Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
poniedziałek, 26 maja 2014

 

„Świat jest niezwykły i w takich kategoriach powinno się go traktować, a nie na zasadzie wzruszenia ramion” - Joanna Sykat.

 


Jej powieści rozchodzą się jak świeże bułeczki. Nic dziwnego, że wydawnictwa muszą dokonywać dodruków, wszak to historie prosto z serca płynące. Opowieści o kobietach, dla kobiet i nie tylko. Sprawiają, ze krew buzuje dwa razy szybciej, a myśli schodzą na ścieżki własnych marzeń, przemyśleń, czy chociażby pragnień. O sobie mówi niechętnie, poza tym, że jest matką ponad wszystko. I to spojrzenie na świat jest o tyle piękne, bo pozwala utożsamić się z milionami zwykłych kobiet – matek i zajrzeć w samą siebie, stoczyć bój o chwilę dla siebie i nie dać się najzwyczajniej zwariować. Mieszka w Krakowie, ale skrycie marzy o swoim domku. I błogim lenistwie na zielonym łonie natury. Magię, podobnie jak macierzyństwo, nazywa cudem. Jej bohaterowie, to ludzie z krwi i kości, nie fantomy literackie, bo, jak przyznaje, to kwintesencja dobrej powieści. Do teatru jeszcze nie dojrzała, a na kino zwyczajnie nie ma czasu.

 O tym, co kocha, co cieszy, co uwielbia. O świecie, życiu, zeszycie pełnym wierszy i cofaniu w czasie, opowiada Joanna Zakrzewska – Sykat.

 

I teraz coś ode mnie.

Dziękuję Joasiu, że poświęciłaś swój cenny czas dla  mnie, dla czytelników mojego bloga. Za wspaniałe kobiety, które umieściłaś w swoich książkach. Masz ten niesamowity dar, że potrafisz niekiedy napisać tak piękne zdania, które są tą dziesiątką na tarczy życia, czy kalejdoskopu wydarzeń. Czekam na Twoje „Macierzynki” oraz „Biedronki są ważne”. Z chęcią je przeczytam i napiszę o nich kilka słów.

Życzę Ci spełnienia wszystkich tych najskrytszych marzeń, wydawania co roku świetnych książek, by wydawcy bili się o to, by Twoje pozycje widniały u nich w katalogach i musieli z radością dokonywać dodruków.

Dziękuję:)

Joasiu, często podkreślasz, że obecnie oprócz pisania zajmujesz się inną „dyscypliną” - zapasami z macierzyństwem. Moje pierwsze pytanie będzie właśnie dotyczyło zapasów. Jak to jest? Co je łączy, a co dzieli?

Macierzyństwo to niemal dyscyplina sportu. Trenuje się ją codziennie, często morderczo. To zapasy z dzieckiem, z jego kaprysami, płaczem, niegrzecznym zachowaniem, ale może bardziej zapasy z sobą, żeby wstać w nocy, dać mleko, wodę, pokonać senność, swoją słabość. To zapasy z „być” matki jako odrębnego człowieka, który chce mieć czas dla siebie, a wciąż musi tę potrzebę konfrontować z własnym dzieckiem, z jego potrzebami i wymogami.

Jaką jesteś matką? Co chciałabyś synkowi pokazać, czego nauczyć, przed czym ochronić. Umiesz powiedzieć – nie, czy jednak pozwalasz mu na wszystko?

Chciałabym nauczyć syna, jak być szczęśliwym. Chciałabym, żeby zrozumiał, że trzeba iść własną drogą, czyli żyć prawdziwie. Ważne jest, aby dać dziecku oparcie, mocne rodzinne korzenie, ale potem pozwolić na samodzielność i jeszcze do niej dopingować.

Ochronić chciałabym przed wszystkim. Nawet przed chłopcem, który spycha go z drabinek. Ale tak się nie da. Dlatego próbuję go też syna uczyć, kiedy i jak się mądrze bronić.  

Umiem powiedzieć „nie”. Kosztuje mnie to wiele, ale zaciskam żeby i myślę, że to da lepsze rezultaty niż zadowolona, chwilowo, buzia dziecka.  

Jak obserwujesz inne matki, co w Tobie budzi zachwyt, a co niesmak?

Cierpliwość podziwiam, cierpliwość. I jeszcze pełne poświęcenie, rezygnację z siebie. I to, że niektóre kobiety to po prostu fajne matki. Nie lubię z kolei obserwować, jak matki wyręczają dzieci we wszystkim albo podcinają im skrzydła. Maluch chce na przykład wejść na drzewo i, zamiast wskazówek, jak to zrobić, słyszy: “ Spadniesz. Zejdź. Nie umiesz. Jesteś za mały”. Ja na szczęście mam mądre dziecko i jeśli zapędzę się w pomocy, młody mówi, niemal krzyczy: Sam! Ja mam już cztery lata! Chcę sam!”.

A jaką dziewczynką była mała Joasia? Chodziłaś po drzewach, czy bawiłaś się lalkami?

Zdecydowanie – drzewa. Łaziłam po nich jak małpa. Potrafiłam wynaleźć sobie wygodny splot gałęzi i siedzieć tak godzinami. Gałęzie lekko się kołysały od wiatru, drzewo pachniało, bzyczało. Lalki to tak średnio. Raczej samochody pilotowane przez przytroczony do kierownicy sznur i wszelkiej maści broń palnaJ  

Mieszkasz w Krakowie, tęsknisz za łonem natury. Czy istnieją chwile tego kompletnego nicnierobienia? Jak odpoczywasz?

Niestety, obecnie nie ma chwil beztroskiego nicnierobienia. Gdy się takowe pojawiają, odczuwam wyrzut sumienia, że nie piszę, nie sprzątam, nie czytam. I to psuje radość lenistwa. Myślę, że to znak czasów. Żyjemy intensywnie, dorabiamy nieraz na kilku etatach, nie m kiedy pocelebrować siebie. Błogie lenistwo było przywilejem bardzo młodych lat. Teraz jest zderzenie z obowiązkami i zaległościami, które narastają jak gazety w kącie. Ale jeśli się zdarzy możliwość wypoczynku – zawsze zielone i bezludne.

W jednym z wywiadów przyznałaś, że walczysz o prawdziwość w swoich książkach. O to, by pokazać prawdziwych ludzi z krwi i kości, a nie fantomy literackie. Powiedz proszę, czy jest jakaś postać – osoba, którą chciałabyś umieścić w swojej przyszłej powieści, która byłaby odbiciem osoby z Twojej wyobraźni, skrytych marzeń, zaprzeczająca całemu ładowi, porządkowi.

Na razie nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Żeby stworzyć postać, muszę się o nią zaczepić w realu. Czasem będzie to wygląd, czasem pierwsze wrażenie, jakie czyni, czasem zasłyszana historia lub nawet gest. Nie sięgam do wyobraźni albo robię to rzadko. Jestem wzrokowcem; istotne rzeczy zalegają w mojej głowie, aż w końcu najbardziej niecodziennie ułożą się w świetny patchwork.

Mówiłaś też, że zdarza Ci się pisać o różnych porach dnia i nocy, w przeróżnych miejscach i wychodzą z tego złapane w kadr papieru migawki z życia. Jak to jest, Joasiu z tymi migawkami rzeczywistości? Gdybyś mogła uciekłabyś jak najdalej, czy jednak została?

 Migawki życia stanowią o jego smaku. Mogę więcej powiedzieć o momentach, niezwykłych obrazach, które zostały mi w pamięci i najdrobniejszym szczególe niż zwykłym, codziennym życiu. Zapamiętam ptaka, który się potknął. Miłość i uwagę, jaką okaże siwowłosy człowiek mniej sprawnej żonie. To są cudowne aspekty życia, to trzeba zawarować w głowie, a nie uciekać. Choć zdarzają się i takie, które staram się z całą mocą zapomnieć.

We „Wszystko dla Ciebie” pozwoliłaś sobie na pewną dozę magii. Chodzi mi o ducha wujka

Lozika. Jesteś sceptykiem, czy raczej wierzysz, że istnieje, oprócz naszej, również płaszczyzna równoległa - nienamacalna?

 Oczywiście, że istnieje. I nie twierdziłabym tak, gdybym nie doświadczyła niezwykłych zdarzeń czy snów. Zwłaszcza te ostatnie to kopalnia wiedzy, wskazówki dotyczące nas samych i naszej przyszłości.

A tak w ogóle czym dla Ciebie jest magia?

 Nie lubię tego słowa. Wolę: “cud”. I dla mnie cudem jest wszystko, począwszy od tego, że oddycham, przez zmieniające się pory roku, po widok śpiącego syna. Świat jest niezwykły i w takich kategoriach powinno się go traktować, a nie na zasadzie wzruszenia ramion.  

I standardowe pytania, które zadaję każdemu mojemu rozmówcy. Ciekawi mnie Twój punkt widzenia na teatr, poezję. Zacznijmy od teatru. Czym on jest dla Ciebie?

 Do teatru to ja jeszcze nie dojrzałam. Sztuki komediowe, lekkie to dla mnie co innego niż teatr. Czekam cierpliwie, kiedy nastąpi przebudzenie i potrzeba takiej sztuki .

Jakie jest Twoje spojrzenie na poezję? Przeważnie wszyscy, którzy zaczynali swoje przygody z pisaniem, zaczynali od wierszy. Wiem, że jesteś laureatką konkursów literackich. Czy i Ty miałaś jakąś swoją przygodę z poezją?

 Przygodę tak – w momencie dość intensywnego zakochania zapełniłam notes wierszami. Jednak to nie moja działka. Nie potrafię, nie umiem dać rzeczy odpowiedniego słowa w wierszu. Twórczość na serio to dla mnie tylko proza.

A film. Jesteś kinomanką, czy przeżywasz tylko jednorazowe przygody z filmem?

 Nie mam czasu na kinomanię. Filmy oglądam z doskoku, żeby na chwilę przestać myśleć i czasem się zrelaksować, ale częściej przeżyć film. Obraz ma w sobie siłę, twierdzę że większą niż słowo pisane. Zapada mi w pamięć, duszę, ale tylko ten dobry.

Co czytujesz?

 Pytanie powinno brzmieć, czy czytamJ. Pisanie odebrało mi sporą część czasu na lekturę, ale nie żałuję, bo przecież wnoszę jakiś wkład w literaturę. Żeby ktoś mógł poczytać. Teraz, gdy mam chwilę, raczej wybiorę klawiaturę niż ucztę literacką. Ja się naczytałam od dzieciństwa do trzydziestki. Ale dobrą lekturą nie pogardzę. Zawsze znajdę na nią czas I wtedy wszystko inne musi poczekać.

Gdybyś mogła, cofnęłabyś czas? Jeśli tak, to do jakiego momentu, do jakich wydarzeń?

 Gdybym mogła cofnąć i zostawić sobie na karku głowę, którą noszę obecnie, jasne, że tak. Natomiast wracać w infantylny świat sprzed doświadczeń życiowych i wniosków, które z nich wyprowadziłam? Nie ma mowy. Na pewno teraz nie rzuciłabym studiów. Przegrzebała angielski wzdłuż i wszerz. 

Do tworzenia potrzebujesz kompletnej ciszy, czy jednak pozwalasz sobie na brzęczenie czegoś przy uchu?

 To zależy. Często potrafię się tak wyłączyć, że stworzę coś interesującego w tramwaju, a czasem i komfort ciszy nie pomaga wenie. Najlepiej nie planować pisania. 

I oczywiście stały punkt moich rozmów. Odpowiedz w kilku słowach:

Miłość dla mnie to ciągła walka z egoizmem. Zrobienie czegoś dla kogoś, choć czasem mi się nie chce.

Nigdy nie wyjdę z domu bez zegarka i szczotki do włosów.

Szczęście to  luksus odwagi w znalezieniu swego miejsca na ziemi. Wytyczenie swojej ścieżki życiowej i umiejętność niezbaczania z niej.

Uwielbiam wodę, widok gór, ciszę w sobie, o którą niełatwo.

Marzę, by  być pewną, że ścieżka, którą idę, jest tą właściwą.

Denerwuje mnie pośpiech codzienności.

Spaceruję tam, gdzie nie ma ludzi.

W deszczowe dni zawijam się w koc, piję herbatę z imbirem. Wtedy najlepiej się pisze.

A teraz Joasiu proszę, byś napisała coś od siebie:

Dużo by tego mogło być. Ale chyba najważniejsze: żyjcie tu i teraz, wybaczcie sobie i przeszłości, nie myślcie o jutrze, bo ucieknie to, co najistotniejsze. Czas, który możemy kształtować tylko tu i teraz. Słuchajcie siebie i serca. Ot, kazanie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

20:01, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Specjalne pozdrowienia dla polskich czytelników od Katherine Webb!

Katherine Webb, brytyjska pisarka, spod pióra której wyszła bardzo dobrze przyjęta w Polsce powieść „Dziedzictwo”, uwielbia, gdy jej książki ukazują się w przekładach.



Nie inaczej było z polskim wydaniem powieści „Echa pamięci”!



Autorka z okazji niedawnej polskiej premiery nagrała specjalnie dla polskich czytelników krótki filmik z pozdrowieniami i bardzo zachęcającym do lektury streszczeniem swojej książki! Zobaczcie sami:

http://youtu.be/Km-wcnbhRE4

Więcej o powieści „Echa pamięci” (opis, obszerny fragment, słowo od autorki i intrygujący wywiad) znajdziecie na dedykowanej tej książce stronie: www.insignis.pl/echapamieci



 

 

 

niedziela, 25 maja 2014

 

 

 

Na imię mam Agnieszka.

Książki to moja pasja. Czytuję prawie wszystkie gatunki, darząc wielką miłością również poezję, teatr, dobre kino i słuchowiska radiowe. Swoje myśli spisuję w opowiadaniach i wierszach (nade wszystko!). Fotografuję i obserwuję, słucham i nadsłuchuję. 

Z przyjemnością nawiążę współpracę z Wydawcami, pisarzami, autorami oraz witrynami internetowymi, zainteresowanymi współpracą ze mną. Zajmuję się recenzowaniem książek, patronatami medialnymi, organizowaniem konkursów literackich, przeprowadzaniem wywiadów z autorami, itp. Moje rekomendacje i patronaty medialne znajdą Państwo na okładkach wielu książek.  

Piszę różnotematyczne artykuły do witryn internetowych, czasopism kulturalno - literackich (w formie papierowej). Jestem laureatką kilku konkursów poetyckich o szczeblu ogólnopolskim. 

 


Jestem otwarta na wszelkie inne propozycje współpracy z Państwa strony i chętnie przedstawię wszelkie szczegóły!


Mój adres mailowy:

stokrotka954@wp.pl

 

20:25, toksiazki12 , Inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 maja 2014

Żądło na tropie Armagedonu. Czyli śmierć kontra miłość.

Skoro Kod Davinci miał swój czas, to my mamy swojego Żądło i Sąd Ostateczny!

Z twórczością Anny Klejzerowicz nie miałam okazji się wcześniej zapoznać. Tym chętniej zamówiłam sobie „Sąd Ostateczny”, którego Wydawnictwo Replika niedawno dokonywało dodruku. Pozycja ta zaciekawiła mnie przede wszystkim ciekawą okładką, z fragmentem obrazu Memlinga, tuż nad szkicem starówki Gdańska. I to kolejna książka, która jest dowodem rzeczowym, iż Replika kusi okładką. Co do samej treści, nie żałuję swojego wyboru, bo to świetny kryminał na miarę zekranizowania.

 

Autorka okazała się znakomitą znawczynią historii obrazu – jego pochodzenia, przemieszczania się w terenie, oraz sposobu konserwacji, czy chociażby przechowywania na muzealnych ścianach. To jest o tyle ważne, bo stanowi meritum dojścia do mordercy.

 

Bohater Emil Żądło odszedł z policji, by zostać dziennikarzem śledczym, zaspokajając w ten sposób pragnienie rozwikłania wszelkich spraw do samego końca. Stwierdził, iż praca w policji znacznie to ogranicza, a zaufanie mimowolnych świadków łatwiej zdobyć, jako detektyw, czy dziennikarz śledczy. Bez wyrzutów sumienia odchodzi z pracy, którą na swój sposób lubił, by móc zagadki rozwiązywać na własną rękę. Ale......odchodząc od jednych drzwi, przy swoich zastaje głęboki kryzys moralny. Była żona domaga się zaległych alimentów, a Emil dręczony dziwnymi wyrzutami sumienia, na siłę szuka jakiegokolwiek zajęcia. Przypadkiem, spotyka dawną znajomą Dorotę wraz z jej chłopakiem. Okazuje się, że para prowadzi niewielką gazetkę i proponują mu posadę. I jak to w takich momentach powinno być.....nigdy sielsko nie jest.

 

Gdańsk, czasy współczesne. W dziwnych okolicznościach giną ludzie, których ciała po śmierci zostają ułożone w charakterystyczne pozy. Jak się okaże - pozy sylwetek z „Sądu Ostatecznego” Memlinga. To nie tyle dziwne, co chore i niesmaczne.

Żądło siłą sytuacji zostaje niejako wmieszany w śledztwo, bo jednymi z wielu ofiarami, są właśnie Dorota i jej chłopak. I mimo tak przewrotnej rzeczywistości, Żądło przyrzeka matce dziewczyny dopaść mordercę.

 

Zebra, to komisarz policji, znajomy Żądła jeszcze z czasów jego pracy na komisariacie. Wszelakie informacje, a nawet dostęp do akt, Emil pozyskuje właśnie od Zebry. W międzyczasie Żądło poznaje konserwatorkę obrazu Martę. Obudzą się w nim męskie instynkty, dawne uczucia, o których zapomniał, albo i chciał zapomnieć. Marta odmieni Emila – jego zachowanie, sposób bycia, można pokusić się o stwierdzenie, że wyprowadzi go na dobrą drogę.

 

W tym momencie zmieni się także życie Żądła. Morderca będzie chciał do niego dojść przez jego syna. Zacznie się prawdziwa walka z czasem. Niebezpieczeństwo grozi już nie tylko jemu samemu, ale byłej żonie i synkowi, a nawet Marcie. I to nie spodoba się Żądle. Wkraczając na jego teren, gotów będzie do naprawdę wielkich poświęceń.

 

Czego możecie się spodziewać? Znakomitych wątków, które zmieniać się będą, jak w kalejdoskopie. Łzy, uśmiechy, ale też i granie na nosie. Kim okaże się morderca?

Genialne są przeplatanki scen, w których akcja toczy bohaterów, a za chwilę dowiadujemy się co robi morderca.

 

Śmierć w tej książce jest niespodziewana, brutalna i budząca niesmak. Życie niewinnym, przypadkowym ludziom odbiera człowiek chory psychicznie. Jak Żądle uda się unicestwić tego opętanego, niebezpiecznego człowieka? Wizja nadchodzącego Armagedonu, Sądu Ostatecznego stanie się powodem tak niebezpiecznej i bezsensownej sytuacji.

 

Dziękuję Autorce za dociekliwego Żądła. W gruncie rzeczy fajny i ciekawy z niego mężczyzna. Fajnie też, że pojawiła się Marta. Jeszcze szczęście dopadnie Emila.

Wiem o tym, nie.....czuję tak. Polecam gorąco.

 

Za kolejne ciekawe doznania i możliwość zapoznania się twórczością autorki, dziękuję:





22:03, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 maja 2014

Czy nasze wspaniałe gwiazdy wszystkie pochodzą ze Śląska? Hm....zdaje się, że tak. Jest wielu aktorów i aktorek znanych ze szklanego ekranu, którzy mają śląskie korzenie.



Najbardziej nierealnym marzeniem jest znalezienie portalu lub kanału czasoprzestrzennego, który umożliwi mi podróżowanie w czasie” - Krzysztof Spadło.

 

Tak, to ten Krzysztof Spadło. Urodzony i wychowany na Śląsku, autor opasłego tomiska „Skazańca”, którego recenzja pojawiła się u mnie na blogu jakiś czas temu:

http://nietypowerecenzje.blox.pl/2014/05/Skazaniec-Na-pohybel-calemu-swiatu-Krzysztof.html

opowiedział mi o swoich marzeniach. O czym marzy? O podróżach w czasie, pokonaniu słynnej Route 66 oraz......

Wiele lat spędził na emigracji, skąd przywiózł cały pakiet doświadczeń i mnóstwo wspomnień. Do tych drugich ma sentyment, ale też pewną powściągliwość. Kino darzy bezgraniczną miłością, a sceny teatrów wywołują w nim pewien niedosyt.

Obecnie zajmuje się promocją „Skazańca”, dostarczając swoim fanom i czytelnikom dodatkowych emocji i wrażeń, bo Jego spotkania urozmaicone są atrakcjami, a nie tylko bliskim kontaktem, w zamkniętych ramach programowych.

O dzieciństwie, przenikaniu się światów, poezji, teatrze, spojrzeniu na współczesną rzeczywistość, o najbliższych planach związanych z twórczością, opowiada Krzysztof Spadło.

Ja Krzysztofie ze swojej strony chciałam Ci bardzo podziękować za cierpliwość, ciekawe odpowiedzi, inne punkty widzenia świata.

Wcale nie uważam, by Twoje nie czytanie książek nawet w najmniejszy sposób ujmowało Ci w tym, co robisz. A masz bardzo ciekawy styl i co najważniejsze – pomysł na powieści. Życzę Ci, żebyś nas wszystkich zaskoczył. Wiem, że tom II już się pisze i jak mówisz będzie w nim mnóstwo zwrotów akcji. To dobrze, bo najważniejsza jest możliwość rozwijania i sposób przekazania emocji. Ty robisz to doskonale. Zżyłam się z tym bohaterem i czekam na jego ciągi dalsze.

 

 

Powróćmy do wspomnień. Pochodzisz ze Śląska. Jakie było Twoje dzieciństwo?

Właściwie to nie pamiętam swojego dzieciństwa. W moim umyśle przewijają się jakieś migawki wspomnień albo tylko pojedyncze kadry i nie ma w nich jakiś silnych emocji. Kiedyś przeglądałem rodzinny album ze starymi fotografiami, byłem na tych zdjęciach i kiedy spoglądałem na nie, czułem się tak, jakbym patrzył na obcego człowieka. Mam wrażenie, że moja pamięć uaktywniła się dopiero wtedy kiedy zostałem nastolatkiem.

 

 

Jakim chłopcem był Krzysiek Spadło. Indywidualista z mnóstwem pomysłów, kroczący swoimi ścieżkami, czy podporządkowany grupie?

Kiedy teraz z perspektywy czasu spoglądam na swoje życie to mogę śmiało stwierdzić, że przez długi okres czasu byłem zawieszony gdzieś pomiędzy. Trudno mówić o indywidualizmie bo to dość płynne pojęcie, każdy z nas na swój sposób jest inny i niepowtarzalny. Moja młodość przypadła na lata 80-te i to właśnie wtedy zaczął się wykuwać mój charakter, zainteresowania, poglądy... Myślę, że burzliwe zmiany, które ulepiły ze mnie człowieka jakim jestem, zawdzięczam muzyce. Eksplozja wrażeń i emocji, którym pozostałem wierny aż do dziś nastąpiła w chwili, kiedy poznałem nurt zwany punkiem. To było moje duchowe przebudzenie. To było coś, dzięki czemu mogłem wyrazić samego siebie. Pisałem teksty, skrzyknąłem chłopaków, założyliśmy kapelę, były próby, koncerty aż w końcu nagraliśmy płytę. To były piękne czasy, chciałbym je przeżyć raz jeszcze.

 

Podróże. Miłość, pasja, czy odskocznia, a może kierunek obrany tylko raz w życiu, teraz zapomniany i odłożony na półkę z napisem – „Było, minęło”?

W swoim życiu wiele lat przeżyłem na emigracji. Opuściłem nasz kraj nie dlatego, że byłem ciekaw świata, po prostu zmusiła mnie do tego sytuacja ekonomiczna. Bardzo szybko dostosowałem się do nowych warunków życia i odnalazłem tam swoje miejsce. Sam byłem zaskoczony tym, że pewnego dnia zaświtała mi taka myśl w głowie - "czemu nie, będę tutaj sobie spokojnie żył a na starość wrócę do Polski". Nie miałem konkretnego planu, którego chciałem się konsekwentnie trzymać. Do sędziwej starości jeszcze trochę mi zostało a moje życie poukładało się tak, że wróciłem do ojczyzny wcześniej. Dziś mam z tamtego okresu całą kolekcję malowniczych wspomnień i mnóstwo ciekawych doświadczeń. Jest o czym opowiadać przy kuflu piwa a wszystkie przeżycia spoczywają na półce o której mówisz - było, minęło.

 

Nazywasz siebie kinomanem. Darzysz film bezwarunkową miłością. Jakie kino preferujesz? Rodzime, czy raczej zagraniczne. I dlaczego?

Kino to wspaniała forma przekazu, która może nas porwać na kilka chwil w inne wymiary. Preferuję historie, które są opowiedziane w ciekawy i zaskakujący sposób. Oglądam przeróżne produkcje zarówno naszych rodzimych twórców jak i zagranicznych. Osobiście szukam w kinie rozrywki i relaksu. Nie znoszę opowieści, które katują człowiekowi umysł jakimiś trudnymi, psychologicznymi problemami. Kino jest dla mnie słodkim oszustwem, które bez żadnych konsekwencji może nagiąć rzeczywistość dla własnych potrzeb a ja świadomie pozwalam na to, żeby uwiodła mnie ta magia. Lata temu założyłem sobie konto na jednym z filmowych portali i tam odhaczam filmy, które widziałem, daję im swoją prywatną ocenę w skali od 1 do 10 i na dzień dzisiejszy mam w swoim archiwum ponad 2.500 obejrzanych filmów. Nie unikam również seriali, ostatnim który powalił mnie na kolana był "Fringe: Na granicy światów". Genialna historia! Mój gust filmowy jest odzwierciedleniem tego co lubię również w literaturze, motywów kiedy następuje przenikanie światów, historie z pogranicza grozy i niewytłumaczalnych zjawisk.

 

Kochasz kino. A jaki jest Twój stosunek do innej formy kulturalnej – teatru?

Zdaję sobie sprawę, że każdy spektakl teatralny to ogromne wyzwanie dla twórców takiego dzieła, ale jeśli idzie o mnie, to zupełnie nie przemawia do mojej wyobraźni. Prawdę powiedziawszy chyba nigdy nie przepadałem za tą formą przekazu. Scena teatru jest jak pojedynczy, filmowy kadr i brakuje mi tam przestrzeni, perspektywy, krajobrazu, poczucia dynamiki... Oglądając jakąkolwiek sztukę teatralną czuję pewien niedosyt, to tak jakbym udał się na obiad, zjadł apetyczną zupę i nie dostał drugiego dania.

 

Sam w jednym z wywiadów przyznałeś, że od wielu miesięcy uskuteczniasz swoją pasję i pracę, czyli literaturę. Czy do tworzenia, wymyślania czegoś nowego potrzebujesz absolutnej ciszy, czy otwierasz swe zmysły na muzykę, bądź jakieś zupełnie inne dźwięki, które są Twoim natchnieniem?

Kiedy zasiadam do pisania potrzebuję ciszy i samotności, te dwa podstawowe warunki w moim wypadku muszą być spełnione. Natomiast jeśli idzie o konstruowanie historii czy wymyślanie motywów to dzieje się w to przeróżnych sytuacjach. Te myśli przychodzą nagle i niespodziewanie. Podczas zakupów w sklepie, na spacerze, w trakcie posiłku, w oczekiwaniu na sen... Dużo podróżuję samochodem i wtedy mój umysł zawsze wypełniają przemyślenia związane z opowieściami, które chciałbym napisać lub te, które aktualnie tworzę.

 

 

Prawie każdemu rozmówcy zadaję to pytanie. Jestem wielką fanką poezji, a Ty? Jaki jest Twój punkt widzenia na poezję?

Poezja to wielkie wyzwanie, umiejętność pochwycenia czaru chwili, potęgi uczucia lub siły emocji za pomocą niewielu słów jest bardzo trudne. Poezja to twórczy ból. Osobiście uważam, że miarą dobrego poety jest umiejętność oczarowania odbiorcy, zdetonowania takiego ładunku namiętności, którego eksplozja wstrząśnie czytelnikiem i pozwoli mu utożsamić się z jej przekazem. Jeżeli w czyiś słowach odnajdujemy cząstkę siebie, to znaczy, że jest to genialne.

 

 

A teraz opowiedz trochę chociaż o swoich planach na przyszłość. Chodzi mi o plany związane z twórczością.

Mówiąc ogólnie to moje plany twórcze są chyba takie same jak każdego autora, tworzyć, doskonalić warsztat i powoływać do życia opowieści, które będą poczytne i zaskoczą czytelników. Natomiast jeśli idzie o fakty, to obecnie kończę II tom powieści "Skazaniec" której podtytuł brzmi "Z bestią w sercu" i powoli przygotowuję machinę promocyjną związaną z premierą tego tomu. Plan jest taki, żeby okręt pod banderą Krzysztof Spadło płynął z wiatrem na rozpostartych żaglach.

 

O czym skrycie marzy Krzysztof Spadło?

Wow! Takich marzeń to mam całe mnóstwo, gdybym chciał przedstawić je w formie listy to byłaby ona solidnie wypunktowana. Najbardziej nierealnym marzeniem jest znalezienie portalu lub kanału czasoprzestrzennego, który umożliwi mi podróżowanie w czasie. Tak nieco bliżej gruntu to cieszyłbym się, gdyby udało mi się kiedyś pokonać trasę Route 66 poza tym mógłbym być zawsze zdrowy, szczęśliwy, obrzydliwie bogaty... i jeszcze z setka równie pozytywnych przymiotników. A tak całkiem poważnie, to marzy mi się, żeby z sukcesem realizować swoje plany twórcze, czerpać satysfakcję z tego co robię i żeby spełniły się marzenia osób bliskich mojemu sercu.

 

Jak oceniasz otaczającą Cię, współczesną rzeczywistość?

To bardzo ogólne pytanie a zarazem temat - rzeka. Uważam, że współczesna rzeczywistość pomimo swych wszystkich cywilizacyjnych dobrodziejstw jakie nam oferuje, które dają nam poczucie nieograniczonej swobody i wolności z drugiej strony, są dla nas brutalną pułapką. Czy nam się to podoba czy też nie, musimy spełnić pewne wymagania, bo bez nich nasze funkcjonowanie w współczesnym świecie będzie bardzo trudne. Gdybym miał możliwość zamiany tej rzeczywistości na inną, nie zastanawiałbym się nawet przez sekundę :-)

 

Do jakich miejsc masz sentyment. Czy są takowe w ogóle?

Mam ich wiele. Każdy człowiek chętnie powraca myślami i nie tylko, do miejsc, które budzą w jego duszy szczęśliwe skojarzenia. Najmilej jednak wspominam sobie czasy, kiedy jako młody człowiek edukowałem się w Nysie. Spędziłem tam pięć wspaniałych lat i chyba nic tego już nie przebije.

 

I jeszcze jedno. Masz jakieś zwierzątko w domu?

Nie mam zwierzątka. Po pierwsze, mieszkam w bloku i nie posiadam odpowiednich warunków aby mieć jakieś stworzenie a po drugie, ze względu na tryb życia jaki prowadzę nie sprostałbym takim obowiązkom.

 

I na koniec zupełnie, odpowiedz proszę w kilku dosłownie słowach:

 

Uwielbiam - widok zachmurzonego nieba.

 

Tworzyć, to znaczy - gonić za spełnieniem.

 

Zawsze pamiętam o - ludziach, którzy okazali mi swoją życzliwość.

 

Nigdy nie zrobiłbym - zupy jarzynowej.

 

Kobiety są z Wenus, a mężczyźni - postanowili je stamtąd zabrać.

 

Kocham tylko (jakkolwiek to zrozumiesz) - świat, który mieni się paletą jesiennych barw.

 

A teraz, proszę Cię Krzysztofie byś napisał coś od siebie:

Dziękuję za wywiad a wszystkich czytających zachęcam do sięgnięcia po moją literaturę.



poniedziałek, 12 maja 2014

11 maja już od wczesnych godzin popołudniowych w naszym nowo wyremontowanym Wiejskim Domu Kultury w Kęsowie, swoje rękodzielnicze dzieła prezentowali lokalni artyści ludowi.

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3552ac.jpg

 

Prace na płótnie Pana Remigiusz Szprocha:

 

 

 

 

 

Prace Pana Zygmunta Kędzierskiego:

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3561a.jpg

 

 

Prace Pań z Wioski Kwiatowej z Żalna:

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3560a.jpg

 

 

Prace Pani Anny Kopiszka:

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3559a.jpg

 

 

Prace Pani Wiesławy Plata:

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3558a.jpg

 

I jeszcze raz prace Pana Zygmunta Kędzierskiego:

 

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3557a.jpg

To dzięki takim ludziom - twórcom z prawdziwym, i rzadko spotykanym talentem, wspaniale się promuje gminę, czy powiat. W tym przypadku to nie tylko mieszkańcy naszej gminy, ale też sąsiedniej Tucholi. Te piękne rzeźby, hafty, wyroby z wikliny, czy obrazy - wytwór rąk i pracy ludzkiej są dowodem na to, że można naprawdę być skromnym, a jednocześnie wielkim duchem, dostarczając nam - zwykłym obserwatorom uczty dla zmysłów.

 

"MUZYCZNE KĘSOWO"
Jednak prawdziwą gwiazdą wieczoru był koncert orkiestry im. Johana Straussa Marka Czekały z Bydgoszczy.
Koncert "Już nie zapomnisz mnie",  to zbiór niezapomnianych piosenek, w repertuarze m.in. "Bal wszystkich świętych", "O mnie się nie martw", "Przeklnij mnie" czy "Ludzkie gadanie".

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3573a.jpg

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3565a.jpg

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3569a.jpg

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3572a.jpg

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3574a.jpg

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3577a.jpg

 

 

Soliści: Emilia Czekała oraz Michał Grobelny - półfinalista ostatniej edycji programu "The Voice of Poland".

 

http://nietypowerecenzje.blox.pl/resource/101_3581a.jpg

To jeden z tych dni, które pamiętać się będzie bardzo długo. Wrażenia niesamowite. Jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno prac naszych wspaniałych artystów ludowych, jak i przepięknego koncertu. Oby takich inicjatyw było dużo, mnóstwo i ogromna liczba. W naszej niewielkiej gminie to rzadkie przeżycie. A....jeśli po takim wydarzeniu na niebie zagości tęcza, to moim skromnym zdaniem, to znak, że będzie już tylko lepiej, jeśli nie dobrze:)

Tagi: koncert
19:31, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 maja 2014

Traktuję tę powieść, jako znakomite studium psychologiczne o człowieku, jego sile przetrwania w brutalnym wronieckim więzieniu. Powieść, która od pierwszych słów wciąga. Z zainteresowaniem obserwuje się życie skazanego na dożywocie więźnia numer dwadzieścia dziewięć jedenaście. To studium wiedzy o sile ludzkiej psychiki zamkniętej w murach więzienia, jej niezwykłej mocy, bo człowiek w chwilach zagrożenia, sytuacjach bez wyjścia odnajduje w sobie mnóstwo pokładów energii i motywacji, mimo wdzierającej się przez kraty rutyny i napiętnowaniu przez strażników.

 

Zazwyczaj do takich powieści podchodzę z bardzo dużym dystansem. Chociaż tutaj nie wiedziałam na co się porywam.




Opasłe tomisko „Skazańca. Na pohybel całemu światu” - tytuł i zdjęcie na okładce przedstawiają więźnia prowadzonego przez dwóch strażników. Brutalność, z jaką strażnicy obchodzą się z więźniami w tym miejscu może komuś wydawać się niehumanitarne i nieludzkie, ale najwyraźniej o to autorowi chodziło.

 

Życie nie zawsze usłane jest różami. Losy ludzkie bywają przewrotne, poplątane, a żeby trafić w takie miejsce, jak wronieckie więzienie, trzeba naprawdę iść niewłaściwą drogą. Tak właśnie było w przypadku Stefana Żabikowskiego, więźnia numer dwadzieścia dziewięć jedenaście. Na dożywotnim odbyciu kary, stając w obliczu swego cienia, zmagając się ze zmorą przeszłości, musi stawić czoła wielu przeciwnościom. Samotność potrafi boleć, dlatego by nie dać się bezsenności, tęsknotom, zagubionym nadziejom, rutynie Żabikowski vel Ropuch wkupuje się w łaski samego naczelnika więzienia Wojciechowskiego.

 

Gratuluję autorowi realistycznie ukazanego obrazu samego wronieckiego więzienia, jego funkcjonowania, strażników odbywających dyżury. To niesamowicie ważne, bo tutaj obraz ten jest przedstawiony w taki sposób, jakbyśmy byli naocznymi świadkami wszystkich rozgrywających się tam scen. Więźniowie osadzeni mają różne wyroki, wśród nich panuje odpowiednia klasyfikacja, dzieląca ich na bloki, oddziały. Ich życie upływa pod chmurą potyczek między sobą o władzę, o to, który z nich jest ważniejszy. Handlują czym się da przeważnie za fajki. Tu układy i dobroduszność, to słowa ulotne jak wiat. Trzeba umieć zawalczyć o swoje. A jeśli dodatkowo ma się dobry fach w rękach, można i zaznać odrobiny wolności, spacerując za więziennym płotem.

 

Tutaj marzenia żyją swoim życiem, pragnienia uwiązane na łańcuchach, niczym psy przy budach. Tam nie ma miejsca na sentymenty. Istnieje tylko chora i połamana na miliony części nadzieja na lepsze jutro. A do tego bardzo daleka droga.

 

Posługując się konkretnym przykładem głównego bohatera można idealnie zaobserwować ludzkie zachowania w okropnych warunkach, jakim było więzienie we Wronkach w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Osadzony Żabikowski, to doskonały przykład osoby zmagającej się z psychiką, stanem wewnętrznego niepokoju, niemocy, pustki, wyjałowienia, niczym wysuszona skorupa orzecha. To trudne do wyobrażenia, co ktoś z nas by zrobił, jak by się czuł, jak umiałby sobie poradzić z własnymi emocjami w takich stanach, czy sytuacjach. Zamknięci w czterech ścianach. Gdzie słońce przedziera się przez szczeliny krat, a marzenia i nadzieje są skrawkami wyrytymi na ścianach. Kłębiące się w głowie myśli są wyznacznikiem każdego kolejnego dnia, którego ramy wytyczają sztywne przepisy

 

Jeśli jest się słabym psychicznie, odpaść można już na samym początku, po przywitaniu strażników na oddziale. A takie przywitanie nie należy do przyjemnych. Codzienność w takim miejscu ma swoje karty. Każda z nich ma swoje zasady, inny kolor.

 

Gdybym miała tę powieść opisać w kilku dosłownie słowach, długo zastanawiałam się, jakie one by były. Zło, siła, przemoc, przymus.

Frazy życia mają w tej powieści swoje znaczenie, bardzo cenne, ale wcale nie takie proste. Bo, żeby przeżyć trzeba nieźle się nasiłować, najpierw z sobą, potem z resztą całego otaczającego świata.

Autorowi chciałam pogratulować pomysłu, lekkiego pióra, zamysłu świetnych dialogów, prostego języka , które przemawiają do Czytelnika od pierwszych wypowiedzianych, niczym spowiedź słów. Ciekawie nakreślone sylwetki postaci, które są pozytywne, ale i w większości negatywne. Wszystko to idealnie skleja całość.

 

Krzysztofie, dziękuję za możliwość przeczytania „Skazańca” i tym samym zapoznania się z Twoją twórczością. Za emocje, jakie temu towarzyszyły.

Mam nadzieję, że będą ciągi dalsze, bo jestem niepocieszona, iż to się w najciekawszym momencie skończyło. Jak Ropuch wymierzy swoją sprawiedliwość.

DZIĘKUJĘ:)

 

 



Tagi: skazaniec
17:01, toksiazki12
Link Komentarze (1) »
środa, 07 maja 2014

„Anathema” czyli klątwa.

 Anathema

„Usiłujemy kontrolować grę zwaną życiem, bez względu na to, na jakim jej poziomie się znajdujemy”.

 

Tylko ludzie wrażliwi i doskonali obserwatorzy, ale też doświadczeni przez życie umieją napisać coś tak głębokiego emocjonalnie. Ta powieść, to zapowiedź czegoś mrocznego, magicznego i jeśli użyję określenia – mistycznego, to raczej nie pomylę się.

Jakiś czas temu przeprowadziłam wywiad z Autorem, który znajdziecie pod linkiem:

http://nietypowerecenzje.blox.pl/2014/04/Wywiad-z-Piterem-Murphy.html



Świat duchów od zawsze fascynował sceptyków, do których przyznam się, że i ja należę. Ta historia wydarzyła się naprawdę. Bohaterowie, to ludzie z krwi i kości. A akcja w większej części rozgrywa się w miejscu od dawna uważanym za magiczne – Bieszczadach. Owiane legendami i przypowieściami.

Gdy ludzie noszą w sobie tajemnice, wchodzą w ciemne lasy swej duszy. Czasami ścieżki te prowadzą w daleki i gęsty bór, czasami po prostu na leśną polanę, gdzie słońce ogrzewa każde źdźbło trawy.

 

Anathema, czyli klątwa. Czego? Życia?

Niechcianego dziecka, którego życie wprawiło w obrót o kilkadziesiąt stopni.

 

W tej powieści nie ma pachnących piwonii, pięknych kolorów, barw falujących na wietrze, jak flagi na masztach. Tu smutek i przygnębienie jest podstawową sinusoidą życia. Tu nie ma żadnych konstansów.

 

Historia Marka jakby wyrwana z jakiegoś koszmarnego snu, pokazuje nam, jak można ukierunkować emocjonalnie dziecko, które już w dzieciństwie poznało smak biedy, nietolerancji, braku zrozumienia i przemocy – fizycznej i psychicznej.

Tragiczna śmierć jego matki, otwiera przed nim drzwi do nieznanych mu dotąd światów. Czy równoległych? Rzeczywistość lubi płatać nam figle. Tak jest i tutaj. Czytając czułam zapach palonej białej szałwii, niczym kadzidełka odganiające wszelkie złe moce.

 

Dwie części, dwa etapy życia, dwie inne szanse, dwa życia, dwóch Marków.

 

A zaczyna się całkiem niewinnie. Miłość dwojga ludzi, kobiety i mężczyzny. Z tej szczerej miłości narodził się Marek. Dziecko inne – trochę spóźnione, ale poniewierane, obarczone nienawiścią i złem otaczających, bliskich mu ludzi. Rodzicie powinni kochać swoje dzieci, jakie one by nie były. Tak jednak nie jest. W rezultacie Marek jest świadkiem przemocy, alkoholowych ekscesów i upadku moralnego. Dzieciństwo okupione łzami i brutalnym wtargnięciem dorosłości w jego dziecięcy świat, tak, jak wchodzi się z zabłoconymi buciorami na czystą podłogę.

Trafia pod opiekę babci, która za wszelką cenę odbudowuje w nim wszystkie wartości i etyczne normy, od szacunku do samego siebie począwszy.

Zagubiony Marek nieśmiało kroczy przez życie. Uczy się kochać kobiet i pewne sploty losu, które wystawiają go na próbę.

 

Drugi etap życia Marka, powinien być śmiało zatytułowany „Jego serce zamknęło się na ten kraj.”

Kiedy nadchodzi odpowiedni czas i okoliczności, niektóre rozdziały, tak jak drzwi, trzeba umieć i chcieć zamknąć. Żyje w Ameryce. Ma swoją rodzinę. Jednak przed tajemnicą i magią przeszłości nie da się uciec nawet na drugi koniec świata.

Tkwiąca w rodzinnej klątwie siła staje się wyznacznikiem życia i świata wokoło. Pojawiające się motyle, to symbole. Czego?

Niezależności dwóch światów.

Ale o tym, zachęcam do przeczytania.

Dla mnie ta powieść, to obraz pewnej zaściankowości polskiej wsi, zapomnienia o podstawowych problemach egzystencjalnych. Otwiera oczy na problem powszechnego braku akceptacji na inność, odmienność tego świata, bo nasz naród wcale tolerancyjny nie jest!

Poza tym. Umiejętnie dozowane emocje sprawiają wrażenie, jakby się było w samym centrum powieści.

 

Magia, tajemnicza postać kobiety, bieszczadzkie lasy, zapach mchu i wilgoci. Wprawiają w zamyślenie. O życiu, sensie istnienia, o prawdziwości i mistyce. Serce bije szybciej.

Niech bije. To serce ma tylko jedno imię – Anathema.

Gratuluję Piotrze majowej, pięknej premiery. Okładka jest po prostu magiczna i zobaczysz, że jeszcze przyniesie Ci niejeden dobry powiew. Odkrywaj lądy, bo masz dobry dar pisania:)



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



17:53, toksiazki12
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 maja 2014

W roku 2012, nakładem WYDAWNICTWA REPLIKA ukazała się opowieść Aliny Białowąs „Galeria uczuć”. I taka właśnie jest ta książka. Wypełniona całą paletą uczuć, emocji i buzujących razem z porą roku kolorami. Tu nie ma pomyłek, czy przypadków. Zbiegi okoliczności mają tu swoje imię. A pierwszym elementem, jaki zawiśnie na tym wieszaku jest ZDRADA.

 

Współczesna opowieść o młodym małżeństwie, które przechodzi kryzys. O Aleksandrze, która jest niezwykle impulsywna, szalona, z mnóstwem nieopisanych planów i pomysłów. Gdyby faktycznie w galerii na półkach poustawiać emocje, kolorami i stanami alfabetycznie, Ola, główna bohaterka odnalazłaby swoje bez problemu. Czy umiałaby je opisać?

Dobre pytanie.

 

Aleksandra ma trzydzieści lat, jest żoną, matką dwójki chłopców i pracuje w galerii u Pani Fredzi, jako znawczyni dobrej sztuki i doradca. Pewnego jednak dnia, po serii dziwnych wydarzeń dowie się, że jej kochany mąż zdradził ją z jej najlepszą przyjaciółką, Edytą. Ale czy tak to wszystko wyglądało naprawdę? Ola ma zawsze swój punkt widzenia i odczuwania wszystkiego, co wokół niej się dzieje. Zawsze widzi po swojemu, jak mówią jej znajomi – widzi tylko to, co chce widzieć. Może i tak jest, ale starałam się zrozumieć jej zachowanie.

 

Nie co dzień dowiadujemy się o zdradzie ukochanej osoby. Ten ładunek emocji, jaki się wtedy w nas wlewa, nie daje się jednoznacznie i nieskrępowanie opisać. Do tego dochodzą dzieci, które niczemu nie są winne, a już na pewno nie są świadome tego, co się wokół nich dzieje.

 

Gdy mąż nagle, bez zapowiedzi wyprowadza się z domu, zamieszkuje w mieszkaniu matki, do tego nie potrafi jednoznacznie określić się, co można sobie w takiej sytuacji pomyśleć? Oczywiście – zdrada. Nagle facet musi przemyśleć swoje życie! O zgrozo! Od kiedy oni mają takie dylematy i są sentymentalni? Rzadko się to zdarza.

 

W Oli życiu jednak wydarzy się cała masa zabawnych sytuacji. Książka ta jest właśnie w takiej konwencji napisana, by nas rozbawić. Autorka dokonała tego idealnie. Można się pośmiać, momentami zadumać, jeszcze innymi momentami pomyśleć nad swoim życiem. Faktycznie, jak się jest młodym buzują w nas hormony. Do tego Ola nie umie o siebie zadbać, by wyglądać jak prawdziwa kobieta. Takie ucinki w jej stronę robi nie tylko szefowa galerii – zdradzona również przez męża i samotna kobieta, ale i teściowa. Ola czuje, jakby cały świat wokół niej zaczął obracać się nagle o sto osiemdziesiąt stopni. Dlaczego czuje się upokorzona i nierozumiana?

 

Szefowa Fredzia zmienia co chwilę zdanie co do miejsca pracy. Raz chce, by Ola została jej wspólniczką, innym razem galerię chce przerobić na sklep garmażeryjny. Tu wątki przeplatają się z komicznym językiem, świetnymi dialogami. Język opowieści prosty w swym przekazie.

 

Polecam wszystkim, którzy chcą w się rozerwać przy dobrej komedii.

 

„Galeria uczuć” - galerią emocji, kolorów przebłyskujących momentami i filmowym zakończeniem, typu „i żyli długo i szczęśliwie”, bowiem zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło i wręcz osłupiło.

Ta książka to fantastyczna podróż w głąb siebie i zadanie sobie kilku podstawowych pytań. Jakich, to niech każdy z Was sobie zada sam. I to niech będzie ten bodziec, kuksaniec od losu, który zmusi nas do pewnej refleksji, co jest w życiu najważniejsze.

 

Wydawnictwu Replika gratuluję kolejnego udanego nakładu i przepięknej okładki.

A M. za książkę.



12:15, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi