Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
piątek, 27 czerwca 2014

W poezji i o poezji nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. A przynajmniej nie u mnie na blogu. I myślę, że tak nie będzie. O poezji będzie jeszcze dużo, dużo więcej słychać, bo to odmiana tych naszych myśli, które orbitalnie krążą po naszej głowie, nie dając przytłumić światła, jakie z niej bije.

Krystiana poznałam na facebookowym profilu, prosząc o przesłanie w formie pliku pdf, Jego debiutanckiego tomiku „Jestem...”. Zaintrygował mnie nie tylko sam tytuł tomiku, ale sam fakt, że tak młodemu chłopakowi udało się wydać wiersze, które swój czas przeleżały w szufladzie. Czyli reasumując, zaproponowałam Krystianowi zapoznanie się z Jego twórczością, łącznie z wywiadem. Krócej – moja czysta ciekawość.

Mogę powiedzieć, że się nie zawiodłam na autorze, który z całym pakietem marzeń, w swoje wiersze włożył nie tylko emocje, obserwacje i miliony elektronów, które przyciągają. Jego wiersze pełne ekspresji, przepełnia cząstka Jego samego – serce, które włożył w ich napisanie. Urzekają, zadziwiają, ale i szokują.

Krystian dla mnie jest człowiekiem bardzo odważnym i bezpośrednim. Nie miałam okazji i przyjemności zetknąć się tak namacalnie z prawdziwym wyznaniem miłości:

"Dobry sen"

Ujrzeć w oczach, to co ja zobaczyłem,

słyszeć w sercu, co słyszę tyko ja.

Po chwili w sen ten piękny uwierzyłem,

myśląc – przecież Cię znam.

Wiem, skąd przyszedłeś, jaki przygnał Cię wiatr to piękne, że mi przyrzekłeś:

T a k – J e s t e ś – T e g o – W a r t .

I nie poskąpisz mi uczucia,

nie zmarnujesz żadnej z chwil.

Dość przecież życiowego trucia.

Czas bym choć we śnie dobrze żył,

nim się obudzę, nim dopadnie mnie lęk.

Ja w śnie tym się nie nudzę,

widząc anielski twój wdzięk.

I dobroć Twą czuję – czuję jej smak…

Niczego co było, nie żałuję

bo z Tobą wszystko we mnie – jest na tak.

 

W tomiku znaleźć można nie tylko wiersze miłosne. To przede wszystkim podział na historie, miejsca, znaczenie i sytuacje, w których autor albo znalazł się sam, albo ma doskonały zmysł obserwacji i opisu. Każdy rozdział, to inny dowód na to, że wiersze, poezja są czymś indywidualnym. Takim obrazem namalowanym pędzlem życia.

Krystianie,

to, że śmiało i odważnie piszesz o swojej prawdziwej miłości, nie oznacza czegoś złego, czy grzesznego. To dowód na to, że należy umieć zmierzyć się ze swymi słabościami i całą paletą barw, by w sposób wysublimowany i jednak delikatny móc o tym napisać. Pamiętaj, że nie każdy tak potrafi. Jesteś przykładem dla tych, którzy stoją przy ścianie nieśmiałości i bojaźliwości o swoje życie, czy akceptację przez często bliskich i znajomych.

Cieszę się, że dałeś mi okazję poznać siebie, jako człowieka i autora. Na tych płaszczyznach w ogóle się nie różnisz. Jesteś jeden i ten sam.

Życzę Ci, żebyś dalej, z podniesioną głową kroczył swoimi ścieżkami. Spełniał z przebojem swoje marzenia i nie przejmował się niczym. Dosłownie i w przenośni.

Dziękuję, że poświęciłeś mi czas i odpowiedziałeś na moje pytania.

 

Krystianie na samym początku pragnę Ci pogratulować spełnienia pierwszego marzenia, jakim jest wydanie Twojego autorskiego tomiku z wierszami „Jestem...”. Z tego powodu spotykamy się na tej rozmowie. Pierwsze proste pytanie, czym dla Ciebie jest poezja?

Pytanie może jest i proste, lecz odpowiedź na nie już taka nie jest, ale spróbuję. Poezja jest głosem mojej duszy, głosem który nie może być tłamszony w środku, lecz chce wyjść na świat. To nie jest głos rozpaczy, czy żalenia się – choć czasami można odnieść takie wrażenie – lecz jest pokazaniem tego jak czuję, co przeżywam i jak odbieram świat. Często też nawiązuję do tego, jak mnie odbiera świat.

Tomik przyznam szczerze bardzo nowatorski. Dlaczego? Przede wszystkim uderzyła mnie otwartość, z jaką piszesz o swojej miłości. Popraw mnie, jeśli się mylę.

Piszę o miłości, którą przeżywam. Tak. Jestem zakochany i to ,,po uszy”. Nie piszę tylko o swojej miłości. Piszę o moich obserwacjach uczucia jakim darzą się osoby, które spotykam. Zdarza mi się napisać wiersz o miłość dla kogoś, kto jej szuka, potrzebuje – Tak było w przypadku wiersza Po prostu miłość. W poezji jest wiele miejsca na miłość. Jedni mówią, że o miłości napisano już wszystko, a jednak każdą przeżywamy inaczej, inaczej też ją opisujemy. Żyjemy w czasach kiedy nie tylko się mówi o miłości męsko – damskiej. A ja nie chcę dzielić tego pięknego uczucia na heteroseksualną czy homoseksualną miłość. Miłość to znaczy przede wszystkim nie krzywdzić.


W tomiku są jeszcze inne wiersze o tematyce zupełnie lekkiej, codziennej, przyziemnej, ale też i empatycznej. Chciałam Cię zapytać, skąd czerpiesz inspiracje?

Inspiracje? Wystarczy spojrzeć przez okno. Uderzające krople deszczu o parapet – czyż to nie inspirujące? Piszę o tym, ale przede wszystkim opieram się na emocjach, których doświadczam. Otaczam się ludźmi, różnymi ludźmi, którzy w nieświadomy sposób stają się tematem wiersza. Fakt, nie wszystko jest na tyle inspirujące by opisać to w wierszu, nie na wszystko warto „tracić” siły i emocje.

 

W wierszu „Ludziki z drutu” piszesz:

(…)

Już nie ma odwrotu,

nie możesz przestać,

twoja sztuka trwać musi.

Twórz swoich synów i córki swoje

z powyginanych kawałków drucika

ze swoją duszą

i z Twoim sercem”

Przyznam, wiersz bardzo ciekawy i taki wyrwany codzienności. Jak to jest z tą sztuką, czym ona dla Ciebie jest? Czy faktycznie, tak jak piszesz, trzeba w nią włożyć i serce i duszę? Jakie jest Twoje podejście do sztuki współczesnej?


Inspiracją do napisania tego konkretnego wiersza był Wojtek Gozdzik, mieszkający w USA artysta, który tworzy ludziki z drutu. Nie jest to sztuka banalna, to sztuka oryginalna. Proszę sobie wyobrazić, że te ludziki rozsiane są po całym świecie. Z tego co czytałem – goszczą nawet w Białym Domu w USA. Jestem zaszczycony, że siedzą też i u mnie na półce.

Wszystko co ma mieć szczery i prawdziwy przekaz musi posiadać cząstkę serca i duszy artysty. W innym przypadku sztuka bez tych elementów staje się tylko towarem handlowym, czy ozdobnikiem w naszym domu. Z poezją jest tak samo.
Sztuka współczesna się rozwija, w różnych kierunkach. Nie powiem, że zawsze w dobrym kierunku, ważne natomiast jest to, by była szczera, prawdziwa, a na pewno znajdzie swoich odbiorców.


W „Wiosennym przebudzeniu” myślałeś o krainie, co barwami się mieni. Istnieje taka kraina? Masz takie swoje miejsce na ziemi, do którego chętnie wracasz nawet w myślach?
Gdy byłem małym chłopakiem miałem swoje ulubione miejsce nad Notecią (w Nakle, gdzie mieszkałem). To była moja kraina, gdzie czułem się bezpiecznie. Lubiłem to miejsce zwłaszcza wiosną. Ten wiersz nie był inspirowany właśnie tym konkretnym miejscem – W ogóle wiosna to moja ulubiona pora roku. W innych porach, taką krainę wymyślam w głowie, by móc na przykład w zimie pisać o ciepłych porankach.

 

Dwa wiersze poświęcone naszej wspaniałej Noblistce Wisławie Szymborskiej. Opowiedz, jak te wiersze powstawały.

Przeczytałem biografię Wisławy Szymborskiej, czytałem sporo Jej wierszy. To właśnie zainspirowało mnie do napisania moich wierszy o Szymborskiej i dla Szymborskiej, która zajęła część mojego poetyckiego serca, które dzieli teraz ze Staffem, Broniewski, Słobodnikiem….

 

Spowiedź niedoszłego samobójcy”, to Twoja historia?

Tak – to jest wiersz o wydarzeniu autentycznym. To działo się w moim życiu. Ale to nie tylko chęć opisania tego wydarzenia, chciałem przekazać i coś więcej – nie wiem czy mi się to udało.

 

Spowiedź niedoszłego samobójcy

Stałem tam – patrząc śmierci w twarz,

sumienie moim sekundantem,

moim ekonomem – co przeciw, a co za.

Co bardziej się opłaca – kilka łez nad padołem,

czy uśmiechu kilka chwil – jakie da los?

Już wiatr nie oddychał gałęziami.

Świat – milimetr ode mnie wstrzymał bieg.

Wpatrywały się we mnie miliardy pęcherzyków

powietrza na wodzie, uginał się most pode mną,

który nie chciał winy na siebie brać.

Nie moja to rzecz – znać dzień i godzinę moją,

nie mnie iść ku śmierci, ona sama do mnie przyjdzie,

w końcu pracuje na umowę zlecenie.

Trach, pach i już modły odprawia nad tobą ksiądz.

A tak jej łatwiej by było – umywałaby ręce,

to przecież ja chciałem ją znać,

ale rachunek nie pozwala podrzeć czeku in blanco na życie.

Nie zrealizuje go żaden bank, dopóki nie spełnię

warunków, podpisanych w okienku.

Odszedłem z kwitkiem,

ale jakby radośniejszy,

może potrzebny jestem,

może szuka mnie ktoś,

może jest w tym wariactwie sens – żyć na przekór

innym,

a problemy da się obejść. Wystarczy dobrze żyć.

 

Standardowy zestaw pytań, o który pytam moich rozmówców dotyczą teatru, kina i poezji. O poezji już było, najlepiej chyba jak można było, a jak jest z teatrem? Napisałeś w jednym swoim wierszu, że poznałeś ich wiele. A jakie jest Twoje spojrzenie na teatr, jako rodzaj sztuki?

W teatrze nie byłem wiele lat. Było to tak dawno temu, że nie pamiętam nawet na czym byłem. A chęć pójścia na dobrą sztukę mam nadal. Tylko, że na chęciach się kończy. Niestety dla kogoś z takim uposażeniem jak moje trzeba wybierać. Miałem ochotę pójść na… Moralność Pani Dulskiej. Ta sztuka najbardziej pasuje mi do otaczającego mnie świata, gdzie każdy kogoś gra. Ja też muszę, jeszcze muszę grać…

 

Kino. W domowym zaciszu, czy z przyjaciółmi. Polskie czy zagraniczne?

Różnie. Mam swoje ulubione filmy, które mógłbym oglądać codziennie – oglądam je z takimi samymi emocjami, jak za pierwszym, dziesiątym czy setnym razem. To takie filmy jak chociażby ,,Kolor Purpury”, ,,Uwierz w ducha”. Tak. Lubię tzw. ,,wyciskacze łez” Z polskich filmów lubię komedie, np. ,,Sami swoi”, ,,Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Chęć obejrzenia czegoś nowego rozbija się niestety o… finanse.

 

A jak z książkami. Masz czas na ich czytanie? Jeśli tak, to jaki gatunek preferujesz?

Czas na książki musi być. Problem jest taki, że to co mam chęć przeczytać nie jest w zasięgu mojej ręki. Staram się wypożyczać – często sprowadzać przez czytelnie, książki, których ceny przerażają, a są godne uwagi. Lubię czytać biografie, zwłaszcza pisarzy. Znajduję tam inspirację do walki, nie poddawania się… Sporo czasu poświęcam na czytanie poezji. Sam napisałem powieść – z wieloma wątkami autobiograficznymi, może kiedyś się ukaże…

 

I teraz kilka słów od siebie:

Zachęcam do czytania poezji. Nie tylko mojej, ale ogólnie poezji – zwłaszcza debiutantów. Poezja uczy nas wrażliwości, doceniania tego co mamy, ale uczy nas również dostrzegania tego, czego nie widzimy a co widzi poeta. Poezja to dar nie tylko dla autora, ale i dla czytelnika. Wspierajmy kulturę, zwłaszcza naszą, polską.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 26 czerwca 2014

Już 2 lipca premiera nowej książki Michaela Palina. Za tydzień w księgarniach – Brazylia!

 

Brazylia legendarnego Monty Pythona to obowiązkowa lektura nie tylko dla tych, którzy wybierają się do Brazylii, ale i wszystkich chcących dowiedzieć się więcej o gospodarzu mistrzostw świata w roku 2014 i igrzysk olimpijskich w roku 2016, który dziś ściąga na siebie uwagę całego świata.

 

Nowe potencjalne supermocarstwo, rozciągający się na pół kontynentu tygiel kultur, religii i ras, kraina nieprzebranych bogactw – o tak, Brazylia ma do zaoferowania dużo więcej niż słońce, ocean i sambę! Leśne głusze, gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa, tętniące życiem metropolie zamieszkiwane przez skrajnie ubogich i nieprzyzwoicie zamożnych… Brazylia to kraj szokujących kontrastów. Zdumiewa i wyzwala emocje. Przeczytajcie, jak to niezwykłe miejsce odkrywał Michael Palin. 

 

Trasa jego podróży wiedzie od granicy z Wenezuelą po wodospady Iguaçu na pograniczu argentyńskim. Michael Palin pływa łodzią po rzece Xingu, lata hydroplanem nad ogromnymi połaciami lasu deszczowego, zwiedza nowoczesną Brasílię, daje się porwać wielokulturowej atmosferze Rio i pieszo dociera do plemion ukrytych w sercu dżungli. Spotyka potomków afrykańskich niewolników, rdzennych mieszkańców żyjących w głębi lądu i dużą społeczność pochodzenia niemieckiego, która pielęgnuje swoje dziedzictwo na największym poza Monachium festiwalu piwa.

 



14:37, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 czerwca 2014

Zastanawiałam się, jak zatytułować ów wywiad. Nie przychodziło mi nic do głowy, poza jednym:Zawsze o czasie, nigdy nie późno”.

Nic dodać, nic ująć. 


Nie uważa się za dziennikarza lecz kronikarza, wyjątkowych chwil, które chce ocalić od zapomnienia i zostawić potomnym, by mogli w pełni czerpać z Jego pracy to, co najlepsze – NIEZALEŻNOŚĆ.

W tej, ważna jest nie tylko gruba skóra, twarde łokcie, ale też odważne i śmiałe podejście do ludzi, ich problemów i życia codziennego. Etyka, to słowo, przed którym powinno się mieć respekt i pamiętać za każdym razem, gdy podchodzi się do drugiego człowieka. Potrzeba pochylenia się nad ludzkim dramatem oraz umiejętne słuchanie, tego, co inni chcą nam powiedzieć. To cenne cechy, które nie każdy posiada.

Jest człowiekiem, który nie przebiera w słowach, a nazywa rzeczy po imieniu. Wdrapuje się na ruchome schody, płynie pod prąd, czasami, jak nie oknem, to kominem wejdzie w samo mrowisko, by wydobyć to, co istotne. Lokalnym władzom patrzy ciągle na ręce. Nie dając przy tym zdeptać tego, co najważniejsze – prawdy, do której tak ciężko dojść.

Taki kronikarz, to człowiek uparty. Nie ugnie się przed niczym i nikim. Gdy potrzeba – zachwyca się, przywoła do porządku, skarci, odpowie tak, że dymek pójdzie z butów. Portal, który współredaguje, to miejsce do którego zaglądają nawet czytelnicy spoza granic naszego kraju.

Rozmawiamy o miejscach, sytuacjach i ludziach. Nie jest człowiekiem sentymentalnym, tylko twardo stąpającym po ziemi, podającym zainteresowanym suche fakty, nie kłamstwo, mrzonki, ułudę, czy obłudę. Gdybym miała go scharakteryzować krótko – człowiek wielopłaszczyznowy, zamknięty w pancerzu dociekliwości i nieustępliwości.

Dziękuję Panie Mariuszu za tę niezależność, odwagę i szczerość w wygłaszanych przez Pana sądach. Wiem, że dla niektórych jest Pan po prostu niewygodny. Myślę, że nie tylko ważna jest masa energii i odwagi, jaką pokłada Pan w tym, co robi, ale przede wszystkim bycie w odpowiednim czasie i miejscu. Zakasuje Pan rękawy, zarywa noce kosztem zdrowia, by czytelnicy i odwiedzający witrynę mogli delektować się tym, co najlepsze. W dzisiejszym zabieganiu i zakręceniu zegarka jest Pan jak trybik w jego mechanizmie. Zawsze o czasie, nigdy nie późno.

Panie Mariuszu. Jest Pan redaktorem witryny internetowej www.tokis.pl. Skąd pomysł na taki rodzaj dotarcia do mieszkańców i czytelników z Tucholi?

Na wstępie powiedzmy sobie jasno, ten wywiad będzie daleki od tych, które dotychczas przeprowadziłaś. Nie będzie w nim mowy o wrażliwości, często pozornej, którą tak powszechnie forsują na pokaz poeci, oczywiście z nielicznymi wyjątkami. Rozmowa ze mną to stąpanie po wyjątkowo twardym gruncie, gdzie nie ma miejsca na mrzonki, a na suche fakty. Jest ich całe mnóstwo, które wykorzystuje się podczas szarej codzienności. Powiat w którym mieszkam od dziesiątków lat boryka się z problemami, które w głównej mierze wynikają z całej masy niepotrzebnie gloryfikowanych przez mieszkańców powodów. Nie będę ich tutaj przytaczał, bo są zbyt błahe i szokujące swoją naiwnością, zwłaszcza w odniesieniu do ludzi, którzy na własne życzenie zamknęli się w swoich skorupach, które z biegiem lat stwardniały i przemieniły się w pancerz.

Stworzenie portalu miało jeden cel, rozsadzenie ich od środka. Pomysł był nowatorski i obywatelski, poprzedzony setkami tekstów o podłożu politycznym, które promowałem wpierw na swoim niezwykle rozbudowanym blogu w przeszłości. Te treści zyskały sporą popularność wśród czytelników zarówno w kraju, jak i daleko od naszych granic. Pierwsze kontakty zostały nawiązane, by chwile później objawiły się w autorskich tekstach moich przyjaciół, publikowanych na łamach mojej dawnej osobistej witryny. Setki artykułów zamieniły się w tysiące, a część z nich krąży w światowej sieci do dzisiaj.

Tucholska Oficyna Kulturalna i Społeczna to pomysł przyjaciela, który niestety już odszedł od nas na zawsze. Nie ukrywam tego, że był to duchowny, człowiek wielu talentów, jeden z najwybitniejszych autorytetów lingwistycznych w Polsce. TOKiS miał dobrego ojca chrzestnego, który na zawsze pozostanie, jeżeli nie w naszej, to z pewnością w mojej pamięci. Zarys portalu powstał w zaledwie kilka godzin, staliśmy się samozwańczymi trybunami zwyczajnego obywatela, którego interesy reprezentujemy. Ludzie mają silnie zakorzenione poczucie strachu przed jakąkolwiek władzą, są uważni i krytyczni, to nasi najlepsi korespondenci. I tak kręci się to wszystko od ponad trzech lat z bardzo dobrym skutkiem.

Ważną kwestią jest ostateczne wyjaśnienie czytelnikowi nie prawd objawionych, a faktu, że TOKiS-a tworzą cztery osoby w redakcji i 11 -stu korespondentów z powiatu, to wspaniałe i niezwykle pracowite osoby, tą drogą dziękuję im za pomoc. W tym momencie nie mogę powiedzieć o sobie inaczej jak... współredaktor. Nie ulega jednak wątpliwości to, że TOKiS ma moją twarz, pozostałe osoby nie życzą sobie, aby ujawniać ich personalia. Rozumiem to i szanuję, ryzyko bycia "zmielonym" jest w naszym regionie porażające. Mamy jasny dowód tego, w jak głębokim średniowieczu urzędniczo - przedsiębiorczym tkwimy, gdzie ewentualna zemsta "uczciwych inaczej", może obfitować w np. zwolnienie z pracy. Sowieci mają na to dobre określenie: "gieroje naszych wremieni".

Prowadzi Pan stronę internetową, redaguje, jest Pan reporterem, niezależnym obserwatorem życia społecznego Tucholi. Wiele mi Pan o tym życiu opowiadał. Za każdym razem podkreślał Pan, jak bardzo ważna jest dla Pana ta niezależność. Proszę powiedzieć dlaczego?

Pierwsza część pytania jest lekkim nadużyciem (śmiech), jak wspomniałem wcześniej jestem współredagującym nasze pismo, natomiast prawdą jest, że podczas ważnych zdarzeń, zmieniam "skórkę" i wcielam się w rolę śmiertelnie znudzonego reportera, a nawet paparazzi, co kiedyś nie było mi obce. W chwili, gdy kompletnie wypaczono znaczenie tego słowa przestałem zaglądać znanym osobom do talerza. To krótki i kompletnie nieistotny epizod, pozwolił on mi jednak na to, aby postrzegać konkretne osobistości nie jak "nadludzi", a zwyczajne osoby, z wszystkimi, typowymi wadami dla przeciętnego Kowalskiego lub Smitha.

Niezależność? To wspaniałe uczucie! TOKiS jest niesterowalny, apolityczny i dociekliwy, czerpiemy z tych "uciech" do obłędu. Niezależność jest jak narkotyk. To budzi strach i wściekłość wśród wąskiego kręgu utyskujących komuchów i władzy, która zwyczajnie "głupieje" ścierając się z czymś, czego nie zna, bo i skąd. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że TOKiS jest jedynym medium w regionie, które korzysta z przywileju bycia niezależnym, reszta stwarza wyłącznie pozory niezależności. To daje praktycznie nieograniczone możliwości, co przekłada się na ilość odwiedzin i liczbę stałych czytelników, a tych mamy już prawie pół miliona!

Tym samym mam pewność, że mój pomysł na schemat redagowania pisma był i jest słusznym. Ludzie poszukują nie propagandy, a prawdy. Mają do tego konstytucyjne prawo, a my tę misję realizujemy, podpierając się niepodważalnymi, namacalnymi dowodami.

Tyle samo razy mówił Pan o tym, do jakich metod musi się Pan uciekać, żeby zrobić dobre ujęcie kamerą, czy aparatem fotograficznym. Proszę opowiedzieć o nich.

Doprawdy? Jakoś... nie pamiętam. Wiem jednak jedno, aby fotografia była dobra nie potrzeba futurystycznego sprzętu, a zwyczajnej kronikarskiej bezczelności. Bywa nawet tak, że dla dobrego ujęcia należy zaryzykować nawet awanturę. W efekcie jest to opłacalne, mamy najlepsze z możliwych kadry, które obejrzą tysiące osób. Teleobiektyw tego nie zapewnia, zwłaszcza w tucholskich, źle doświetlonych pomieszczeniach konferencyjnych i wystawowych, gdzie użycie lampy błyskowej daje odwrotny do zamierzonego efekt. Ludzie, kiedy zrozumiecie to, że półmrok nie daje nastroju, a pierwsze objawy depresji? (śmiech). Pewnie dlatego uwielbiamy imprezy plenerowe, zwłaszcza w takie dni, gdzie nadmiar słońca koryguje się filtrami.

Nie ma najmniejszego porównania w wykonywaniu ujęcia aparatem fotograficznym, a kamerą. To drugie narzędzie stwarza praktycznie nieograniczone możliwości i tutaj składam głęboki ukłon w stronę tych, którzy nauczyli mnie recenzować filmy i absolutnemu geniuszowi filmowemu Maćka Zientarskiego, od którego w tempie ekspresowym i to bez Jego wiedzy, nauczyłem się rzemiosła. Zmiana była tylko jedna... ujęcia samochodów zastąpiłem ludźmi.

Najbardziej wariackim przedsięwzięciem był materiał filmowy, który wraz z przyjaciółmi zrealizowaliśmy podczas wichury na szczycie kopuły kościoła w Jeleńczu i ten wyjątkowy, podczas tornada w Borach Tucholskich, które praktycznie zniszczyło naszego reporterskiego vana - ruchome studio. To był największy cios dla TOKiS-a, ale ujęcia mieliśmy unikalne.

Bardzo ciekawym doświadczeniem jest filmowanie wywiadów z politykami, którzy są najlepszymi aktorami świata. Zanim włączysz kamerę są szczerzy, nawet zabawni, jednak kiedy włączy się czerwona lampka, przed obiektywem dokonuje się swoista ich metamorfoza. Są to bezcenne chwile, które bez montażu można włączyć do każdej komedii.

Ciekawym doświadczeniem było spotkanie z panią Magdą Zawadzką, która w Tucholi promowała swoją książkę poświęconą swojemu mężowi - Gustawowi Holoubkowi. Byliśmy jedynym medium, które zarejestrował całe spotkanie. Autorka pozwoliła na upublicznienie aż kwadransa tego nagrania i całości na spotkaniach kameralnych. Tego materiału publiczność jeszcze nie obejrzała, ta uczta jeszcze przed nami.

Najzabawniejsze jednak były rejestracje najbardziej znanych, polskich kabaretów i aktorów komediowych czasowo przeistaczających się w typowych standaperów. Z rozbawieniem wspominam panów: Kryszaka, Grabowskiego i jeszcze kilku innych, których nazwiska w tej chwili mi umknęły.

Na specjalne wyróżnienie zasługują rejestracje koncertów organowych. To wielkie szczęście i niezwykłe wyróżnienie, móc utrwalać popisy prawdziwych wirtuozów. Umiejętne poprowadzenie kamery przynosi zaskakujące efekty, no i ta... muzyka, jedyna w swoim rodzaju, często powodująca silne emocje. Polecam, każda nuta w ich interpretacji jest jak uśmiech Boga, a który coś "przyfałszuje", skutek odczuje w naszych recenzjach. (śmiech)

Wielką improwizacją była wizyta w Rutwicy, to miejsce położone kilka województw dalej od od naszego. Rejestrowaliśmy wtedy niesamowite miejsce, gdzie ziemska grawitacja płatała iście wariackie figle. Wyobraź sobie prostą drogę w środku lasu położoną w naturalnej niecce. Kolokwialnie mówiąc w obie strony "było pod górkę" (śmiech). Mieliśmy wtedy do dyspozycji tylko antyczne, sportowe Toledo, którego masa była stosunkowo niewielka. To ważna informacja, ponieważ właśnie w tym miejscu pojazdy same, czyli bez udziału silnika toczą się pod górę! Zasada jest prosta, im większa masa, tym pojazd porusza się szybciej. Nie było wyjścia, aby to sprawdzić, potrzeba nam było czegoś znacznie większego... przechwyciliśmy liniowy autobus bodaj z Trzcianki, ujęcie udało się na medal!

Bez wątpienia najmilej jednak wspominamy nasz wyjazd na zaproszenie Parlamentu Europejskiego, spore wyróżnienie i prestiż, to w tej "robocie" jest wbrew pozorom ważne i zastępuje każde wynagrodzenie.

I można tak wymieniać w nieskończoność. Pamiętajmy, że TOKiS wyprodukował dla wszystkich swoich witryn prawie pół tysiąca filmów! Tym samym mamy największe archiwum filmowe upamiętniające zdarzenia w mieście, powiecie, a nawet w regionie i na świecie!

A teraz pytanie z innej kategorii. Dlaczego Tuchola? Co chce Pan wydobyć z tego miejsca?

A kto powiedział, że tylko Tuchola? To miasteczko ma klimat, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, ale uwierz mi, okoliczne miejscowości są równie intrygujące! Używając sarkazmu..., nie można w Tucholi wydobyć węgla brunatnego, jak w Pile, tym bardziej bursztynu, który wykopać można w okolicach Woziwody, ale mamy coś znacznie bardziej cennego - ludzi wielu pasji i talentów. To właśnie ich namawiam od lat, aby porzucili twórczość "do szuflady" i pokazali swoje prace nie na okolicznościowych wystawach, które są przygotowywane przez wyjątkowych amatorów nie mających przysłowiowego "zielonego pojęcia" o warunkach, które należy spełnić, aby wyeksponować te dzieła. Preferuję największą siłę sprawczą świata - Internet. Ta możliwość świetnie się sprzedaje, największe grono koneserów mamy w Rosji, USA, Niemczech, ale nie są nam obce antypody, czy nawet daleki Spitsbergen, gdzie również mamy swojego czytelnika!

Co ciekawe, według naszych statystyk naszymi odbiorcami naszych treści w dużej mierze wcale nie są ci z naszego powiatu, stanowią ledwie 17 - 22% czytelników / widzów, znacznie częściej odwiedzają nas osoby z dużych ośrodków: Krakowa, Warszawy, Gdańska, Łodzi, Katowic, reszta to wizyty z odległych krajów. To cieszy, że Tuchola jest w centrum zainteresowania już prawie siedmiu milionów ludzi.

W jakim stopniu ta niezależność dziennikarska ułatwia dojście do sedna spraw, a w jakim utrudnia? A przyznać należy, że bycie dziennikarzem, to w ogóle sprawa całkiem nieoczywista i niełatwa. Zgodzi się Pan ze mną?

Oczywiście, nie. Nie uważam się za dziennikarza, raczej za kronikarza, który pewne sceny i wydarzenia chce zachować od zapomnienia, licząc na to, że ktoś kiedyś z nich skorzysta. Mamy przebogatą bazę danych. Przykład pierwszy z brzegu, dysponujemy galerią zdjęć w ilości około pół miliona ujęć tylko z samych Borów Tucholskich! A gdzie reszta z innych, bardziej odległych miejsc? Jest w czym wybierać.

Legitymacja dziennikarska otwiera każde drzwi w tej kwestii czasami nawet chwalę prawo prasowe, choć to relikt z epoki, kiedy dziennikarze byli zwyczajnymi konfidentami, by dzisiaj piastować naprawdę wysokie stanowiska. To typowe, dziennikarskie szmaciarstwo powoli ustępuje nowej fali, dlatego tak szanuję dziennikarzy obywatelskich. Bez wątpienia to przyszłość polskich, niezależnych mediów. To dzielni ludzie, którzy bez najmniejszych oporów ryzykują życiem, dla zdobycia rzetelnej informacji. Tak było np. podczas ostatnich rozruchów w Warszawie, czy też podczas walk na Majdanie.

Jest coś jeszcze, ta praca wciąga i to czasami zbyt mocno.

Największa sprawa, która pochłonęła Pana w całości?

Jest ich kilka, wszystkie związane z ochroną zabytków, które są niszczone przez pospolitych złodziei i idiotów, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielką krzywdę wyrządzają samym sobie. Historia nie uwzględnia kompromisów, zwłaszcza ta, której symbole głęboko ukryto. To nie są dobre czasy dla poznania faktów z przeszłości i może dlatego tak mi zależy na tym, aby pewne stanowiska ochronić do chwili, kiedy będzie można o nich mówić w sposób jawny i bez obaw o dalszy ich los. Pewnie dlatego też wstrzymałem się z publikacją książki poświęconej pewnemu poligonowi, o którym dotychczas wiedziała ledwie garstka osób. Swoimi publikacjami, działając w dobrej wierze doprowadziłem do procesu wręcz odwrotnego. Efekt był opłakany, dlatego o tej fascynującej przygodzie nie mam zamiaru mówić, przynajmniej teraz , a trwa ona nieprzerwanie już ponad 27 lat!

Najprzyjemniejsze strony tego zawodu.

Nie ma takich. Każda sprawa jest inna, łatwiejsza, trudniejsza, to bez różnicy, każdą należy traktować jak tę jedyną, wyjątkową. To daje satysfakcję, nie przeczę, ale też cholernie męczy. W tej robocie trzeba mieć mocne łokcie, sztywne plecy i cięty język, który dopomoże w najtrafniejszym ujęciu problemu w taki sposób, aby zrozumiał go odbiorca. Często tekst łączymy z obrazem i dźwiękiem, wtedy te składowe decydują o całości. Dlatego dziwię się, że w XXI wieku istnieje ciągle grupa osób poznająca problem w sposób wybiórczy. Zapewne stąd bierze się powszechna opinia specjalistów, analityków, którzy z przekonaniem mówią o tym, że większość społeczeństwa nie potrafi czytać tekstów ze zrozumieniem. Dla tych osób mamy oczywistą propozycję - zapis audio lub wideo i po... kłopocie. Po za tym, to najlepsze zajęcie świata, zaraz po paleniu tytoniu i piciu kawy. Słowo to broń stokroć groźniejsza od bomby neutronowej, a jej zasięg ogranicza tylko średnica planety.

Dotarcie do szerokiego grona odbiorców wiąże się z nieustanną walką o newsy. Dlaczego społeczeństwo daje się złapać na chwytliwe sloganiki i hasła?

Nic podobnego! Codzienność i genetyczna skłonność człowieka do popełniania błędów sama generuje wspomniane newsy. Nie trzeba o nie zabiegać. Mając dobrą siatkę korespondentów wystarczy je tylko zebrać, zredagować i przekazać czytelnikowi. I tutaj głęboka prowincja daje niebywały komfort pracy, nowości nie ma dużo, żyjemy w powiecie ogarniętym głębokim marazmem spowodowanym brakiem pracy i perspektyw i pomysłu na życie, to rak, który toczy tę społeczność od ostatniej wojny, a może i dłużej. Zmieniają się pokolenia, a my jesteśmy jak zombi, trochę na własne życzenie. O czym myślę? Oczywiście o władzach, które wybieramy kompletnie bez sensu. Dobry gospodarz myśli o przyszłości i dąży do celu. Czego nam potrzeba? Szansy rozwoju, a zatem..., no, czego? Oczywiście, pracy i wypracowania szerszych horyzontów postrzegania rzeczywistości, niż czubek własnego nosa lub granic płotu sąsiada. Niestety w tej materii Borowiacy są niereformowalni. Powód, jak zawsze ten sam, co poprzednio i tak koło zamyka się, a z nim przemija życie. A przecież można postępować inaczej, zwłaszcza teraz, kiedy są nowe perspektywy, nawet z udziałem kretynów, którzy mówią o sobie... politycy.

Jak dzisiaj dziennikarz stosuje się do zasad etyki? Czy są to wartości jeszcze przez nich cenione, czy już całkiem odeszły do lamusa?

Są Dziennikarze i dziennikarze. Tych pisanych z wielkiej litery jest zdecydowanie mniej. Stary komunista, nawiasem mówiąc świetny dziennikarz - pan Bogdan Miś niezwykle trafnie i z perspektywy doświadczenia pisarskiego potrafił ocenić wartość i talent dziennikarza, którego traktował trochę jak matematyka, czyli umysł ścisły. Tak, to kwestia umiejętności dokonywania błyskawicznej analizy, którą później należy podeprzeć dowodami. Jeżeli takowe się zdobędzie, informacja będzie rzetelną. Jeżeli jednak będziemy bazować wyłącznie na domysłach wyjdzie.... "Pudelek" lub "Fakt". I może właśnie tak cennym było każdorazowe stwierdzenie świetnego, przywołanego wcześniej redaktora, który kończył swój dowolny wywód w jeden sposób - "... i tak się właśnie sprawy mają".

Wypaczono, zwłaszcza współcześnie obraz przedstawicieli tego zawodu. Winą obarczam czasy, w których żyjemy i odsunięcie widma głodu od ludzi parających się piórem. Szanse przebicia mają wyłącznie telewizyjne kreatury, które działają pod stryczkiem swoich wydawców. Niektórzy z nich mają autentyczny talent, marząc o niezależności, jednak ulegają presji i aby mieć co jeść , mówią i piszą bzdury. Zachodzę także w głowę widząc coś absolutnie kuriozalnego, jak ze zwykłego prezentera - człowieka, który czyta tekst z promptera, na siłę robi się dziennikarza? To doprawdy dwie różne specjalności!

Niezwykle istotną umiejętnością w tym zawodzie jest tzw. język mowy ciała, tego nie można nauczyć się z kursu kroju i szycia, to prawdziwa złota żyła dla tych wszystkich,którzy się tym parają. Korzystają z tych umiejętności ludzi znani, miejmy jednak świadomość tego, że to zwyczajne oszustwo, wypowiedziane bez użycia ośrodka artykulacji.

Znany specjalista w tym zakresie, pan Tymochowicz postanowił swego czasu, że wykreuje polityczną tuzę z pospolitego "głąba". Uwiecznił to w specjalnym filmie, który w wąskim kręgu zainteresowanych wywołał prawdziwą burzę. Bezcenne doświadczenie obrócone w czyn. Coś epokowego!

Dzisiaj ten zawód jest tak zeszmacony , że przywrócenie mu godności zajmie dziesięciolecia, a i tak pozostaną na zawsze e-legendy. Kto jest przyszłością światowego dziennikarstwa? Niezależni, ale nie z nazwy, a z zamiłowania, a takimi są społecznicy i przed nimi zawsze z szacunkiem uchyliłbym kapelusza, gdybym go miał.

W jaki sposób dalej powinien rozwijać się dziennikarz?

Dziennikarz jest jak "lekarz ogólny". Uczy się przekazywania odbiorcy codzienności w możliwie atrakcyjny i rzetelny sposób, aż do ostatniego tchnienia. Mnie oczywiście to nie dotyczy, kronikarze mają inne priorytety (śmiech).

Czego Panu życzyć w dalszej pracy?

Aby TOKiS - PRESS przestał być potrzebny. Wtedy zapanuje to, co ja nazywam... normalnością, a tę znam tylko z książek sf. ( śmiech).

Marzenia Mariusza Fryckowskiego, dziennikarza.

Powtarzam raz jeszcze, jestem kronikarzem, choć pisuję do... zaraz, tak, aż jedenastu pism, w tym o zasięgu ogólnopolskim i światowym! Nazbierało się tego:):):) Marzenie? Potrzebuję szybkiego środka transportu, niestety, śmigłowiec jest drogi, ale może kiedyś, kto wie. Inne marzenia..., te niech pozostaną moją słodką tajemnicą.

Kilka słów od siebie:

Jeżeli kiedyś w przyszłości wpadniesz na idiotyczny pomysł, aby mówić lub pisać do lub dla dużej grupy odbiorców i być skazanym na określenie "dziennikarz", natychmiast wylej na swoją głowę kubeł lodowatej wody i... zdecyduj się natychmiast, bo to najlepsze, co mogło ci się przytrafić, zanim zdecydujesz się zostać skorumpowanym politykiem lub... bezrobotnym.

Pozdrawiam czytelników tej przemiłej i gościnnej witryny.

Mariusz R.Fryckowski

 

 


 

 




Tagi: wywiad
19:46, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 czerwca 2014

Już dziś premiera Zbrodni wojennych Christie Golden, najnowszej powieści z Uniwersum Warcrafta. Dziś także jej nowy fragment: początek procesu Garrosha Hellscreama.



W dążeniu do naprawiania krzywd tradycyjnie ogłaszamy, kto staje przed sądem i kto szuka sprawiedliwości. Toteż z najwyższą powagą rozpoczynamy sąd nad Garroshem Hellscreamem, oskarżonym o krzywdy wyrządzone ludom Azeroth”.

Zjednoczone siły Przymierza i Hordy pozbawiły Garrosha Hellscreama, jednego z najbardziej znienawidzonych mieszkańców Azeroth, tytułu wodza. Jego żądza podbojów obróciła miasta w ruinę, niemal podzieliła Hordę i unicestwiła niezliczone istnienia.
Teraz w legendarnej Pandarii Garrosh jest sądzony za swe czyny.

Zgromadzili się tam sławni przywódcy z całego świata, by być świadkami tej historycznej chwili. W trakcie procesu wysłannicy spiżowych smoków przywołują wstrząsające obrazy zbrodni Garrosha. Te urywki historii zmuszają wielu z obecnych do ujawnienia własnych bolesnych wspomnień, a nawet do kwestionowania swojej niewinności lub winy. U innych mrożące krew w żyłach wizje podsycają tylko nienawiść.

Nikt nie wie, że mroczne siły z Azeroth pragną nie tylko udaremnić trybunałowi wymierzenie sprawiedliwości, lecz także zagrażają życiu wszystkich zebranych na procesie.

 

Zapraszamy do wysłuchania kolejnego fragmentu książki w interpretacji Andrzeja Blumenfelda. Posłuchajcie o początku procesu Garrosha Hellscreama, o zarzutach jakie usłyszał oraz o tym, jakiej nowej metody prezentacji dowodów zastosuje sąd.

 

Link do fragmentu: http://youtu.be/9JQzObnpEGQ





 





20:02, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 czerwca 2014

Sercem do serc piszę” - słynne motto Pani Martusi. Od trzydziestu lat pielęgniarka anestezjologiczna, po godzinach pisarka i poetka.

Władysław Broniewski

Nie wiem, co to poezja
nie wiem , po co i na co,
wiem, że czasami ludzie
czytają wiersze i płaczą,
a potem czasami piszą,
mozolnie i nieudolnie,
by od dławiącej ciszy
łkające serce uwolnić (…)

I tak to już chyba jest, że nie do końca wiadomo, czym tak naprawdę jest Poezja, a po cóż ona i na co?

Piękny wiersz Władysława Broniewskiego rozpoczyna moją rozmowę z osobą niezwykle ciepłą, osobliwą, szczerą i ufną.

Pani Marty Grzebuły nie da się nie lubić. Zasłużyła sobie na wszystkie najlepsze tytuły na świecie. Jej poezja po prostu mnie martwi. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jest niesamowicie prosta indywidualna, rymowana, a przy tym tak delikatna i rześka, jak poranna rosa na źdźbłach traw, skąpanej w słońcu łąki. Boję się, że brutalizm i ciągłe walki dobra ze złem po prostu je zadepta.



 

Przy tych wierszach można się i uśmiechnąć, i zasmucić, powspominać, zadumać i zadać pytanie, by odnaleźć odpowiedź zaraz w następnej zwrotce. Ujęła mnie tak bardzo podobnym punktem spojrzenia na świat, jak mój. I może krzyczeć, tupać nogami wiem, że jest Aniołem.

Euforia

kocham kwiaty kolorowe

niebo piękne lazurowe

słońce kocham

w złotej barwie

kocham życie

bo jest warte…

by miłością je obdarzać

i z radością rano wstawać

i w pogodzie ducha trwać

i nadzieję w sercu tkać

może myśli ktoś inaczej

ale, to już jego rzecz

ja doceniam to co widzę

i oddechem cieszę się…

mogę rano się obudzić

spojrzeć w słońca

promień – blask

mogę kwiaty

w sercu tulić

mogę odczuć

życia smak

Tak, Pani Marta jest po prostu Aniołem, którego zesłało nam życie prosto z chmur i nieba. Boję się jedynie o to, że poezja nie trafia do wszystkich. Potrzeba mnóstwo cierpliwości i pokory, by ją w sobie odnaleźć. Pani Martusia (bo tak już ją nazwałam) przeszła już swój horyzont, przetarła szlaki, by otworzyć przed swoimi obecnymi i nowymi czytelnikami samą siebie, ale najbardziej serce, które jest dobre i niebezpiecznie ufne.

O najpotężniejszej sile Poezji, przez duże P.

Myślę, że poezja jest dla każdego czym innym. Zależy to od tego, czego szukamy w jej świecie. Własnego odbicia, niczym w lustrze, emocjonalnych wibracji, czy nastawień, zapomnienia, swojego miejsca na ziemi, swoich aspiracji, czy po prostu zwykłych uczuć.

Piszący odnajdują się w samym fakcie pisania, inni traktują pisanie jako formę terapii od tego, co ich przytłacza, z czym jest im źle. Jeszcze inni poprzez formę wiersza chcą powiedzieć coś, czego nie da się przekazać innym sposobem.

Ale każdy pisze inaczej. Jest aktorem we własnym Teatrze Życia i pragnie ukazać swoje płaszczyzny, czy horyzonty. To nie jest ani łatwe, ani trudne. A każdy prawdziwy poeta ma swoich zaciekłych przeciwników i wiernych entuzjastów.

Kochana Pani Marto.

Życzę poniekąd sobie, by pisała Pani wszystko, co przychodzi Pani go głowy. To piękne i niesamowicie szczere. To poezja prosta, ale wysublimowana, jak perełki, czy czterolistne koniczynki, jak w Pani wierszach.

Proszę nie schodzić z tej drogi. Opowiadać nam wierszem o pięknie tego świata. Bo mimo, że słońce świeci złote, maki są czerwone, nie każdy umie ująć w słowa co ukryte w łanach polskich pól i krajobrazów.

Tak życie i boli, i zachwyca, ale nie może być konstansów. Życie musi grać i buczeć, żeby było wiadomo, że się żyje, oddycha i widzi to, czego inni nie widzą.

 

Pani Marto. Ma Pani w swym dorobku dwa tomiki wierszy. Zadam proste pytanie, czym jest dla Pani poezja?

M.G Poezja jest dla mnie szeptem a czasem krzykiem, lecz płynącym wprost z duszy. Był czas, gdy było mi ciężko, smutno, gdy musiałam znaleźć odpowiedzi na dręczące pytania, to właśnie wiersz stał się sposobem na ich odnalezienie. Strofy wierszy pozwalały i pozwalają na refleksję, na przemyślenia emocji. Budując kolejne zdanie poddawałam je analizie. Po prostu, tak zwyczajnie, wiersze, zawsze przynoszą mi ulgę. Mogę się w ich słowach pożalić, wypłakać, ale też podzielić doświadczeniem. Dać radę. Moim życiem „rządzą” trzy magiczne słowa. Dzięki nim przetrwałam zawirowania. Sadzę, że powinnam poprzez swoją poezję uzmysłowić innym ludziom, iż mają one moc. Bywa, że wynoszą na szczyty… A są to; Wiara, że można zawsze wszystko, choćby spróbować. Nadzieję, że się uda i Miłość, że mimo zawirowań, łez może zaistnieć.

Jak Pani myśli, dlaczego poezja nie trafia do wszystkich? Dlaczego najlepiej ją rozumieją osoby wrażliwe, inaczej odbierające świat, obierają ścieżki w życiu zupełnie infantylne niż poezja?

M.G Myślę, że poezja przemawia językiem uniwersalnym, ale to w jak głęboką strefę emocji sięga, bywa poza zasięgiem zrozumienia potencjalnego czytelnika. Kiedyś usłyszałam, że poezja obnaża nas, ludzi. Że ukazuje zakamarki umysłu ludzkiego. Czasem brutalnie wkracza w duszę. Bo zmusza do refleksji, bo nie opowiada o byle czym. Ale istnieje coś, co jest równie mocno zakorzenione w umysłach ludzi. Odniosę się tu do moich czasów szkolnych, ale nie sądzę, aby to uległo zmianie. Szkoła zmusza a nie zachęca. Szkoła narzuca a nie proponuje. A człowiek ma to do siebie, że nie cierpi nakazów. Gdybym nie zetknęła się „dobrowolnie” z „Panem Tadeuszem” Adama Mickiewicza, mając niespełna trzynaście lat, to kto wie, czy potrafiła bym dostrzec to, co dziś bez trudu dostrzegam w pięknie poezji. Poezja jest i nie jest { wiem to sprzeczne} dla wybranych. Ponieważ każdy może zmienić zdanie. Mamy wybór. Dokonujemy ich w każdej sekundzie życia. I to, czego dziś nie chcemy, nawet zrozumieć, okaże się z czasem czymś, co jest dokładnie dla nas. Ale zauważyłam jeszcze jeden aspekt. Poezja sama ewoluowała do świata języka nie do zrozumienia. Sama odsunęła się od potencjalnego czytelnika. Poszybowała poza tęczę niezrozumienia. Usłyszałam od znajomych tłumaczących się, dlaczego przestali czytać poezję, iż ta stała się; „przerostem formy, nad treścią”. Dla nich wiersz stał się „infantylny”, bo niedojrzały, bo zagubiony w przeroście słów, przestał dotykać sedna emocji. A to boli. Także i mnie. Dlatego moje wiersze są tak plastyczne, tak proste, a więc tak czytelne.

Czy to prawda, że dzisiaj poezja jest niszową gałęzią kultury? Nie opłaca się wydawcom wydawać dzisiaj tomików z wierszami? Z czego to wynika? Jak to było z Pani wierszami?

MG. Jest i nie jest niszowa. Wszystko zależy od nazwiska poety. Nie będzie niszowa dla znanych i uznanych a będzie dla takich osób jak ja, i mnie podobnych. Moje zostały wydane dzięki wierze bliskich. W to, że wiersze te mogą się podobać. Drugi tomik wydałam analogicznie. Trzeci prawdopodobnie też. Zresztą jakże często spotykamy się ze słowami”Doceniony po śmierci malarz, poeta…” Prawda? A co do wydawców? Boją się i rozumiem to, inwestować w nieznanego twórcę.

Jak jest z warsztatem pisarskim poety. Metodą prób i błędów dochodzi się do jakiegoś poziomu, potem popada w rutynę, wypala się i …....? No właśnie, co dalej?

M.G. Nie mogę pokusić się o odpowiedź, jak jest z warsztatem innych. Swój nazywam „intuicyjnym spontanicznym” Tak powstają wiersze. Szukam w sobie emocji, prawd i dzielę się nim strofami z czytelnikiem. Bywa, że nie napiszę nic przez kilka miesięcy. Aż pewnego dnia skumulowane emocje znajdują ujście …i powstaje kolejny wiersz. Nie analizuję tego, czy jest on sylabotoniczny, czy inny. Analizuje jedynie to, czy to co pragnęłam przekazać jest wystarczająco mocne. Czy ma - jak ja to nazywam - „siłę rażenia”. Moim zdaniem wiersz ma zawierać w sobie taki ładunek, by czytająca go osoba mogła w pełni pojąć przesłanie. Ma być tak skonstruowany, aby czytelnik bez kłopotów mógł go zaadoptować na grunt swoich emocji. Ma stać się jakby jego prywatnym.

Skąd czerpie Pani inspiracje?

M.G. Nie będę tu oryginalna. Z życia. Z tego, co dostarcza każdego dnia. Podpatruję, poddaję analizie nie tylko własne doznania, ale innych. Uważam, że empatia jest kluczem do zrozumienia drugiego człowieka. Że powinna być klamrą łączącą mnie z każdym. To powinno działać w dwie strony. Drugi człowiek jest dla mnie inspiracją. Jego życie. Ale także i moje własne.

Czytając Pani wiersze popadałam i w euforię, jak w wierszu o tym samym tytule, ale są też wiersze, które płaczą, śmieją się do nas, uwznioślają serce, popadają w obłęd miłości. Znajomy poeta powiedział mi kiedyś, że te emocje wierszy wynikają z pewnych etapów, jakie człowiek przechodzi w życiu. Zgodzi się też Pani z tym stwierdzeniem?

M.G. Jak najbardziej. Wiersze są lustrem, w którym każdy czytelnik odszuka siebie, Odnajdzie własny świat emocji. Takie wiersze uznaję za dobre. Za mocne i z gruntu prawdziwe. Nie lubię wierszy o niczym… a niestety i takie się zdarzają.

Najbardziej zaskoczył mnie wiersz „1940”. Wiem, że ma on swoją historię. Proszę o niej opowiedzieć.

M.G. Był rok 1977 wraz ze znajomymi, koleżankami i kolegami ze szkoły, wybraliśmy się na wycieczkę do Oświęcimia. To był jedyny raz, ponieważ to, czego tam doświadczyłam, co współodczuwałam, było i jest poza moją zdolnością pojmowania. Bardzo przeżyłam tę wizytę. Do dziś dnia widzę te pukle włosów dziecięcych, buciki, lalki, tony, to były i są tony dowodów na bestialstwo, na mord. W pewnej chwili zasłabłam, uchwycił mnie nasz przewodnik, gdy osuwałam się dostrzegłam na Jego ręce numer…rozpłakałam się. Uniósł mnie, spojrzał w oczy, a potem czule pogłaskał. A ja już niczego więcej nie byłam w stanie zwiedzać. Do dziś ciężko jest to wspominać…A gdy wróciliśmy, napisałam ten wiersz. To są właśnie mechanizmy, które „rządzą mną i moją poezją”. Wiersz bywa nie tylko lustrem, ale i katalizatorem. Oczyszcza mnie z bólu, pozwala go ująć w słowa. Staje się on wówczas namacalny.

Mimo wszystko, Pani wiersze są bardzo proste w przekazie. Zadaje Pani nawet w nich pytania, a jednak czy to wiersz o śmierci, czy o końcu świata, w każdym z nich jest rym. Dlaczego pisze Pani wiersze rymowane?

M.G. Nazywam to melodią serca. Takie wiersze kocham. Jak mają tę nieuchwytną i czasem nie słyszalną dla innych melodyjkę słów. Czasem też nieakceptowalną. Ale ja nie potrafię inaczej. Moja mama powtarzała dość często, że „twoja dusza córeczko śpiewa wierszem”. I chyba tak właśnie jest. Piszę co prawda wiesze białe, ale są one bardziej relacją niż płyną z mojej duszy. Z mojego wnętrza. Ze mnie całej.

Jak to jest z tą czterolistną? Znalazła już Pani swoją koniczynkę?

M.G. Ten wiersz ma swoją historię. Byłam na spacerze, w mojej pamięci były słowa mamy o tym, że czterolistna koniczynka przynosi szczęście, szukałam jej uparcie pół dnia. I myślę, że kusząc się o metaforę odnalazłam ją dopiero w 2007 roku. Stał się nią mój mąż Henryk. A tę prawdziwą, o ile pamiętam, nigdy nie znalazłam.

Wspomnienia, do jakich Pani powraca w swoich wierszach, to osoba i obraz Pani mamy. Piękne są wersy o szacunku do matki rodzicielki, opiekunki. Wspomnienia bardzo ciepłe i piękne. A jak jest z Pani sentymentami? Co wywołuje u Pani największe sentymenty?

M.G. Uwielbienie dziecka do matki jest zakodowane w moich genach. Ale wzmocniło je to, w jaki sposób mama Basia mnie wychowywała. Zawsze powtarzam, że „dała mi życie, i nauczyła jak żyć. Była moim drogowskazem”. Ona dostrzegła we mnie zamiłowanie do poezji, prozy, Ona to podsycała żar wręcz miłości do tego. Wspierała pasję tworzenia. Umacniała wiarę we własne możliwości. A nawet więcej. Nie pozwalała mi sądzić, że istnieje coś w życiu, co może mnie ograniczać. Twierdziła, że tylko sami narzucamy sobie ograniczenia. Uważała, że człowiek, że ja, jest w stanie dokonać rzeczy wielkich, mądrych pod warunkiem, że ufa sobie, wierzy w siebie, wierząc też w drugiego człowieka. Trochę to idealistyczne, ale taka była moja mama. Ufająca i kochająca nie tylko mnie, ale i wszystkich ludzi. Powtarzała często, że miłość daje nadzieję a wiara siłę. Korzystam z Jej nauk. Dlatego czasem bywam taka ufna, spontaniczna i nie przyjmuję do wiadomości, że ludzie mogą być mściwi. Mimo iż sama doświadczyłam nie raz tego typu emocji. Ale myślę, że kierowało nimi coś, co ich przerastało. Gdy czegoś nie potrafimy pojąć, gdy coś nas, jakaś emocja, zdarzenie, przerasta, boimy się, a więc atakujemy źródło tych doznań. Usprawiedliwianie to też część tego, czego nauczyła mnie mama. Była wyjątkowym CZŁOWIEKIEM. Była niesamowitą MAMĄ budującą relacje ze mną, swoim dzieckiem, na gruncie najstabilniejszym: na miłości, zaufaniu i wierze. Ona nigdy we mnie nie zwątpiła, jakkolwiek błądziłam w życiu. Była mi wtedy opoką. Nie krytykowała, ale czasem szeptem wskazywała kierunek. Akceptowała mnie taką, jaka jestem, jednocześnie w sposób dyplomatyczny ukierunkowując moje działania, myśli…Ale tylko w tę stronę, w którą sama pragnęłam zmierzać.

Jest Pani nie tylko poetką, ale i pisarką. Ma Pani swoje punkty widzenia na pewne sprawy i kierunki. Standardowy zestaw pytań, jaki zadaję swoim rozmówcom, to pytania o teatr, kino i poezję. O poezji już trochę było, ale interesuje mnie, kogo Pani uważa za swojego przewodnika na tej niwie? Kogo najchętniej Pani czytuje, kogo obdarzyła największą miłością?

M.G. Drzwi miłości zostały otwarte przez Adama Mickiewicza. Tam za nimi, w tym świecie słów, poznałam Słowackiego, Asnyka. I to od Nich zaczęło się moje uwielbienie poezji. Nie podam Pani więcej nazwisk, dlaczego? Ponieważ od jakiegoś czasu nie czytam poezji. Dziwne, prawda? Ale łatwo to wytłumaczyć. Zaobserwowałam niepokojące zjawisko. Czytając dużo, potem sama próbując pisać, zrozumiałam, że to nie były moje słowa, choć były emocje. Pojęłam, że na moją twórczość wywierają bardzo silny wpływ poeci, których wiersze czytam. Stałam się ich lustrzanym odbiciem. Podobnie rzecz ma się z prozą. A ja chcę być sobą. Nikogo nie chcę naśladować. Niech to, co i jak piszę będzie niedoskonałe, lecz niech będzie moje.

Teatr. Lubi Pani teatr, ogląda, słucha (słuchowiska radiowe)? Czy może jest to dla Pani bardzo odległa dziedzina, w której bardzo by Pani chciała się zagłębić, ale nie rozumie?

M.G. Kiedyś, gdy zdrowie mi na to pozwalało uwielbiałam teatr. Czas naniósł zmiany: moje zdrowie zaszwankowało. Nie chcę wnikać w to bardziej, ale okazało się między innymi, że pojawiło się u mnie zjawisko klaustrofobii, a więc wszystko, co wiem, że jest zamknięte, napawa mnie lękiem. Z czasem dołączyły się sprawy finanse i to wszystko razem znacznie wpłynęło na to uwielbienie. Szara Polska rzeczywistość. Ale oglądam do dziś, jeśli są emitowane, spektakle w TV.

Kino. Polskie, zagraniczne? Czy zdecydowanie kino przegrywa z dobrą lekturą?

M.G. Z kinem jest podobnie jak z teatrem. Choroba, lęk przed zamkniętą przestrzenią, przed faktem, że muszę siedzieć, nie mogę wykonać ruchów, chodzić, ogranicza mnie. To przykre i dla mnie bolesne. Przełamuję te lęki tylko wówczas, gdy mogę wstać, chodzić i wiem, że mam perspektywę przemieszczenia się. Dlatego mogę pracować, jako pielęgniarka anestezjologiczna. Tam muszę być w ciągłym ruchu. Tylko on mnie uspakaja.

Marzenia pisarki Marty Grzebuły?

M.G. Mam i mieć będę tylko jedno: Zdrowie to najcenniejszy z darów. I jeśli ono będzie, na wszystko resztę zapracuję sama. Myśl, że komukolwiek z moich bliskich może się coś stać, paraliżuje mnie. O tym tylko marzę, byśmy byli w zdrowiu.

A teraz kilka słów od siebie Pani Marto:

M.G. Jestem osobą, która od lat powtarza, że cenny jest dar życia, empatii. Jestem ufna i spontaniczna. Kocham być pielęgniarką. Pracuję na oddziale reanimacji i anestezjologii od trzydziestu lat. To dzięki tej pracy, temu na co muszę patrzeć, z czym zmierzam się na każdym dyżurze, pozwoliło, a raczej zmusiło mnie do przewartościowania moich priorytetów. Nie chcę zabrzmieć patetycznie, nie chcę aby odczytano moje słowa, jako górnolotne, ale proszę mi odpowiedzieć tak szczerze:” Co jest ważniejsze od życia?” Moim zdaniem – NIC. Dlatego taka jestem. Dlatego niespecjalnie planuję, ponieważ mam pełną świadomość tego, że życie może być i jest chwilą. Nauczyłam się nią cieszyć. I to mnie wystarcza.

Dziękuję za możliwość odpowiedzenia bardzo szczerze { bo taka jestem - szczera} na Pani pytania. Dziękuję wszystkim za to, że poświęcili chwilę, aby przeczytać odpowiedzi.

Pozdrawiam wszystkich i każdego z osobna serdecznie. I pamiętajcie moi potencjalni czytelnicy, że moje motto twórczości brzmi – „Sercem do serc piszę”.



Simona Larssona poznajemy w wieku jedenastu lat. Chłopiec w tym wieku powinien wdrapywać się na drzewa, szczyty swoich marzeń, sięgać po to, co pozostali w jego wieku. A jednak Simon od początku ma swój świat, który jest tylko na jego wyłączność:

„Poszedł do drzew, do dębów, i udało mu się w końcu odnaleźć krainę, która jest, lecz właściwie nie istnieje, i spotkać małego człowieczka w śmiesznym kapeluszu i o zagadkowym uśmiechu. Przez chwilę siedzieli razem, rozmawiając tak, jak to czynili przez lato – bez słów, ponad czasem”.

 

I w takiej konwencji utrzymana jest cała ta powieść. Szwecja lat dwudziestych, w tle widmo II wojny światowej, rozwój gospodarczy kraju, przemiany ustrojowe, to klimat, w jakim dorasta Simon i jego bliscy.

 

Od początku, do samej pointy magicznie przelewa w nas emocje, które kumulują się wraz z jej bohaterem. Bo jest to chłopiec inny, nawet urodą odbiegający od swoich rówieśników, a prawda, z którą przyjdzie mu się zmierzyć w swoim życiu będzie nie tylko ciężka, ale naznaczona strachem i bólem rodzącej się w nim nienawiści. Uczucia strasznego i groźnego.

 

Simon powoli zacznie odkrywać warstwy brutalnej rzeczywistości, która na każdym rogu i skraju skał, zasadzi na niego dziwne pułapki. Ten żydowski, adoptowany przez Karin i Eryka chłopiec, posiada w sobie zdolności nadzwyczajne, nad wyraz empatyczne i wrażliwe. Potrafił zrozumieć symfonię muzyczną. Umiał obrazowo przedstawić to, co chciał przekazać słuchaczom autor dzieła muzycznego. Po tych koncertach ciężko było mu wrócić do szarej rzeczywistości. Za kompana swoich wewnętrznych wędrówek miał wujka Rubena. To on wyczuł w chłopaku rosnącą samotność. Starał się zaszczepić w nim odrobinę wielkiego ducha Sztuki: „Sztuka, Simonie, dociera do tych ludzi, którzy słuchają, czytają, albo patrzą na obraz. Wtedy budzi się to coś, uczucie, które trudno określić słowami”.

 

Rodzice Simona byli dobrymi i uczciwymi ludźmi. Szczególnie Karin. Powierniczka cudzych myśli, słów, lęków, bólu, smutku i radości. Przy jej kuchennym stole zasiadło mnóstwo ludzi potrzebujących dobrego słowa, a czasami tylko wysłuchania. To Karin nauczyła Simona przełamywać wewnętrzne bariery, lęki i cień przeszłości. W miarę rozwoju akcji, poznajemy Izaaka, również Żyda, syna Rubena, którego Karin i Eryk przyjęli pod swój dach po traumatycznych dla chłopca przeżyciach. Izaak i Simon razem szli przez życie, jak bracia, ale każdy ze swoimi marzeniami, własnym poczuciu godności, własnym spojrzeniem na otaczające życie.

 

Simon dostaje się na Uniwersytet, gdzie studiuje pismo klinowe. Izaak dostaje się do pracy w stoczni, na tokarce, zapewniając w ten sposób utrzymanie swojej rodzinie. Oboje wyrośli nie tylko na mądrych i przystojnych mężczyzn.

 

Simon był zawsze zamkniętym w sobie chłopakiem. Otoczył się murem, przez który nie wpuszczał wszystkich. Trudno było do niego dojść, a gdy znalazł wspólny język z Klarą, to ona okazała się jego demonem przeszłości. Całą swoją złością odtrącała od siebie ludzi. Wynikało to szczególnie z jej trudnej przeszłości, okaleczoną odejściem matki i alkoholizmem ojca. Z tego wypływała jej wielka samotność.

 

Takich ludzi przyciągał do siebie Simon. Podobnych do niego.

Największym szokiem była jednak prawda o swojej tożsamości. Jak uda mu się przeżyć z piętnem żydowskiego pochodzenia? Jakim chłopcem, a potem chłopakiem był Simon Larsson? Jak odbierali go obcy ludzie?

 

Książka niezwykle tajemnicza, pełna animizacji. Muzyka skrzypek szeptem opowiada nam o Simonie i jego zawiłym życiu. To życie nie jest bajką. Akcja rozgrywająca się na tle szalejącej wojny i ludzi, którym udało się ją przeżyć. Zabiera nas w rewiry ludzkiej psychiki. Ile w stanie jest człowiek znieść, by odnaleźć własne szczęście, albo i spokój ducha?

 

To książka o magicznym skrzypku, który towarzyszy Simonowi przez całe jego życie. I tragedia śmierci Karin, odsłania przywiązanie do ludzi i miejsc. A takich mieli oboje z Simonem mnóstwo. Jedno, szczególne, które ich łączyło, to miejsce pod starymi dębami, do których oboje mówili, w nadziei, że kiedyś na te blaski i cienie one im odpowiedzą.

 

Książka, na którą czekałam z niecierpliwością. Nie zawiodłam swojej ciekawości. Ale.....do tej książki trzeba dojrzeć. Podejść z odpowiedniej strony. Mówią, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ja wgryzając się w nią, jak w soczyste jabłko, odkryłam, iż jest ono też robaczywe. Złapałam się na tym, że takie książki zasiać potrafią we mnie niepokój i chwilę refleksji. Jestem odrobinę do Simona podobna. Oboje mamy swoje magiczne miejsce i czujemy ogromną wewnętrzną samotność, nierozumiani przez otaczających ludzi. A to boli szczególnie, bo bliscy, w których powinniśmy mieć oparcie, zazwyczaj patrzą przez swój horyzont.

 

Polecam wszystkim, co kochają dobrze, poprawnie napisaną powieść, szukający siebie.

 Za możliwość zapoznania się z historią Simona, dziękuję:

 



19:04, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 czerwca 2014

Myślę, że miłość po prostu jest, lub jej nie ma. Nie można jej podzielić na tę do zwierząt i tę do ludzi. Ja kocham życie. Każde. Nie ma znaczenia gatunek. Człowiek nie jest minerałem, ani kwiatem. Też jest zwierzęciem.” - Dorota Sumińska.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Pani Dorota Sumińska jest znanym w Polsce lekarzem weterynarii. Poza pracą, która jest Jej wielką pasją opublikowała kilka poradników, które głównie dotyczą opieki nad zwierzętami domowymi. Z zamiłowania zajmuje się psychologią zwierzęcą.

W ostatnich latach prowadziła program telewizyjny „Zwierzowiec” (TVP1) oraz audycje radiowe „Zwierzenia na cztery łapy” (I PR Polskiego Radia) i „Wierzę w zwierzę” (TOK FM).

Natura, szeroko pojęta przyroda fascynowała Ją od zawsze. Idąc w ślady ojca, ukończyła weterynarię. Nie czuje się anni psiarą, ani kociarą, jak to zwykliśmy nazywać w naszym kręgu. Jest osobą ciepłą, szlachetną, przede wszystkim o dobrym sercu. Gdyby mogła, pomogłaby wszystkim porzuconym, opuszczonym i samotnym zwierzętom.

O ludziach, psach, kotach, zwierzętach okaleczonych przez ludzi, letnią porą, opowiada Pani Dorota Sumińska.

Wywiad bardzo szczery, ciekawy i niezwykle wzruszający. W tym wywiadzie odstąpiłam od normy. Zastosowałam ogromną ilość prywaty, powołując się na konkretny przykład mojej suczki Luny, reprezentantki amstaffów, rasy będącej na czarnej liście psów agresywnych. Luna ma sześć lat i nie wyobrażam sobie życia bez niej.



Dziękuję Pani Doroto,

za to, że umie nazwać Pani stan rzeczy i umysłu po imieniu. Za miłość do zwierząt, której w otaczającym nas dziś świecie jest stanowczo za mało. Za Pani wiedzę, doświadczenie, światopogląd na biedę i krzywdę istot niewinnych, ale przede wszystkim które czują i żyją tak, jak my.



Droga Pani Doroto. Jestem pod wielkim wrażeniem Pani niesamowitej wiedzy na temat zwierząt, szczególnie tych domowych. Jest Pani z wykształcenia lekarzem weterynarii. Chciałam zapytać o początki. Skąd u Pani się wzięła ta wielka miłość do zwierząt i tym samym skłoniła do wyboru tej profesji?

Myślę, że miłość po prostu jest, lub jej nie ma. Nie można jej podzielić na tę do zwierząt i tę do ludzi. Ja kocham życie. Każde. Nie ma znaczenia gatunek. Człowiek nie jest minerałem, ani kwiatem. Też jest zwierzęciem. Czy go kocham? Choć nie każdego, ale na pewno wszystkich tych, którzy są zależni od innych i tych, którzy umieją kochać. Czy miłość do zwierząt skłoniła mnie do studiowania weterynarii? Z pewnością nie. Na tej zasadzie każdy wielbiciel dzieci powinien zostać pediatrą, a zwolennik motoryzacji, mechanikiem. Zawsze fascynowała mnie natura, przyroda. Mój ojciec był dla mnie niedoścignionym znawcą tejże. Chciałam wiedzieć tyle co on. Skończył weterynarię, więc uznałam, że tędy droga. Potem okazało się, że do poznania Matki Natury wiedzie wiele dróg, ale moja przydała mi się wyjątkowo. Mając pod opieką 21 zwierząt nie wydaję na weterynarza.



Człowiek od początku swego istnienia udomowił wiele zwierząt. Jak brzmią słowa słynnej piosenki: „Do serca przytul psa, weź na kolana kota”. Skąd w nas, ludziach tyle miłości do psów i kotów, które okazują się być wierniejszymi przyjaciółmi niż my sami?

Zacznijmy od tego czym jest udomowienie. Ludzie mylą je z oswojeniem, a to zasadniczy błąd. Oswojone zwierzę nie boi się człowieka. Udomowione nie umie bez niego żyć. Udomowiliśmy wilka. Mamy psa. Niewolnika skazanego na naszą łaskę. Niestety częściej niełaskę. Schroniska pękają w szwach i dalej wytapia się z psów smalec. Udomowiliśmy kota i wypędzamy go nawet z piwnic. Udomowiliśmy dzika i skazaliśmy świnię na kaźń od urodzenia. Tur stał się krową- maszyną do produkcji mleka, matką której zabiera się „cielęcinę”, a na koniec robi się z niej befsztyk. Udomowiliśmy kura Bankiwa i mamy maszynkę do produkcji jaj i udka na ostro w fast foodach. Konia zaprzęgliśmy do pługa i wysyłamy na rzeź do Włoch. Owca i koza też nie mają lepiej. Tak samo jak gęsi, indyki i wiele innych gatunków. Największą zbrodnią ludzkości jest to, czemu służy udomowienie. Gdyby było w nas choć trochę miłości, nie musiałabym tego pisać.



Nie kryję się z określaniem siebie psiary do sześcianu. W moim domu rodzinnym od zawsze były psy. Tak jest i teraz. Jestem właścicielką amstaffki. Nigdy nie mogłam zrozumieć, skąd w ogóle podział na psy agresywne (czyli te z czarnej, ogólnoświatowej listy) i mniej agresywne. Może Pani mogłaby mi to wytłumaczyć, dlaczego psy dzieli się na lepsze i gorsze?

Nigdy nie dzielę psów na lepsze i gorsze. Jak już wcześniej wspomniałam, pies nie jest winny niczemu. To człowiek jest jego twórcą i to on jest zań odpowiedzialny. Rasa uznana za agresywną powstała, bo człowiek chciał mieć przy sobie „maszynę” do zabijania- psy bojowe, psy do walk z innymi psami i zwierzętami, psy do tropienia niewolników i więźniów. Dziś tylko część populacji ludzkiej pielęgnuje w sobie upodobanie do okrucieństwa. Tego typu psy potrzebne są dewiantom. Inni przedstawiciele ras uznanych za groźne mają stać się domowymi kumplami. Niestety, błędy wychowawcze mogą obudzić w nich pradawne zwyczaje. Przez tysiące lat selekcjonowano owe psy tak, by do obudzenia „bestii” wystarczyła „iskra”. Proszę się więc nie dziwić tym, którzy będąc kiepskimi znawcami psiej psychiki mają obawy. Cieszę się, że ma Pani amstaffkę, bo to urocze osoby w psiej skórze, ale nie wolno zapominać o jej przodkach. Napisała Pani o sobie- psiara do sześcianu. Nie zgodzę się z tym sześcianem. Gdyby był, u Pani boku żyłoby sześć psów zabranych z niedoli. Niestety przy amstaffce nie zawsze jest to możliwe.

Moi znajomi, gdy tylko dowiadują się, że mam amstaffkę, łapią się za głowę. Często ich komentarzem jest jedno zdanie: „Nie boisz się? Przecież masz dzieci”. Zawsze odpowiadam: „Nie boję się, dlaczego miałabym się bać” . Czy zgodzi się Pani ze mną, że psa trzeba umieć z rozsądkiem i zrównoważeniem wychować?

Odpowiedziałam w poprzednim pytaniu, ale muszę dodać coś jeszcze. Amstaffy, to psy uznane przez Amerykanów za rodzinne. Nie jestem specjalnie proamerykańska, ale mają tu trochę racji. Amstaff był przeznaczony do walk z psami, a nie ludźmi. Dlatego jego agresywne zachowania, jeśli wystąpią, kierowane są głównie na przedstawicieli własnego gatunku. Co do wychowania- każdego ssaka, a szczególnie społecznego- człowieka, psa, słonia, wilka i wiele innych trzeba wychować. Inaczej nie będzie umiał odnaleźć się w społeczności, w jakiej przyjdzie mu żyć. W wilczej watasze zajmowali się tym jej członkowie. Watahę zastąpiła ludzka rodzina i to ona jest odpowiedzialna za to kim będzie pies. Reguły wychowawcze stosowane w psiej edukacji pokrywają się z tymi, które stosujemy w przypadku dwu, trzyletnich dzieci. Teraz ja mam pytanie- w jakim wieku jest Pani amstafka? Jeśli nie skończyła jeszcze trzech lat, to mało Pani o niej wie. Dopiero po trzecim roku życia pokaże się „cała”.



A jak jest z przyjaźnią kota i psa pod jednym dachem?

Aby żyć zgodnie nie trzeba się przyjaźnić. Wystarczy szanować swoją odrębność. Psy i koty nie mają powodu, aby pałać do siebie niechęcią. Inaczej niż ludzie. Jednak Pani nie zachęcam do zaadoptowania kota. Amstafy nie zawsze szanują odrębność kociej natury. Znam takie, które „mają” kota, ale to wyjątki.

Przyszła wiosna, za chwilkę będzie lato. Na co szczególnie powinniśmy zwrócić uwagę wybierając się z naszymi czworonożnymi pupilami na spacery po leśnych i polnych ścieżynach?

Przede wszystkim o tym, by nie spuszczać ich ze smyczy. Pies w lesie to „barbarzyńca”. Las to dom niezliczonej ilości gatunków. Jesteśmy tam gośćmi i tak powinniśmy się zachowywać. Pies nie zawsze to respektuje. Bez względu na to czy spacerujmy po lesie, czy po miejskim skwerze nie wolno zapomnieć o przeciw kleszczowym zabezpieczeniu. Mimo tego i tak po spacerze trzeba psa „przejrzeć”. Siebie też. Poza tym upały. Nie zmuszajmy psa do spacerowania w pełnym słońcu. To może zabić nie tylko człowieka.

Jak dbać o naszych pupilów w trakcie upałów?

Wystarczy zacienione miejsce i miska z wodą. W szczególnie gorące dni można schładzać psią głowę wodą.

Na jakie najczęstsze dolegliwości chorują psy rasowe. Wiem, że jest to uzależnione od rodzaju rasy. Posłużę się tutaj moim prywatnym przykładem – amstaffki.

Nie da się na to odpowiedzieć w kilku zdaniach. Ras jest zbyt dużo. Na pewno najbardziej pokrzywdzone są te, którym skrajnie zmieniono budowę ciała. Skrócono łapy , trzewioczaszkę. Wszystkie z płaską twarzą mogą mieć kłopoty z układem krążenia i oddechowym. Krótkonogie z kręgosłupem. Miniatury z rozrodem, zębami i kolanami. Olbrzymy cierpią na gigantyzm z całym zestawem jego objawów. Chorują na kardiomiopatię rozstrzeniową i umierają młodo. Jest wiele ras z problemami metabolicznymi i skłonnościami do dolegliwości wielonarządowych. To bardzo pobieżna ocena. Nie wzięłam tu pod uwagę ograniczeń w „byciu psem”, co owocuje problemem zamkniętym w psiej duszy.

Z jakimi najcięższymi przypadkami, u zwierząt domowych, spotkała się Pani w całym swoim życiu zawodowym?

Najcięższe są wszystkie te, przy których nie ma kochającego, ludzkiego serca i rąk.



Pani Doroto. Jest Pani bardziej psiarą, czy kociarą? Za co Pani je kocha?

Nie jestem ani psiarą, ani kociarą. Jestem człowiekiem, który czuje się odpowiedzialny za ich niedolę. Zaręczam Pani, że gdybym miała wokół czekające na ratunek krowy też bym je ratowała. Czy byłabym krowiarą? Nie. Po prostu to ludzie udomowili wilka i przyczepili go do łańcucha, wyrzucili z samochodu, oddali do schroniska, połamali łapy, nakarmili szkłem. Ja też jestem człowiekiem i muszę temu jakoś zaradzić. Będąc obojętną wezmę udział w okrucieństwie. Zresztą obojętność to jeden z jej rodzajów. Czasem myślę- jest nas czterdzieści milionów. Porzuconych psów i kotów może z milion. Czy nie ma wśród nas miliona nie obojętnych?

Teraz Pani Doroto, proszę napisać coś zupełnie od siebie:

Dwa dni temu zadzwoniła do mnie pewna Pani. Prosiła bym pomogła jej w poszukaniu domu dla małej suczki. Co niedzielę mam audycję w radiu Tok FM i zawsze staram się znaleźć dom dla jakiegoś porzuconego psa, lub kota. Zapytałam co to za pies i dlaczego traci dom. Sprawa prosta- opiekunka suczki zmarła. A suczka? Ma kilkanaście lat i nie chodzi. Kiedyś, ktoś połamał jej wszystkie cztery łapy. Pewnie po to, by nie mogła za nim biec. Trafiła do schroniska. Łapom nie udało się pomóc. Została foczką. Starsza pani szukała przyjaciela. Poszła do schroniska i zobaczyła foczką. Zabrała do domu i kochała. Zmarła. Rodzina? Nie umiem nic napisać. Zapytałam- jak Pani sobie to wyobraża? Że ktoś zdecyduje się na adopcję psa, który ma „sto lat” i nie chodzi? Ja w to nie wierzę. Wiem jak trudno „wyadoptować” zdrowe i młode psy. Nawet nie próbowałam. Liczył się czas. Pies czekał. Sam w domu. Już nie czeka. Ma na imię Buba i leży obok mnie. Czy ją kocham? Najbardziej na świecie. Za co? Za to, że jest. Patrzy na mnie przez mgłę zaćmy i mówi- wybaczam.













czwartek, 05 czerwca 2014

Jest w pełni świadoma swojego wieku i nie wstydzi się powiedzieć o tym głośno, chociaż czasy mamy wypełnione sztucznością i ciągłą walką o to, by wyglądać młodo.

Bardzo bezpośrednia, konkretna, mówi bez „owijania w bawełnę”. Jej bohaterki są kobietami z krwi i kości, które kochają, tupią nogami, płaczą, śmieją się, czyli są takimi samymi kobietami, jak my, nasze przyjaciółki, sąsiadki, czy znajome bliższe i dalsze.

Gdy pytałam o zgodę na wywiad, ku mojemu zdziwieniu odpowiedź była pozytywna. Dlaczego się zdziwiłam? Bo to autorka z wielkiego świata, mająca na swoim koncie największy bestseller – sagę o „Rozlewisku”, zekranizowana i przyjęta w Polsce z ogromnie pozytywnym entuzjazmem. Za co my, prawie wszystkie (bo i przeciwnicy się znajdą) kochamy Małgosię, jej bohaterkę?

Chyba za tę neutralność i prawdziwość. No i za te malownicze mazurskie krajobrazy, które czuje się na skórze, widzi oczyma wyobraźni, czuje zapach i więź łączącą z czytelnikiem od samego początku.

Małgorzata Kalicińska – matka, pisarka, kobieta pracująca.

Gdy proponuję wywiad, staram się nie tylko dobierać odpowiednie pytania do rozmówcy. Mam swoje standardowe pytania, które zadaję wszystkim i oczywiście zadaję również takie, które odsłoniłyby chociaż trochę Autora/kę z zupełnie innej strony.

Czy Małgorzata Kalicińska jest gwiazdą przez duże G?

Zdecydowanie nie. Ma zupełnie inny światopogląd, spojrzenie na świat, otaczającą rzeczywistość, od tych autorek, z którymi miałam okazję i przyjemność rozmawiać. Zadziwiła mnie swoim śmiałym podejściem do życia, sytuacji i ludzi, jakich spotyka na swojej drodze. Najważniejsza jest dla niej rodzina i bycie razem. Reszta, to nabytość, która raz odchodzi, raz przychodzi, ale rodziny nie zastąpi. Potrafi pogłaskać, ale też kąsa, jak osa, gdy czuje się zagrożona.

Nie wpasowuje się w żadne ogólnie przyjęte ramy, bo to my je przecież sobie stwarzamy. Nie wzdycha ochem i achem, nie koloryzuje. Obok rodziny kocha wspomnienia, podróże i polską wieś.

Poezja to archipelag, który zdobyła. Teatr tylko ten poprzedni, a kino w domowym zaciszu i bamboszach.

Czego jeszcze nie wiecie o Małgosi Kalicińskiej? Przeczytajcie!

Teraz trochę ode mnie:

Dziękuję Pani Małgosiu za niebanalność, niekonwencjonalność, za tę Pani wyspę, na którą pozwoliła mi Pani wejść, gdy dryfując pytałam o różności. Dziękuję, że otworzyła Pani drzwi kobiecej odwadze i nie krępuje się mówić o tym, co boli, cieszy i rozwściecza, czasami prowokuje. Dziękuję za nie sztampę!

 

Nie spodziewałam się, że jest Pani tak sympatyczną, ciepłą i optymistyczną kobietą.

 

Pani Małgosiu, na jakim etapie Pani życia zaczynamy naszą wspólną rozmowę?

Mojego? Bo swego to Pani jest świadoma. Hmmmm. Od kilku lat jestem Wiedźmą.

No bo to jest tak, że mała kobietka mająca mądre babcie, mamę i ciotki jest rodzajem elfa, potem wyrasta na Wróżkę, robi się z niej Mała Czarowniczka (od oczarowywania i czarowania), jest też okres bez takich tam – zwykła kobieta (jak mówi Kasi Skrzynecka – „dodatek do cyca” czyli gniazdo – dom, meble, dzieci, wakacje, etc.) Aż wreszcie zaczyna WIEDZIEĆ i jest Wiedźmą! Tak sobie myślę, że to ten etap.
Dużo już wiem, złapałam dystans, stać mnie na stoicyzm, choć bywam wojownicza. Jeszcze.

No i normalnie – dom, obiady, mama, babcia, kobieta kochająca i kochana (!)

 

Jestem, chyba jak większość kobiet, wielką fanką sagi o „Rozlewisku”. Za co kobiety tak kochają tę powieść?

Jedne kochają, inne prychają, jak to w życiu.
Za co lubią? Może je zapytać? Mogę tylko przypuszczać, że ponieważ jest napisana z jednej strony staroświecką zwykła narracją a z drugiej prostym kolokwializującym miejscami językiem, jest… przystępna.
Może jest jak ogórkowa z koperkiem? Nasza, swoja. I o nas – czyli o świecie, który jest wkoło nas.

 

Ile jest w Małgosi, bohaterce „Rozlewiska” z Małgorzaty – autorki?

Nie jest to moja biografia, moje dzieje, ale dużo tu mojej radości życia (nawet w problemach), optymizmu, dobra. Bo ja taka jestem. Zarzuca mi się, że wszystko takie słodkie… Tak? Rozstanie Gosi z mężem, skądinąd porządnym – a to zawsze bardzo kobiecie utrudnia, Janusz alkoholik – ha, tym to trudniejsze, że Janusz jest uroczym alkoholikiem, nie zasikanym lujem z ulicy, a właśnie uroczym i fajnym facetem, jak takiemu w twarz walnąć: Ty pijaku, Ty? Sprawa Karolinki, zbyt oględnie pokazana? Samosąd Anny – za delikatnie? No i problem Gosi z mamą – ona tam jedzie pojednać się, jest na okropnym wirażu, szuka wsparcia i rozwiązania zagadki, a nie zlinczować matkę. Niestety wielu czytelników (czytelniczek) oczekuje spektakularnej awantury – ale to się rzadko zdarza. Naprawdę życie wielu rodzin nie jest aż tak dramatyczne, jak w paradokumentalnych serialikach z telewizji, w których ludzie na siebie wrzeszczą i wyzywają.

Ja widzę życie inne – lepsze. Bo takie mnie otacza.

Nie mam na nazwisko Dostojewska!

Na swoim facebookowym profilu napisała Pani, że jest Pani kobietą piszącą, nie zawsze jednak tak było. Jakie zatem były tego początki?

O, pracowałam w różnych zawodach, najpierw jako nauczycielka, potem reserchearka, nadto od pucybuta do prezesa w naszej rodzinnej Agencji Reklamowej, a najciekawiej było na Mazurach – hodowczyni, rolniczka, ogrodniczka, inwestorka zarządzająca naprawdę budową i ludźmi, hotelarka… To czas, kiedy się wielu rzeczy nauczyłam!

Aż napisałam sobie książkę i ona wywróciła moje życie do góry nogami – tak się mówi, ale tak naprawdę tylko trochę wywróciła, na dobre mi wyszło.


Co mi się najbardziej jednak spodobało, to określenie – Kobiety Domowej. Chciałabym zapytać o Pani widzenie współczesnych Kobiet Domowych. Czym różnią się od tych z minionej epoki?

Myślę, że niczym szczególnym. Może roszczeniami i tym, że współczesne mają do dyspozycji milion różnych gadżetów, które miały im zwrócić niby tracony czas - więc pralko-suszarki, pampersy, zupy w słoikach, miksery, zmywarki i nawet łóżeczka dziecięce kołyszące się… na pilota. I matki nadal narzekają na brak czasu! A do tego ktoś im wmówił ustawiczny lęk, że po dziecku to się życie skończy.

Od milionów lat rodzimy dzieci, dbamy o dom i to jest naprawdę dobre dla nas jako ludzi, bo rodzina jest znakomitym miejscem do spędzania życia.

Dzisiaj mamy także świadomych już i pomocnych partnerów (kto nie ma, kto wyszedł za mąż za sybarytę i lenia, ten ma „w plecy!”).

W mojej rodzinie panowie od dawna byli pomocni, uczestniczący w pracach domowych i wychowaniu dzieci. Pamiętam teścia pastującego parkiet w domu i potem polerującego ów parkiet – sunącego jak po lodzie na specjalnych suknach po owej podłodze. Robił z synami zakupy, wypady do magla, trzepał dywany i mył okna. Mój mąż był tego nauczony od dziecka!

Mój tatko, mający tylko prawą rękę od przejścia na rentę był Mężczyzną Domowym. Odkurzałam ja! I ja byłam jego podkuchenną. Mama pracowała i robiła magisterium, ale i ona miała swoją działkę w domu – pranie, porządki i ogólne delegowanie zadań.

Moje obecne Siwe Szczęście jest dokładnie tego nauczony przez swoją mamę. Umie i robi wszystko. Od zmywania, zakupy, gotowanie, po piękne przyszywanie guzika „na nóżce”, albo „stopce”, nadto jako inżynier zna się na wszystkich pracach i problemach technicznych.
Taka sytuacja! 

Kocha pani wieś. Dlaczego wieś, nie miasto? Czym zachwyciła Panią wieś. Wiadomo, że jest ona już inna, niż „tamta”.

Od wczesnych lat dziecinnych wakacje spędzałam na wsi. Po tych latach, gdy również pomagałam w obejściu lubię mówić (wiem to z lekka niegramatyczne ale fajne): ja UMIEM wieś. Znakomicie tu się czuje się życie – pory dnia, roku. Tu widać ptaki i leśne zwierzaki, czuć zapachy od rozmarzającej ziemi, zapachy pół i łąk, po obornik na polach. Tu się żyje bez zegarka, bo po co on? Są pory, a nie godziny – pora śniadania, pora pracy, pora obiadu…

Nie interesuje mnie, czy to jest ósma czy szesnasta – ja to WIEM – bo widzę słońce, i czuję zegar wewnętrzny.

Miasto poznałam i owszem czasem miło wpaść, ale jak tylko wchodzę do wielkiej galerii czy stoję w korkach wiem, czemu mnie ciągnie do domu.

Napisała Pani, że Pani pasją jest życie. A za czym ciągnie Panią nostalgia?

Za podróżami i za wspomnieniami. Oczywiście, że wspomnienia nie wrócą mnie w tamten czas, ale są i ja je lubię. A podróże? Ciągnie mnie w nieznane, ale i chciałabym (nostalgicznie) pojechać w miejsca, w których zostawiłam serce albo ciekawość – np. jeszcze raz do Korei Południowej. Ale też do córki do Australii, gdzie nas jeszcze nie było! No i przyjemnie byłoby mieć moc kasy na długą podróż do Nowej Zelandii, na Wyspy Owcze, na północ Norwegii (planujemy to od lat z synową) pooglądać zorzę polarną.

Sentymenty można mieć do wielu wydarzeń, czy rzeczy. Jak z sentymentami jest u Pani?

O, ja jestem sentymentalna ale w rozsądku! To znaczy ja wiem że to, co przeszło, to „se ne wrati”. Wspomnienia to wspomnienia – zapakowane w pachnące serwetki leżą w szufladzie na dnie pamięci. Są też paskudne, a jakże! Te są zamknięte w szczelnym pudełku z napisem BYŁO. To też jest jakieś bogactwo, nauka - co w życiu zrobiłam źle.

No i oczywiście coraz częściej mi się zdarza wspominać i mówić do Siwego „a pamiętasz”? I On pamięta!

Lubimy stare fotografie, stare filmy i starą muzykę bo się starzejemy.

Na szczęście lubimy też nowe fotografie (Siwy jest mistrzem!), niektóre nowe filmy (np. Władcę Pierścieni Tolkiena - Jacksona, udoskonalone Wojny Gwiezdne i inne. Też muzykę choć ta współczesna to – jest chyba nie dla nas.

Standardowe pytania, jakie zadaję swoim rozmówcom dotyczą kina, teatru i poezji.

Zacznę od poezji. Liczy Pani chmury na niebie, spogląda się za siebie, czy goni za marzeniami? Jak Pani odbiera poezję? Jest jej zwolenniczką, wielką fanką, czy jednak to niezrozumiała niwa, której już nigdy Pani nie odkryje?

Jeśli już to ja ugrzęzłam w poezji zrozumiałej, „analogowej”. Staff, Gałczyński, Poświatowska, Szymborska, Hartwig. Ale najbardziej to ja lubię poezję w obrazie np. zachodzącego słońca, czy „brylantów” rosy na pajęczynach o zmierzchu. Ale nie umiem czytać poezji współczesnej, w której właściwie nie znajduję ani impresji ani treści.

No, taka już jestem.

Teatr przez duże T, czy raczej przez małe t?

Przez małe i też normalny – aktor, tekst, scena, może też kostiumy gdy trzeba, dekoracje. Dzisiaj ten nadęty do wielkości teatr jest już taki transgresyjny, że przestał być (dla mnie) interesujący, a stał się niezrozumiały. Za dużo wydziwiania na siłę, szukania granic do przekraczania i efekt jest taki, że zamiast sztuki mamy na scenie żałosne wysiłki, żeby zelektryzować widza. Za wszelką cenę! Będę obrazoburcza dla tej nowej mody, ale mi to przypomina niekochane dzieci, które publicznie zdejmują majtki, żeby za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę.

Więc klasyka, która się nie nudzi, a już pozwoli Wielki Pan Reżyser, że sama sobie znajdę odnośniki (jeśli są) do współczesności i sama stwierdzę, czy sztuka ma charakter uniwersalny. Nie musi aktor biegać z genitaliami na wierzchu, kląć jak pijany chłystek, czy kopulować ze scenografią. To na mnie nie robi wrażenia po za tym, że widzę w tym rodzaj reżyserskiej desperacji. Za takie opinie już mi się dostało… Ale tkwię przy swoim.

Natomiast nowatorskie przedstawienia Trelińskiego i Kudlicki w Teatrze Wielkim – ich balety i opery z fascynującą scenografią, miksem baletu klasycznego i nowego – to są arcydzieła. Tu robię „ach!” i klaszczę.

No i kino. Rodzime, zagraniczne? Ma Pani na kino czas, czy woli jednak poświęcić go na czytanie, może pisanie?

Nie jestem szalejącą kinomanką. Dzisiejsze kino (proszę wybaczyć kolokwializm) walące popcornem i dziwnymi perfumami z klimatyzacji, półgodzinne bloki reklamowe, naród siorbiący hektolitry płynu i fakt, że daleko mamy do kina – nie sprawia żadnej frajdy. Dlatego czekamy grzecznie na to aż film wyjdzie na nośniku i robimy sobie kino w domu. Bez popcornu! I bez reklam!
A jakie? Każdy film, byle dobry – czyli zarówno starocie (Seksmisja, Wojna Domowa, Gwiezdne Wojny), jak i nówki które selekcjonujemy. Ja nie oglądam sensacji - chyba, że to Indiana Jones ;-) - wolę obyczaje, a mąż jednak lubi kino akcji i… fantazy, czyli Hobbita oglądamy razem! No i Shreka i Harry Pottera! To oczywiste – mamy w sobie dzieci, które kochają bajki.

No właśnie. Po jaki rodzaj literatury Pani sięga? Wysublimowaną, klasyczną, może po górnolotną?

Wstyd mi, wyznam – straciłam zainteresowanie powieściami… Na rzecz faktu. Ale jak jest połączenie, jak to zrobiła Ewa Stachniak w „Katarzynie Wielkiej – gra o władzę” – to chętnie!
Dzisiaj sięgam po relacje, reportaże, wywiady, biografie.

Przede mną leży „Kobieta metamuzyczna” Artura Cieślara (wywiady z paniami muzykującymi), a za mną „Sońka” Karpowicza – no niby powieść, ale jednak inna niż wszystkie. Tak czuła i ciekawie pisana.

Pani Małgosiu. Spotykała i spotyka Pani na swojej drodze wielu ludzi. Kto utkwił Pani najbardziej w pamięci, a kogo chciałaby Pani z niej wyprzeć?

O, w sercu mam moją rodzinę. Tatę, mamę, moja kochaną teściową i teścia, którzy byli moimi drugimi rodzicami. Czułam zawsze ich miłość i wsparcie. Ale też stryjenkę Zośkę, stryja Cześka, babcię Helę… Rodzina, rodzina, rodzina ach rodzina! Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej ni ma samotnyś jak pies! – jak śpiewał Jeremi Przybora z Jerzym Wasowskim. O, ich też mi brak! Kto utkwił jeszcze? Pani profesor Małgorzata Komorowska, która uczyła mnie muzyki w podstawówce, profesor Roma Stawińska ucząca polskiego w liceum. Ciocia Basia – pierwowzór Basi z Rozlewiska…

A wymazać? Nie wiem – wymazałam!

Czy jest jakaś w Pani zamyśle historia, zupełnie niekonwencjonalna, którą na przekór sobie chciałaby Pani napisać?

Mój syn mnie dopinguje żebym napisała bajkę dla moich wnuczek, ale ja zupełnie nie umiem!

Chciałabym, żeby odpowiedziała mi Pani na bardzo nietypowe pytanie. Ile sił ma w sobie kobieta, która znajdzie się w sytuacji bez wyjścia. Kiedy stanie na środku beznadziei, otoczona wysokim murem nie do przebicia. Jak to jest, że my kobiety, z każdej trudnej sytuacji umiemy wyjść z podniesioną głową?

Nie każda. To stereotyp. Mężczyźni też bywają nieziemsko silni, wystarczy poczytać wspomnienia jeńców z łagrów i obozów. Są ojcowie samotnie wychowujący dzieci. Poznałam kilku chłopaków, np. bez rąk, którzy sobie świetnie radzą w życiu. Kobiety też. Czyli to nie sprawa płci.
Myślę, wiem, że są silne osoby, które potrafią góry przenosić, znieść rzeczy straszne i trudne. Bywa, że sił dodaje macierzyństwo, czasem miłość, a też zwykła wola walki aż do końca.
Nie każdy tak potrafi. Nie każdy chce. Moja Majeczka (pierwowzór bohaterki „Lilki”) nie chciała już walczyć i dzisiaj jest Aniołem.

A jak jest z miłością? Czy istnieje ta naprawdę najprawdziwsza, jedyna i niepowtarzalna na świecie? Czytałam ostatnio na Pani blogu, bardzo osobisty Pani protest. Czy to nie jest czasami też tak, że miłość wchodzi w pewne ramy, które nam wpojono z pokolenia na pokolenie?

Była taka piosenka: „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza….”. Oczywiście kiedyś te , jak to Pani określa, „ramy” – tworzono i tłumaczono pannie, chłopcu jak i dlaczego powinien się zakochać, choć miłość była sprawą trzeciorzędną. Niemniej Abelard i Heloiza, Romeo i Julia, Anna Karenina i Wroński i tysiące innych bohaterów literackich, a też z życia codziennego (a skąd niby pisarz czerpie?) wskazują na indywidualizm miłości.

Mój Tata był wielką miłością Mamy i po Jego śmierci Mama już nigdy nawet nie rzuciła okiem na żadnego faceta. Jej znajoma podobnie kochająca i kochana zarzekała się i… na cmentarzu poznała pana. I BUCH! Ponowna wielka miłość. Nie ma ram, klasyfikacji, definicji i granic.
Jest miłość tym piękniejsza, im piękniej ludzie umieją ją przeżywać, im bardziej zdają sobie sprawę z tego daru, im ładniej ją sobie okazują. Ogromnie ważny jest stary i ciut niemodny dzisiaj… szacunek. Okazywanie go. Dorosłam do tego, bo w młodości jakoś się o tym nie myśli. Tak… szacunek i miłość, czułość, to wspaniałe skarby.

Jaką była Pani mamą, kiedy dzieci były małe, a jaką jest Pani babcią?

Ja byłam mamą wesołą ale i odpowiedzialną. U nas w domu pobrzmiewał śmiech i do dzisiaj wszyscy jesteśmy raczej weseli, dowcipni. A odpowiedzialność? Pamiętam wczasy nad morzem, które właściwie przestałam na plaży. Nie byłam w stanie wydać dzieciom polecenia, że mają siedzieć o, tu, i nigdzie się nie ruszać! Potrzebna im była woda z morza, muszelki, więc biegały od zamku z piasku do morza i tak w kółko! Stałam więc i starałam się nie zgubi

ich z oczu, a plaża w Międzyzdrojach robiła się rojna… I tak stałam całymi dniami.

Pozwalałam im gotować w kuchni ze sobą, siekać warzywa z rosołu do sałatki, robić zacierki. To kapitalne ćwiczenie dla paluszków i doskonała zabawa. No i frajda! Tata jadł zupę, którą ONI zrobili! Trochę bywałam ostra początkowo, żeby wyrobić odruchy, wytrenować kindersztubę – proszę, dziękuję, przepraszam, nie siorbiemy, nie mlaskamy przy stole i siedzimy ładnie, a nie byle jak. Dla mnie kuriozalne jest to, że w wielu domach dzieci jedzą gdzie chcą (przy komputerze, na biurku, na kanapie przed telewizorem), często bez rodziców, byle jak. A wspólny posiłek, rozmowa?

Jaką jestem babcią?

Widocznie fajna i wesołą, bo Matysia zawsze, gdy przyjeżdża, biegnie i rzuca mi się w objęcia z widoczną radością, a jak podbiega do (trzeciego!) dziadka (mojego Siwego) i szepcze „kocham cię, dziadku”, gdy siedzi u niego na kolanach i naprawdę słucha, gdy On jej pokazuje w komputerze swoje zdjęcia ptaków i motyli – jejku! Jakie to fajne!

Myślę, że tak faktycznie jest, że podstawową linię wychowawczą wyznaczają rodzice, czyli jak powiedział mój syn

– Rodzice są od kochania i wychowywania a dziadkowie… to już tylko od kochania! Dziadkowie powinni bardzo kochać, a jeśli wychowują, to dyskretnie, trzymając linię rodziców.

Marzenia Małgorzaty Kalicińskiej?

Najzwyklejsze – o zdrowiu. Im jestem starsza im więcej ludzi w koło choruje przewlekle, ciężko, tym częściej widzę zdrowie jak Wielki Dar. Chciałabym żyć z moim Siwym zdrowo i pięknie tak długo, jak będziemy w stanie sami o siebie nawzajem zadbać. Podać sobie przysłowiową szklankę z zębami czy poduszkę. Na szczęście jesteśmy zdrowi. Dbamy o to badając się regularnie. Nie palimy fajek, popijamy wino i nalewki dla zdrowotności. Jemy w większości domowe wytwory i przetwory, sporo pracujemy na świeżym powietrzu. Chciałbym żebyśmy tak sobie trwali jako rodzina – kochająca, bliska sobie, wspierająca. Jesteśmy po rozwodach ,tworzymy rodzaj rodziny patchworkowej, bo to się stało gdy dzieci były już dorosłe. Polubiły się wzajemnie i spotykamy się bezproblemowo. Mój pierwszy mąż też jest kawałkiem tego patchworka. Tak jest dobrze, bezwojennie, serdecznie. Spokojnie.

I… podróże. Jeszcze, póki czas, chcielibyśmy pojeździć, pooglądać świat. Jest taki ciekawy!

Jakie są Pani dalsze plany związane z twórczością?

Teraz pisze z córką taką książkę składającą się z naszych listów.

Chciałabym też dokończyć i wydać nasza wspólną z Siwym rzecz o naszym widzeniu Korei Południowej. Dalej? Nie wiem.

A teraz proszę, by powiedziała Pani coś od siebie:

Życie jest zbyt piękne i kruche, żeby je trwonić na złość, awantury i fochy.
Zawsze też wolę pół szklanki pełnej, niż utyskiwanie na pół pustej  Amen!

O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi