Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
czwartek, 30 kwietnia 2015

 

Święto obchodzone od 1890 roku, ale dopiero w 1950 roku zostało świętem narodowym.

 

Wydarzenia, które przyczyniły się do jego ustanowienia, miały miejsce pod koniec XIX wieku za oceanem. Klasa robotnicza była tam poddawana nieustannemu wyzyskowi, co wywołało falę protestów. W Chicago w 1886 roku doszło do krwawego starcia pomiędzy robotnikami walczącymi o równouprawnienie i policją. Atak funkcjonariuszy nastąpił z nieznanych powodów – pomimo pokojowego charakteru demonstracji.

 

W celu upamiętnienia ofiar Druga Międzynarodówka uchwaliła 1 maja - Dniem Solidarności Ludzi Pracy. Jak można się domyślać, marsze na rzecz poszanowania praw robotniczych nie podobały się ówczesnym zaborcom ziem polskich. Obchody te często przeradzały się w niebezpieczne demonstracje, starcia z carskim wojskiem, z policją. Niepowtarzalnym jest to, że choć były to niebezpieczne czasy, ludzie tym bardziej solidaryzowali się ze sobą, a sam pochód miał charakter spontaniczny, co w późniejszym czasie zostało diametralnie zmienione.


 

Dopiero władze Polski Ludowej, w imię krzewienia idei pracy, wyjątkowo upodobały sobie Święto Pracy do tego stopnia, że uczestnictwo w pochodach pierwszomajowych było obowiązkowe w szkołach i zakładach pracy. Uczestnicy nieśli ze sobą chorągiewki , sztandary i transparenty. W uroczystych obchodach nie brakowało również przywódców partyjnych. Dzieci miały wtedy okazję zasmakować takich rarytasów, jak wata cukrowa czy oranżada. Po pochodach było mnóstwo możliwości spędzenia wspólnie czasu z przyjaciółmi i rodziną, różnymi atrakcjami, kolorowymi straganami.

 

Dziś nie ma większej fascynacji i celebracji Święta Pracy. Dla zmęczonych ludzi jest to przede wszystkim dzień wolny od pracy, który mogą poświęcić najbliższym, chwila aby odpocząć i zregenerować siły. Dla większości jest to okres popularnej Majówki, a więc czasu wyjazdów, pikników i grillowania na świeży powietrzu.




 

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Ania Szczęsna chyba nie przestanie mnie zadziwiać. Nawet na pytania do wywiadu potrafi odpowiedzieć nieszablonowo. Jest niezwykle sympatyczna i zawsze uśmiechnięta. Zawsze wraca do Włocławka, miasta swojego dzieciństwa. Jak sama mówi, dopiero niedawno zaczęła dostrzegać walory jego miejsc, niezwykle klimatycznych, z nutami swoich specyficznych aromatów i magii.

 

"Dama z hubem".

Zdj. Z prywatnego albumu autorki.

Jest autorką z talentem do obserwacji codziennej prozy życia, ukazując swoich bohaterów, jako zwykłych ludzi, takich zza między, często postaci z przesłaniem. Poezji nie tworzy, bo zwyczajnie nie czuje się w jej ramach, ale całą swoją przygodę z pisaniem w ogóle zaczęła standardowo, w szkole podstawowej. Jest autorką dwóch powieści dla kobiet „Smutek Gabi”, wydanej w ubiegłym roku pod skrzydłami Wydawnictwa Lucky, „Jutro pachnie cynamonem”, która swoją premierę miała dziesiątego kwietnia b.r., oraz e-booka „Pan Wróż” wydanego przez Wirtualne Wydawnictwo „Goneta”. Polubiła wszystkich bohaterów swoich opowieści. Pamięta o nich i specyficznie przedłuża im życie, zostawiając sobie otwartą furtkę do tworzenia dalszych ich losów.

Ania Szczęsna, jakiej nie znacie, chcecie poznać, a może znacie?

 

Kamienne Kręgi.

Zdj. Z prywatnego albumu autorki.

Aniu. Jednak Włocławek jest i już będzie w Twoim sercu. Sentyment, czy wewnętrzny dług wobec miasta Twojej młodości?

Raczej odkrywanie miasta na nowo. Włocławek doceniłam dopiero po wyprowadzce w 2000 roku. Do tego momentu, nie wydawał mi się przyjaznym miejscem do życia. Upadające kolejne fabryki, szarość i przygnębiające centrum. Doceniłam, gdy zaczęłam przyjeżdżać na weekendy i urlopy. Obecnie miasto się zmienia, pięknieje, pojawiają się nowe inicjatywy, inwestycje. Mam kilka swoich ulubionych miejsc, podoba mi się, że jest położony nad Wisłą, to, że jest otoczony lasami. Szkoda tylko, że mieszkańców wciąż wygania proza życia i przymus pracy zarobkowej. Gdyby jeszcze udało się zadbać o sprzyjający klimat dla przedsiębiorczości, byłoby idealnie.

Z cyklu "Wiatrowo. 60-lecie"

Fot. Z prywatnego albumu autorki.



Ja chciałabym, żebyś cofnęła się do tego czasu, kiedy zakiełkowało w Tobie pisanie na poważnie. Wiem, że przy okazji każdego spotkania autorskiego zadaje Ci się to samo pytanie, ale chciałabym, abyś opowiedziała o tym czytelnikom mojego bloga.

Nigdy nie miałam problemów z tworzeniem historii, pamiętam jeden moment, w którym świadomie pomyślałam: tak, to chciałabym robić. W czwartej klasie szkoły podstawowej zadano nam, standardowo: wypracowanie o przygodzie w wakacje. Opisałam nocną wizytę w parku w Wiatrowie. To wieś, jakich wiele z peegerowską historią, około siedmiu kilometrów od Wągrowca, ale i wyjątkową atrakcją, pałacem przypominającym zamek, otoczonym parkiem. Miejsce magiczne, szczególnie nocą, gdy światła przejeżdżających samochodów z pobliskiej szosy ślizgały się po pniach drzew, a nad głowami latały nietoperze. Oczywiście w wypracowaniu nie uniknęłam błędów, ale udało się oddać atmosferę podekscytowania, tajemnicy i nutki grozy (momentami wydawało się, że w pałacu ktoś był). Oczywiście celem spaceru, było podglądanie szalejących nietoperzy, ale moją wyobraźnię poruszyła pora, pałac i park pełen cieni.

Skoro zaczęliśmy o pisaniu, to zapytam też, jak jest z wydaniem książki na naszym rynku wydawniczym? Łatwo czy ciężko jest wydać, jak to w ogóle wygląda z dotarciem do szerszego grona czytelników?

Wszystko zależy od punktu widzenia. Jeśli ma się pieniądze, nie ma dzisiaj nic łatwiejszego, niż wydanie książki. Nie trzeba jej nawet napisać. Niedawno widziałam ogłoszenie na gumtree, ktoś szukał chętnego do opisania nieszczęśliwego związku. Wyglądało to na chęć zemsty ;) No cóż, motywy napisania książki bywają różne.

Jeśli chodzi o pisanie, nie trzeba wydawać książki, współczesność ofiaruje nam wiele możliwości, o których np. siostry Bronte, mogły marzyć. Mamy portale, strony internetowe w całości poświęcone pisaniu. Nie dość, że w ten sposób można bezpośrednio dotrzeć do czytelnika to jeszcze szlifujemy warsztat, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś życzliwy, kto palcem wskaże błędy. Nie każdemu to się podoba, ale uczy pokory. To dobry sposób na rozpoczęcie przygody z pisaniem. Następny etap, wydanie książki, sam w sobie nie jest trudny, jeśli ma się cierpliwość, no i dobry tekst w zanadrzu albo chociaż taki z potencjałem, który zainteresuje wydawcę. Nie od dziś mówi się, że w Polsce mamy więcej piszących, niż czytających. Można napisać genialną książkę, ale nie można mieć gwarancji, że trafi w odpowiednie ręce, że ktoś doceni i dostrzeże w niej to „coś”. Jak już mamy wydawcę, pojawia się kolejny problem, dotarcie do czytelników. Jeśli wydawca ma możliwości finansowe, bierze to na siebie i organizuje szeroko zakrojoną akcję promocyjną. Mniejsze wydawnictwo, musi liczyć na zaangażowanie pisarza. Nieoceniona jest pomoc blogerów, których zdanie bardzo się liczy i odgrywają niebagatelną rolę w procesie promowania autora, o ile go polubią i docenią twórczość. Podsumowując, nie jest łatwo, ale dzięki internetowi, narzędziu, które umożliwia wykorzystanie wielu kanałów na dotarcie do czytelnika, nie jest to niemożliwe.

W zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Lucky ukazała się Twoja debiutancka powieść „Smutek Gabi”. Główną bohaterką jest tytułowa Gabrysia. W wielu recenzjach przeczytałam, że tytuł nie jest adekwatny do treści książki. A ja myślę, że idealnie ją oddaje. Gabrysia wie czego chce w życiu. Ma swoje określone cele. Nie myśli o związku z mężczyzną, ma swój hermetycznie zamknięty świat ten solo, singla, powiedziałabym, że właśnie smutny. Czym się kierowałaś przy tworzeniu powieści?

Punktem wyjścia, był prozaiczny problem dotykający młodych Polaków. Niepewność jutra, a co w tym się zawiera, kapryśny rynek pracy i brak mieszkań na kieszeń przeciętnego Polaka. Zarabiając jakieś 1500 zł, ciężko być optymistycznie nastawionym do życia. Biorąc pod uwagę historię Gabi, tytuł wydaje się być adekwatny do treści. Chciałam też, stanąć na chwilę w opozycji do tego cukierkowatego szczęścia, którego wizją karmią nas reklamy. Taki mały bunt. W życiu jest miejsce na szczęście, ale i na smutek, nie da się tego zignorować, wyciąć, unicestwić, ale to nie znaczy, że należy się pogrążyć w rozpaczy. Gabi walczy o siebie, o lepsze jutro, chce być samodzielna w borykaniu się z demonami przeszłości, co nie znaczy, że jest mroczną postacią z wiecznie zaciśniętymi zębami, broniącą się przed chwilami radości. Jest całkiem zwyczajna, nosi w sobie bolesną zadrę, ale finalnie nie poddaje się smutkowi, daje sobie szansę na szczęście, chociaż jest pełna obaw.

Ten smutek Gabrysi jest też spowodowany jej ciężką, trudną przeszłością, która nie daje o sobie zapomnieć, odzywa się w najmniej spodziewanym momencie i finiszuje ciężkim dla dziewczyny ciosem. Ojciec umiera, mimo całej złości i jakiegoś wewnętrznego buntu, Gabrysia kocha swoich rodziców. Myślałaś o innym zakończeniu tego wątku?

Ten wątek napisał się sam. Nie było tu nic do zmienienia. Nikt nie jest doskonały, rodzice też są ludźmi, ranią swoje dzieci, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Tak samo sprawa ma się z dziećmi. To jest wpisane w naszą naturę. Krzywdzimy najbliższych, chociaż tego nie chcemy. Często jest to wynikiem braku umiejętności, wiedzy, czasem zwykłej głupoty. Nie wszystko można naprawić, ale nie można też odwrócić się na pięcie, powiedzieć: już cię nie kocham i przejść nad tym do porządku dziennego. Nie jesteśmy robotami, a uczuć nie da się wyłączyć, bo tak jest wygodniej. Co nam pozostaje? Żyć dalej, wybaczać i starać się bardziej, by nie popełniać tych samych błędów i akceptować bagaż doświadczeń, który każdy z nas nosi i który sprawia, że jesteśmy jacy jesteśmy, z całą gamą naszych wad i zalet.

Przyjaciele Gabrysi, to też raczej zamknięte i ograniczone grono niewielu osób. Momentami się zastanawiałam, dlaczego ta dziewczyna się tak zamyka przed światem? Ale....poruszyłaś też w tej książce bardzo istotny, zapomniany problem. Miłości bardzo zaborczej, chorej, tej, której dopuścił się Bazyli. Wiedziałaś od początku, że tak to będzie wyglądało? I skąd też pomysł na tego typu wątek?

Relacja Bazylego z Gabi, nie ma nic wspólnego z miłością, to jednostronna chęć posiadania, dominacji. Osacza Gabi, nie dociera do niego, to co dziewczyna chce mu powiedzieć. Nie interesuje go jej zdanie. Wątek pojawił się z obserwacji, może nie tak drastycznych sytuacji, ale dość nieprzyjemnych. Znałam kilka osób, które nie rozumiały, że nie są mile widziane. Najgorzej, gdy pojawiają się na gruncie zawodowym. Poza pracą, można po prostu się odwrócić na pięcie i odejść, unikać kontaktu, ale w pracy ciężko zachować neutralność, gdy ktoś bardzo zabiega o uwagę, naprasza się i próbuje za wszelką cenę wkraść się w łaski.

Jutro pachnie cynamonem” to druga Twoja powieść pod skrzydłami Wydawnictwa Lucky, która niebawem ujrzy światło dzienne. Tutaj chciałabym Ci podziękować za możliwość przeczytania jej przedpremierowo, za zaufanie, jakim mnie obdarzyłaś. Tak, jak napisałam w recenzji. To jest powieść, w której już znacznie dojrzałaś. Główna bohaterka Wiktoria Baltazar momentami mi przypominała Gabrysię. Przeszłość, przed którą ucieka z Warszawy Wiktoria również dopada ją w niespodziewanym momencie. Ale Wiktoria wydaje mi się bardziej otwarta. Już nie tylko na świat, ludzi, ale daje szansę szalonej miłości przed którą Gabrysia długo uciekała. Są jakieś cechy charakteru, które chciałaś w obu bohaterkach ukryć, a jakieś uwydatnić?

Gabi wydaje mi się emocjonalnie, być starsza, bardziej doświadczona przez los, ale obie miały, jak gdyby niekompletne dzieciństwo. W życiu Gabi zabrakło ciepła, bliskości rodziców, beztroski, u Wiktorii, nie było matki. Co prawda, miała ojca, który ze wszystkich sił starał się, by niczego jej nie brakowało. Obie uciekły ze swoich rodzinnych stron. Odnalazły swoje miejsce wśród przypadkowych ludzi, którzy stali się prawie rodziną. W Wiktorii zależało mi na podkreśleniu dziecięcej naiwności, Gabi była bardziej jak kaktus, wystawiała kolce, by nikogo nie dopuścić zbyt blisko. Czasami zastanawiam się, czy gdyby się znały, to czy by się polubiły, ale wydaje mi się, że Wiktoria irytowałaby Gabi.

Skąd pomysł na zbuntowaną Lidkę i na szalonego Huberta? Czy w ogóle któraś z postaci ma swoje rzeczywiste odbicie?

Jeśli chodzi o Lidkę to kilka cech zapożyczyłam od przyjaciółki z liceum, którą serdecznie pozdrawiam (niestety obecnie nie mamy kontaktu, ale często wspominam wspólne koncerty i wypady na lotnisko w Kruszynie, pod Włocławkiem). Cała reszta, wygląd, styl ubierania się, zachowanie została stworzona na zasadzie kontrastu. Na jednym biegunie Lidka, w ciężkich butach, z gotyckim makijażem, postrzępioną fryzurą, jakby za wszelką cenę, chciała zwrócić na siebie uwagę i jednocześnie odstraszyć, a po drugiej Wiktoria, w klasycznych sukienkach, prostą fryzurą, nie wyróżniająca się niczym.

Hubert pewnego dnia po prostu się pojawił. Nie znam nikogo, kto by chociaż odrobine go przypominał, ale gdyby istniał, na pewno świetnie, by się czuł w Art Cafe Cynamon.

Toruń. Fot. Z prywatnego albumu autorki.

Wiem, że kawiarnia „Cynamon” jeszcze do niedawna istniała. Mogłabyś opowiedzieć o tym miejscu, co Cię tak urzekło, że postanowiłaś przedłużyć jej życie?

Przede wszystkim Agnieszka, gospodyni tego miejsca, która jak nikt, potrafiła stworzyć domową atmosferę z nutą artyzmu. Tęsknię za jej herbacianymi kompozycjami i domowym ciastem. Wciąż mam nadzieję, na reaktywację tego miejsca, które służyło nie tylko spotkaniom w gronie znajomych, ale pozwalało na spotkanie ze sztuką (obok mieściła się Galeria Sztuki Współczesnej, a na ścianach „Cynamonu” wisiały obrazy, plakaty, odbywały się też kameralne koncerty). Włocławek pozbawiony tego miejsca zubożał. Oczywiście wciąż dzieje się dużo ciekawych rzeczy, głównie dzięki powstaniu Browaru B, ale Cynamon wygrywał nastrojem.

W ogóle użyłaś cynamonu w tej powieści w rozmarzonej dawce. Miałam wrażenie, że każda strona książki jest nim przesiąknięta. Lubisz bawić się zapachami?

Może inaczej. Lubię zapachy, po prostu. Nagrzana ziemia, kwitnący jaśmin, wilgotny asfalt, kurz na strychu w Lubrańcu (w domu mojej babci), nowa książka, pieczony chleb, żywica, morze itd… Cynamon, (tzn kawiarnia) pachniał, nie tylko przyprawą, ale herbatą z imbirem, kawą, ciastem, i lodami. Zapach jest duszą miejsca.

Lubraniec. Fot. Z prywatnego albumu autorki.

Bardzo urzekła mnie również postać Małgorzaty. Na początku bardzo tajemnicza, cały czas opiekuńcza wobec swoich lokatorek, ale też samotna, z bardzo zagmatwaną przeszłością, która również zapuka do jej drzwi w momencie, kiedy zacznie powoli układać sobie życie osobiste. Przyznam Ci się, że w tym momencie zaczęłam się zastawiać, co byłoby dla niej najlepsze. Jest taka Małgorzata w Twoim życiu? Może była? A może chciałabyś spotkać w swoim życiu taką Małgorzatę? No właśnie, gdybyś ją spotkała, co byś jej podpowiedziała?

Jeśli ktoś spotka na swojej drodze taką Małgorzatę, to nie pozostaje nic innego, jak tylko podziękować, właśnie za troskę, serdeczność, brak egoizmu, tylko że coraz rzadziej można spotkać takich ludzi. Kto przyjąłby dziewczynę z ulicy pod swój dach i to tak antypatyczną na pierwszy rzut oka, jak Lidka? Myślę, że mało kogo stać na taki gest. Ryzykowny ale i wielkoduszny. Pytasz, co byłoby najlepsze dla Małgorzaty? Nie wiem, wiem, czego ona by chciała, na pewno mieć dzieci przy sobie, bez podporządkowywania się woli ich ojca, który nie okazał się dobrym partnerem.

Komplikujesz życie swoim bohaterom. Widać, że świetnie wybrnęłaś z tych wszystkich wątków. O! I dziękuję Ci za Łysego. Fajnie, że dałaś mu szansę. Fajnie, że dał szansę Lidce. Szczęśliwe jednak te Twoje zakończenia. Chciałaś inaczej postawić kropkę? Inaczej napisać The End?

Oczywiście, że nie. Inne zakończenie do historii Lidki i Łysego, by nie pasowało. Oboje nie mieli w życiu łatwo, czas na chwilę wytchnienia, na wzajemne wsparcie i wspólne zmierzenie się z wyzwaniem, którego oboje się nie spodziewali. Myślę, że zasłużyli na takie, a nie inne zakończenie. Tym bardziej, że i Lidkę i Łysego bardzo lubię, na przekór szorstkiej powierzchowności.

Aniu. Standardowy zestaw pytań, nie ominie żadnego mojego rozmówcy. Ciebie też nie. To pytania o sztukę. Zacznijmy od poezji. Co powiesz mi w tym temacie? Istnieje w Twoim życiu, miałaś przygodę z wierszopisarstwem? Jakiego poetę/tkę szanujesz?

Zdecydowanie bliższa jest mi proza. Nigdy nie napisałam wiersza, zostawiam to twórcom bardziej utalentowanym. Wolę opowiadać historie, tworzyć klimat, bardziej interesuje mnie treść, niż zabawy formą, ale to nie znaczy, że nie sięgam po poezje. Od długiego czasu towarzyszy mi wiersz Herberta, „Przesłuchanie anioła”. Pierwszy raz przeczytałam go w liceum, ale do tej pory robi na mnie wrażenie.

Kino. Polskie, zagraniczne?

Z polskiego, Jan Jakub Kolski, gdy czas pozwala wracam do „Grającego z talerza” i „Cudownego miejsca”, Kondratiuk za „Gwiezdny pył”, preferuję kino autorskie. Z zagranicznych bezkrytycznie przyjmuję wszystko co zrobi Almodovar. Lubię filmy dziwne, zapadające w pamięć, często z pogranicza horroru. Ostatnio wrażenie zrobił na mnie grecki „Kieł” i „Hiszpański cyrk”, chociaż bałabym się polecać komukolwiek te tytuły. Oba są specyficzne, delikatnie mówiąc. Niestety oglądam coraz mniej, nie wiem czy to wina upływającego czasu, ale coraz trudniej mi się skupić, zdecydowanie wolę pisać albo iść na spacer.

Las. Fot. Z prywatnego albumu autorki.

Teatr. Jaki? Tradycyjny, współczesny?

Raczej współczesny. Chociaż też, ostatni raz byłam na sztuce, chyba w zeszłym roku, to była „Faza Delta” Teatru Wybrzeże. Wstyd się przyznać, ale na studiach chodziłam częściej, w liceum jeździłam do Poznania, na festiwal Malta. Niektóre sztuki grane pod gołym niebem, wieczorową porą robiły naprawdę wrażenie. Na studiach mieszkałam blisko Teatru Horzycy, do tej pory pamiętam sztukę „Marylin Mongoł” i ten spektakl, mogę z czystym sumieniem polecić.

Jak w ogóle odpoczywasz?

Uwielbiam sobotnie, leniwe poranki, z wielkim kubkiem kawy i perspektywą wolnego dnia przed sobą, z którym mogę zrobić, co mi się żywnie podoba. Paradoksalnie wypoczywam też przy pisaniu, ale najlepiej i najszybciej ładuję baterie w lesie, o każdej porze roku. Chociaż ostatnimi czasy las, jakby mniej mnie lubił, bo gęsto i często robi mi niespodzianki w postaci kleszczy. Jednak nie zniechęca mnie to, gdy tylko mam okazje i dobre towarzystwo wybieram się między drzewa w poszukiwaniu równowagi, relaksu i dobrych pomysłów.

 

Kołobrzeg. Fot. Z prywatnego albumu autorki.

 

Jakie masz plany pisarskie?

W tym momencie kończę powieść z wątkami magicznymi (mam nadzieję, że czwórka uroczych prosiaczków ze skrzydłami, nie wystraszy potencjalnych czytelników). Mam zaczętą kolejną, o roboczym tytule „Gang różowych kapeluszy”, ze sporą dawką humoru oraz bardzo chaotyczny konspekt na książkę „Szepty drewnianych papug” o szalonej Misi, która za cel obrała sobie uszczęśliwianie wszystkich ludzi wokół. Wciąż noszę się z zamiarem rozwinięcia miniaturowego „Pana wróża”, który został wydany w formie ebooka, w pełnowymiarową historię. Bardzo polubiłam bohaterów i żal mi się z nimi rozstać, tym bardziej, że z nimi nuda nie grozi. Zarówno Ada, jak i Durszlak mają niepospolity dar pakowania się we wszelkiej maści kłopoty. Sama też bardzo chętnie odwiedzę Toruń, nawet jeśli, tylko w wyobraźni. Boję się jedynie, czy na wszystko wystarczy mi czasu.

Teraz coś absolutnie od siebie dla czytelników:

Mam nadzieję, że wyczerpująco odpowiedziałam na wszystkie pytania, a dobrnięcie do końca wywiadu nie sprawiło Wam trudności. Przyznaję, niektóre pytania zmusiły mnie do głębszej refleksji, momentami nie było łatwo. Bardzo Wam dziękuję za poświęcony czas, pozdrawiam serdecznie i zapraszam do lektury moich książek.

Dziękuję za wywiad.

 

Wspólnie z autorką postanowiłyśmy uczcić premierę Jej najnowszej powieści "Jutro pachnie cynamonem" i ogłaszamy konkurs, w którym do wygrania jest oczywiście jeden egzemplarz tejże powieści. A jest naprawdę o co powalczyć.


Pytanie jest bardzo proste: Jak pachnie Twoje ulubione miejsce?

Na Wasze twórcze odpowiedzi czekamy przez tydzień. Konkurs rozpoczyna się dzisiaj, tj. 27 kwietnia 2015r. a zakończy we wtorek 5 maja 2015r. o godz. 24:00. Po tym terminie, myślę w ciągu kilku dni, ogłoszę zwycięzcę, którego wybierze autorka.

Zapraszamy do udziału i życzymy szczęścia :)


Nagrodę ufundowało Wydawnictwo:



14:23, toksiazki12 , Wywiady
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 kwietnia 2015

Zazwyczaj z dystansem podchodzę do lektur o tematyce fantastycznej. Z dystansem, bo jestem sceptykiem. Poza tym bardzo, ale to bardzo rzadko sięgam po tego typu książki. Jednak, u mnie literaturę fantastyczną można podzielić na dwie kategorie. Te znacznie lżejsze, po które sięgać można w dowolnej chwili, które działają dosyć balsamicznie na wyobraźnię, oraz na te, które są fantastyką doskonałą, dogłębną, taką przesiąkniętą do szpiku.

„Jantar i Słońce” czytało się dobrze. Autorka ma dosyć prosty styl, język bardzo zrozumiały. Poza tym jest ona z gatunku tych pierwszych, które poleciłabym chyba każdemu na oderwanie się od przyziemności. To nie jest lektura z tych „ciężkich”, to książka, która mówi o wielkiej miłości, dojrzałej, silnej, emocjonującej, dla której jest się w stanie zrobić naprawdę wiele.


 

Jantar, to agentka z planety Kromeria. Najlepsza agentka, posiadająca zdolności przeobrażania się do danej sytuacji i miejsca. Jantar pojawiła się na Ziemi, by zlikwidować cel – Marcusa, Ziemianina, geologa, który prowadząc badania na szeroką skalę doprowadza do zagłady planety, już nie tylko Ziemi, ale i Kromeri. Wszystko bowiem, co dzieje się na Ziemi ma swoje odzwierciedlenie na Kromeri, która znajduje się w orbicie Słońca. Wszelkie trzęsienia ziemi, choroby, tsunami, niszczycielskie zagłady pojawiające się na Ziemi, pojawiają się na Kromeri. Tylko czas biegnie innym rytmem na każdej z planet. Inaczej.

Dla Jantar jest to rzeczą normalną, standardową. Pojawić się na Ziemi, zlikwidować cel, wrócić na Kromerię. Ale w tym przypadku, nie będzie to wcale takie proste. Miłość nie wybiera, a sama Jantar nie będzie świadoma tego, że mimo swoich zdolności, możliwości, będzie w stanie się zakochać i to w kim? W Ziemianinie, z którym, jak się potem okaże będzie miała córkę Aurorę. Powróciwszy na stację ze świadomością, jakiej dopuściła się zdrady wobec swoich mocodawców, poddana zostanie wielkiej próbie. Aleks, to jej partner na planecie, na Ziemi zaś Marcus jest jej mężem i ojcem ich dziecka. Z pomocą Aleksa wróci na Ziemię, ale ścigana przez agentów Kromeri, przeżyje mnóstwo sytuacji, w których emocje połączone ze strachem dadzą jej wiele do myślenia. Aleks okaże się zdrajcą, dlatego chętnie i z własnej, nieprzymuszonej woli pomoże jej przyjaciółka Miriam.


 

Ucieczka przed tajnymi kromeriańskimi agentami poprowadzi ją przez holenderskie, australijskie zakamarki nadmorskich szlaków. Ostatecznie zostanie sprowadzona na Kromerię razem z Aurorą i uwięziona. Ale instynkt agentki pomoże jej się z niej wydostać. Jakie będą jej dalsze losy?


Pani Joanna Terka wprowadziła swojego czytelnika w ten świat ludzkiej wyobraźni, do którego wybieramy się przy okazji różnych zawiłości, z tęsknoty za czymś odrealnionym. Uraczyła prozą lekką, przyjemną, przy której czytelnik się nie męczy. Jantar mimo swej niezwykłości jest kobietą, matką i przyjaciółką. Jest najlepszą agentką. Lecz, jaką tak naprawdę jest żoną? Czy Marcus, po pięciu latach nieobecności będzie umiał jej na nowo zaufać? Co poczuje?

Zachęcam do lektury, którą przeczytałam dzięki uprzejmości autorki Pani Joanny Terki.

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu. 

Biblia uznawana za Księgę Mądrości. Nic dziwnego, wszak każdy katolik zna to szlachetne pismo, zawierające mnóstwo przypowieści o dziejach proroków i apostołów. „Opowieści biblijne na wesoło” to dzieje proroków ze Starego Testamentu, ale opisane w formie satyry, która myślę najcelniej dociera do dzisiejszych dzieci i młodzieży.


 

Zabawne historyjki, które ukazują patriarchów z zupełnie innej strony. Są w książce również oddzielne, rozbudowane opowieści o potopie, czy budowie wieży Babel. Nie brakuje też wierszowanych utworów, jak chociażby teksty o tym, co wydarzyło się w Rajskim Ogrodzie.


 

Czy można sobie wyobrazić Hioba, Jonasza, Józefa, Samsona, Jozuego, Daniela i Dawida? Nie? Można. Wystarczy sięgnąć po książkę, by się też dowiedzieć, co tak naprawdę z tego spotkania przy wspólnej biesiadzie i wspólnym stole wyniknie. Bowiem wszyscy opowiadają po kolei, co im się przydarzyło, okraszając to wspólnymi docinkami, drwinami i humoru, który od początku biesiady towarzyszy im obficie, w równych proporcjach z winem i sute potrawy. Obsługują im przy tym ponętnych kształtów niewolnice. Rozmawiają o Noem, potopie, budowie wieży Babel, a także wielu innych przypowieściach, które znamy z tradycyjnego przekładu Starego Testamentu.

 

Pozycja idealna dla tych, którzy potrzebują się pośmiać, ale też poznać Stary Testament z nieco innej perspektywy.

 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu:


Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

piątek, 17 kwietnia 2015

 

Niezwykle sympatyczna, z poczuciem humoru, dużą dawką optymizmu. Taka jest właśnie Magdalena Witkiewicz, znana w Polsce pisarka poczytnych powieści, które równie jak Ona, są szalone, porywające, chwytające za serce. Przemierzając trasę z Gdańska do Tucholi miała ochotę się co kawałek zatrzymywać, by na fotografii uwieczniać coraz to piękniejsze zakątki naszych Borów Tucholskich. Cóż, dla nas to chleb powszedni, dla przejezdnych dowód na to, że warto tu przyjeżdżać i spędzać wolny czas w otoczeniu czystego powietrza i wspaniałych widoków.

16 kwietnia 2015 roku odbyło się przesympatyczne spotkanie autorskie z Magdaleną Witkiewicz, zorganizowane przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Tucholi.


Magdalena Witkiewicz i Agnieszka Olszowy. Początek spotkania.

 

Zaczęło się od pracy w ogromnej korporacji, zajścia w ciążę i „zabicia” nudy trzema pierwszymi rozdziałami pierwszej książki, które z impetem trafiły na biurka znakomitych polskich wydawnictw, by po trzech miesiącach ziścić się w pierwszą, autorską powieść „Milaczek”, ostatecznie wydanej pod skrzydłami Wydawnictwa Pani Moniki Szwai. Potem była nietrafiona przepowiednia wróżki, której zrobiła na samą złość, kończąc studia podyplomowe, pisząc pracę na przykładzie własnej książki.

Magdalena pisze nie tylko dla kobiet, dorosłych, czy tylko dla dorosłych, ale również dla dzieci, pod wdzięczną serią „Lilka i .....”. Mała agentka Lilka, to jej córeczka. Jak sama przyznaje, nawet pisanie dla dzieci nie jest wcale takie łatwe.

Każda napisana przez Magdalenę Witkiewicz powieść jest bestsellerem na miarę hollywoodzkich gwiazd. Dlaczego? Każda kryje w sobie jakąś niepowtarzalną historię. Jest inna. Albo pokochana miłością głęboką, albo odrzucona w najciemniejszy kąt. Z autorami i ich twórczością już tak jest. Albo się ich polubi, albo nie. Magdy nie da się nie lubić.


 

 

 

Magda ma swój wypracowany, specyficzny styl, język. Pisze lekko, zwiewnie, przyjemnie. Jak sama mówi pisze po to, by czytelnik mógł się przy książce zrelaksować, poczuć się miło i by mógł znaleźć jakieś punkty odniesienia w historiach w nich zawartych. I tak poniekąd jest. Bo mimo serii książek, przy których można płakać ze śmiechu są też takie, które skłaniają nas do głębszej refleksji, zatrzymania się w biegu, oraz podyskutowania na tematy trochę odizolowane od publicznej debaty.

Autorka dwunastu książek okrasiła swoje spotkanie z czytelnikami mnóstwem śmiesznych historyjek, czy anegdot. Opowiedziała o swoich planach pisarskich, o najbliższych Warszawskich Targach Książki, na których miałaby się odbyć premiera Jej najnowszej książki „Moralność Pani Piontek”, o mnóstwie pomysłów na kolejne książki.


Prezent od całego zespołu Miejskiej Biblioteki w Tucholi.

 

 

Cenię Ją jako autorkę różnorodną, nie zamyka się w jednym kanonie literackim. Autorkę, która daje się poznawać czytelnikom z jak najlepszej strony, nawet stroniąc od blasku fleszy, czy blichtru ociekającego sławą. Cienię Ją, jako kobietę, matkę, która nie wstydzi się mówić o tym, że jest taka jak my, też popełnia błędy. Nic więc dziwnego, że ma fanów nawet poza granicami naszego kraju. Jej powieści bowiem przetłumaczono i wypuszczono na rynki wydawnicze w Wietnamie i Litwie.

Nic dziwnego, że ma miliony fanek w Polsce, których zresztą wciąż Jej przybywa. A koleżanki - pisarki przyznają, że również czytają Magdalenę Witkiewicz po to, by się odstresować, zapomnieć, uszczypnąć trochę radości i szaleństwa, którego w Jej książkach naprawdę nie brakuje.

 

Moment podpisywania książek dla Fanów.

 

 

 

Podpis dla czytelników Biblioteki w Kęsowie.

Na zdj. Kamila Wandzińska, szefowa Biblioteki.

 

 

A to ja i Magda.

 

Pojechałam na spotkanie jeszcze nie do końca zdrowa. Nie żałuję. Magdy można słuchać godzinami. Szkoda, że tak szybko się skończyło.

W imieniu swoim i nie tylko, Magdo bardzo dziękuję :)

środa, 15 kwietnia 2015

Książka, którą miałam zaszczyt i przyjemność wygrać w konkursie zorganizowanym przez samą autorkę. Nie żałuję. Warto było oddać się tak emocjonującej niemoralnej grze, która sprawiała, że im dłużej się toczyła, tym ciarki wychodziły na skórę i czytało się ją jednym tchem. Znakomita kreacja bohaterów, dobór sytuacji i otoczenia w przepięknej scenerii saksońskich zakamarków. Nic dziwnego, wszak to miejsce, w którym autorka obecnie żyje.



Pani Jolanta Kosowska, to absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej. Urodzona na Opolszczyźnie, całe życie związana z Wrocławiem. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny, szukająca nieustannie nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od paru lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Związana z Polonią drezdeńską. Na co dzień przyjmuje pacjentów w praktyce lekarskiej przyjaznej dla cudzoziemców. Swój czas dzieli pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Zadebiutowała powieścią obyczajową „Niepamięć” (2012, Wydawnictwo Bukowy Las). W 2013 roku nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazał się thriller „Déjà vu”, a w 2014 roku ukazała się powieść obyczajowa autorki pod przewrotnym tytułem „Niemoralna gra”.

Bardzo polubiłam styl autorki. Prosty, a zarazem skrojony na miarę, jak najlepsza sukienka od Coco Chanel. Napisana poprawną polszczyzną „Niemoralna gra” jest powieścią bez wulgaryzmów, bez chaosu. Każdy przedmiot, sytuacja, wydarzenie, czy następujący po sobie wątek ma tutaj swoje miejsce. Nie ma w fabule żadnej przypadkowości, czy niedbalstwa o czytelnika.

Powieść wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Bo, czy jeden telefon może zmienić życie i charakter głównego bohatera? Czy on tak naprawdę da się w ogóle zmienić? Okazuje się, że nie tylko potrafił się zmienić, ale przewartościować swoje życie, niczym w kalejdoskopie przewracane kolorowe szkiełka.

Autorka raczy nas historią myślę na co dzień nie spotykaną. Przypadek sprawił, że Konrad, główny bohater zastępuje w studenckim telefonie zaufania przyjaciela Roberta, który musiał pilnie wyjechać. Początkowo Konrad puka się w głowę, że w ogóle się tam znalazł, on, nauczyciel etyki, co on może wiedzieć o problemach innej niekiedy natury studentów? Niby nic, ale ten jeden telefon od zagubionej, odrzuconej przez miłość swojego życia dziewczyny, pozwala Konradowi na wyprawę do Saksonii, a tym samym na to, by spojrzeć na swoje życie z zupełnej innej strony.

Konrad wykłada na uczelni etykę zawodową. Jednak jego prywatne życie znacznie odbiega od wszelkich norm i zasad, jakich uczy swoich studentów. Liczne kobiety, dzikie związki, dostosowywanie się do ich próśb, życie bardzo często niezgodne ze swoimi przekonaniami, wbrew tego, co chciałby robić, jak się zachować, czy chociażby myśleć. Bieg, pęd, chaos, żadnej stabilności i szacunku, już nie tylko dla kobiet, ale nawet dla samego siebie.

Telefon od sfrustrowanej dziewczyny, która myśli o samobójstwie wyzwala w Konradzie chęć poznania jej. Ta myśl, jak natrętna pszczoła kręci się koło jego myśli. W końcu skrupulatne „śledztwo”, którego dokonuje wspólnie z przyjaciółmi doprowadza go do Saksonii. Historia jednak przybierze taki obrót, że zapiera wręcz dech. Strona po stronie wchłaniamy wszystkie emocje i nadzieje bohaterów, że czujemy je na własnej skórze.

Pobyt w Dreźnie i jego okolicach, przyjaciele Weroniki, która jednak okaże się nie tą dziewczyną, zapląta go w sidła natłoku zdarzeń i sytuacji, które będą po sobie następowały jedna za drugą. Fabułę opowiada kilkoro bohaterów. Każdy z nich inaczej spostrzega rzeczywistość, inaczej odbiera bodźce od świata. Dopiero tam, Konrad uzmysławia sobie, jak cynicznym, pustym był człowiekiem, pozbawionym wszelkich ciepłych i dobrych uczuć. Dopiero wypadek zmieni w nim wszystko. Przewartościuje, odzieli zimne, wyzute ludzkich cech życie. Zrozumie, co tak naprawdę w życiu jest ważne, jeśli nie najważniejsze.



Czy Julia podda się też autorefleksji? Czy będzie umiała przyznać się do błędu? Czy zrozumie, jak daleko zaszła jej niby niewinna, ale zła gra? Jak zachowa się Krzysztof, przyjaciel Konrada? I wreszcie, jak zakończy się pobyt w Saksonii?

Bardzo emocjonująca książka, odzierająca przed nami hierarchię wartości. Jak w tym kole odnajdą się bohaterowie? Jak rozstrzygnie się ta niemoralna gra? Ciekawa, napisana prostym, poprawnym językiem, z fabułą porozrzucaną w dolinach i pagórkach Drezdeńskich okolic.

Polecam i to bardzo.

Za książkę dziękuję autorce.

 

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

wtorek, 14 kwietnia 2015

SERDECZNIE ZAPRASZAMY NA SPOTKANIA AUTORSKIE W EMPIKU! 

 

Już w przyszłym tygodniu odbędą się pierwsze dwa spotkania:

 Z Robertem J.Szmidtem - we Wrocławiu - 23 kwietnia o godz. 18.00


 Z Dmitrijem Głuchowskim w Warszawie - 24 kwietnia o godz. 18.00 w Empiku Arkadia.



 


W kolejnym tygodniu zapraszamy:

29 kwietnia - Magda Kozak - Empik Wrocław


29 kwietnia - Robert J.Szmidt - Empik Warszawa Junior

 

 

 

Materiały nadesłane przez Wydawnictwo:




poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Zbiór zabawnych historyjek dla małych milusińskich, które poprzez formę wiersza i przepięknie kolorowe, wyraźne ilustracje obrazują, jak wspaniałą formą zabawy może być właśnie muzyka. Nic dziwnego, wszak autorka tej książeczki Aleksandra Mazoń od 2008 roku pracuje w zespole Teatru Lalek we Wrocławiu. Jest także współtwórczynią najnowszego spektaklu dla dzieci pt. „Brzucho” w reżyserii Alicji Morawskiej-Rubczak. Reżyserka krótkometrażowego filmu pt. „Raz, Dwa, Trzy” (nominacja w kategorii Konkurs Kina Niezależnego na festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2008 r., pierwsze miejsce za reżyserię i zdjęcia na międzynarodowym Festiwalu Złote Mrówkojady w Lublinie, I miejsce w konkursie TVP „Dolina Kreatywna” w kategorii „najlepszy film”).


 

Wierszyki z krainy muzyki” to jej debiut pisarski. Debiut, który jak najbardziej jest strzałem w dziesiątkę:

 

Kto chce poznać dziś krainę,

W której żyją rytmy, dźwięki,

Niech nadstawi ucho swoje,

Biorąc książkę tę do ręki

 

Instrumenty w tej krainie

Mają swoje własne sprawy,

Mówią swoim własnym głosem.

Czy nie jesteś już ciekawy?

 

Świat muzyki wbrew pozorom nie jest wcale światem tajemniczym, a my jako dobrzy rodzice, powinniśmy z dziećmi ten świat odkrywać. Muzyka to ogród pełen dźwięków, magicznych nut, wijących się jak wąż melodii, ulotnych jak latawiec. Muzyka jest piękna i to piękno doskonale można uplastycznić przez muzykę.



Polecam, nie tylko jako recenzentka, ale przede wszystkim jako mama :)

 

Za książeczkę dziękuję Wydawnictwu:


 

Oprócz zdjęcia znajdującego się zupełnie na samej górze, wszystkie pozostałe pochodzą z internetu. 

 

W części I naszego wywiadu rozmawialiśmy o Pana początkach z poezją, z literaturą w ogóle. Czas na istotę poezji, dokonania jej swoistego obnażenia.



Czym jest dla Pana poezja w ogóle?

Może niekoniecznie „piękną chorobą”, jak ją nazywał Mieczysław Jastrun. Może niekoniecznie tym wysłuchiwaniem, osłuchiwaniem i podsłuchiwaniem duszy, jak chciał tego Josif Brodski - wielki poeta noblista. Poezja jest dla mnie rodzajem swoistej spowiedzi i przed samym sobą i przed swoim własnym czytelnikiem - odbiorcą. Z zasady samej nigdy nie piszemy dla siebie, do szufladki, żeby to gdzieś tam żółkło, zieleniało i pleśniało. Piszemy zawsze dla kogoś i zawsze po coś. Gdyby świadomość tego faktu nam nie towarzyszyła, to pewnie pisanie nie miałoby większego sensu.

Traktuję wierszopisarstwo, poezję, jako formę dialogu, rozmowy z moim potencjalnym czytelnikiem, bo nigdy nie wiem, jaki on naprawdę jest: czy jest szczególnie wrażliwy, czy chce mnie w ogóle słuchać, czy tkwią w nim otwartość i tolerancja? Czy moje problemy, moje rozterki duszy, serca i nie tylko go interesują? Dlatego jest to rodzaj rozmowy o wszystkim, co mnie dotyczy. Także o moich rozterkach, fascynacjach, uniesieniach, klęskach, porażkach, smutkach, wzlotach, upadkach, rozczarowaniach, ale i nadziejach zarazem. Bo poezja jest tym, co chcemy ocalić od zapomnienia, żeby coś jednak przetrwało i po nas zostało. Słusznie chyba nazywa się ją królową wszystkich sztuk - scala w sobie wszystko: to co myślimy, przeżywamy, co nas dręczy, boli i to, co nas często przeraża. Jeśli nie brakuje nam talentu, wyobraźni, wrażliwości, to z reguły osiągamy jakiś tam cel, który sobie na tej drodze wyznaczamy.

 

Czy często pytano Pana, jaka jest „recepta” na wiersz dobry?

Często młodzi ludzie na warsztatach poetyckich pytają, jak odróżnić wiersz dobry od niedobrego, zły od doskonałego? Nie wiem. Ponieważ uczymy się tej sztuki przez całe życie. Nie można się tego nauczyć na żadnych warsztatach, w żadnej szkole i na żadnym uniwersytecie. Można się jej nauczyć metodą prób i błędów, na własnej skórze, na żywym własnym organizmie, poszukując, szukając, błądząc, klucząc. Ten świat staje się potem coraz bardziej klarowny, jasny, z czasem zaczynamy wiedzieć, o co nam chodzi, w którym kierunku powinniśmy podążać, co jest nam w gruncie rzeczy pisane. Wymyśliłem sobie na własny użytek taką definicję, teorię: w dobrym wierszu powinny się znaleźć bezwarunkowo cztery elementy: kolor czyli barwa wiersza, przestrzeń, światło, dźwięk, a więc muzyka. Jeśli te cztery elementy ładnie się ze sobą zestroją, zharmonizują, połączą, to niezależnie, czy to będzie wiersz lepszy czy gorszy, on zawsze będzie miał w sobie coś, co jest cząstką naszej własnej jaźni, osobowości, naszego istnienia, jestestwa, nie będziemy czuli tego balastu, że kierujemy w stronę naszego odbiorcy - czytelnika też wrażliwego, otwartego, coś nieistotnego, mało ważnego, coś kalekiego i dalekiego wciąż jeszcze od doskonałości.

 

Czy udało się Panu do tego czytelnika dotrzeć, pozyskać go?

Nigdy tego do końca nie wiem. Spotykamy się na wieczorach autorskich, spotkaniach, gdzie dzielimy się wtedy wierszem, wszak wiersze są nie tylko rzeczą do napisania, ale przede wszystkim czymś do wypowiedzenia, do wygłoszenia, wtedy wiersz żyje. Cała sztuka recytacji właśnie na tym polega, że przeżywamy przecież coś niezwykłego, kiedy ten wiersz brzmi, kiedy on staje się muzyką, dźwiękiem, kiedy staje się żywym skierowanym do nas obrazem.

 

O czym Pan pisze, nad czym się pochyla, co Pana najbardziej absorbuje?

Wszystko, co dotyczy człowieka tu i teraz. Jeszcze nie wiem ile, jak długo ta przygoda potrwa. Wszystko: miłość, samotność, cierpienie, niepewność, chaos w jakim żyjemy, harmonia której poszukujemy. Świat wartości, który gdzieś nam umyka. Są w tych wierszach też moje fascynacje ludźmi, spotkania z tymi ludźmi, fascynacja kobietami. W ostatnim tomiku „Cień Andromedy” jest cały cykl wierszy poświęcony kobietom. Jestem takim autorem, takim poetą, jeśli to słowo nie jest za wielkie, który zawsze swoje wiersze kieruje do kogoś, komuś je przypisuje. Te dedykacje nie zawsze się pojawiają pod wierszami, ale one są oczywiste i adresaci tych wierszy w mig na to wpadają, odkrywają, wiedzą, że to są teksty do nich pisane, dla nich przeznaczone. Wiersz jest także formą listu do czytelnika, formą dziennika, który piszemy dla kogoś i po coś, po to właśnie, żeby komuś to podarować, żeby się tym z nim podzielić, o tym porozmawiać, ale i w jego świat, rozterki, niepokoje, fascynacje, radości po części wsłuchać.

Taka jest chyba idea pisania. Raz mi się udaje to lepiej, raz gorzej. Największy komplement, jaki może spotkać poetę, autora słowa pisanego to rozpoznawalność, tzw. własnego charakteru pisma. Kiedy moje wiersze są rozpoznawalne, po moim specyficznym charakterze poetyckiego pisma. To rzadki, a i wyjątkowy komplement. Mówi się często, że gdyby tam gdzieś było nawet sto wierszy i twój, to z miejsca bym go wyłowił. Znaczy to, że już znaleźliśmy swój własny styl, język, swoją własną formułę pisania.

 

Co jest istotą poezji?

Najważniejsze jest słowo, ale nade wszystko język, nad którym pracujemy, którego poszukujemy, formułujemy. Język, w którym rzeźbimy te nasze poetyckie wyobrażenia i obrazy. Praca w języku pozostaje dla poety zadaniem podstawowym, priorytetowym, fundamentalnym i najważniejszym. Nigdy nie było inaczej i już nie będzie. Im bardziej ten język będziemy opanowywali, obłaskawiali, będziemy do siebie przyjmowali i nadawali mu swoje własne barwy, intymne, osobiste piękno, tym bardziej nasze wiersze będą chyba przypadały do gustu naszym czytelnikom.

 

Co Pana fascynuje w poezji?

Poszukiwanie piękna. Piękna, które staje się nadrzędną wartością, czymś bardzo kruchym, utkanym z emocji. W żadnej innej ze sztuk nie można tak utrwalić i wydobyć na światło dzienne piękna, jak w poezji, co nie jest wcale takie łatwe. To idea, która mnie pochłania. Ona bardzo długo mnie uwodzi, nieustannie inspiruje, żeby to piękno na swój sposób też w wierszach zaistniało, zostało wydobyte na światło dzienne, miało swój właściwy ciężar gatunkowy.



Często bywam również pytany o swoje literackie fascynacje, układy odniesienia. Jestem wtedy strasznie zakłopotany, ponieważ to się nieustannie zmienia, nieustannie gdzieś tam faluje i ewoluuje. W latach młodzieńczych była to wielka fascynacja poezją Norwida, szczególnie wtedy, kiedy w latach siedemdziesiątych odkrył go na nowo profesor Wiktor Juliusz Gomulicki. Wtedy właściwie ten Norwid wydawał mi się wielkim zjawiskiem. Ale fascynowali mnie w tym czasie też Leśmian, Halina Poświatowska - jej odwieczny fenomen miłości i śmierci rozpostarty w poezji, które stanowiły specyficzne spectrum w realizowaniu spektakli teatralnych. Potem był okres wielkiej fascynacji Jerzym Liebertem. Młodym poetą, który żył na początku minionego stulecia, a umarł w wieku 26 lat mając za sobą tylko trzy tomiki wierszy. Ale te trzy tomiki pozwoliły mu jak gdyby wejść do literatury już na trwałe.

Dzisiaj bardzo często wracam do poezji Josifa Brodskiego. Uwielbiam poezję Stanisława Grochowiaka, jego wiersz właśnie „Chłopiec Jeziorny” z tomiku „Nie było lata” zainspirował mnie do napisania własnej wersji „Chłopca Jeziornego” i do polemiki z jego wierszem w sposób bardzo łagodny, subtelny. Kto zna Grochowiaka wie, na czym polemika moja i ten dyskurs z nim polega. Bardzo też cenię poezję Adama Zagajewskiego. Tak, jak ceniłem zawsze poezję Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza. Zagajewski jest kolejnym kandydatem, który jeszcze może sięgnąć po nagrodę Nobla, jest bowiem w wieku, gdzie jest to realnie prawdopodobne. Zdobywca wielkiej Nagrody Poetyckiej Nowego Jorku sprzed paru lat, nagrody najbardziej cenionej obok Nagrody Nobla na świecie. Polska jest krajem wspaniałych wybitnych poetek i poetów. Z tego możemy być dumni, możemy się szczycić, że mamy tak wielkie poetki jak Wisława Szymborska, Urszula Kozioł, Julia Hartwig, jak nieżyjąca już ikona lat 70 i 80 całkowicie dziś zapomniana Małgorzata Hillar. Jest doprawdy z czego czerpać, nad czym myśleć, w czym się zagłębiać. Ale przy całym szacunku dla wielkości ikon i klasyków strofy, rzecz polega na tym, że musimy szukać własnego języka, miejsca i sposobu ekspresji. Nadać im specyficznie własny, odrębny, osobny wymiar. To winna być nasza poezja, a nie wiersze Szymborskiej, Różewicza czy Karpowicza. To ma być liryka przez nas artykułowana i nami do bólu naznaczona...

 

Często padają takie pytania, czy pisze się komuś lepiej o określonej porze dnia, w jakich warunkach, w określonym zakorzenieniu, świecie, miejscu zamieszkania, urodzenia?

O samej Tucholi napisałem kilka wierszy, ale te kilka wierszy są bardzo gorzkie i cierpkie. Nie są to żadne laurki, żadne ody na zasadzie: „jest miasteczko gdzieś nad rzeczką sympatyczne jest miasteczko”. Wręcz przeciwnie. Te portrety są zawsze trochę skoślawione, zdeformowane, ale one są przez to prawdziwe, nie są upudrowane, podkoloryzowane, są takie, jak ja rzeczywiście widzę to swoje środowisko w którym mieszkam, w którym od tylu lat żyję i w którym tylu rzeczy mi wciąż najdotkliwiej brakuje. Chociażby rzeczy tak oczywistej, jak kina. Moje wiersze są bardzo często inspirowane kinematografią. Często mają wręcz strukturę filmową. Dla tych, którzy często zaglądają do kina, śledzą to wszystko co się w światowym kinie na bieżąco dzieje, wiedzą, ile ja temu światowi filmowemu w swojej twórczości zawdzięczam. On nieustannie mnie inspiruje. Kina mi w tym mieście ogromnie brakuje, dotkliwie odczuwam jego brak. Ale żyjemy w takiej rzeczywistości w jakiej żyjemy i nie ma sensu wiecznie psioczyć, ani narzekać. Trzeba przyjmować z całym dobrodziejstwem inwentarza to, co nas spotyka i z tego czerpać zawsze jasną, twórczą energię do działania, życia, tworzenia.



Ja w ogóle nie lubię narzekać, że czegoś nie dostaję, że ktoś mnie nie zauważył, jacyś recenzenci nie napisali dobrych recenzji. Pisanie wierszy traktuję, jako osobistą, intymną przygodę. Po co zawracać tym głowę komukolwiek? Bardziej traktuję to jako przygodę, która mi pozwala zachować jako tako dobrą kondycję psychiczną, nadawać sens pewnym rzeczom. Myślę, że każdy człowiek powinien mieć jakiegoś swojego bzika, pasję, coś, co będzie go w życiu nakręcało, co go w życiu mocno postawi w tzw. pionie, nieustannie pozwala odzyskiwać nadzieję, że w życiu wszystko ma sens, że warto się otwierać na ludzi, na świat. Poezja jest sztuką bardzo intymną, prywatną, osobistą. Musimy mieć tę świadomość, że uprawiamy coś w rodzaju - spowiedzi, która bardzo nas odsłania - nasze wnętrza, nasze dusze. Ja tę świadomość mam. Mam świadomość ryzyka, jakie z tego tytułu ponoszę, ale się tego nie obawiam. Po tylu książkach - 7 czy 8 napisanych, nie chcę tej przygody zamykać, kończyć, już myślę o kolejnych. Napisałem niedawno słuchowisko radiowe. Przygotowuję książkę złożoną z haiku – tego się już bardzo dużo nazbierało. Patrzę z ufnością, niczego nie planuję, nie programuję, nie wytyczam z dalekowzroczną perspektywą czasu. Wierzę też, że nowe rzeczy będą się wciąż pojawiać. Zawsze będę interesował się wszystkim nowym, zaglądał do książek swoich kolegów, koleżanek, spotykał się z nimi na jakiś imprezach w kraju i za granicą. Marzą mi się jeszcze podróże. Chciałbym pojechać jeszcze do Wilna, Wenecji.

Myślę, że dopóki człowiek marzy i wierzy w to, że mu się uda te marzenia zrealizować, zmaterializować jego życie ma jakiś sens. W marzeniach jest to, co nadaje sens i znaczenie naszej codziennej krzątaninie. Poezja jest też tym światełkiem, lampionem, który to wszystko oświetla, dodaje wielu promyków, blasków tak nam dzisiaj przecież potrzebnych. Zanurzeni w szarości, niepewności, chaosie świata, który nas otacza, tych mocnych punktów oparć, czegoś co nas mocno stawia na nogi, co pozwala nam wierzyć w dobro, doświadczamy dziś w stopniu rzadkim, nieledwie znikomym.

 

Co na koniec rozmowy chciałby Pan od siebie przekazać czytelnikom?

Wrażliwy czytelniku, czujny odbiorco kultury zwanej nie bez kozery wysoką. Szukaj siebie tam, gdzie możesz się jeszcze odnaleźć, czymś zachwycić, przeżyć coś unikalnie niepowtarzalnego. Zawsze warto b y ć i nie przeceniać wszechwładnego m i e ć. Bo wtedy gubimy coś w sobie tak trudne już później do odzyskania. I nie odżegnuj się od obcowania z literaturą, książką, strofą wiersza. To świat przypominający wejście do tajemniczego, zaczarowanego ogrodu.

Możesz stać się pierwszym i niezastąpionym w nim ogrodnikiem. To niezwykłe iście wyzwanie, bo wszystko zależy od Ciebie. Więc tak jak w "Przesłaniu Pana Cogito" Zb. Herberta; - bądź wierny, idź! Po prostu...

 

Dziękuję za rozmowę.


 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

 

 

 

 

sobota, 11 kwietnia 2015

Nakładem Wydawnictwa Novae Res ukaże się niebawem przesympatycznie zilustrowana książeczka dla dzieci „Bajki Ezopa wierszem”. Zanim jednak przystąpię do omówienia egzemplarza, który leży przede mną wyjaśnię w kilku zdaniach, kim w ogóle był Ezop?


 

Ezop - Frygijczyk żył w VI w. p.n.e. Postać prawie legendarna. Był niewolnikiem przebywającym na wyspie Samos, a następnie doradcą króla Lidii, Krezusa. Został podobno zamordowany przez kapłanów delfickich. Ezop to najbardziej znany w literaturze starożytnej Grecji twórca bajek. Legendę o morderstwie Ezopa można tłumaczyć rzeczywistą sprzecznością przesłania jego bajek z wyznawaną w Delfach teologią – jego utwory krytykowały możnych, występowały w obronie skrzywdzonych. Mimo że Ezop jest najbardziej znanym twórcą bajek, pierwsza bajka znajduje się w eposie Hezjoda „Prace i dnie” - bajka „O jastrzębiu i słowiku.”

W „Bajkach Ezopa wierszem” bohaterami są zwierzęta i przedmioty. Zawierają one zwykle jakąś moralną sentencję. W książeczce znajdziemy je w formie wiersza. Zabawnie rymowane, zawierające mnóstwo pozytywnych przesłań, wciąż aktualnych. To przez wiersz ukazane ludzkie cechy, charakter i poprzez morał płynąca nauka.




 

Pierwszy z brzegu przykład:

Bajka Zając i Żółw”, która mówi o wytrwałości prowadzącej do zwycięstwa. Historia znana każdemu, wykorzystywana przez wielu pisarzy, filmowców, a jednak morał, który z niej płynie nigdy nie staci na aktualności. O wiele dalej zajdzie ktoś mniej utalentowany, ale pewnie zmierzający do celu, niż zdolny, ale roztrwaniający i przesypiający swój potencjał. Inna myśl, którą można tu odnaleźć – nie koncentruj się na innych, ale na samym zadaniu.

Polecam i to bardzo!


 

Za możliwość zapoznania się z egzemplarzem przedpremierowym dziękuję Wydawnictwu:


Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

 
1 , 2 , 3
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi