaże, coraz częściej myśli o dawnej znajomej. Czy dojdzie do spotkania po tak wielu, wielu latach?

 

Przyznam, że zakończenie kompletnie zaskakuje. Nie myślałam, że mąż Ani, Robert tak zareaguje na wyznanie żony, na jej bolesne wspomnienia. Był moment, że wydawało się, iż Robert zupełnie się od Ani odsunął, że jednak cała ta sprawa go przerosła. A on tymczasem uknuł plan, którego krok po kroku realizował. Znakomicie rozsupłana i definitywnie zakończona sprawa.

 

 

 

 

„We dnie, w nocy” Agaty Kołakowskiej to gorzka i sugestywna powieść o lękach, niepewności, narastającym napięciu i zdarzeniach tak bardzo autentycznych, jakby wyrwanych z czyjegoś życiorysu. Autorka znakomicie zbudowała fabułę na trudnych doświadczeniach, które bohaterce niosą wiele bólu i zadrę w sercu. To co kiedyś dało się uśpić, budzi się niespodziewanie pod wpływem jednego niepozornego impulsu, rujnuje porządek budowany latami na spokoju i stabilizacji. Znakomite dialogi, misternie zbudowane narracje z trzech perspektyw oraz konfundujące zakończenie. Polecam z wielką przyjemnością. A postać Anioła Stróża pozostaję do Waszej refleksji. Mnie nie tyle przeszkadzał, co nie pasował do fabuły i całości.

 

 

12:25, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 marca 2017

 

 

 

 

Wydawnictwo Novae Res

Ilość stron: 95

Rok wydania: 2016, oprawa twarda, rozmiar kieszonkowy

Książkę znajdziecie:

http://zaczytani.pl/ksiazka/kukla_i_inne_opowiesci_terapeutyczne,druk

 

Bajki nie są lekarstwem tylko dla dzieci. W psychologii istnieje pewien rodzaj terapii stosowany przez psychologów, a mianowicie bajkoterapia, którą wykorzystuje się zarówno podczas spotkań z dziećmi, jak i dorosłymi. Oczywiście różnią się one fabułą, formą, środkiem narracyjnym, konkretnym przesłaniem, jednak każda z nich ma pozwolić pacjentowi utożsamić się z jej bohaterem i spojrzeć na swoją sytuację z jego perspektywy.

 

Dziesięć opowieści z myślą o dorosłych czytelnikach przygotowała Lucyna Mijas. Bohaterami jej bajek są nie tylko ludzie, ale też zwierzęta i rośliny. Użyte przez autorkę personifikacje pozwalają czytelnikowi na odnalezienie cząstki siebie w niezwykle trudnych sytuacjach, czy relacjach, w jakich autorka postawiła swoje postacie. Język bajek jest prosty, zrozumiały lecz bardzo wymowny i niezwykle sugestywny. Przyznam szczerze, że pierwszy raz spotkałam się bajkoterapią dla dorosłych, ale czasu nie zmarnowałam. Jestem przekonana, że wiele osób znajdzie w nich coś dla siebie, że niejedna bajka pozwoli odnaleźć się w opisanych przez autorkę sytuacjach starszemu odbiorcy.

 

 

 

Lucyna Mijas wikła swoich bohaterów w różne życiowo przypadki. W pierwszej opowieści „Pajęcza sieć” pokazuje na przykładzie muchy zwiedzionej ciekawością, jak inni potrafią nas omamić błyskotkami, nieskazitelnym wizerunkiem, by zwieść naszą czujność i w najmniej oczekiwanym momencie wydusić z nas życie, omotać tą siecią, jak pająk muchę. Ta baka może być dwojako odczytana, może wiele znaczyć. Dzisiaj tyle mówi się o wykorzystywaniu ludzi w handlu żywym towarem, o wykorzystywaniu naiwności osób starszych, o wykorzystywaniu w dużych korporacjach. A ofiary, jak te muchy, zanim się zorientują, nie proszą o pomoc, krzyczą dopiero, jak już jest za późno.

 

Niezwykle głęboką refleksję wywołało we mnie opowiadanie „Mały”, o tym, jak maleńki klon rósł w cieniu wiekowego dębu, który uwielbiał snuć przepiękne opowieści o minionych wiekach i czasach. Gdy przeszła wielka nawałnica, pokiereszowała dąb. Od tego momentu życie małego klona zmieniło się diametralnie. To on przejął rolę dębu i bajał to, co niegdyś usłyszał od większego przyjaciela. Ujęło mnie to niezwykle do głębi, bo nasunął mi się obraz ludzi z chorobą alzheimera. Dąb może symbolizować starszych, doświadczonych przez życie ludzi, którzy nagle, bądź na skutek życiowych tragedii, przestają kontaktować, nie rozpoznają najbliższych, a klonami mogą być ich dzieci. To przykre, smutne i niesprawiedliwe, ale niestety coraz częściej możliwe.

 

Opowiadanie „Pan Burza” można odczytać jako symbol agresji wobec innych. Tytułowy Pan Burza, to człowiek apodyktyczny, natarczywy agresor. „Smoczysko” można odebrać jako opowieść o niebezpiecznym człowieku, który wbrew pozorom wewnątrz jest łagodny, wrażliwy i znajdzie się obok niego ktoś, kto go wreszcie zrozumie, spróbuje pomóc, ujarzmić, a nawet spędzić resztę życia. W kolejnych bajkach autorka śmiało podejmuje drażliwe tematy, często przewijające się jeśli nie w naszym życiu, to jesteśmy świadkami tego obok. Mówi o samotności wśród tłumów, o wbrew pozorom ciężkim życiu celebryty, którego gwiazda i blask po jakimś czasie przygasa. O gwałcie, z którego skutkiem psychicznym ofiara często pozostaje sama. O podporządkowaniu się innym, byciu słabym charakterem, nie umiejętności mówienia o swoich uczuciach, życiu w cieniu i bezpieczeństwie innych. O młodzieńczej chęci podejmowania ryzyka, poznawania innych, czy miejsc, w których nierzadko po czasie odkrywamy mankamenty i doceniamy to, co mieliśmy. Ale też o tym, że zapominamy często, co nas kiedyś spotkało, czego doświadczyliśmy w życiu, skąd pochodzimy, jak łatwo i szybko zapominamy o złym losie, a dobroć innych bierzemy podwójnie, pławiąc się w bogactwie i pysze, które przybierają duże rozmiary.

 

 

 

 

Kolejnym opowiadaniem, które zrobiło na mnie ogromne i nieopisane wrażenie, to bajka „Sufit”. Autorka ekwilibrystycznie podejmuje w nim temat depresji. Jakie są jej objawy, jak przebiega psychicznie, jakie powoduje skutki i spustoszenie w całym organizmie:

„Życie jest nie do zniesienia. Ten stan wydłuża się i paraliżuje mnie. Nie podejmuję pracy, właściwie żadnej aktywności. Smutek zżera mnie od środka. Już dawno odciąłem się od rodziny, nielicznych przyjaciół. Nie mogłem znieść ich wsparcia, poklepywania po ramieniu, powtarzaniu jak mantra: „Przejdzie, zrób coś, wyjdź do ludzi, zmobilizuj się.”

Niezwykle sugestywnie, wywołuje w czytelniku naprawdę głębokie poruszenie i refleksję. Depresja, podobnie jak wiele innych chorób psychicznych przebiega bezobjawowo, uaktywnia się w stanach obniżonej odporności, wahań nastrojów, innych kłopotów ze zdrowiem fizycznym.

 

 

 

„Kukła i inne opowieści terapeutyczne” Lucyny Mijas zachwyca i głęboko porusza. Nie tylko retoryką, środkiem narracji, czy wyrazistymi bohaterami, ale przede wszystkim wymową, która nie ujdzie uwadze żadnemu czytelnikowi. Te opowiadania pomogą wielu odbiorcom spojrzeć na swój czy bliskich problem z nieco innej perspektywy, z innego położenia, pomogą się zresetować, nabrać dystansu, odciąć od codziennej potoczności, ale najważniejsze – pomogą zrozumieć. Emocje da się ujarzmić i niech jednym ze sposobów będzie ten zbiór bajek terapeutycznych dla dorosłych.

 

Chociaż książka jest nietypowych rozmiarów, zmieści się do każdej torebki, można ją zabrać i czytać niemal wszędzie. Na szczególną uwagę zasługują również czarno-białe ilustracje autorstwa Bartosza Gruszewskiego. Przy każdym opowiadaniu jest jeden rzucający się w oczy, ekspresywny.

 

Polecam!


 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:


 


 

18:15, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lutego 2017

 

 

 

 

 



Wydawnictwo Psychoskok

Rok wydania: 2016

Ilość stron: 144

Książkę znajdziecie:

http://www.psychoskok.pl/produkt/bankiet-wysuszonych-kasztanow/

 

Jest takie słynne powiedzenie, które w przypadku tej pozycji książkowej znakomicie się sprawdza, że starość zdecydowanie się panu Bogu nie udała. Ale z kolei inne mówi, że nie o wszystkich starość pamięta. Czym innym jest też starość duszy a ciała i umysłu. Jednych dopadają choroby, innych typowe dla niej przypadłości, na jeszcze innych oprócz pewnych ograniczeń nie robi żadnego wrażenia – starość to nie przeszkoda, by dalej rozwijać swoje pasje, trenować mózg, kontynuować sprawność fizyczną, społeczną, towarzyską.

 

Nie inaczej jest w przypadku czterech głównych bohaterek opowieści Joanny Stańdy „Bankiet wysuszonych kasztanów”, gdzie metaforycznie – wysuszone kasztany oznaczają właśnie starsze, schorowane panie w wieku późnej jesieni życia, w różnym wieku, bo jest i taka, która ma dziewięćdziesiąt dwa lata. Wszystkie panie poznają się w jednym z pokoi szpitalnych, gdzie trafiają po kolei z przyczyn nagłego pogorszenia się zdrowia.

 

 

 

 

 

Pacjenci na oddziale geriatrycznym pojawiają się z różnych przyczyn. A to z powodu zasłabnięcia, a to zaśnięcia w tramwaju kiedy ma się cukrzycę, a to z pogorszenia stanu pracy nerek. Każda z pań jest na swój sposób osobliwa, doświadczona przez los, żadna nie jest zadowolona ze swej obecności w szpitalu. Pani Kuruc jest otyła, ma problemy z przemieszczaniem się. Pani Kobel zamartwia się o wszystkich i wszystko wokół, tylko nie o własne zdrowie. Pani Mirela jest wyjątkowo upierdliwa, ciągle narzeka, rzuca epitetami na lekarzy, personel szpitalny i nieustannie domaga się uwagi ze względu na niemoc w poruszaniu się. Pani Anstazja, wykładowca matematyki na uniwersytecie wydaje się być arystokratką z dobrego domu. Wszystkie zupełnie inne charakterami, odmiennymi poglądami. Dla jednej ważny jest dobrobyt, by niczego nie brakowało, dla drugiej wygląd, dla trzeciej dobra emerytura wypracowana wysokim wykształceniem.

 

Rozmowy między pacjentkami przeradzają się we wspomnienia minionych lat, dzieciństwa. To też rozmowy o miłości, relacjach z mężczyznami. Ale są też rozmowy i rozmyślania o obecnych problemach, współczesnym postrzeganiu ludzi starych:

„W naszym kraju w ocenie powszechnej opinii starsi ludzie są stawiani na piedestale moralności, szanowani obywatele będący wzorem wszelkich cnót. Dojrzały wiek to nieodzowny i automatyczny niemal przymiot do świętości za życia. Dlatego nie mają prawa do romantycznych uczuć, miłosnych uniesień, do seksu. Z chwilą przekroczenia sześćdziesięciu lat stają się bezpłciowymi istotami, pozbawionymi wszelkiego pożądania, potrzeby intymnego fizycznego kontaktu czy popędu seksualnego. Mogą sobie pozwolić ewentualnie na relacje duchowe, mentalne, ale w żadnym razie nie powinien ich łączyć zwykły, naturalny seks. Ci, którzy decydują się na łóżkowe figle, wykonują co najwyżej żenującą akrobatykę, ograniczoną często osteoporozą lub bólami w stawach, są po prostu śmieszni i stają się obiektem kpin i niewybrednych komentarzy.”

Oliwy do ognia dorzuci młoda pacjentka, Oliwia, która trafi na odział geriatryczny zupełnie niespodziewanie. Młoda, ładna, ale nienaturalnie chuda, czyżby anorektyczka? W dodatku krnąbrna.

 

 

 

 

Muszę przyznać, że wyjątkowo dobrze czytało mi się tę książkę. Chociaż temat bardzo przyziemny, trudny, delikatny, ale aktualny. Sytuacja seniorów jest wyjątkowa i niestety wciąż postrzegana jako zła. Niskie emerytury często wpływające na ich sytuację bytowo-społeczną, trudne warunki mieszkalne, liczne schorzenia, choroby, podupadły szpitalny sprzęt nienadający się do użytku, służba zdrowia pozostawiająca wiele do życzenia. Stary człowiek potrzebuje wiele szacunku i empatii.

 

 

 

 

 

„Bankiet wysuszonych kasztanów” Joanny Stańdy przede wszystkim wzrusza i zmusza do głębszej refleksji. Każdego z nas czeka starość. Jaka ona będzie, zależy w dużej mierze od nas. Książka porusza ważny temat. Pokazuje seniorki z wielu stron i ich różne światopoglądy. Uświadamia czytelnikom, jak trudnym tematem jest starość, ale przede wszystkim daje nam do zrozumienia, że życie jest jedno. Ta chwila potrafi szybko przeminąć. Książka napisana prostym, zrozumiałym językiem, ze znakomitymi dialogami. Autorka stworzyła bardzo wyraziste bohaterki. Na ich konkretnych przykładach pokazała, czym jest starość i jakie może przybrać formy.

 

 

Polecam!

 

 

 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:

 

 


 

21:49, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lutego 2017

 

 

Wydawnictwo CM

Wydanie I powojenne z roku 2014

Ilość stron: 356

Książkę znajdziecie:

http://www.wydawnictwocm.pl/ryszard-braun-manekin-numer-6-11-tom-p-112.html

 

Czytając książkę miałam przed oczyma stary, przedwojenny, czarno - biały film. Uwielbiam te klimaty, którym uroku dodają szyk, klasa i elegancja. Specyficzna mowa, akcent, przedwojenne obrazy Warszawy lat trzydziestych i oczywiście akcja nakręcana przez pomysłowych, utalentowanych bohaterów, wyjętych niczym z innej epoki i świadomości. To było bardzo przyjemne spotkanie z zupełnie niecodzienną lekturą, którą polecam już na samym początku recenzji. Znacie mnie, więc wiecie, że naprawdę rzadko to robię. Zachwyciło mnie coś jeszcze. Moda tamtych lat. Nie jest mi tematem obcym, bo przecież kształciłam się w tym kierunku, historia mody była na rysunku zawodowym, dlatego móc czytać o tych jedwabnych, długich, prostych sukniach, koronkach, kapelusikach z woalką, wystylizowanych na tamte lata fryzurach, to po prostu uczta. Uczta czytelnicza w każdym calu, bo chociaż pierwsze przedwojenne wydanie tej książki przypada na rok 1937, to wspaniale stało się, że Wydawnictwo CM nie miało oporów, by je wznowić i uraczyć czytelników gustem podobnych do mnie.

 

Książka zawiera w sobie dwa tomy opowieści misternie dopracowanej, przemyślanej w każdym calu, napisana specyficznym językiem, z użyciem typowych na tamte lata słownictwem, czy zwrotami, gustami żyjących ówcześnie ludzi, zasad moralnych, pewnych konwenansów, a nawet skrywanych na dnie serca marzeniach. To powieść, która pokazuje życie wielkiej firmy, prężnie funkcjonującej w przedwojennych realiach i rzeczywistości podobnej do naszej współczesnej. Pewne rzeczy i zasady przecież się nie zmieniają, tkwią w naszej świadomości, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

 

Warszawski Dom Mody „Kakadu” tętni swoim życiem. Klientela bowiem jest wybredna, wymagająca, rządna towarów z najwyższej półki, w dobrym guście, szykowną. Klientki DM „Kakadu” nie należą do podrzędnej kasty klasy niższej. To same osobistości. Żony wielkich panów, noszące tytuły, będące żonami swoich mężów. A towary to najnowsze trendy mody: suknie, żakiety, kostiumy, palta, bielizna. Wszystko na najwyższym poziomie, szykowne, eleganckie, z drogich gatunkowo materiałów. O te rzeczy dba dyrektorka Eugenia Kowalska. To ona, głównej krawcowej Drechowskiej nakazywała odpruwać metki firmy Kakadu, a naszywać te, które kradła w paryskich sklepach, razem z wieszakami, przewożąc kradzione towary do Polski.

 

„Dyrektorka, otworzywszy neseser z czerwonej skóry, wyjmowała już z jego głębi sztuki jedwabiu, koronki, owe klamry (które ją tyle strachu nabawiły) i szukała małej torebki z odprutymi znakami Gallerie Lafayette, Vorth'a, Louvre'u i Samaritaine de Luxe. Ale nie znajdowała jej. Sekundy upływały, a ręce jej nerwowo szukające nie napotykały na to, czego szukały. Ani za lusterkiem, ani pod pokrowcem, ani między flakonami lśniący mi od kryształów - nie było upragnionej torby. Czyżby ją w popłochu zostawiła? Tak, to możliwe, chowała przecież wszystko po ciemku, nieledwie, że po omacku - mogła więc zapomnieć. Pociągnęłoby to za sobą skutki olbrzymie. Nieobliczalne! Okropne! Wprawdzie w specjalnej skrytce było trochę zapasowych znaków, które można było wszyć, ale ślad pozostawiony w wagonie mógł sprowadzić kontrolę celną do firmy Kakadu - mógł oprzeć się o sąd, doprowadzić do rewizji książek buchalteryjnych, zaprowadzić do więzieniu. Dyrektorka kazała przyszywać zapasowe znaki pani Drechowskiej, rozkładając w milczeniu ręce ruchem rozpaczliwym. Strach pobielił jej twarz, zarysowujcie się na policzkach dwoma koliskami ceglastego różu.”

 

 

 

 

Dyrektorka Kowalska nie cieszy się w firmie dobrą opinią. Jest kłótliwa, wyrachowana, mająca wysokie mniemanie o sobie. Firma „Kakadu” należy do Czesława Wrendla. Jednak szef nie ma głowy do interesów, oddając stronę buchalteryjną właśnie wspomnianej Kowalskiej i kierowniczce biura buchalteryjnego pannie Gnejszczuk. Owa panna nie skrywa, że czuje do Wrendla coś więcej niż tylko firmowe sprawy. Szef zaś, nie potrafi przełamać do niej swojej niechęci wynikającej szczególnie z okropnego wyglądu twarzy, oszpeconej przebytą ospą, o którą należnie nie zadbano.

 

 

 

Jakie jest zatem miejsce Wrendla? Tworzy nowe fasony garderoby damskiej na żywych manekinach, które prezentuje co jakiś czas na rewiach. Wrendel nie jest świadomy, że dyrektorka z kierowniczką spiskują za jego plecami, pozbawiając „Kakadu” wszelkich środków pieniężnych, pogrążając firmę na dno finansowej plajty. Nikomu nie jest znana też prywatna strona pracownic, które są rodziną. Eugenia Kowalska jest matką panny Justyny Gnejszczuk.

 

W firmie pojawia się nowa dziewczyna, zastępująca zwolnionego manekina numer 6. To Loda Kamińska. Niezwykłej urody panna wywodząca się z biednej rodziny, w której ojciec nałogowo pije alkohol i regularnie bije dziewczynę. Loda w rzeczywistości jest agentką tajnej policji, która ma za zadanie rozpracować kto i w jaki sposób okrada firmę „Kakadu”.

 

 

 

Dojdzie do wielu zwrotów akcji, a nawet zabawnych sytuacji. Wrendel nie będzie mógł oprzeć się wdziękom panny Lody. Zaś Gnejszczuk z Kowalską zmuszą się do przyspieszenia uknutego wcześniej planu. Skradziony fałszywymi wpisami w księgach buchalterskich majątek, posłuży pannie Justynie do operacji plastycznej, by Czesław stracił dla niej wreszcie głowę, zakochał się. Malwersanci spotykają się w Konstancinie, w wynajmowanej na czas ich nieobecności willi, nad którą opiekę sprawuje młody student prawa, Leszek. Prywatnie, brat Lody. Kiedy dochodzi do publicznego ogłoszenia wszem i wobec, że panna Gnejszczuk odziedziczyła wielki majątek po zmarłym wuju, Kamińska zbierze już dosyć duży materiał dowodowy. Zaraz po operacji plastycznej Justyny Gnejszczuk, dojdzie do zatrzymania szajki malwersantów, do której należy jeszcze księgowy Fitkiel. Rozpocznie się trudny i żmudny proces. Zeznania świadków, zebrane dowody mocno obciążą całą piątkę podejrzanych. Drechowską tłumaczy stan jej ciężko chorego syna, dla którego tak się poświęcała, Fitkiel pomówi Wrendla, że o tym wiedział, ale na nic nie reagował, Kowalska zaklęcie milczy, zaś panna Gnejszczuk... zapragnie, by matka zapłaciła za wszystkie lata upokorzeń córki.

 

Co stanie się z podejrzanymi, zatrzymanymi malwersantami? Jak przebiegnie proces?

Zaskakująca fabuła, niesamowicie szybkie tempo akcji, pomysłowość autora, idealnie wplecione wątki intrygi, znakomicie poprowadzone charaktery bohaterów – każdy z nich jest inny, wyrazisty. Wspaniałe opisy sytuacji, momentami zabawne, elektryzujące. Znakomita kreacja postaci Lody Kamińskiej, która w celach konspiracyjnych musiała przyjmować różne role i zręcznie się przebierać, maskować, by nawet najmniejszy szczegół śledztwa nie wyszedł na jaw.

 

„Manekin numer 6” Ryszarda Brauna to powieść niezwykle klimatyczna, intrygująca od pierwszych wersów. To powieść, która wzrusza, porusza, ujmuje, wywołuje mnóstwo emocji. Powieść, w której wątki przeplatają się ze sobą, w efekcie zaskakując czytelnika. Osadzona w realiach przedwojennego miasta, z tłem świata mody, gdzie intryga goni intrygę, gdzie szyk, elegancja ściera się z prymitywnością. Gdzie te podziały klasowe są zdecydowane, a bohaterowie tak, jak my przeżywają swoje codzienne rozterki, kłopoty, problemy, zwykłe radości. To powieść, która mnie osobiście oczarowała. Dopracowana w każdym detalu i szczególe, ze specyficznym językiem, napisana lekko, ale ciekawie, w dobrym guście.

 

 

Polecam!


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:

 


00:12, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lutego 2017

 

 

Wydawnictwo: haveanicebook.pl
Rok wydania: 2015
Ilość stron: 215
E-booka znajdziecie:
http://haveanicebook.pl/glowna/23-jak-spadek-spadek.html

 


Czy można w spadku otrzymać rodzinę? Okazuje się, że tak i to w taki zupełnie świadomy sposób, bo chociaż nie widzi się jej na co dzień, formalnie jest się jej pełnoprawnym opiekunem. Autorka powieści wykazała się nie lada pomysłem, stworzyła bardzo wyrazistych, charakternych bohaterów, którzy wywołują w czytelniku niemałe emocje. Są drobiazgi, nad którymi warto byłoby popracować, ale uważam, że sama osnowa powieści jest jak najbardziej czytelna i akurat na niej warto byłoby się skupić. Co gryzie po oczach i autorka o tym wie, to kompletne zbagatelizowanie przez wydawcę korekty. Błędy roją się. Szkoda, bo na razie powieść jest wydana jako e-book, ale po solidnej, rzetelnej korekcie i redakcji mogłaby zostać przeniesiona na papier. Podsuwam ten pomysł autorce.

 

Sebastian ma lekko ponad trzydzieści lat. Prowadzi swoją firmę. Pewnego dnia w jej drzwiach pojawia się dwójka kilkuletnich dzieci – Ania i Kuba prosząc mężczyznę o pomoc. Tak się składa, że ta dwójka rezolutnych dzieciaków jest pod jego opieką. Sebastian jest ich ojcem. Dzieci proszą, by wrócił do domu, bo starszy brat Michał wpadł w jakieś dziwne, podejrzane towarzystwo, a Magda, najstarsza siostra, a Sebastiana oficjalna żona najzwyczajniej sobie nie radzi. Jak w ogóle doszło do tego dziwnego małżeństwa? Sebastian i jego przyszywana rodzinka wychowywali się po sąsiedzku. Jednak rodzice czwórki ulegli śmiertelnemu wypadkowi, a Sebastian wychowywany przez matkę, był jedynakiem. Zanim doszło do tragedii, matka mężczyzny złożyła obietnicę sąsiadom – przyjaciołom, że gdyby kiedykolwiek zaszła taka potrzeba, gdyby coś im się stało, ona zaopiekuje się ich czwórką dzieci. Sebastian był wtedy już po dwudziestce, Magda miała zaledwie siedemnaście lat. Małżeństwo zawarte przez dwójkę młodych ludzi miało zapobiec oddzieleniu rodzeństwa, które automatycznie przeszło pod ich opiekę. Nie doszło do rozpadu rodziny i tragedii. Tylko Sebastian miał aspiracje. Wyjechał, miał swoją pracę, firmę. Magda natomiast, robiła co mogła, by rodzeństwo miało wszystko, ale najważniejsze, że byli razem.

 

 

Wizyta Ani i Kuby u Sebastiana pociągnie za sobą szereg licznych wydarzeń. Sebastian przeniesie swoją firmę do domu po zmarłej matce, wspierając Magdę, która początkowo nastawi się do mężczyzny sceptycznie, wrogo. Z czasem nabierze dystansu, odpuści, a nawet zakocha się w swoim formalnym mężu na nowo. Michał, jak to nastolatek. Szemrane towarzystwo, kumple od piwa, spotkań wieczornych. Jak się okaże chłopak miał w tym swój określony cel, że to tylko było po to, by zwrócić na siebie uwagę i ściągnąć do nich Sebastiana. A kilkuletnie rodzeństwo odnajdzie się w tej sytuacji najlepiej. W końcu będą mieli prawdziwego ojca, który zacznie pojawiać się w szkole na zebraniach, zabierać ich na wspólne, rodzinne wyjazdy.

 

Przed nie lada wyzwaniem stanie Michał. Na kursie prawa jazdy pozna piękną Kingę, przez znajomych nazywana Kicią. Na dziewczynę nie będą działać słodkie słówka i maślany wzrok chłopaka, który ewidentnie się w niej zakocha i otwarcie mówi o swoich uczuciach. Jednak Kicia ma swoją tajemnicę. Już nie chodzi o trudne relacje ze swoją matką, z którą wiecznie się kłóci, ale... Kinga jest matką półrocznego Mateuszka. Samotną matką, pokrzywdzoną przez los, bo nie wie kto jest ojcem jej dziecka. Nie z przypadku, ale z gwałtu. Jak na to wszystko zareaguje Michał?

 

 

Powieść skrywająca wiele tajemniczych wątków, przeplatanych z przeszłością rodziców Magdy. Matka chorowała psychicznie, zatapiała się w obrazach, które uwielbiała malować na poddaszu domu. Nawiasem obrazy ukazujące portrety nieznajomych dziewcząt. Ojciec zabezpieczył swoje dzieci, założył im lokaty. Ale to wszystko wyjdzie dopiero przy okazji remontu domu i rozmowy pani Zosi, byłej sekretarki Sebastiana. Okaże się, że odnaleziony dziennik po ojcu Magdy zawiera kompromitujące materiały wiele osób z wysokich stanowisk, a nawet z poprzednio zarządzającej władzy. Czy prokuratura i śledczy, do których zgłosi się Sebastian coś z tym w ogóle zrobi?

 

 

 

 

Jestem pod wrażeniem wplecionej intrygi, która sięga mackami bardzo wysoko. Na tle rodzinnych problemów i monotonii życia codziennego tej niezwykłej i kompletnie niesztampowej rodzinki, to wątek, który zaskakuje, ale i zaciekawia czytelnika. Z pozoru zwykła powieść obyczajowa, obraz podobnych do nas bohaterów, z którymi czytelnicy szybko się utożsamią, a jednak jest tu coś jeszcze. Ciekawość, element zaskoczenia i ujmujące finały końcowych scen.

 

Interesując fabuła, kompletnie poruszające wątki i zawrotne zwroty akcji, obrazy pozornie normalnego życia i niebagatelne fakty, które wychodzą na jaw przy jakiejś okazji, to wszystko czyni powieść Zuzanny Arczyńskiej ciekawą i trochę inną niż dotychczasowe, które miałam przyjemność czytać. Oprócz rażących błędów, o które nie zadbał wydawca, trochę męczyły mnie te misterne opisy. Moim zdaniem niepotrzebne jest aż tak szczegółowe odzwierciedlanie wszystkich czynności, czy nawet rzeczy, przedmiotów, ale to tylko moje zdanie, takie miałam odczucie. Trochę też męczyła mnie scena, w której przez szkolne radio dochodziło do godzenia Moniki z Kazkiem, komentowanie ich rozstania, sytuacji „sercowej” na bieżąco. Skojarzyło mi się to z różnymi serialami amerykańskimi dla młodzieży. Ale... zaznaczam, to tylko moje zdanie i odczucie.

 

„Jak spadek” Zuzanny Arczyńskiej uważam za dobry debiut pisarski. To powieść wielowątkowa, niesztampowa, zaskakująca i zaciekawiająca czytelników od pierwszych wersów. Znakomite dialogi, idealnie dopasowane do sytuacji i bohaterów. Nieszablonowe zwroty akcji, intrygujące, tajemnicze wątki, wywołujący sinusoidę emocjonalną, wyraziści bohaterowie, czynią ją bardzo wiarygodną, wartą uwagi, po którą warto sięgnąć.

 

Polecam.


Za egzemplarz dziękuję autorce :)

17:57, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2017

 

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/2014/05/O-mnie.html

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?2048756

 

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?1928998

 

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?2085147

 

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?1811036

 

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?1892327

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?2053361

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?2036505

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?1865245

 

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?2028041

17:42, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lutego 2017

 

 

Wydawnictwo Insignis

Ilość stron: 48

Rok wydania: nowość, premiera 01 lutego 2017

Książkę znajdziecie:

http://www.insignis.pl/ksiazki/1000x-polacz-kropki-spider-man/

 

Tak, bez wątpienia jest to najlepszy odstresacz dla dorosłych, zaś dla dzieci znakomita alternatywa dla komputera i długich, zimowych wieczorów, które często wypełnione są czasem na elektroniczne gadżety i wirtualny świat, w którym tracąc życie można szybko i łatwo je odzyskać. Poza tym, ta nietypowa i niesztampowa publikacja zmusza do koncentracji, skupieniu uwagi na kartce papieru, ołówku i maleńkich kropeczkach ponumerowanych odpowiednio od 1-1000, by otrzymać nasze, własnej pracy i cierpliwości „dzieło”.

 

Moi synowie prawie się o nią pokłócili. Starszy jest niesamowicie spokojny i takie robótki uwielbia. Młodszy raczej ma słomiany zapał, ale chcąc wszystkim udowodnić, że też potrafi... zrobił, nie do końca, ale można mu to wybaczyć. Energia aż go rozpalała. Starszy poświęcił się na maksa, bo do łączenia kropek użył nawet linijki. Misternie, dłubiąc, w końcu – za czymś to ma wyglądać – tak powiedział. No i faktycznie, udało mu się, a że ferie akurat miał, to i matka zadowolona była, że zamiast siedzieć w telefonie, robi coś kompletnie niecodziennego.

 

 

 

Tyle wrażeń dzieci. Teraz przyszedł czas na kilka zdań moich. Wydawnictwo Insignis wydało na rynek dwie publikacje tego autora ilustracji. Oprócz tytułowego Spier-Mana są jeszcze Superbohaterowie Marvela. Wybór pomiędzy tymi dwoma był dla nas oczywisty :) Kropki są czytelne, wyraźne, w różnych kolorach, by łatwiej było odnaleźć następujące po sobie numerki, oczywiście dla osób, które nie mają problemów jako takich ze wzrokiem. Publikacja wydana w formie perforowanej, można je śmiało wyrywać, nie tylko dla własnej wygody, ale również z chęci podzielenia się z przyjaciółmi. Do łączenia kropek użyliśmy ołówka, ale wiadomo, jak to ołówek, zaczął się w pewnym momencie rozmazywać, dlatego najlepiej użyć długopisu, bądź cienkopisu. Autor proponuje niezbyt gruby pisak. Oprócz standardowych rysunków, w formacie 270x370 mm jest dodatkowy, rozkładany plakat w środku, jeszcze raz tej samej wielkości, przedstawiający bitwę „Spider-Man kontra Doktor Octopus". Kartki nie są jakieś cieniutkie, można śmiało łączyć, bez obaw, że coś przebije na drugą stronę.

 

 

 

 

 

Autorem ilustracji jest Thomas Pavitte. Całość liczy 20 bohaterów komiksów, których potem można pokolorować i powiesić u siebie w pokoju. Jedno jest pewne. To nie tylko znakomite lekarstwo na nudę, ale równie inspirujący pomysł na wspólne, rodzinne spędzenie wieczorów, czy nawet wolnego czasu z przyjaciółmi. Uczy koncentracji, skupiania uwagi, kreatywności, ale też relaksuje. Na stres, uspokojenie się, odpoczynek. A to ma być przecież przyjemność, a nie obowiązek.

 

Polecamy! :)

 


 

 

 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:


 


 

21:46, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 lutego 2017

 

 

 

Wydawnictwo Psychoskok

Ilość stron: 190

Rok wydania: 2014

Książkę znajdziecie:

https://www.inbook.pl/p/s/716883/ksiazki/proza/kobiety-afryki-obyczaje-tradycje-obrzedy-rytualy?rdir=a4b&lkst=77699&abpid=893&abpcid=67&rdir=a4b&lkst=77699


Chociaż tytuł książki w dużej mierze odbiega od jej fabuły, w której to poznajemy całą otoczę życia codziennego w Nigerii, to autorka stworzyła powieść zupełnie bezpretensjonalną, pozbawioną rutyny, sugestywną i niesztampową. W tej historii nic nie jest oczywiste, jak kontynent pełen kontrastów i różnorodności, na którym dzieje się jej akcja. Bohaterami są mieszkańcy małych afrykańskich miejscowości, zwykli ludzie podobni do nas, ze swoimi troskami, problemami, ale i radościami. A do tego, uwierzcie mi, naprawdę niewiele im potrzeba.

Urzekła mnie ta wysnuta z pełnej oczekiwań chwil i prostoty opowieść o życiu ludzi skromnych, biednych, o znikomym standardzie, warunkach często spartańskich, z chorobami jakie ich dotykają, w tle z tęsknotą za krajem i ciągłymi obawami. Świetnie poprowadzona trzecioosobowa narracja pozwala spojrzeć na opisywane przez bohatera obrazy z każdej strony, jednocześnie odkryć je jakby na nowo, uświadomić sobie ich różnorodność.

 


Pracowitość. To pierwsze słowo, jakie ciśnie mi się na ustach po lekturze książki. To nie jest autobiografia, czy reportaż. Autorka stworzyła postać Feliksa, polskiego wykładowcy, który przybył do Nigerii w czasach, gdy Afryka wyszła spod pręgierza kolonializmu, a w Polsce panuje głęboka komuna. Trudny czas dla Feliksa nastaje. Nie obawia się jawnie wyrażać swojej partyjności, a jednocześnie polski uniwersytet, na którym prowadzi badania naukowe, ma swoje biuro, dostęp do laboratoriów z dnia na dzień pozbawia go wszystkiego i wysyła na misję właśnie do Nigerii.

Dla mężczyzny to, z czym przyjdzie mu się zmierzyć i zobaczyć, będzie czymś zupełnie nowym, zaskakującym, a nawet nie mieszczącym się w granicach wyuczonej przez lata przyzwoitości, etyki, przyjętych w swoim kodeksie człowieczeństwa norm. Zanim Feliks rozpocznie jakiekolwiek wykłady na uczelni, wspólnie z innymi polskimi kolegami wykładowcami zapozna się z okolicą. Niedaleko uczelni buduje się hotel dla przybyłych naukowców, każdy z nich ma otrzymać swoje mieszkanie. Feliks cierpliwie czeka na swój przydział, zaznajamiając się w międzyczasie z kulturą, obyczajami i mentalnością żyjących wokół ludzi.

Afrykańskie kobiety wyróżnia przede wszystkim pracowitość. To one pomagają w budowie uniwersyteckiego hotelu nosząc na głowach ogromne misy, a w nich nałożone piętrowo głazy. Niektóre z nich na plecach trzymają oplecione chustami maleńkie dzieci. Młode studentki często zarabiały na studia sprzedając swoje ciało. Kilkunastoletnie dziewczęta często stają się matkami. Feliksa uderzają różnice kulturowe, zachowania Nigeryjczyków na tle narodowościowym, czy rasowym. Dla nich biały człowiek nie jest tak ważny, jak swój – dostaje miejsce w ostatnim rzędzie na zbiorowych inauguracjach, imprezach okolicznościowych, a załatwiając jakieś sprawy urzędowe zdany jest na litość i dobroduszność urzędnika. No i nie jest mile widziane, by wtrącał się w lokalne koligacje, wymierzanie sprawiedliwości przez Nigeryjczyków miedzy sobą, nawet jeśli chciałby stanąć w obronie życia ofiary.

 


Największą niespodzianką dla czytelników i dla samego Feliksa jest historia białej kapłanki pogańskiego bóstwa i orędowniczka kultury Yoruba. Przez ponad pięćdziesiąt lat mieszkała i pracowała w Nigerii wraz z mężem Susanne Wenger – austriacka rzeźbiarka i malarka, która tak zafascynowała się religią Yoruba, że porzuciła swoje dotychczasowe życie, całkowicie oddając się kultowi bogini Oshun, przybierając ten sam przydomek. To właśnie w Oshogbo, w tropikalnych lasach stworzyła miejsce, do którego zaglądali spragnieni duchowego wsparcia, tam tworzyła rzeźby bogini, malowała batiki, które potem sprzedawała turystom po zawyżonych cenach.

 

 

 

Maleńkie, liczące kilka dosłownie lepianek, chatek z ogromnymi głazami na dachach wsie, palenie przez stare kobiety fajek, w których zamiast tytoniu było wysuszone krowie łajno, kult krowy, która należała do zwierząt nietykalnych, opowieści księdza katolickiego o prześladowaniach albinosów, na których wręcz polowano, to wszystko nie mieści się Feliksowi wręcz w głowie, bo tak różni się od życia w Europie, w Polsce z pustymi sklepowymi półkami. Ci ludzie tam mieli zupełnie inne problemy niż Europejczycy.

 

 

 

 

Czy tam w Polsce wiedzą, zastanawiał się Feliks, jakim problemem jest tu woda?”

Nie inaczej. Bo nawet, kiedy Feliks rozpoczyna wykłady na uniwersytecie i otrzymuje przydział mieszkania, odwiecznym problemem jest woda. Raz jest w kranie, ale więcej jej nie ma. Wraz z nowym mieszkaniem, do drzwi Feliksa puka szesnastoletni Anthony. Chłopiec z sąsiedniej wsi, który liczy u niego na pracę jako posługacz, taka nigeryjska pomoc domowa. Skromny, ale uczciwy i w czasie nieobecności Feliksa w mieszkaniu, pomocny.

Ale, kolejnym problemem, z jakim przyjdzie zmierzyć się głównemu bohaterowi, to studenci. Przychodzą na wykłady, ale zamiast słuchać wykładowcy, zajmują się swoimi sprawami, dyskusjami między sobą. Jak utemperować ich zuchwałość i skupić rozbieganą uwagę? Feliks się nieźle nagłówkuje, ale znajdzie na nich sposób. Jaki? Odsyłam do książki.

W pierwszej części swojej książki Jadwiga Wojtczak – Jarosz napisała historię opartą na faktach ukazującą sposób życia i egzystencji określonej grupy. Afryka to kraj, który budzi podziw walorami i różnorodnością flory i fauny, ale też niepokój związany z nieustannymi konfliktami etnicznymi, plemiennymi, brutalnością, odmiennym spojrzeniem na świat ściśle związany z wartościami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Tam ludzie żyją zupełnie inaczej niż my, dla nich ważne są inne wartości, nie gonią za czasem, pieniędzmi, są szczęśliwi w swojej skromności, biedzie. To obrazy, które nas innych mentalnie ludzi może zadziwiać i wywoływać bunt.

Dla mnie książka warta uwagi nie tylko ze względu na wartość merytoryczną, ale też na oryginalne, z tamtych miejsc i czasu zdjęcia. Polecam!

 


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:


 





Do części II zajrzę z przyjemnością.

20:04, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2017

 

 

 



 

Wydawnictwo Samo Sedno

Ilość stron: 264

Rok wydania: 2016

Książkę znajdziecie:

https://www.samosedno.com.pl/psychologia/1608-szczesliwszy-o-10-dan-harris-9788377887981.html

 

Każdy z nas ma swoją definicję szczęścia i każdy czytelnik podejdzie do tej książki zupełnie inaczej. Jedni upatrywać się w niej będą porad, jak zmienić coś w swoim życiu, drudzy odkrywać będą tajniki medytacji, a jeszcze inni będą traktować tę pozycję jako biograficzną podporę do dokonania życiowego bilansu.

 

Jedno jest pewne, ta książka powstała po to, by pokazać, jak niewiele potrzeba chęci odzyskania wewnętrznego spokoju, wsłuchania się we własny organizm. Nie traktuję jej jako autobiografii. Owszem, dużo w niej wątków z życia autora, ale one są bodźcem do zmian. Nie ulega wątpliwościom, że będąc na szczycie sławy, można szybko spaść z piedestału. Dan Harris znany jest szerszej grupie odbiorców w Ameryce. Tutaj, w Polsce to nazwisko nie mówi nam za dużo. Ja osobiście do takich książek podchodzę z dużym dystansem. Do określeń na okładkach „bestseller” również mam odpowiednią przestrzeń mentalną. Dlaczego? Z reguły otrzymują to miano książki, które nie robią na mnie kompletnie żadnego wrażenia.

 

Zatem, czym jest ta pozycja? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w podsumowaniu.

 

Zacznijmy od tego, że autor od początku snuje opowieść o swoim życiu zawodowym i ściśle związanym z nim ataku paniki, który spowodował, by Dan Harris spojrzał na swoją dotychczasową egzystencję od duchowej strony, zajrzał w głąb siebie i posłuchał swojego organizmu, który najwyraźniej miał mu coś bardzo ważnego do powiedzenia. Był młodym, dobrze zapowiadającym się współprowadzącym program „Night-line” i weekendowe wydania „Good Morning America”. W jednym z nich, niespodziewanie, zupełnie nieświadomie, na oczach milionów ludzi przeszedł atak paniki. To dziwne i zarazem ciekawe, jak organizm potrafi człowieka zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie.

 

Harris igrał chyba na każdym kroku ze swoim losem. Karierę zawodową rozpoczął bardzo wcześnie, bo tuż po ukończeniu college'u. Szybko poznał smak blichtru, sławy, twardych narkotyków. Intensywność życia nie przeszkadzała mu również, by wyjechać do Afganistanu relacjonować przebieg walk z linii frontu:

„W swojej pracy lubiłem nie tylko igranie z losem. Byłem głęboko przekonany, że to, co robimy, jest naprawdę ważne. Relacjonowaliśmy całemu światu najnowsze wydarzenia bezpośrednio z linii frontu. Czułem, że ta praca ma głębszy sens – moja misja jest ważniejsza niż ryzyko, które podejmuję. Z obu tych powodów – dreszczu emocji i przyjętych zasad – brałem udział w wewnętrznych wojnach w stacji ABC, żeby tylko zachować swoją pozycję.”

 

 

Wydawać by się mogło, że po powrocie z Afganistanu Harris będzie jednym z najbardziej rozchwytywanych dziennikarzy. Nic bardziej mylnego. Jego kariera zamiast się rozkręcać, przygasała. I to, co stało się siłą napędową do wszelkiej aktywności, nie tylko zawodowej podkładało mu coraz to nowe przeszkody do ominięcia. Depresja, poszukiwanie wewnętrznie duchowej drogi. Reportaże o roli religii i duchowych przywódcach, z którymi nakręcał setki rozmów, uświadomiły mu, jak ważne jest zdrowie duchowe, bo jeśli dusza choruje, choruje też ciało. Ta równowaga musi być zachowana.

„Nasze ego każe nam nieustannie porównywać się z innymi. Sprawia, że oceniamy naszą wartość na podstawie tego, jak się prezentujemy na tle innych ludzi – znaczenie mają wygląd, majątek, status społeczny.”

 

Przygody z duchowym odkrywaniem dróg, powiązało się z chorobą, która zaatakowała ciało. Nowotwór. Dla kipiącego życiem młodego mężczyzny, spragnionego na każdym kroku wrażeń, emocji, to jak wyrok, nieleczony mógł wywołać ślepotę. Koligacje zawodowe, połączone ze zdrowotnymi odnajdą się w jednym punkcie – medytacji, stricte z góry traktowane przez niego z dystansem, a nawet z góry:

„Kiedy otworzyłem oczy, moje podejście do medytacji całkowicie się zmieniło. Praktyka sama w sobie mi się nie podobała, ale teraz myślałem o niej z wielkim szacunkiem. To nie był tylko hipisowski sposób na spędzanie czasu, taki jak gra we frisbee czy tkanie hiszpańskich Ojos de Dios. To było wymagające ćwiczenie umysłu, które polegało na podejmowaniu ciągłych prób zapanowania nad natłokiem myśli. Dążenie do naprawienia tej kompulsywnej maszynerii przypominało wysiłek wkładany w utrzymanie żywej ryby w dłoniach. Zmaganie się z własnym umysłem i wytrwałe skupianie na procesie oddychania mimo nieustającego ataku z wewnątrz wymagało ogromnej stanowczości. To było naprawdę cholernie trudne zadanie.”

 

 

Książka napisana lekkim stylem, sugestywna, wciągająca od pierwszych wersów. Nie poradnik, nie autobiografia. To opisywanie poszukiwań życiowych ścieżek, to książka o przewartościowywaniu, o wsłuchiwaniu się we własne „ja”, o równowadze w sferze duchowej i cielesnej. Dzisiaj chaos lubi wywracać nasz światopogląd do góry nogami. Skutki wciąż pędzącego czasu, gonitwa za udoskonalaniem siebie i swojego otoczenia bywają różne. A wystarczy naprawdę tak niewiele – wsłuchać się w ciało i duszę, by zrozumieć, co jest ważne i najważniejsze. Medytacja jest jednym ze sposobów, jednym z narzędzi. Doradców też jest cała masa. A czasami zwykły spacer, rozmowa, otworzenie się na spokój, racjonalność, przyrodę jest tym, co może pomóc nam spojrzeć na swoje szczęście z innej strony.

 

„Szczęśliwszy o 10%” Dan Harris to książka o pokonywaniu barier, jakie los stawia na drodze kipiącego energią młodego dziennikarza, o balansowaniu na granicy zdrowia, życia, poszukiwaniu przez niego drogi do równowagi duchowej. Książka ciekawa, ale ja podchodzę do niej z dystansem. Każdy ma inną definicję szczęścia, inny system wartości.

 

Polecam!

 

 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:


 

 

19:18, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi