Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
wtorek, 26 lipca 2016

 

 

Kochani!

Dziwnym i nieprzewidywalnym zbiegiem okoliczności udało nam się z koleżanką załapać na Literacki Woodstock we Wrocławiu, który rozpoczyna się już w czwartek 28 lipca. Z tego, co widzę na spisie, rozmów, wykładów, spotkań co niemiara, dnie wypełnione od rana do wieczora :)

Jutro wyruszamy w drogę. Masa kilometrów przed nami.

Zostawiam blog do Waszej dyspozycji :) Konkursy, recenzje, wywiady. Wszystko dla Was.

Ale... obiecuję, że jak wrócę, przygotuję dla Was relacje i kolejną porcję recenzji. A! I konkursów nie zabraknie!


Mam nadzieję, że będziecie tęsknić :) Ja za Wami tak :)


Postaram się wrócić cała, zdrowa, z energią, może z jakimiś niespodziankami,

planami związanymi z blogiem ;)


Trzymajcie się :)

 

 

 

http://literackiwoodstock.pl/

 

21:41, toksiazki12 , Inne
Link Dodaj komentarz »

 

 

 

 Wydawnictwo Latarnia

Rok wydania: 2015

Ilość stron: 117

 

Autor tej niezwykle klimatycznej i wyjątkowej pozycji, to znany i ceniony w literaturze poeta, prozaik urodzony na Białorusi, skąd w ramach akcji repatriacyjnej w roku 1957 przyjechał wraz z rodzicami do Polski. Tak naprawdę nie pierwsze dwa wydane tomy wierszy przyczyniły się do tego, że o autorze zrobiło się dosyć głośno, a właśnie tytułowa „Lida”, którą miałam okazję i przyjemność przeczytać, żeby Wam o niej opowiedzieć.

 

Lida, to nazwa miejscowości na Białorusi, w której to autor przyszedł na świat i w której to spędził wczesne lata dzieciństwa. To właśnie o niej opowiada autor i nostalgicznie ją ukazuje, jako wspomnienia małego, pięcioletniego dziecka. Alik, tak wszyscy wołali na małego Aleksandra tam w Lidzie. Ten mały Alik dokładnie pamięta przygotowania do podróży – ich wspólnej, wielkiej, podróży życia. Ojca z maszyną Singer, która była całym jego światem, matkę z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej, babcie chodzącą po kątach i ocierającą łzy rąbkiem fartucha i dziadka, który przebywał w niewoli niemieckiej. To także oddech i tło historii pięknej, malowniczej Lidy o zawikłanych losach miasta polskiego, sowieckiego, niemieckiego i wreszcie białoruskiego. Jej mieszkańców historia nie oszczędzała.

 

„Wciąż mam pięć lat i marynarski
mundurek na sobie
Wciąż na dworcu czeka
ostatni repatriancki pociąg (…)


Zatrzymałem się na progu czegoś szukając
i słyszę tylko głuche dudnienie kół pociągu
Ten pociąg jedzie
nie zatrzymując się nigdy”

 

Źródło: Internet

 

 

Wyjątkowość „Lidy” polega na różnorodności. To obrazy poetyckie, niczym karki z pamiętnika chłopca, który wrócił po trzydziestu latach do rodzinnej posiadłości i od razu widzi różnicę chociażby w wielkości obejścia, podwórka. Wyjątkowość ta polega także na poezji, która się tam znajduje oraz okraszanie jej wyimkami, wycinkami, fragmentami sugestywnych listów babci Malwiny z Lidy, która opisuje wszystko, co się we wsi dzieje i nie tylko:

„Napiṡa Ci co była z Radosc ónas na Swenta trójca była wielka óroċysosc za dwadzesca osim lat była óroċystosc s ksendzeam była odprawona i dzowny za dzwonili z radosci lódza płakali (…) 4 prawnósa Ana órodziła dzewċynka na dzen Matki Bożej Narodzena 8 Wżesna ma na ima Maryśa ochcili Danósa (…)”

 

Źródło: Internet

 

Raj utracony dziecka, które w pamięci niesie ze sobą obraz wsi z miejscem na ziemi, tak bardzo zżytym, niczym korzenie drzewa, a jego pytanie „Dlaczego jedziemy w Polszu?” dalej pozostaje tylko retorycznym, bez odpowiedzi.

 

„Lida” to powieść o tęsknocie za ciepłem rodzinnego ogniska, tego prawdziwego, nieudawanego, ze wszystkimi, z babcią i dziadkiem, wujkiem Wackiem, ciocią. To powieść o nieukrywanych emocjach dopadających zarówno dziecko, jak i współtowarzyszy tej długiej i mozolnej podróży. Napisana bardzo pięknym poetyckim językiem, stylizowanym na mowę kresową. Nic dziwnego, że rok po wydaniu drukiem, wielki, polski wieszcz Czesław Miłosz uległ jej urokowi i uhonorował ją swoją nagrodą. Emocjonująca, refleksyjna, piękna.

Polecam!

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Latarnia :)



 

17:52, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

 

 

 

Wydawnictwo Replika

Ilość stron: 336

Rok wydania: 2016

 

 

Zanim sięgnęłam po ten bardzo ciekawie napisany kryminał, zajrzałam po kilka opinii. Wszystkie, jak najbardziej pozytywne. Nie pozostało mi nic innego, jak otworzyć książkę. Muszę przyznać, że mile się zaskoczyłam. To nie tylko sprawny kryminał, przemyślany, dopracowany w każdym szczególe, ale przede wszystkim okraszony fragmentami obyczajowymi. Poznajemy bohaterów od strony codziennych problemów, trosk, ale też radości, czy łączących ich pewnych elementów kryminalnej układanki. Autorka darzy okolice swojego miejsca zamieszkania szczególnym sentymentem, całą akcję i wątki poboczne ulokowała w Bielsku – Białej i jego okolicach.

 

„Cynamonowe dziewczyny” są kontynuacją „Sprzedawcy snów”, ale ja nie miałam możliwości przeczytać poprzedniej, debiutanckiej powieści pani Hanny i nawet zaczynając od „Cynamonowych...” stwierdzam, że zdecydowanie można je obie czytać osobno.

 

W Bielsku – Białej zostaje zamordowany policjant, pracujący i prowadzący żmudne śledztwo nad okrutnym mordem młodej dziewczyny. Jak się okaże, to zaczątek bardzo uwikłanej sprawy, w której na światło dzienne wychodzą inne morderstwa - wcześniejsze, zaginionych, młodych dziewcząt. Odnajdywane są ciała, niektóre przypadkiem, niektóre dzięki policyjnemu dochodzeniu. Seryjny morderca działa też na terenie Wisły i Śląska. Śledztwo prowadzi dwoje przyjaciół Daniel Laszczak z Bielska, który łączy swoje siły z nadkomisarzem Konradem Procnerem z Wisły. Ale, i tu ukłon w stronę autorki. Bardzo ciekawie i w odpowiednich momentach wplotła wątki poboczne powieści, dotyczące problemów w małżeństwie Procnerów. Dodatkowo, pozwoliła czytelnikowi nieco się rozluźnić, by Petra, żona Konrada miała również jakiś udział w śledztwie. Kobieta obdarzona jakimś niezwykłym impulsem, intuicją, zmysłem dedukcji, zespalania, łączenia ze sobą pewnych elementów. To, w większej części jej zasługa, żeby zejść na inne tory myślenia, domniemywań, przypuszczeń, co do zabójcy. Śledztwo trwa i wydaje się, że stoi w jednym punkcie, brak jakichkolwiek zaczepek, odniesień. Wydawałoby się, że w pewnym momencie, nabierze ono tempa, szczególnie wtedy, gdy z kryjówki zabójcy udaje się uciec jednej z przyszłych ofiar. Tylko, że dziewczyna, pod wpływem szoku i silnych emocji, nie jest w stanie za dużo pomóc policjantom.


 

 Źródło: Internet

 

 

Ciekawie również jest w powieści poprowadzony wątek sprawcy. Gdzieś z boku, powoli poznajemy sposób jego myślenia, jesteśmy w jego myślach, czynach, sposobie działania, sposobie werbowania dziewcząt, a nawet w momencie morderstwa. Te wszystkie elementy dodają powieści wiarygodności i czynią ją gatunkowo kryminałem z wyższej półki. I, jak na dobry kryminał przystało, są tu również wątki miłosne. Szalone, młode, zadziorne, zazdrosne. Autorka nie szczędzi nam również scen frywolnych, erotycznych. Do ekipy przyjaciół dołączy niezwykle piękna i charakterna Tamara, która w wyniku pomyłki, w środku nocy wejdzie do mieszkania Daniela. Tą sceną właściwie zacznie się cała fabuła powieści.


 

 Źródło: Internet

 

Jak się okaże, każdy z bohaterów ma swoje przydzielone zadanie, każdy z nich odgrywa swoją rolę. Kim okażą się zamordowane dziewczyny? Kim okaże się w końcu sprawca? Czy śledczym uda się wreszcie go złapać i postawić przed sprawiedliwością?

 

„Cynamonowe dziewczyny”, to nie tylko sprawnie napisany, ale też przemyślany kryminał. Znakomite dialogi, język odpowiednio dopasowany do każdej z postaci. Niby prosty, czytelny, ale niepozbawiony slangu, akcentu, czy inwektyw i przekleństw. Autorka wykazała się znakomitym, profesjonalnym znawstwem poszczególnych elementów śledztwa, analitycznym podejściem do każdej jego części, a nawet kamuflażu. Potrafi w iście mistrzowski sposób zbić czytelnika z tropu i dawkować emocje, czy chęć odkrycia wreszcie prawdy.

Polecam wszystkim koneserom dobrych kryminałów!


 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję:

 

 



11:13, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lipca 2016

 

 

 

Państwowy Instytut Wydawniczy po raz pierwszy wydał e-booka. 25 lipca, na niespełna tydzień przed kolejną rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego, ukazał się w tej formie Pamiętnik z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego w nowej i odcenzurowanej edycji z mapami.


Wersja elektroniczna, podobnie do książki papierowej, została wzbogacona o mapy stolicy z czasów Powstania. Jedna z nich pokazuje wędrówkę Białoszewskiego po Warszawie powstańczej i jego miejsca schronienia. Książka jest dostępna w dwóch formatach (ePub i Mobi) w kilkudziesięciu sklepach internetowych z e-bookami.

 

 

 


Nowa, odcenzurowana, poprawiona i uzupełniona edycja Pamiętnika z powstania warszawskiego oparta jest na trzech źródłach, stanowi ich wypadkową. Pierwsze źródło to wydanie trzecie Pamiętnika (PIW 1976), ostatnie czytane i poprawiane przez Autora. Drugą podstawą jest maszynopis pierwszego wydania znajdujący się dziś w archiwum obecnego spadkobiercy spuścizny Białoszewskiego. Maszynopis zawiera wiele poprawek i skreśleń, przy czym nie wszystkie pochodzą od Autora. Wśród wprowadzonych zmian są skreślenia spowodowane względami ideologicznymi czy politycznymi, nie brakuje też korektur stylistycznych.

Lista sklepów, w których dostępny jest e-book, znajduje się na stronie wydawcy: 

 

Wydawnictwo Ruthenus

Rok wydania: 2015

Ilość stron: 48

 

Po raz kolejny doświadczam człowieka z zupełnie innej strony. Tomik Konrada Sikory, którego mieliście okazję już poznać u mnie na blogu zbiorem dramatów „Persona”, po raz kolejny zaskakuje dojrzałością przemyśleń, mentalnością, słowem. Człowiek w Jego tomiku, to istota wciąż na nowo poznawana, odkrywana, zaskakująca. Człowiek, to indywiduum, o którym trzeba wciąż myśleć, rozgryzać Jego intencje, działania, myśli, to istota, nad którą trzeba ciągle medytować.

 


Nie pójdę”

Bez człowieka nie idę

Nawet na krok w moje dzieje.

Potrafię przystanąć na boku –

Zanurzyć rękę w potoku

I pić – i trwać we współoddechu.

 

 

Tym jakże wymownym i zgłębiającym tajemnicę człowieczeństwa wierszem, otwiera tomik twórca młody, wrażliwy, obserwujący życie z zupełnie innej perspektywy. Człowiek w tym wierszu jest współtowarzyszem, bo czym byłaby nasza wędrówka w samotności? Czy człowiek jest w stanie sam koegzystować?

 

W dalszej części tomiku przewija się obraz człowieka, jako istoty nadrzędnej, a jednocześnie słabej, kruchej, wątłej, uległej, poszukującej, szukającej, odkrywczej. W tym jednym wierszu mieści się cała istota tego, co chciał nam pokazać twórca: „Oto człowiek! – Przedstawiam go wam: Prostego – bez maski; Cichego – bez krzyku; Słuchającego – bez rozdwojenia. (…) „Żyć” różni się od „żyć” –Istnienie zadaje pytania, A ja pokazuję człowieka, Którego malował Da Vinci, Którego wykuwał Michał Anioł, Którego malowały epoki I kształtowały przełomy. (…) Przedstawiam człowieka, Którego mi pokazano. Czego w nim szukam? –Jego samego.”

 

Źródło: Internet

 

Jest kilka wierszy lapidarnych, w których poeta zawarł obrazy swoich spostrzeżeń o nas, istotach myślących, ale są też wiersze dłuższe, w których wyraża zaniepokojenie o sensowności bytu, ale i sens człowieczeństwa, ludzkiej pielgrzymki po ziemskich rewirach bezkresnych drogach, naszej odporności na zło: „Zaplątaliśmy się w dziwną współczesność – Strach – tchórzostwo – i świata cztery ściany – A świat nasz kolczastym drutem związany – Niedostępny nikomu – istna ciasność.” Autor znany jest ze swej duchowości, głębokiej, przeżywającej i skupionej. Wielokrotnie przywołuje w swych wierszach obraz Boga – Stwórcy Najwyższego: „Zapytam Boga, kiedy tam przybędę,O sens ludzkości milczącej i pustej.”

 

Napisani na ścianach”, to poezja wyjątkowo refleksyjna, sugestywna, zmuszająca nas do chwili zadumy. Poezja, która pochyla się nad istotą i sensem ludzkości, jednostki społecznej jaką jest człowiek. Poeta ogląda go ze wszystkich stron, obraca, bada - sposoby zachowań, reakcje, jest niczym lekarz dusz i mentalności.

 

Polecam!

Za możliwość zapoznania się z tomikiem, dziękuję Autorowi :)

16:39, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »

 

Usługi badawcze i wydawnicze dr Rafał Brzeziński

Rok wydania: 2015

Ilość stron: 69

Wydanie kieszonkowe

Ta niewielkich rozmiarów książeczka trafiła do mnie jako niespodzianka, dodatkowa wygrana w konkursie od dr Rafała Brzezińskiego, który prowadzi usługi badawcze i wydawnicze w Brodziszowie.

 

Bardzo wymowny, ale tajemniczy tytuł książki oraz dosyć klimatyczna okładka zmusza nas do pewnych domysłów, czy momentu zastanowienia, co może się tak naprawdę pod nim kryć?

To swoisty wycinek pamiętnika z przełomowego czasu Dzierżoniowskiego Zakładu Przemysłu Bawełnianego „Silesiana”, w której to w sierpniu 1980 roku na trzy dni wstrzymano produkcję, by przystąpić do strajku solidarnościowego:

„Przekraczałem bramę tej fabryki „dzieckiem będąc” pełen ufności i nadziei. Opuściłem ją w wieku brzemiennym dojrzałością, sponiewierany i rozbity „połamane niosąc wiosła”. Ale, pomimo całego ogromu tych gorzkich doświadczeń, jeszcze wówczas nie wiedziałem, że ta fabryka była moim przeznaczeniem, moją alfą i omegą, początkiem i końcem drogi życiowej w mojej ojczyźnie. Nie rozumiałem wówczas, dlaczego droga ta była tak kręta i ciernista, dlaczego wprowadziła mnie w kopalniany mrok, a potem wiodła przez fabryczne hale i warsztaty, szkoły i biblioteki, aż w końcu opasawszy mnie czarną nicią niezrozumiałych wyroków, powróciła do punktu wyjścia – w bramę tej samej fabryki.

[…]

Wychowywałem się w rodzinie, w której panował kult pracy. O pracy mówiło się ciągle i w różnych aspektach. O pracy w fabryce i o pracy na roli, o pracy za głodową rację żywności, o pracy za godziwą zapłatę. We wszystkich tych rozmowach dominowało przeświadczenie, ze praca jest czymś świętym, czymś, co człowieka uszlachetnia, nadaje mu poczucie wartości i przydatności społecznej. Duchem sprawczym tych domowych rozważań był zawsze mój ojczym – Henryk Hartman, żywe wcielenie dziewiętnastowiecznych wyobrażeń o tym, jak powinien wyglądać robotnik. Żył z pracy i dla pracy. Pracował od świtu do nocy, po dwanaście godzin dziennie, albowiem robota nie kończyła się dla niego po powrocie z fabryki do domu. Podobnie było ze mną.”

 

Źródło: Internet

 

 

 

Tak swoje wspomnienia rozpoczyna i kończy Wojciech Cabaj. Redaktor zakładowej gazety „Diora”, pierwszy przewodniczący Komisji Zakładowej „Solidarności” w Silesianie. Wnikliwy obserwator wydarzeń sierpnia '80 w dzierżoniowskiej Silesianie, komentator bielawskiej gazety „Krosno”. Aresztowany w grudniu 1981 roku. Wyrok odsiadywał w Świdnicy, Wałbrzychu i Kamiennej Górze. Rok później musiał opuścić kraj. Zmarł w Niemczech w 1999 r. Dzieci swoje wychowywał zawsze w duchu miłości do Ojczyzny, tradycji narodowych, idei, w które wierzył i którym był wierny do końca. Tęsknotę za krajem zawsze opisywał w listach do przyjaciół z Polski.

 

Źródło: Internet

 

 

W swojej książce autor opisuje, relacjonuje nie tylko ten przełomowy, wyjątkowy, ważny dla wszystkich czas, ale przede wszystkim nastroje, jakie mu towarzyszyły i jego osobiste zaangażowanie w przedsięwzięcia strajkowe:

„W progu stanął Romek i nie wchodząc do pokoju wyrzucił z siebie dwa słowa: – Czwórka stanęła! Niezwykła była intonacja jego głosu, zabrzmiało to bowiem jakoś poważnie i radośnie zarazem i nie jak informacja, a jakby uroczyste obwieszczenie dawno oczekiwanego zdarzenia. Wiadomość ta poderwała mnie z krzesła (…)

[…]

Siedzieliśmy dłuższą chwilę w milczeniu, każdy zatopiony w swoich myślach. Od kilku dni panował w naszym mieście jakiś duch niepokoju, jakiś denerwujący nastrój oczekiwania na coś wielkiego. W rozmowach towarzyskich, służbowych, w gabinetach i przy warsztatach, w mieszkaniach i kawiarniach nieustannie zadawano sobie jedno pytanie: Czy Dzierżoniów też?”

 

W książce znajdziecie mnóstwo sugestywnych, emocjonujących opisów z perspektywy uczestnika wydarzeń, które zapisały się na kartach historii. Te relacje są bliskie wielu ludziom, świadków wydarzeń, uczestników. Wypracowane, wywalczone punkty strajku oraz niezwykle ujmujące „Refleksje po strajku” potrafią nie tylko zmusić do zadumy, ale też poszukania w głębi serca kilku odpowiedzi na pytania, jak odbiera się te przedsięwzięcia z perspektywy ponad trzydziestu lat, jakie mają one znacznie ideowe, czy bylibyśmy zdolni do tak wielkich poświeceń dzisiaj? Czy w ogóle ludzi byliby zdolni do tak zorganizowanych, twardych, ostatecznych działań?

 

Ruiny Silesiany

Źródło: Internet

 

 

Wiele pytań, ale odpowiedzi pozostają w gestii czytających książkę. To pozycja na tyle wyjątkowa, bo wydana pośmiertnie, na bazie prywatnych notatek, rękopisów Wojciecha Cabaja.

 

Polecam!

 

Za egzemplarz dziękuję dr Rafałowi Brzezińskiemu.

 

 

 

10:54, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lipca 2016

 

 

 

„Genesis”

Idź, nie możesz być przy tym obecny.

Tworzymy starą baśń, wypiekamy ją z chleba.

Tak się tworzy legenda -

 

jeszcze musi wystygnąć. Gdzieś tam w środku jesteśmy.

Nasze malutkie powiastki, też potrzebują kąta,

choćby pośród pajęczyn.

 

Być ważnym, przetrwać w pamięci.

Ile miejsca zostawisz dla tego, co kiedyś mieliśmy?

Dla tego, czym teraz jesteśmy?

 

Ile słów zapożyczysz, ile utworzysz własnych.

Kiedy się znowu zdobędziesz

na jedno proste słowo, na którym tak mi zależy?

 

Tym wierszem swoją wędrówkę po bezkresnym oceanie poetyckim rozpoczyna Jadwiga Grabarz, znana i ceniona, młoda poetka, której wiersze zamieszczano nie tylko w prasie i publikacjach dotyczących literatury, poezji wysokich lotów, ale też, której wiersze przełożono na język serbski i angielski.

 

W czym tkwi szyk, elegancja, ale nade wszystko wyjątkowość poezji Jadwigi?

 

 Wydawnictwo Eperons - Ostrogi

Rok wydania 2016

Ilość stron: 63


Tak sobie myślę, że poetka napisała swoją legendę o człowieku, wszak to istota wciąż odkrywana, poszukująca, pielgrzymująca. I to wcale nie legenda rodem ze szlacheckich rodów. To legenda pełna metafor, słów poetyckich, które Ona znalazła w człowieku, jako jednostce społecznej, części wielkiej koegzystencji, świata zależności, nadając odpowiedni temu ton, dźwięk, ale też odpowiednio nowe znaczenie.

 

Tomik podzielony na dwie części. „Wilki” - w tych wierszach człowiek sprowadzony jest do roli niebezpiecznego zwierzęcia, tu wilka – groźnego, niebezpiecznego. Człowiek jest często takim wyzutym z ludzkich odruchów dzikim, nieokiełznanym i do końca niepoznanym wilkiem „Jedzą mnie wilki, obierają z ciebie każdą kość aż do szpiku tak jak je się miłość – zawsze zbyt zachłannie, za bardzo porywczo.” Pełno tu metafor, ale też i prawd, jakoby człowiek był przenikliwy, drążący codzienność, porywczy, a jednocześnie dający się jej zmylić. Przecież i mentalnie, i duchowo, i fizycznie jesteśmy wzajemnie od siebie zależni. To wiersze krótkie, lapidarne, misterne, a jednocześnie zawoalowane, minimalistyczne, dopracowane w każdym, nawet najmniejszym szczególe. Język poetycki wysublimowany, sugestywny, zupełnie inny niż ten, którego używamy na co dzień.

 

W drugiej części tomiku „Świerszcze” znajdziemy poetykę przejrzystą, jasną, nieskomplikowaną, ale wciąż nawiązującą do człowieka, jego zachowań, iluzji. Słychać tutaj głos podmiotu lirycznego bardzo podobnego do nas samych, który dalej czegoś poszukuje, stawia pytania, domniemania, a jednocześnie przemawia do nas głosem rzewnym, pełnym tęsknoty. Bardzo urzekł mnie wiersz *** (są takie miejsca), w którym poezja zderza się z prozą życia, nostalgią, kolejami rzeczy następującymi po sobie jedno po drugim:

 

*** (są takie miejsca)

są takie miejsca na cudzych terenach należących do drzew,

niezbędne tak bardzo jak potrzeba ciszy

[…]

miejsca konieczne tak bardzo jak nieodzowność niepowodzeń

i pełne nadziei niczym wieczór i poranek

 

są takie miejsca na cudzych terenach coraz bardziej bliskie -

bliskie zapachem ścian, bliskością murów,

bo w murach swoich hodują czułość,

jakiś jej rodzaj rozplenia się po kątach

w miejscach koniecznych, gdzie rodzi się i się rozmawia,

[…]

 

są takie miejsca na cudzych terenach wyplatane ciszą,

gdzie słowa splata się w powrósła i stawia je w snopy,

pod którymi dzień kładzie się na spoczynek po całym dniu pracy,

miejsca niezbędne tak bardzo jak potrzeba bycia i kromka chleba,

[…]

na które patrzę i widzę jak dzień topnieje w czerwieniach ponad ulicą,

rozciąga się za domami, rośnie w pola i lasy -

są takie miejsca na cudzych terenach coraz bardziej bliskie

 

W tej części znajdziecie też wiersze bardzo liryczne, takie, które zapadają nam łatwo w pamięci, jak „Historia snu”, w którym to sen został uczłowieczony, nadano mu specyficzne cechy. Wiersze „Orędzie do koników polnych”, „Monografia nieba” zmuszają do pewnych refleksji, a nawet różnych aspektów ich interpretacji.

 

Tomik „Dzikie stworzenia” zamyka wiersz „Atlas ludzkiego ciała”. Jak dla mnie indywiduum, zwięzły, z celną pointą. Wiersz odzierający rzeczywistość i wszelkie prawdy życia do sedna, tego, jaki ten świat jest, jaki może być.

 


 

Tomik Jadwigi Grabarz uważam za absolutnie coś nowego, niespotykanego, niesztampowego. To poezja wysokich lotów, budowana etap po etapie w sposób przemyślany, nieprzypadkowy. To poezja, którą każdy może odczytywać w zupełnie inny sposób, ale na pewno jest to poezja wielowątkowa, różnorodna, wielobarwna. Widać, że autorka nie stoi w miejscu, ciągle czegoś poszukuje, coś odkrywa, nadaje temu swój ton i bieg.

 

Zdecydowanie polecam poezję Jadwigi.

 


 

Za tomik dziękuję Autorce :)



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

15:34, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lipca 2016

 

 

14 lipca 2016 r. w Centrum Kultury Dwór Artusa w Toruniu odbyła się konferencja prasowa, podczas której nastąpiło uroczyste wręczenie Grzegorzowi Królowi czeku na 4000 zł.

 

W konferencji udział wzięli:

Grzegorz Król (strażak, któremu zadedykowano tę edycję projektu)

Janina Mirończuk (szefowa Fundacji Światło)

Maras Pijanowski (dyrektor Centrum Kultury Dwór Artusa oraz uczestnik Wykup Słowo)

Hanna Bilińska-Stecyszyn (uczestniczka Wykup Słowo)

Katja Tomczyk (pomysłodawczyni projektu Wykup Słowo)

 

 

 

 

Katja Tomczyk i Grzegorz Król

ZDJĘCIA AUTORSTWA PAULINY MARCINKOWSKIEJ I MARASA PIJANOWSKIEGO

 

 

Dziękujemy Organizatorom, a także przedstawicielom mediów za tak liczne przybycie i zainteresowanie akcją.

Grzegorz nie krył emocji. Był wzruszony, że tak wiele osób poruszyła jego historia i jest wdzięczny za okazaną pomoc. Grzegorz Król to pogodny, skromny człowiek, budzący sympatię od pierwszego uśmiechu.

 

 

 

 

 

Zapraszamy do obejrzenia galerii:

https://wykupslowo.wordpress.com/2016/07/15/stalo-sie-fotorelacja-z-wreczenia-grzegorzowi-krolowi-czeku-na-4000-zl/#more-2606

 

 

Ważna informacja!

Autorzy opowiadań zrezygnowali ze swojego dochodu,

będzie on także przekazany dla Grzegorza!

 

Część II wywiadu z Anią Sikorską, mamą autystycznej Oli

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu Anny Sikorskiej

 

 

Jak na zaburzenie Oli zareagowała w ogóle Wasza najbliższa rodzina?

Bliskich trzeba podzielić na dwie strony: moich bliskich i męża bliskich. O ile moi zaakceptowali Oli urodę i pozwalają jej po prostu być, to męża bliscy narzucają na jakich warunkach Ola ma być i okazuje się, że Ola do tych warunków całkowicie nie przystaje, bo nie jest tak sterowalna jak przeciętny przedszkolak, bo robi swoje, bo na przykład mocniej przytuli kota lub nie czeka na robienie czegoś albo biega slalomem między krzakami, drzewami na ogrodzie. Na szczęście mam wielu znajomych otwartych na Olę i dzięki nim moja córka ma kontakt z kozami, krowami, kaczkami, kurami, króliczkami, kotami, psami. Z przyszywanymi ciociami piecze bułeczki, ciasteczka, robi swojski makaron, bawi się z ich dziećmi i zawsze jest bardzo życzliwie witana. Nikt nie histeryzuje nad złamanym kwiatkiem, czy zerwanym listkiem. Nauczyli się, że Ola potrafi niespodziewanie wejść na stół i chcieć huśtać się na lampie, że w jej towarzystwie trzeba być niesamowicie uważnym i gotowym na natychmiastową reakcję.


Jakim dzieckiem jest Ola? Mówi się, że dzieci autystyczne mają bardziej rozwinięte i wrażliwsze pewne zmysły. Jak jest z Olką? Co lubi robić?

Ola jest bardzo pogodna, ciekawska, aktywna, a wszystko pod warunkiem, że się ją uaktywni. Na szczęście mam tę moc włączania jej. Lubi nowe miejsca, uwielbia książki, ma rewelacyjną pamięć i uwielbia zwierzęta. Był czas, kiedy nawet zbliżenie się psa powodowało atak paniki, gołębie ganiała i był to taki element, który zachęcał ją do aktywności, ale kiedy mogła dotknąć to już pojawiał się strach. Teraz jest zupełnie inaczej. Wiele w naszym życiu zmienił jej pies Tutuś, który od szczeniaka jest szkolony na Oli psa rehabilitacyjnego i przewodnika. Sami się wzajemnie wybrali i jest im ze sobą bardzo dobrze. Już teraz (mając rok) wie, że musi iść po określonej stronie człowieka, wykonuje kilka komend na migi i ma niesamowity dar wyczuwania, kiedy jego przyjaciółka zaczyna się wyłączać. Ola uwielbia biegać z nim po lesie, zakopywać w piachu, bawić się piłką, szarpać koc, malować, kąpać go, a on w czasie tych wszystkich zabiegów całkowicie się jej poddaje mimo, że waży więcej od niej i bardzo łatwo mógłby uciec. Córka niesamowicie dba o swojego czworonoga. Zawsze, kiedy je smakołyki to dzieli się z nim.

 

Tutuś.

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu Anny Sikorskiej

 

W przedszkolu, w domu i na spacerze chętnie bawi się plastikowymi zwierzakami. Ma ich niesamowicie dużą kolekcję i o każdego zwierzaka bardzo dba. Miałyśmy raz wypadek, kiedy w czasie biegu potknęła się o nierówne chodniki i upadając zdarła sobie kolana oraz złamała ucho krowie, okazało się, że kolano nie jest tak ważne jak ucho zabawki. Brak ucha odkryłyśmy dopiero przy domu i musiałyśmy po niego wrócić, ja musiałam krówkę wyleczyć (przykleić ucho) i dopiero się rozpogodziła. Mimo, że ma trzy takie same krowy i praktycznie sklejenia nie widać regularnie sprawdza czy ucho jest na właściwym miejscu.

W pierwszym roku w przedszkolu Ola dużo wędrowała między salami, bo bez wchodzenia w interakcje z dziećmi szybko poznawała zabawki i pędziła do kolejnych. W ten sposób do każdej sali zawędrował jakiś jej zwierzak lub książka. Kiedy teraz zdarza jej się bawić w innej sali to zawsze z wielką radością reaguje na swoją zabawkę lub lekturę.


Na swoim profilu Facebookowym niemal codziennie opisujesz Twoją walkę o Olę, by mogła zacząć funkcjonować w społeczeństwie. Na czym polega rehabilitacja Oli?

Oli rehabilitacja jest wszechstronnym aktywowaniem. Specjaliści mają swój zestaw zabaw pozwalający rozwijać wszystkie umiejętności, jakie powinno mieć dziecko w jej wieku, a ja mam swój. Na początku szłam torem rozwijania pamięci i koncentracji, dzięki czemu Ola mając niecałe pięć lat jest w stanie pracować ze mną przez godzinę bez przerwy. Jest to bardzo długi czas koncentracji u dziecka w tym wieku. Pod wpływem neurologopedy i książek Kaufmana zaczęłam nieco inaczej patrzeć na cele, które chcę osiągnąć. Teraz bardziej stawiam na kontakt wzrokowy, bo bez niego nie możliwa jest komunikacja. Bawimy się też w naśladowanie odgłosów zwierząt, nucenie piosenek. Ze względu na jej świetną pamięć bardzo szybko nudzi się wszystkim. Zna już wszystkie polskie piosenki dla przedszkolaków, niedługie seriale animowane. Uczymy się też języków obcych, co pomaga nam w wywoływaniu mowy, ponieważ polskie słowa są trudne do wymówienia, a w innych językach czasami dużo łatwiejsze.


Jakie są dla Ciebie najtrudniejsze momenty?

Najtrudniejsze były dla mnie momenty, kiedy ja z córką byłam przeganiana z piaskownicy, bo Ola inaczej się bawiła, bo np. wkładała do dołka wykopanego przez inne dziecko swojego zwierzaka i to dziecko zaczynało z tego powodu panikować albo przymierzała czy mieści się w dołku i wielu rodzicom nie podobało się, że Ola zaburza spokojną zabawę ich dzieci. Teraz mam to w nosie. Siedzimy sobie razem w piachu, kopiemy dołki, zakupujemy zwierzaki, odkopujemy. Kiedy się znudzę tym kopaniem wyjmuję książkę, głaszczę Olę po plecach i czytam jej. Ona od czasu do czasu zerka na ilustracje. Całkowicie też zmienił się stosunek do Oli. Od kiedy wiedzą, że ma autyzm są dla niej i jej zachowań o wiele bardziej wyrozumiali, próbują nawiązać z nią kontakt, są otwarci na uczenie się, w jaki sposób komunikować się z nią.

Kolejne trudne momenty były, kiedy Ola miała swoje ataki histerycznego płaczu, autoagresji, kiedy ktoś ją dotknął. Często robiły to osoby starsze z tekstem: „Co za matka nie dba o uszy dziecka” i naciągały jej na ucho czapkę, co wywoływało u niej płacz, złość, zrzucenie czapki, której do wyrośnięcia nie chciała założyć. Niesamowicie męczące były Oli ataki autoagresji wywołane przez dotyk innych ludzi. Teraz po prostu czekam aż jej przejdzie i nie włączam negatywnych emocji, nie boję się, co sobie inni pomyślą, że dziecko płacze, rzuca się po ziemi. Trudne bywają chwile, kiedy próbuję Olę uaktywnić, a ona i tak jest w swoim świecie, ale nauczyłam się wielu rzeczy, które mi pomagają nawiązać z nią kontakt.


Dla odmiany, które momenty są dla Ciebie najprzyjemniejsze?

Ola nie mówi, więc nie może powiedzieć mi: „Kocham cię”, ale za to potrafi tak pięknie, mocno przytulić, że to wystarczy za wszelkie słowa.

Może to zabrzmi dziwnie, ale ja bardzo cieszę się z takiego macierzyństwa, jakie mi dano. Ola jest cudownym, wrażliwym, dbającym o najbliższych dzieckiem. Zawsze pamięta, aby w sklepie kupić też coś mamie, tacie i Tutusiowi.

Uwielbiam nasze codzienne spacery, ganianie psa. Są to czynności bardzo wyczerpujące, ale jednocześnie wywołujące niesamowicie dużo pozytywnych emocji.

Kocham Oli zaangażowanie w rozpakowywanie paczek z książkami, jej niesamowite zainteresowanie nowymi lekturami, jej pasję kolekcjonerską dotyczącą zestawów kloców Lego. Zawsze mnie cieszy nasze specyficzne porozumiewanie się bez słów. Nie zawsze się rozumiemy, ale bardzo się staramy.

Przy dziecku niepełnosprawnym jest zazwyczaj tak, że któreś z rodziców poświęca swoją karierę zawodową, możliwość pracy zarobkowej. Tak jest w Twoim przypadku. Czego najbardziej Ci brakuje na co dzień?

Ja właśnie robię tak, żeby niczego nie poświęcać. Jestem takim samym rodzicem jak mąż i mam te same prawa oraz obowiązki. Większość czasu Ola spędza ze mną, ale też dbam o to, aby kontakt z tatą był intensywny, częsty i długi. Cały czas się rozwijam, dążę do „awansu”, czego wynikiem jest wydana w ubiegłym roku monografia naukowa „Hiszpania w filmach Pedra Almodóvara” i kolejna planowana na ten rok „Rodzina w filmach Pedra Almodóvara”. Mam tak wypełnioną dobę, że jedyne czego mi brakuje to snu. Kiedy słyszę propozycje znajomych: „Jeśli twój mąż w ten weekend nie ma zajęć to wpadnij do nas. On zajmie się Olą”, ja samolubnie myślę: „poszłabym sobie choć raz spać przed północą i tak porządnie się wyspała”. Mój tryb życia sprawia, że miewam chwile, kiedy muszę odespać aktywność. Na szczęście na razie nam się to ładnie pokrywa z sesją egzaminacyjną i przerwą w zajęciach na uczelni, kiedy mąż może być bardziej aktywnym ojcem.

Wielokrotnie opisujesz również przygody, jakie Was napotykają, gdy wychodzicie chociażby na zwykły spacer, czy plac zabaw. W większości są to również obawy i strach innych rodziców, dzieci zdrowych, że ich pociechy zarażą się od Oli chorobą. Nie uważasz, że wciąż mówi się o autyzmie za mało? Że świadomość społeczeństwa na ten temat jest po prostu żadna? Czy faktycznie nasze społeczeństwo jest otwarte na inność?

Myślę, że dzięki Oli coraz więcej rodziców wie czym jest autyzm i już nie spotykam się z tekstami: „Ma autyzm? Przecież wygląda na zdrową? Kto wam to zdiagnozował?”. Już wiedzą, że autyzm to bardzo specyficzne zaburzenie, które zwykle fizycznie jest niewidoczne.

Z otwartością i wiedzą o osobach z autyzmem jest tak jak ze stereotypami narodowymi. Czasami ludzie mówią: takich a takich nacji nie lubimy, a nawet nienawidzimy, ale kiedy mają znajomego z tej nacji i jest to rewelacyjna, pracowita, przyjazna osoba, to nagle te uprzedzenia stają się nieważne. Myślę, że wszystko zależy od nas rodziców. Jeśli nie będziemy przejmowali się opiniami, będziemy wychodzić z dziećmi do ludzi, to oni dostrzegą piękno naszych dzieci.


Z perspektywy czasu, czym jest dla Ciebie autyzm?

Autyzm to nasz wymagający i bardzo kosztowny członek rodziny. Wszystko jest jemu podporządkowane. Staramy się oczywiście funkcjonować normalnie, odwiedzać ludzi, rozmawiać, robić zakupy, podróżować, ale autyzm zmusza nas do załatwiania formalności w urzędach, do lekkich walk i stawiania na swoim, czasami z rezygnacji z odwiedzin, ponieważ Ola nie ma ochoty. Dla mnie jest on najbardziej wymagającym trenerem, jakiego nie dostarczy mi żaden pracodawca. Nauczył mnie wielkiego dystansu do świata i miłości oraz akceptacji siebie bym mogła kochać i akceptować męża i córkę.


Na koniec, rady i wskazówki dla rodziców, którzy dopiero usłyszeli diagnozę:

Znajdźcie sobie interesujące was zajęcie, którym zapełnicie czas i które da wam wytchnąć od codzienności. To uchroni was przed dołowaniem się, a jeśli nie będziecie się dołować to będziecie mieć siły i cierpliwość dla dziecka, które wymaga dużych pokładów energii i skupienia. Koniecznie przestańcie słuchać i przejmować się opiniami innych na wasz temat. Każdy może dać wam dobre rady, ale nikt nie zamieni się z wami miejscem. To jest wasze rodzicielstwo i róbcie wszystko, aby było jak najbardziej szczęśliwe. Korzystajcie z dostępnych pomocy specjalistów. Jeśli macie jakikolwiek problem kierujcie się do „Jestem mamą, nie rehabilitantką, Jestem tatą nie terapeutą”. Osoby tam pracujące pomogą w wielu kwestiach prawnych. Kolejna rzecz, to koniecznie załóżcie sobie subkonto na fundacji. W ten sposób będziecie mogli zdobyć choć troszkę pieniędzy na terapię, która jest bardzo kosztowna. Koniecznie idźcie z dzieckiem do neurologopedy. Rewelacyjni to tacy, który potrafią nawiązać kontakt wzrokowy z dzieckiem w czasie kilkunastu minut.

Jeszcze jedna bardzo ważna (a nawet najważniejsza) sprawa: nie pozwólcie, aby wasi krewni wami manipulowali, bo to wy poniesiecie konsekwencje waszych decyzji i przykrych słów, a nie oni. Dzielcie się obowiązkami, aby wasi partnerzy mieli dla was siły. Nie zastanawiajcie się co będzie za kilkanaście lat. Bądźcie dla siebie życzliwi.

 

 

 

Dziękuję za rozmowę.

13:02, toksiazki12 , Wywiady
Link Komentarze (1) »

 

 

 

Dzisiaj, zapraszam Was na wywiad z wyjątkową dla mnie osobą. Skromną, ale wielką jednocześnie. To blogerka, autorka monografii naukowej „ Hiszpania w filmach Pedra Almodóvara”. Ciepła, życzliwa, nigdy nie odmawia pomocy. Jest matką, całkowicie oddaną swojej autystycznej córeczce, ale przede wszystkim to kobieta – pasjonatka, której udało się pogodzić (chociaż w jakimś stopniu) pracę naukową z masą innych obowiązków. Cenię ją nie tylko, jako znakomitą pasjonatkę, ale przede wszystkim jako wspaniałą matkę tak dzielnie zajmującą się swoją córeczką. Wiem, że nie jest Jej (i Jej mężowi) łatwo, ale Ania nigdy nie użala się, ani nad sobą, ani nad Olą, a już na pewno nie nad tym, co ją - ich spotkało. Owszem, padają nie raz pytania i wątpliwości, ale Jej uosobienie nie pozwala na coś takiego, jak wylewanie żalu i goryczy publicznie.

 

Anna Sikorska. Dla mnie po prostu Ania. Podziwiam Ją za siłę, sposób bycia, bycie asertywną, a nawet otwartość i nie oglądanie się za siebie. Ania bardzo donośnie wypowiada swoje zdanie i w ogóle nie przejmuje się tym, co inni o niej myślą.

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu Anny Sikorskiej.

Na zdjęciu Ania z Olą

 

 

Nasz dzisiejszy wywiad nie jest zupełnie przypadkowy. Kilka dni temu opublikowałam recenzję książki „Inne, ale nie gorsze” o dzieciach autystycznych opowiadają ich rodzice. Pomyślałam, dlaczego by Ani zapytać, jak wygląda ich codzienność, praca z Olą, przełamywanie barier, czy po prostu, jak to wszystko się zaczęło. Efektem jest ten wywiad.

 

Tym, którzy nie potrafią zrozumieć działań rodziców dzieci niepełnosprawnych, tego, że walczą o nie, bo są ich jedyną nadzieją do przystosowania ich chociaż w jakimś stopniu do życia w społeczeństwie, lepiej niech zamilkną, a przede wszystkim niech pomyślą, czy chcieliby się z nimi zamienić.

 

Zapraszam na blog Ani: Górowianka (http://annasikorska.blogspot.com/)

 

A teraz poznajcie Anię i Jej córkę Olę.

 

Aniu, nie wszyscy Cię znają i nie wszyscy wiedzą, że wspólnie z mężem wychowujecie córeczkę Olę mającą autyzm. Nasza rozmowa nie jest przypadkowa. Spotykamy się przy okazji pewnej publikacji, którą obie miałyśmy okazję przeczytać. Chodzi o „Inne, ale nie gorsze”. Z rodzicami autystycznych dzieci rozmawia Grzegorz Zalewski. Chciałabym, abyśmy na Waszym przykładzie pokazały funkcjonowanie Waszego „świata” ściśle podporządkowanemu córce i jej zaburzeniu.

Jak i w jakim wieku zdiagnozowano u Oli autyzm? Wiedzieliście od początku, że z Olą jest coś nie tak? Kto, Ty czy mąż, zauważył pierwsze symptomy u Oli? Jeśli chodzi o diagnozę, mam na myśli specjalistów, którzy Wam Wasze obawy potwierdzili.

Ola urodziła się siłami natury jako ponad 4 kilogramowa, zdrowa dziewczynka posiadające prawidłowe odruchy. Była bardzo pogodna, nie płakała, miała niezły apetycik. W książeczce zdrowia w dniu porodu ma wpisane 10 punktów w skali Apgar, czyli bardzo dużo. Ja w swojej miałam zaledwie 3, mój brat chyba podobnie, ponieważ urodziliśmy się bez widocznych funkcji życiowych. Byłam przygotowana na coś takiego. Ola rozwijała się świetnie. Do tego nie chorowała, nie miała katarków. Pierwsze przeziębienie zaliczyliśmy, kiedy miała półtora roku. Do tego miałam z nią rewelacyjny kontakt. Rozwijała się troszkę szybciej niż przewidywały tabelki ze skokami rozwoju. Bardzo wcześnie nauczyła się przewracać z plecków na brzuszek, z brzuszka na plecki, siadać, przeglądać książki, chwytać kredkę. Nawet kupiliśmy jej specjalne nietoksyczne, którymi z wielkim zacięciem bazgrała po wszystkim co trafiło w ich zasięg. W ten sposób powstały jej pierwsze rysunki ścienne, kalendarzowe, zeszytowe. Nie gardziła też pudełkami, na których pięknie ćwiczyła swoją umiejętność. Miałam wrażenie, że cały jej dzień to piękny trening w moim towarzystwie. Patrząc na nią mówiłam sobie: „Ale mi mały geniusz rośnie. Kocha książki, lubi spacery, obserwuje przyrodę, pięknie się koncentruje”

Kiedy skończyła pięć miesięcy miała problem z kolkami, przez co większość nocy nie przesypiałam, ale to nie wpływało na nią negatywnie. Lekarka powiedziała mi, że kolki miną, że trzeba dziecku podawać herbatkę z kminkiem i będzie dobrze. Niestety to nie pomagało. Mimo tego Ola pięknie gaworzyła, patrzyła mi w oczy i nim skończyła roczek postawiła swoje pierwsze kroki. Była niesamowicie otwartym dzieckiem i w pewnym momencie odpłynęła do swojego świata. Pierwsze słowa zniknęły, przestała gaworzyć, ciągle „wyłączała się”, czyli patrzyła w przestrzeń jakby nic dookoła nie widziała, przestała reagować na zachętę do zabawy. Włączała się dopiero, kiedy do jej rąk dawałam coś nowego, zabierałam ją do lasu na spacer. Wysadzałam ją z wózka i pozwalałam biec. Ponieważ nie reagowała na swoje imię musiałam z wózkiem przez krzaki pędzić za nią. Trzymanie za rączkę wywoływało panikę, jednocześnie niczego się nie bała. Nie miała problemów ze skokami z wysokości, nie uciekała kiedy jechał samochód, uwielbiała się wspinać i bardzo szybko zaprzyjaźniła się z wszelkimi przeszkodami w mieście. Mając dwa lata wchodziła na najwyższą, dwumetrową przeszkodę na sky parku, a później z niej zjeżdżała jak ze zjeżdżalni. Uwielbiała biegi przez kałuże i zawsze po nich wracałyśmy do domu całe mokre. Robiłam wszystko, aby była aktywna, aby nie tracić z nią kontaktu. Dzięki temu Ola jest dzieckiem sprawnym fizycznie.

Kiedy po raz pierwszy pomyślałam, że coś nie gra? Ola miała wtedy półtora roku i widziałam, że zamiast się rozwijać zaczyna się uwsteczniać. Zamiast mówić - zamilkła, zamiast komunikować swoje potrzeby – stała się biernym odbiorcą. Często chodziłam z nią na plac zabaw i sadzałam w piaskownicy i obserwowałam. Potrafiła siedzieć wśród zabawek i nie wiedzieć, co z nimi zrobić. Analizowałam, co jest nie tak. Pomyślałam sobie, że jak będę jeszcze bardziej aktywna, jeszcze bardziej urozmaicę jej doświadczenia to wszystko będzie w porządku. Przypadkowo w czerwcu 2013 roku (miała wtedy 1,5 roku) byłam z Olą we Wrocławiu i rozmawiałam o swoich obserwacjach z moją byłą wykładowczynią profesor Agnieszką Liburą. Jeszcze nie sklasyfikowałam wtedy Oli, ale już wiedziałam, że Ola może nie mówić. Po miesiącu stwierdziłam, że to może być autyzm. Poszperałam w notatkach ze studiów, wymyśliłam dla Oli ćwiczenia, które nic nie dawały, ponieważ nie było kontaktu wzrokowego. Ten udawało mi się łapać tylko, kiedy podsuwałam jej coś całkowicie nowego i w dodatku tylko na chwilę była zainteresowana nowym przedmiotem/zabawką. Kolejna wizyta na uczelni – tym razem u doktor Anny Majewskiej- Tworek ponownie utwierdziła mnie w przekonaniu, że to autyzm. Wiedziałam, że muszę z Olą łapać kontakt wzrokowy, bo inaczej może całkowicie odpłynąć do swojego świata, że muszę pozwolić jej na jej manie byle była aktywna fizycznie, podsuwać jak najwięcej jak najbardziej różnorodnych zabawek, książeczek, bardziej urozmaicać spacery. Tego wszystkiego do tej pory było bardzo dużo, ale od czasu, kiedy uświadomiłam sobie, że walczę o kontakt było gigantycznie dużo. Dzięki dobroci znajomych i ich znajomych oraz tanim zabawkom w lumpeksach w bardzo szybkim tempie zagraciłam dom wszystkim, co mogło Olę choć na chwilę skłonić do kontaktu. Ku mojej uldze Ola to wszystko zabrała ze sobą do przedszkola, które w ten sposób stało się z jednej strony czymś nowym, a z drugiej miało sporo znanych elementów.

Nim córka poszła do przedszkola walkę oczywiście prowadziłam samotnie. Mąż pracował poza miejscem zamieszkania w dwóch miejscach, aby zarobić na rodzinę. W domu bywał, a do tego ja robiłam wszystko, aby nikt nie dowiedział się, że Ola ma autyzm, bo jak się wszyscy dowiedzą to będzie przecież katastrofa, a tak może sama ją z niego wyciągnę i będzie wszystko dobrze i będę mogła być idealną matką, za którą nie uchodziłam, przez co niejednokrotnie usłyszałam „coś z Olą przez ciebie jest nie tak” (taki mały element przemocy w rodzinie męża). Ich niepokoił brak mowy, a mnie szereg innych zachowań.

Kiedy Ola miała dwa lata trzeba było myśleć o przedszkolu. Wiedziałam, że nie mogę jej zamknąć w domu i chronić przed światem, bo ona ma kiedyś być samodzielna, a nie zależna od kaprysów bliskich lub obcych. Wiedziałam też, że bez diagnozy i osoby, która się nią w tym przedszkolu zajmie Ola po prostu się wyłączy.

Zaczęliśmy diagnozować, żeby Ola miała w przedszkolu profesjonalne wsparcie. Lekarz zastępujący naszą lekarkę rodzinną wysłał nas na badanie słuchu, bo może dziecko nie słyszy, a mi powiedział coś z czym już się nie zgadzałam „zobaczy pani, dziecko z tego w ciągu roku wyrośnie i będzie mówić. Ma jeszcze czas”. Większość doświadczeń ze specjalistami, do których niepotrzebnie trafiliśmy było jedną wielka katastrofą i męką dla mnie i córki. Jedna z wielu przygód: czekałyśmy na badanie słuchu 5 h! Ciągle wchodziłam i wychodziłam do ciasnej poczekalni przepełnionej ludźmi. Ola niemiłosiernie nudziła się, bo nie szłyśmy do lasu, a przy ruchliwej ulicy nie chciałam jej puszczać, bo nie pozwalała trzymać się za rękę, więc jeździła w wózku. Wynudzone dziecko wparowało do gabinetu lekarskiego, wskoczyło na kozetkę, a z kozetki na mnie. Lekarz mnie wyzwał, że mam niewychowane dziecko. Później, że nie umiem dziecka przygotować do badania, które polegało na tym, aby dziecko sygnalizowało czy słyszy, a przecież Ola nie sygnalizowała niczego, więc w jaki sposób mogła sygnalizować cokolwiek lekarzowi. Przestał krytykować, kiedy ze łzami w oczach powiedziałam, że Ola ma autyzm i chciałam zdiagnozować, a lekarz wysłał nas tu, bo uznał, że konieczne jest zbadanie słuchu. Ja wiedziałam, że słuch ma świetny, bo nawet najmniejszy „hałas” potrafił ja obudzić po godzinie snu. Skierował nas do Poznania, gdzie w szpitalu w ciągu kilku dni przeprowadzono wiele badań: od psychologa, przez badanie słuchu po logopedę. Jeden z milszych pobytów, niesamowicie empatyczni specjaliści. Byłam wtedy ciągle na etapie wyparcia. W czasie rozmowy w cztery oczy z lekarzem z ProFUTURO dowiedziałam się: „Pani córka ma autyzm”. Jednak jeden ze specjalistów powiedział też: „Nie dajcie sobie wmówić, że to autyzm. Jak wam zaszufladkują dziecko to nikt wam już nie pomoże” i pojawił się we mnie cień nadziei, że może jednak się mylimy i wielka panika przed diagnozą. Zrobiłam wszystko, aby nie mieć niczego na papierze i wszystko, aby podważyć swoje przekonania.

Kolejnym miejscem, w którym diagnozowaliśmy jest ośrodek przy ul. Wołowskiej we Wrocławiu. Byliśmy tam już w konkretnym celu: diagnozę na piśmie, bo bez tego nie będzie dla Oli pomocy w przedszkolu, terapii. Zaczęliśmy też współpracę z panem Jackiem z Synapsis. Polecam wszystkim rodzicom. Mojemu mężowi bardzo pomógł wejść w rolę ojca nietypowego dziecka.


Kiedy pojawiła się diagnoza, jak na nią zareagowaliście?

Diagnozę na piśmie mieliśmy, kiedy Ola miała 2,5 roku. Wtedy pojawiły się w nas wyrzuty sumienia, dlaczego tak późno. Na szczęście trafiliśmy na specjalistów, którzy pokazali nam, że wcale nie tak późno, do tego uświadomili mnie, że przecież oni robią z Olą dokładnie to, co ja robiłam w domu, więc diagnoza dla papierka pomagającego załatwić wiele formalności w urzędach.

Na samą diagnozę zareagowałam ulgą. Już nie musiałam udawać, że wszystko jest w porządku. Nadal zdarzało mi się słyszeć, że Oli autyzm przeze mnie, bo wszystko robię źle. Większość rodziców niepełnosprawnych dzieci to słyszy od bliskich. Ja przestałam tych uwag słuchać. Moi krewni po prostu zaakceptowali, ale nadal nasze problemy były rodzinną tajemnicą. Skupiłam się na sobie, Oli i blogowaniu. Myślę, że to mnie uratowało przed depresją i zwykle narastającym w takich przypadkach smutkiem. Miewałam takie chwile, kiedy sama wyjeżdżałam załatwić różne sprawy i wracałam pociągiem, w którym beztrosko bawiły się młodsze od Oli dzieci. Uśmiechałam się, zaciskałam zęby, a łzy same mi płynęły i zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego moja Ola tak nie może? Dlaczego ma autyzm?”.

Nasza prawdziwa wędrówka po specjalistach tak naprawdę zaczęła się po dostaniu diagnozy na papierze. Szukaliśmy przyczyn w genetyce, metabolizmie, diecie, pasożytach, grzybach, zaburzeniach neurologicznych i tak dalej. Szukaliśmy informacji w internecie, co jeszcze trzeba zbadać, co zweryfikować. Powoli przechodziłam ze stanu przeżywania żałoby „po swoim zdrowym dziecku” (która wcale nie zabierała mi radości z chwil spędzonych z córką) w akceptację. Wtedy zaczęłam pisać, na facebooku o tym, że Ola ma autyzm. Blog był coraz bardziej znany, a ja chciałam dzięki niemu dotrzeć do jak największej ilości osób z informacją, że potrzebujemy 1% na terapię dla Oli. Pojawiło się wielu życzliwych ludzi, którzy wsparli mnie słowem, książkami, materiałami do terapii. Wiele z nich służy nam do dziś. Mam kilku przyjaciół – lekarzy, z którymi konsultuję wszelkie „magiczne substancje” proponowane przez innych specjalistów. Nie zabrakło też osób, które czują niezwykłą potrzebę pouczenia, jak należy wychowywać dziecko, aby nie miało autyzmu. Byli to głownie mężczyźni na emeryturze, którzy Oli nigdy nie widzieli, a trafili na blog i przypuszczam, że nie jestem jedyną adresatką złośliwych pouczeń. Na początku bawiłam się w tłumaczenie, było mi przykro, ale później zaakceptowałam to, że nie mogę na cudzą złośliwość w żaden sposób wpłynąć i regularnie dodaję takie maile do spamu. Oli autyzm nauczył mnie jednej bardzo przydatnej rzeczy: podejścia do życia „a co mnie interesuje opinia innych, ważne, abym robiła to, co kocham, żebym była szczęśliwa z rodziną, aby moje dziecko robiło postępy i miało na to środki.

 

 

 Na zdjęciu Ola.

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu Anny Sikorskiej

 

 

 

 

Zapraszam na część II wywiadu.

12:50, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi