Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
środa, 22 stycznia 2014

Spytacie dlaczego?

Po prostu - dziwna.
W końcu znalazłam czas, by napisać coś niecoś o tej książce..

Hanna Samson "Pułapka na motyla".

Czyta się ją jednym tchem, z ciekawością i oczekiwaniem, jakby się oglądało, co najmniej jakiś dobry film. Dziwna tematyka i wielopłaszczyznowość.
Ta książka porusza tak dogłębnie i niesamowicie ludzkiej duszy, natury, odziera z wszelkiej przyzwoitej pruderyjności, aż momentami człowieka chwyta takie niesmaczne zażenowanie, że na chwilę ją odkłada, by ponownie, z nutką zakłopotania do niej wrócić.
http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/54000/54375/352x500.jpg
Joannę poznajemy jako dwunastoletnią dziewczynę i przeglądamy jej wszystkie losy, przygody, podzielone na trzy części. Pochodzi ze zwykłej, średnio zamożnej rodziny, chociaż jej despotyczno - pedantyczna matka z bardzo tradycyjnego, zamożnego domu. Na każdym zresztą kroku uświadamia to córce i robi z tego powodu wyrzuty. 
Właściwie trudno określić charakter Joanny. Od początku bardzo skromna, małomówna, nadzwyczaj samotna jedynaczka. Ojciec, jedyny żywiciel rodziny, matka Helena - jakby jakoś lekko „nawiedzona”, starali się wychować swoją córkę w czterech ścianach pokoju, nie pozwalając na spotykanie się z koleżankami, wychodzenie. Nic dziwnego, że dziewczynę rówieśnicy określili mianem dziwaczki, a sama, niczemu winna Joanna nic o Bożym świecie nie wiedziała. Wybrała towarzystwo liszek, które skrzętnie ukrywała przed matką w kartoniku pod łóżkiem. Karana za niemal wszystko: za wygląd, za to, że nie odzywała się, kiedy do niej mówiono, za bujanie w obłokach. Karana oczywiście przez matkę.
Życie Joanny nabiera zwrotu, kiedy przypadkowo na obrzeżach miasta, dokonując pochówku liszki, poznaje Konusa. Od tego momentu zaczyna się jej nieprzyzwoita, znienawidzona później przygoda z seksem, mężczyznami i całą intymną sferą życia, przeznaczoną na znacznie późniejsze lata. Nie jest świadoma, że te przypadkowe zdarzenia zarysują w jej psychice blizny, które odcisną swe piętno i które ciężko będzie wyprzeć z podświadomości.
Konus pierwszy pokazał jej męskiego członka, jak spuszcza się facet. Ale chyba nie to było aż takie poruszające, dla mnie obrzydliwe było potraktowanie młodej, nieświadomej dziewczyny przez księdza, który brutalnie wykorzystał jej usta do swoich brudnych i ohydnych seksualnych popędów i rządz. Ta scena przekroczyła moje osobiste granice przyzwoitości. Scena bardzo aktualna w swej wymowie do aktualnych wydarzeń i informacji z newsów, pierwszych stron gazet.
Drugi etap, to Joanna pełnoletnia. Maturzystka. Dziewczyna urodziwa, ale dalej młoda i naiwna. Znowu przykre przygody. Najpierw szef ojca, który koniecznie chciał sobie ulżyć i zgwałcić Joannę na wycieczce służbowej, na którą pojechała z rodzicami, by ojciec mógł awansować. Musiała paradować w skromnym stroju kąpielowym i udawać grzeczną córkę. Potem obóz i Krzysiek, z którym to straciła swoje dziewictwo. Nie chciała tego, ale mężczyzna fizycznie silniejszy, nie miała jak się obronić.
Po Krzyśku przyszła pierwsza miłość - Maciek, zauroczona, delikatna, niewinna, taka, jaka powinna być właśnie pierwsza dziewczęca miłość. Kochali i szanowali się nawzajem. Nie pomogły protesty obojga rodziców, którzy z desperacji szukali pomocy nawet u pedagogów i dyrektora szkoły. Oni wpatrzeni w siebie, nic ich nie obchodziło, świat dla nich nie istniał. Tylko Krzysiek z zazdrości spowodował lawinę dziwnych zdarzeń. Maciek wykorzystując po tym wydarzeniu chorobę Aśki, dał swojej zatroskanej matce powód do triumfu, w nagrodę za to, że zerwał z Joanną kupiła mu skórzaną kurtkę. W głębi serca cierpiał, tak jak Joasia.
Trzecia część, ukazuje nam Joannę mężatkę. Trudno w to uwierzyć, a jednak. Marek, wybranek jej serca. Najpierw żyli w mieszkaniu razem, potem, po jakimś czasie Marek się wyprowadził, do swojego poprzedniego mieszkania, bo czuł, że się dusi, musi odpocząć psychicznie, potrzebuje wolności. 
Następnie, powtarzający się ten sam cykl, Marek wraca, Marek przygnębiony kłopotami w pracy odchodzi. Najpierw spotykają się w weekendy, potem znowu jest przerwa, bo Marek interesuje się innymi kobietami. Nagminnie zdradza Joannę, a ta z kolei żyje codziennie nadzieją, że on do niej wróci. I wraca, żeby za jakiś czas znowu dać nogę, do innej, do swojego świata. Niby są małżeństwem, ale jakby nie byli. Spragniona męża Joanna, jego bliskości, snuje wizje jego powrotu. Kiedy w ostatniej scenie, Marek wraca po swoje rzeczy, by odejść już na zawsze od Joanny, ona dźga go nożem i wpatruje się w niego, by zapamiętać jego rysy, profil, zapach.
 Czy chociaż trochę przybliżyłam Wam dziwność tej książki?
Nadzwyczaj psychologiczna książka. Jej wielopłaszczyznowość odziera bohaterkę - Joannę z jej dziewczęcości. Ileż ta dziewczyna musiała przejść seksistowskich sytuacji, zupełnie nieświadomie stała się obiektem męskich pożądań. 
Książka, którą wypożyczyłam z naszej wiejskiej biblioteki, zaabsorbowana tytułem. 
Czy się zawiodłam?
Nie, zdecydowanie nie. Po prostu trzeba otwierać się na wszystkie płaszczyzny, odkrywać również te dziwne książki. 
Czy polecam?
Tak. Poznajcie Joannę i opowiedzcie mi o swoich odczuciach. 



16:47, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
Nigdy nie miałam okazji czytać książki, której treścią są felietony. I to jest właśnie piękny przykład na to, że nigdy nie mówi się nigdy.

Właśnie jestem po lekturze jednej z nich, a konkretnie, felietonach Krysi Jandy o bardzo ciekawym, ale troszkę przewrotnym tytule „Różowe tabletki na uspokojenie”. Fajny pomysł. Tematyka różnorodna. Od życia osobistego po sceniczne i prywatne. Dodatkowo książka wzbogacona kolorowymi wkładkami w formie reprodukcji plakatów i karnetów teatralnych.
Myśli autorki zamknięte w lekkiej formie felietonów - przyjemne i proste w przekazie. 
Autorka, ze względu na swój zawód, prowadzi bardzo bogate życie artystyczne. Spotyka na swojej drodze wielu znakomitych artystów, kolegów po fachu. W jednym z felietonów opisuje swoje zawodowe relacje z Andrzejem Wajdą. Podczas pracy przy wielkich filmach, typu „Człowiek z żelaza”, „Człowiek z marmuru”. Jaki jest według niej Andrzej Wajda, jak traktuje aktorów, czym dla niego jest praca, jaki jest prywatnie, jak traktuje ją, jako swoją podwładną? Mogłaby o Nim pisać bez ograniczeń, bo On jest dla niej wszystkim. Czego nie wiecie jeszcze o Andrzeju Wajdzie możecie dowiedzieć się właśnie od znakomitej Krysi.

Najbardziej w pamięci utkwiły mi felietony opisujące jej wyjazdy zagraniczne, takie samotne, aż do bólu. Kiedy od momentu wejścia do samolotu towarzyszyła jej - polska mucha. Skrzydlata przyjaciółka była dla niej w tej podróży kawałkiem domu.
Innym razem zabrała na występy w Toronto swojego syna. Tylko po to, by dziecko mogło zobaczyć kawałek świata, rozszerzyć horyzonty. W trakcie wolnych chwil spacerowali po mieście, a do aktorki dociera smutna prawda, że nie ma tak naprawdę czasu na to, by konwencjonalnie i spokojnie wychować swoje pociechy. Cóż, tak to jest, gdy ma się możliwość wyboru, a w pobliżu jest dobra ręka babci.

Jest kilka felietonów o zwykłych ludziach, których artystka spotyka na swojej drodze. O parze młodych, co w imię kariery zawodowej odkładają decyzję o dziecku „na potem”, a w wieku czterdziestu lat nagle przypomina im się, że dobrze byłoby zostać rodzicem. I zaczynają się kłopoty z zajściem w ciążę.
Jest też felieton o chorej na schizofrenię młodej, pięknej dziewczynie i jej matce. Ten urzekł mnie najbardziej. Chyba dlatego, że owa dziewczyna tak przekonująco, bez zastanawiania się relacjonuje swoje życie. Jakież było moje zdziwienie, że jest ona po prostu chora i nieszczęśliwa.

Po tej lekturze widać, że autorka ma lekkie pióro, chęć, możliwość i chyba w głębi serca potrzebę, by pisać. I tak trzymać! Bez najmniejszych wątpliwości polecam ją przy okazji wszystkim moim znajomym.
Jestem stałą bywalczynią bloga Pani Krysi. Jest to dla mnie Artystka wysokiej klasy, której sukcesu nikt nie powtórzy, bo Krysia Janda jest tylko jedna i niech tak zostanie.



15:06, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

Wreszcie dałam sobie czas. Wreszcie skończyłam.
To nie żadne mistrzostwo, ktoś powie. Ok, zgadzam się, ale jeśli się nie pisało długich osiem lat, tylko w tym czasie wychowywało dwóch łobuzów, a mózg w tym czasie przestał logicznie myśleć, to przyznacie - jest mistrzostwo.

Przy okazji chciałabym pozdrowić autorkę, Panią Romę.
Może kiedyś przeczyta Pani mojego posta. Chciałabym żeby Pani wiedziała, jak bardzo Panią podziwiam i cenię. Jako pisarkę, jako malarkę, ale przede wszystkim jako kobietę. Za odwagę, za to co Pani przeżyła, za to, że w ogóle Pani jest.

A to moje odczucia po przeczytaniu książki.

**********************

Dzisiaj jest ostatni dzień na trzymanie tej książki w rękach. Mój ostatni dzień z życiem pięknej, samotnej, zagubionej nastolatki.




Z tego też miejsca, chcę podziękować Panu Kaziowi za to, że pofatygował się osobiście i przyniósł mi ją pod same drzwi mieszkania, bylebym tylko mogła ją przeczytać. Wielkie, ogromne dzięki. A i przepraszam, że zawracałam Panu tyle razy głowę o nią, ale nie żałuję.
 
Jednym zdaniem nie da się podsumować książki, która okazała się tak piękna, osobista i intymna, że chłonie się ją z każdym wyrazem. Zresztą, czy są na świecie książki, które można podsumować jednym zdaniem? Może i tak, albo i na pewno. Jednak nie w tym przypadku.

Otwierasz, czytasz i czytasz, aż nie chce się od niej odrywać.
Nie zamierzam streszczać treści, tylko opisać moje osobiste odczucia.

Drugi raz Roma Ligocka mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Potrzeba mnóstwo odwagi, by opisać swoje młodzieńcze lata, dorastanie i dojrzewanie. Mogę jedynie się domyślać, ile tak naprawdę emocji kosztowało autorkę. Pisze bardzo prostym językiem, bez jakichś skomplikowanych zdań, które trafiają bezpośrednio do naszej świadomości i dlatego czyta się ją tak szybko i dobrze. Po prostu.

Pierwsza książka „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” okazała się hitem światowym, przetłumaczonym na mnóstwo języków. Tak powinno być i w tym przypadku. To swoista kontynuacja „Dziewczynki...”. Bohaterka „Dobrego dziecka” ma już dwanaście lat. Przed nią stoi powojenny, często dziwny i niezrozumiały świat.

Dwunastoletnia Roma chora na anoreksję, która w tamtych czasach nie była chorobą zdiagnozowaną i leczoną, ściera swój młodzieńczy świat ze światem dorosłych. Nieustanne kłótnie z matką, powracające koszmary z czasów wojny i ta chora niemoc, którą stale w sobie dusi, która ją paraliżuje, doprowadza prawie do obłędu.

Mieszkają w powojennym Krakowie, w małym piwnicznym mieszkanku. Wydawałoby się, że im ciaśniej, bo przecież żyją obok siebie w maleńkim pokoiku, to więź matki z córką powinna się zacieśniać, zespalać. Tymczasem jest odwrotnie. Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena, kiedy koleżanki ze szkoły Romy wypisują jej w zeszycie czerwonym długopisem, czy też flamastrem, bardzo obraźliwe słowa na jej matkę, która swoją drogą romansuje z żonatym mężczyzną i naraża na nieprzyjemności i konsekwencje tego związku właśnie swoją dorastającą córkę.

Córkę, której nikt niczego nie stara się wytłumaczyć, pokazać piękno otaczającego świata, która notabene niczego nie rozumie, ale bardzo chce zrozumieć. Sytuacje wokół niej ją zadziwiają. Ta zagubiona córka potrzebuje dużo uwagi. Z przedmiotów szkolnych lubi polski i religię, dużo dyskutuje z księdzem. Dzięki temu, że dużo czyta ma bogate słownictwo i kupuje tym samym przychylność swojej polonistki.
Przez swoją anoreksję dużo choruje, a nawet sama wywołuje choroby. Wtedy może zostać w domu i czytać, leżeć, pisać, czy nawet rysować. Książki z antykwariatu, które przynosi jej mama są jej całym światem, oddechem, miłością i życiem.

To także odskocznia od codziennych kłótni i waśni z matką. Gdy przychodzi czas, że ze sobą nie rozmawiają, Roma bardzo to przeżywa emocjonalnie. Drętwieje, nie jest sobą, często się kładzie albo siada na łóżku i patrzy w jeden punkt. Matka jest bezsilna wobec jej zachowania, przez łzy często mówi, że jest niedobrym dzieckiem.
Przełomowe stają się dla nich obu próby samobójcze matki. Od momentu pierwszej próby stają się sobie bliższe. Wspólnie wyjeżdżają nad morze. Ta wycieczka jest dla Romy, jak wyprawa w poszukiwaniu szczęścia i oddechu. Tam morze ją zachwyca, ma lepszy apetyt i poczucie własnej dziewczęcości.
Gdy matka wyjeżdża do Wiednia musi nagle dorośleć. Musi stawić czoła sama sobie, swoim lękom i samotności, która stała się już jej bardzo bliską przyjaciółką. Żadna inna przyjaciółka nie była tak bliska jej sercu, jak właśnie samotność.

Opowieść o sobie samej, Roma przeplata wspomnieniami swojej babci Anny Abrahamerowej. Zawarte w Pamiętniku pięknie opisane wycinki przedwojennego życia Abrahamerów, ich dzieci, majątku ziemskiego, no i nie da się ukryć samotnego życia babci Romy, u boku której trochę brakuje dziadka. Mama Romy Teofila, jak wynika z zapisków była nadzwyczaj dobrym, grzecznym dzieckiem. Przeciwieństwo zagubionej, bezbronnej Romy.

Do tego przepiękne czarno białe fotografie. 





Odnoszę wrażenie, że ta książka jest swoistą „spowiedzią”, wyrzuceniem z siebie tej emocjonalnej kołysanki, by po trosze ulżyć swojemu sercu, duszy i zakodowanemu lękowi. Autorka dzięki tej książce umie nazwać świat po imieniu, by nie być bezradnym dzieckiem nieustannie gotowym do ucieczki. Szukać za każdym rogiem ulicy odmiany, swojego miejsca.


Jak bardzo bliska jest mi ta samotna Roma, żyjąca we własnym wyimaginowanym świecie. Zamykająca drzwi, uciekająca, trzaskająca emocjami?
Mimo tego, że nie przeżyłam wojny, ale zawsze byłam typem samotnika. Miałam też swój świat, do którego nikt nie miał wstępu, swoje miejsce, do którego chodziłam tylko ja i tam przeżywałam wszystkie dobre i złe chwile.


Jak bardzo to rozumiem, jak bardzo nie jest mi to obce.
To właśnie jej przyjaciółka – samotność, inność, indywidualizm. To nie jest mi obce i obojętne. Mamy swoje skorupy, swoje światy zaklęte w wersach pięknych powieści.

Zastanawiam się, czy odnajdzie się w końcu ktoś, kto będzie umiał odkodować nasze scenariusze?
Smutna historia, warta ekranizacji. Tak myślę.



15:05, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

„Gdybym miała nazwać swojego największego demona, to byłabym nim ja sama. Jestem zarówno swoją najlepszą przyjaciółką, jak i największym wrogiem” - W.H.

To był czas, kiedy „czarnych” określano brudasami, HIV-cami, że się nie myją, że śmierdzą.

I chciałabym wierzyć, że dziś jest inaczej, to wiem, że tak w rzeczywistości nie jest. Bardzo dużo krzyczy się, jacy to my nie jesteśmy tolerancyjni, otwarci na nowości, inności, a nawet dziwactwa tego świata. A jest zupełnie odwrotnie.

Jednak kiedy usłyszano „I’m werry woman” pytano się, kto to? Ta debiutancka piosenka rozbrzmiewała w uszach każdemu, nie boję się użyć wyrażenia - na świecie.

Jej głos, jak balsam - koił, uwodził, porywał, kołysał, wzruszał nawet największych twardzieli. Świat stał u jej stóp. Wystarczyło tylko, by się schyliła, mogła mieć dosłownie wszystko i wszystkich.

Jak kochała, to naprawdę i mocno, ale wybierała niewłaściwych mężczyzn. Jeden wybór przesądził o jej całym życiu.

 

Dlaczego Whitney Houston?

 

Bo to osoba w moim życiu na tyle ważna, że jeszcze będąc małą dziewczynką i dużą dziewczyną, Whitney była moją idolką, faworytką i wielkim ideałem. Symbolem piękna, nietykalności. Dorastałam w czasie, kiedy moja wielka gwiazda była u szczytu popularności.

 

Rozwieszone w pokoju plakaty pięknie uśmiechniętej dziewczyny, śnieżnobiałe zęby oraz szczerze uśmiechnięte oczy, pełne pasji, życia, energii i czystości. Każda dziewczyna chciała umieć śpiewać jak Whitney, uśmiechać się jak Whitney, mieć jej figurę i tą niezmierzoną radość życia.

 

Była i jest królową, w całej okazałości. Od stóp do głów, wyznacznikiem naszych młodzieńczych marzeń. Ideałem z ogromnym bagażem sukcesów i doświadczeń. Śledząc biografię tak znakomitej artystki nie dziwi mnie nic, poza jednym faktem, który przewrócił jej nienaganny porządek.

 

Wrodzony talent, zjawiskowa uroda i mocny głos, odpowiednie przygotowanie muzyczne. Przyszła gwiazda praktycznie wychowała się w studiu nagraniowym. Często towarzyszyła podczas pracy swojej mamie, utalentowanej wokalistce. W kościele baptystów miała swój pierwszy solowy występ, wykonany z pasją i uczuciem, po którym zerwała się burza oklasków. Właśnie wtedy Whitney przekonała się, że śpiew to właśnie to, do czego jest stworzona. 

Rodzice nie sprzeciwiali się. Po pierwsze dlatego, że oboje byli związani z branżą muzyczną, po drugie – widzieli, że ich córka, mająca lepsze maniery i lepiej ubrana niż koleżanki z klasy, nie jest w szkole lubiana, ani nie odnosi spektakularnych sukcesów w nauce. Surowe wyszkolenie i rozsądek matki sprawiły, że Whitney nie była jedną z tych gwiazdek, które zachłystują się sukcesem.

 

Pierwsza afroamerykańska dziewczyna na pierwszych stronach kolorowych amerykańskich magazynów, stała się ikoną i nadzieją dla innych kobiet, takich jak ona. Czarnych, pochodzących z tego zaściankowego, brudnego, amerykańskiego świata. Debiutowała w latach osiemdziesiątych pięciooktawowym głosem i zachwyciła cały świat jego potęgą i siłą. To było jak sen, a raczej jawa, mogło trwać. Pokazała, jak wybić się z matni i pójść ścieżką własnych marzeń.

 

Kiedy ja poznałam Whitney miałam niewiele, może 12 lat, ona 31, a wyglądała jak nastolatka, niewiele starsza ode mnie. Wyglądała na spokojną, zrównoważoną. Życie pokomplikowała sobie wychodząc za Bobby’ego Browna.

 

Co takiego się stało, że tak piękna i urodziwa dziewczyna straciła głowę dla człowieka takiego pokroju, jakim był B.B.?

 

Para poznała się w 1989 roku na gali Soul Train Music Awards. Brown miał już dwoje nieślubnych dzieci z dwiema różnymi kobietami. A w tym samym roku, w którym wziął ślub z Whitney, kochanka urodziła jego trzecie dziecko.

Kiedy Whitney była już uznaną gwiazdą, zgłosił się do niej Kevin Costner. Gwiazdor miał mocną pozycję w Hollywood i przygotowywał film o ciemnoskórej, prześladowanej przez maniaka supergwieździe. Nie było łatwo jej do tego namówić. W dodatku na krótko przed rozpoczęciem pracy nad filmem okazało się, że Whitney jest w ciąży. Praca przy filmie była jednak na tyle wyczerpująca, że niestety poroniła.

Trudno jej było poradzić sobie psychicznie z tragedią. Dla kobiety utrata dziecka, to ogromny ciężar. Wspierała ją matka i Bobby, który na planie filmowym jej się oświadczył.

Po ślubie w lipcu 1992 roku, Whitney znów zaszła w ciążę, a w marcu 1993 roku na świat przyszła ich wspólna córka Bobbi Kristina. Whitney była gotowa zrezygnować z własnej kariery, by móc opiekować się córką. Kariera Bobby’ego stanęła w miejscu, a Whitney na fali popularności „Bodyguarda” dawała koncerty.

W tym czasie Bobby wpadał w ciągi alkoholowe i coraz większe długi. Jego posiadłość w Atlancie opieczętował komornik z powodu milionowych zaległości podatkowych. Whitney spłaciła jego zobowiązania, podobnie jak potężnie zadłużone karty kredytowe.

„On był moim narkotykiem”.

„Po „Bodyguardzie” zaczęłam brać narkotyki, kokainę, marihuanę. Bobby za to dużo pił” – przyznała gwiazda po latach. Whitney opiekowała się dzieckiem i z coraz większym trudem pracowała na rodzinę. Małżonkowie kłócili się i ponownie schodzili. Bobby dwa razy trafił na odwyk, Whitney kolejny raz poroniła. Prasa zaczęła regularnie donosić o ich współuzależnieniu od alkoholu i narkotyków. A także o coraz częstszych bójkach.

Z toksycznego związku wyratowała ją matka, która wpadła do rezydencji w asyście policji, by siłą zabrać wyniszczoną, bezwolną Whitney na odwyk.

Wreszcie poddała się leczeniu w klinice odwykowej. Dała się też przekonać przyjaciołom i złożyła pozew o rozwód z Brownem. Uzyskała prawo do opieki nad ich córką.

Wtedy wydawało się, że wyszła na prostą. Znów zaczęła występować. Wyglądała zjawiskowo. Ale po chwilowym powrocie do dobrej formy znów sięgnęła po używki. Ostatnie lata jej życia to przeplatające się pasma ciągów alkoholowo-narkotykowych i powrotu do zdrowia. To odbił się na jej głosie. Słychać było zmęczenie, chrapliwość, wręcz utratę tego, co najcenniejsze.

Ostatnia płyta z roku 2009 miała być jej głośnym powrotem na scenę. Zrobiła to w iście gwiazdorskim stylu, pokazała, że jednak potrafi nie tylko śpiewać, ale mimo wszystko uwolnić się od cienia, jakim była przeszłość. Powrotem do ludzi, życia po siedmiu latach milczenia. Odcięła horror na rzecz wolności i szczęścia, które nie zdążyło do niej tak naprawdę przyjść.



Chciałabym zobaczyć ją jeszcze taką piękną i uśmiechniętą, jak kiedyś, kiedy tryskała blaskiem swego szczęścia, powodzenia, kiedy świat zachwycał się nią i łykał każdy wyśpiewany wers.

 

Pozostają tylko wspomnienia, piosenki. Nie mam swojej ulubionej, bo jest ich masa. Wszystkie są piękne, zachwycają wykonaniem, trudno wskazać taką jedną, jedyną. Szlagierem, który znają wszyscy na całym świecie jest ścieżka z „Bodyguarda” - „I will allways love you”.

Największy sentyment mam jednak do jej wspaniałego przeboju „I wanna dance with somebody”.

http://www.youtube.com/watch?v=eH3giaIzONA

 

 

Na wideoklipie widać jej blask, piękno, młodość i radość. I taką Whitney chcę pamiętać. Uśmiechniętą, tryskającą życiem.

 

Artystka zmarła nagle 11 lutego 2012 roku, w przededniu gali rozdania nagród Grammy, na której miała wystąpić. Podobno wskutek zmieszania leków z alkoholem.





I look to you – patrzę i długo będę patrzeć, słuchać. Ciągle żywa w moich wspomnieniach.

 

 

 

 

 

 

 

 



13:46, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
1 ... 106
 
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi