Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
środa, 30 kwietnia 2014

Nastały czasy, w których światem rządzi pieniądz. Gdzie komercja, reklama i inwestycja są tak powszechnym zjawiskiem, że używanie takich słów jak piękno, estetyka, etyka, styl, czy proste chociażby tradycja, kultura, stały się dla obecnej młodzieży terminami prawie nie znanymi. Dlaczego tak się dzieje?

Dlaczego dzisiaj liczy się kasa, komóra, laptop, internet, w których słowa, dźwięki śmigają przed oczyma niczym migawki z aparatu fotograficznego, odbierając im możliwość logicznego, składnego i prawidłowego myślenia?

Dzisiaj, to już zupełnie inne czasy. Magia książek, słuchowisk, czy nawet teatrów przegrywa z pędem i szaleństwem wirtualnych światów, w których wystarczy posługiwać się slangiem typowym dla danej grupy.

Nie jestem pewna, czy młodzi w ogóle wiedzą, czym są teatry dźwiękowe.

A szkoda, bo to tak piękna dziedzina sztuki, że chce się słuchać.

Magia słuchowisk, zabawy dźwiękiem, gdzie każdy szczególik trzeba umieć wyróżnić, zaznaczyć właściwym tonem jest dziś nie tylko zapomniana, a wręcz nie doceniana. Teatry dźwiękowe, seriale radiowe, słuchowiska – to absolutność, dokładność i precyzja w każdym słowa znaczeniu i calu, jako jednej z najmniejszych jednostek miary.

W teatrze klasycznym wygodą jest przekazanie całej głębi emocji gestem, słowem, wyrazem twarzy, jej mimiką. Za głośnikiem radiowym nie ma widać nikogo i niczego. Szkopuł polega więc na tym, by umiejętnie, precyzyjnie przekazać słuchaczowi dźwięk, ton, gesty, których nie widać. Gra aktorów musi być zatem dokładna i odpowiednio wyważona. Tu potrzeba sztabu ludzi – operatorów, dźwiękowców, ale i scenarzystów. Liczy się także pomysł, który musi się przebić w trakcie prób.

Oprócz „Matysiaków” i „ W Jezioranach”, którzy towarzyszą mi przy co sobotnich i niedzielnych obiadach, ostatnio bardzo zachwyciłam się słuchowiskami na motywach powieści Joanny Chmielewskiej. Znakomite kreacje aktorów Teatru Polskiego Radia, rewelacyjnie opracowane podkłady muzyczne, dźwięk, no i.......no właśnie.

Jest w tym swoista magia. Magia, co przyciąga i skupia uwagę słuchacza. Uwalnia zmysły od codziennej przyziemności. To swoiste granie nut serca, jakie nosi w sobie każdy reżyser. Magia słuchowisk już trochę zapomniana, ale ciągle żywa i ciągle grająca w radioodbiornikach.

Zachwycajcie się nimi, odkrywajcie je na nowo, zobaczcie je oczyma swojej wyobraźni.

Do rozmowy o słuchowiskach – tych dawnych i obecnych, poprosiłam Pana Kazia Rink. Pan Kaziu jest wykształcony w kierunku animacji kultury, pracował w radio. Większość z czytelników zna Pana Kazia, to nasz lokalny poeta. Ale....jak się okazuje nie tylko.

Zapraszam do przeczytania krótkiego wywiadu.

Panie Kaziu. Jest Pan z wykształcenia animatorem kultury. Już na początku powiedział mi Pan, że niczego ciekawego w temacie słuchowisk się od Pana nie dowiem, bo jest Pan człowiekiem z epoki pierwszych seriali radiowych. Ja właśnie chciałabym, aby Pan przypomniał sobie, jakie były słuchowiska z tamtych Pana czasów.

- Trzeba powiedzieć, że radio było prekursorem tego co we współczesnych mediach zamieniło się w seriale i powszechnie rozumianą serialowość, cykliczność programów i projektów audiowizualnych. Masowe audytorium towarzyszyło w ówczesnych czasach dwom słuchowiskom-serialom preferującym tematykę rodzinną, dzieje całego pokolenia tych rodzin, wydarzeń z ich życia skrzętnie rozwijanych w atrakcyjne w słuchaniu fabuły. Prym wiodły jak pamiętam dwie rodziny „Matysiaków” z warszawskiej ul. Dobrej i Jabłońskich, ulokowanych w realiach typowo wiejskich. Ale nie tylko, bo praktycznie telewizja dopiero wówczas raczkowała więc poniekąd na theatrum radiowe byliśmy poniekąd skazani i całkowicie nim zaabsorbowani. Teatrem radiowym były relacje z wielkich imprez sportowych w rodzaju Igrzyska Olimpijskie czy Wyścigi Pokoju, a profesjonalizm i nazwiska takich sprawozdawców sportowych jak Bohdan Tomaszewski, Bogdan Tuszyński czy Roman Paszkowski po dziś dzień tkwią w naszej pamięci, bo zapisały się tam tzw. złotymi zgłoskami. Także reportaże radiowe, choćby Krystyna Melion i całej szkoły tego gatunku nagradzane na prestiżowych festiwalach (Prix Italia). Rodzice zasłuchiwali się w „Wędrówkach muzycznych po kraju” i koncertach życzeń, moja generacja w „Rewii piosenek” Lucjana Kydryńskiego, w muzyce klasycznej, bo latami całymi namiętnie zasłuchiwałem się w felietonach muzycznych Jerzego Waldorffa. Oczywiście rośliśmy, dojrzewaliśmy z chłopaczków i sztubaków stawaliśmy się młokosami, których świat się rozrastał, poszerzał, piękniał więc jeśli szukaliśmy wartościowej, deszczującej klasyki to za sprawą literatury, a w radiowej wersji na antenę trafiało praktycznie wszystko od Kochanowskiego i Szekspira po Iwaszkiewicza i Hemingwaya. Częściej czegoś wcześniej się już posłuchało niż udało się to wyłuskać ze szkolnej czy powiatowej biblioteki. Moim pierwszym radioodbiornikiem był trzaskający „Pionier”, potem miałem taką kieszonkową na wpół „Dianę”, średni raczej model tak popularnych
w tamtych czasach tranzystorów. Szło się na jakąś usłaną kaczeńcami łączkę i namiętnie słuchało
„Popołudnia z młodością”. Prowadzili je zazwyczaj Małgorzata Gerlicz i Piotr Kaczkowski. Z sentymentem – nie ukrywam – wspominam te – pradawne, zamierzchłe czasy…



Czy słuchowisko i teatr radiowy, to te same gatunki, czy zupełnie od siebie różne?

- Słuchowisko jako forma spektaklu-zdarzenia dźwiękowego nie jest naszym rdzennie nadwiślańskim, polskim wynalazkiem. Zaistniało tak naprawdę w latach 20-tych minionego,
XX stulecia. W Polsce zaczynało pokwitać i rozkwitać w latach 30.tych tegoż stulecia, a zatem w tzw. II Rzeczypospolitej i pionierskim wydarzeniem okazała się na tym gruncie adaptacja dramatu St.Wyspiańskiego „Warszawianka”. Do spektakli radiowych szybko zaczynali angażować się wielcy aktorzy tamtych czasów; Ćwiklińska, Zelwerowicz, Dymsza, Jaracz, Osterwa, bo to było dla nim nowe, fascynujące zupełnie wyzwanie, a i od razu zyskiwali astronomicznych rozmiarów audytorium.
Co do nazwy samej i terminologii. Myślę, że to fakt bez większego raczej znaczenia, bo najpierw używano określenia teatr dźwiękowy, potem teatr radiowy, teatr poza przestrzenia teatru, wreszcie radiowy teatr wyobraźni. I to się powszechnie raczej przyjęło, tendencja ta utrzymuje się po dziś dzień. Słuchowisko to pojęcie dość ogólne, umowne, ale wiadomo czego naprawdę dotyczy. Z czym się kojarzy. Nie sposób pomylić go z żadnym innym. Tak myślę, tak mi się wydaje..



Słucha Pan jeszcze współczesnych słuchowisk? Czym one się różnią od „tamtych”?

- Pewnie, że słucham. Generalnie dlatego, że technika, strategia nagrywania, rejestrowania i procesów produkcyjnych w tym zakresie poszła milowymi krokami do przodu i wciąż opływa w nowe dokonania i olśniewające na tym gruncie fajerwerki-wynalazki. Praktycznie możliwe jest tu absolutnie wszystko. Wykształciła się samoistnie grupa ludzi dramaturgów, scenarzystów, autorów piszących dla radia i obdarzonych niesamowitą dozą „radiowego słuchu” i towarzyszącej jej specyfiki. Cenie sobie ten nurt do którego przynależą tacy twórczy jak Andrzej Mularczyk, Jerzy Janicki, Maciej Wojtyszko, Henryk Bardijewki, Władysław Terlecki czy Ireneusz Iredyński. Ale i twórcy oryginalnych form podszytych autoironią i specyficznym humorem – szczególnie Maciej Zembaty i Jacek Janczarski. Przecież „Rodzina Poszepczyńskich” i „Kocham Pana, Panie Sułku” to są szlagiery unieśmiertelniające tych twórców, bo obaj już nie żyją. W ogóle kiedyś fascynowałem się radiową „trójką”, bo tam byli Olejnik, Kaczkowski, Miecugow, Niedźwiecki i mnóstwo wspaniałych dziennikarzy, nie tylko od radiowych list przebojów przecież. A wracając do słuchowisk i teatru radiowego. Śledzę i dziś te wszystkie „Złote Mikrofony”, „Wielkie Splendory” i „Splendory Splendorów”, bo za tym kryją się artyści i ich wielki mistrzowski kunszt. Krzysztof Kolberger zagrał w prawie czterdziestu słuchowiskach i już sam jego głos hipnotyzował moją wyobraźnię, niezależnie od tego czy pojawiał się w Puszkinie, Szaniawskim, Fredrze czy Kadenie Bandrowskim, bo zawsze były to niezwykłe zupełnie kreacje. Dla Teatru radiowego pisali też wielcy poeci w rodzaju Zbigniewa Herberta czy Stanisława Grochowiaka. I trzeba od razu powiedzieć, że takie sztuki jak „Drugi pokój” czy „Chłopcy” w wersji radiowej to był zupełnie inny, z niczym nieporównywalny rodzaj duchowej przygody niż ten realnie możliwy na deskach typowo teatralnej sceny. Taką ciekawostką na tym gruncie pozostaje fakt, że z teatru radiowego nigdy nie rezygnowała rozgłośnia Polskiego Radia PiK w Bydgoszczy. Świetne rzeczy udawały się zazwyczaj Pawłowi Łysakowi, który podejmował się reżyserii. A nazwiska? Rzucę jedno; Jarek Jakubowski, poeta i dramaturg średniejącej już generacji z Koronowa. Jego „Generał”, „Zgon w pałacu biskupim” i „Głową w dół” w realizacjach radiowych posprawdzały się wprost znakomicie.
W ogóle słuchowisko znowu powraca do łask samych twórców i rośnie zainteresowanie tą wydawałoby się doszczętnie już wypróbowaną, wyeksploatowaną formą.
Ludzie kina też nie muszą się jej wstydzić, bo gdy słucham takiej „Sarabandy” Ingmara Bergmana z wielką w niej kreacją Wojciecha Pszoniaka to przyznać muszę, że jest to przeżycie artystyczne z tej najwyższej z półek. Może dlatego, że siłą słuchowiska jest intensywność rozmowy-dialogu i te niewyczerpane zupełnie możliwości akustycznego bogactwa planu, nie tylko samego tła dźwiękowego. Rzadkość sama w sobie!



Wiem, że jest Pan na etapie opracowania własnego słuchowiska. Jak się kroi i o czym będzie?

- Tego tak naprawdę i do samego końca nie wiem. Bo jeszcze jestem gdzieś pośrodku tego przedsięwzięcia i nie wiem jaki przybierze obrót, jaki wyłoni się z tego finał. Rzecz traktuje o miłości, odpowiedzialności i wierności i dzieje się niejako w trzech płaszczyznach czasowych. Wszystko dokonuje się w środowisku pochłoniętych bez reszty swoją pracą radiowców, bo to środowisko poznałem dość gruntownie i od przysłowiowej podszewki w trakcie kilkunastoletniej, czynnej praktyki radiowej. To mnie zainspirowało, bo statystyczny radiowy słuchacz nie wie prawie nic o kulisach tego, co nigdy tak naprawdę w eter nie przenika, nigdy nie wyłania się z niego w sensie realnym, sensualnym, do końca sprawdzalnym. Będzie w tym sporo spojrzenia poetyckiego, bo nadal czuję się poetą nade wszystko i nic co poetyckie nie może pozostać mi obce. To raczej całkiem oczywiste przecież…



22:31, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 kwietnia 2014

Lada chwila premiera „Anathemy” Pitera Murphy. To będzie Jego drugi e-book.

A wiem, że w zanadrzu jest jeszcze kilka innych powieści, które czekają na swoją kolej, by ujrzeć światło dzienne.

Mieszka całkiem niedaleko Borów Tucholskich. Niedaleko mojego miejsca na ziemi. Pracuje, jest aktywny sportowo. Prowadzi blog: pisanyinaczej.blogspot.com.

Ma marzenia. Chciałby zamieszkać nad morzem, z psem, by tam tworzyć swoje największe dzieła.

Co ma w sobie takiego morze, że przyciąga swoim magnesem już drugiego Autora. Pierwszą była Małgosia Rogala.

Wielką tajemnicę, którą tylko nieliczni umieją dostrzec? A może całą głębię talentów?

Jego powieści są tak różne od siebie i tak głęboko emocjonujące, że czasami trzeba się zatrzymać, pomyśleć, zastanowić się nad priorytetami, hierarchią wartości. A czasami przyprawiają o gęsią skórkę.

Kim jest Piter Murphy?

Dla mnie Piotr, bo nie kryję się z tym, że znamy się osobiście.

I nie uwierzę w Jego zapowiedź, jakoby miał przestać pisać. To chwilowy kryzys, a nawet pewne wypalenie twórcze. Tyle, że to minie. Wierzę i wiem, że jeszcze zaskoczy nas swoim nieodkrytym „lądem”.

Ja przede wszystkim pragnę Ci Piotrze podziękować za cierpliwość, zrozumienie, inny punkt widzenia, spostrzeganie świata z trochę innej perspektywy. Za bohaterów, za którymi się tęskni, których się kocha, ale też i nienawidzi. Za zaufanie, umiejętne rozgryzanie interpretacji rozbieganych myśli oraz za prosto z serca płynące emocje.

Zapraszam do przeczytania wywiadu.

Czym na co dzień zajmuje się Piter Murphy poza pracą, pisaniem i czytaniem?

Pracuję, uprawiam sporty, spaceruję po lesie, oglądam filmy. Nie różnię się od innych. Czasami spotykam się ze znajomymi. Nie znoszę nudy. Najwięcej wolnego czasu zajmuje mi jednak pisanie, a ostatnio przeważa czytanie. Literatura zwycięża z pozostałymi zainteresowaniami. Sam noszę się z zamiarem zaprzestania pisania. Może kiedyś do tego wrócę? Tego nie wiem. Ale póki co na półkach i w Kindlu czeka dziesiątki książek zakupionych wcześniej. Mam wrażenie, że mój czas się kurczy. Nie zmienia się nic, ale mam coraz mniej czasu na poszerzanie własnych zainteresowań. A z czytania nigdy nie zrezygnuję.

Jesteś autorem niesamowicie różnych powieści. Pierwszej - o kobietach dla kobiet, a „Anathema” odkopana po bardzo długim czasie, z licznych zbiorów pisarskich Twojego komputera - o tajemniczych, autentycznych wydarzeniach. Jesteś sceptykiem, czy jednak wierzysz w nadprzyrodzone moce?

Jak najbardziej w nie wierzę. One mnie dotykają w różny sposób, a samo pisanie „Anathemy” mnie w tym utwierdziło. Wkrótce po rozpoczęciu pisania tej historii, zaczął się ciąg mniej lub więcej niewytłumaczalnych wydarzeń. Część z nich opisałem wcześniej w książce. One w niewytłumaczalny sposób przeniosły się na realne życie. Dlatego też po zakończeniu pisania część tekstu bezpowrotnie usunąłem z dysku komputera, a pozostały tekst podzieliłem na małe fragmenty. Kilka miesięcy temu postanowiłem go jednak opublikować. Nigdy nie będę w pełni przekonany, czy słusznie postąpiłem. Dla niektórych może się to okazać niestrawnym utworem, ale liczę że chociaż jedna osoba zrozumie moje przesłanie. Niestety, nie chciałem ponownie przez to przechodzić i dlatego nie napisałem na nowo kilku rozdziałów. Podświadomie bałem się kolejnej lawiny trudnych dla mnie doświadczeń. Ostatecznie zaryzykowałem. Podpisałem umowę na ebooka, zamykając sobie tym samym drogę do całkowitego wycofania się z niej. Za jakiś czas książka będzie dostępna w formie elektronicznej w księgarniach internetowych w Polsce i Stanach Zjednoczonych na Amazonie.

Napisałem również powieść dla kobiet o roboczym tytule „Śpiący Kopciuszek”. Prawdopodobnie ukaże się ona w formie elektronicznej w wydawnictwie E-bookowo. Ostatnia książka powstała po dobrym przyjęciu debiutanckiej powieści „Trzy” przez kobiety. Stąd też pomysł na napisanie opowieści o kobiecie, której świat lega w gruzach, kiedy na światło dzienne wychodzą mroczne tajemnice najbliższych.

Co sądzisz o dzisiejszym polskim rynku wydawniczym?

Rynek wydawniczy obserwuję od kilku lat. Niestety mam wrażenie, że rodzimi pisarze są traktowani po macoszemu przez rodzimych wydawców. To mnie nie dziwi. Wydawca ma za cel zarabianie na autorze, na jego utworze. Dlatego ryzyko wydania utworu kogoś nieznanego jest wysoce ryzykowne. Paradoksalnie coraz częściej rodzimi autorzy są dostrzegani za granicami Polski. Żyjemy w czasach, kiedy do debiutantów podchodzi się ostrożnie, z wielkim dystansem, dokładnie rozważając za i przeciw zainwestowaniu w nieznane nazwisko. Mam wrażenie, że w Polsce zapanował jakiś bum na pisanie książek. Pisze każdy. Dynamicznie rozwija się rynek książek elektronicznych, jak i self-publishingu, ale wysoki podatek vat niestety hamuje jego rozwój. Niestety, naszym autorom daleko do odniesienia sukcesu na miarę Amandy Hocking. Sam zauważyłem nagłe zainteresowanie pisaniem masy ludzi i uważam je za chwilową modę. Dzisiaj każdy może wydać książkę w formie elektronicznej, albo w formie papierowej. W tym wypadku jednak najczęściej wymagany jest własny wkład materialny, co dla większości jest barierą nie do przebicia.

Tak naprawdę jest wielu autorów, którzy piszą niezwykle emocjonalnie, ale wydawcy nie chcą ponosić ryzyka wydawania nieznanych nazwisk. Doświadczyłem tego na własnej skórze. Wydawcy piszą…”Bardzo ciekawa powieść, ale niestety nie, pana nazwisko nie jest ugruntowane na rynku wydawniczym, więc nie możemy przyjąć pana propozycji”. Jeszcze niedawno brałem pod uwagę skorzystanie z pośrednictwa agencji literackich, ale ostatecznie porzuciłem ten pomysł. Jeżeli wydawca nie zainwestuje w promocję autora, to sam piszący niewiele zdziała. Oczywiście tutaj może zadziałać marketing szeptany. Jednak krajanie mają mentalność, że wartościowe jest to, co jest na półkach w Empiku. Zapominamy, że wydawcy płacą za te ekspozycje.

Znalazłam informacje, że byłeś dzieckiem chorowitym, dużo czasu spędzałeś w szpitalach umilając sobie czas ulubioną lekturą „Robinsonem Kruzoe”. Chciałbyś kiedyś znaleźć się na takiej bezludnej wyspie, jak Robinson?

W szpitalach na moje szczęście byłem raz, lub dwa razy w okresie dorastania. Co się tyczy czytania, to było dla mnie naturalne. Od dziecka czytałem dużo, nie zważając na poziom lektury. Liczyło się to, że mam nowe książki do czytania i mogłem się przenosić w nieznane mi obszary.

Bezludna wyspa? Z natury jestem samotnikiem i lubię ciszę i przebywanie na łonie natury. Z drugiej strony stałem się zbyt współczesnym człowiekiem, aby dłużej wytrzymać bez udogodnień techniki, jakie nam towarzyszą, a których nie doceniamy. Nie wyobrażam sobie życia bez laptopa, telefonu komórkowego, czy tabletu. Pamiętajmy, że zmienia nas czas i środowisko. Urodziłem się w czasach, w których nie było internetu, czy komórki. I cieszę się z tego. Doświadczyłem zupełnie innego życia, na łonie natury, co ukształtowało moje umiłowanie do przyrody i mimo tego, że od ponad dwudziestu lat żyję w wielkich aglomeracjach miejskich, nie zabiło to we mnie pewnego rodzaju wrażliwości. Dzisiaj jestem innym człowiekiem. Doświadczenia, które zbieramy wpływają na nas światopogląd, będąc jednym z filarów uczuć i myśli.

Pochodzisz z bardzo pięknych okolic Podkarpacia. Wielokrotnie zresztą używasz różnych nazw miejscowości w swoich powieściach, ściśle z nim związanych. Jak zachęciłbyś innych do odwiedzania Twoich terenów i regionu?

Podkarpacie, a szczególnie Magurski Park Narodowy to bardzo malownicze tereny. Właśnie tam inwestują mieszkańcy z wielkich aglomeracji, kupując działki pod budowę, czy też letnie domki. Sezonowo pojawiają się tam gwiazdy znane z telewizji. Podkarpacie jest piękne o każdej porze roku. Występuje tam mnogość flory i fauny, rzadkie gatunki drzew, nierzadko w czasie wędrówek można natknąć się na cerkwie, czy stare chaty pamiętające czasy lat czterdziestych ubiegłego wieku. Tam czas płynie zupełnie inaczej. Kiedy tam się pojawiam, mam wrażenie jakbym był w innej rzeczywistości. Ludzie nigdzie się nie spieszą, są dla siebie serdeczni. To tam mieszają się kultury i narodowości. Naprawdę warto się przekonać naocznie. Zarówno „Trzy”, jak i „Anathema” są umiejscowione w moich rodzinnych stronach.

Piotrze. Całkiem niedawno pytałam Cię, po co piszesz? Odpowiedziałeś, że piszesz, żeby zapomnieć o rzeczywistości. Jaka jest ta rzeczywistość widziana oczyma Pitera Murphy?

Pisanie samo w sobie jest wyzwaniem. Wymaga zorganizowania czasu, pomysłu, wyciszenia się, odrobiny samotności. Czym dla mnie jest pisanie? Nie traktuję tej czynności jako pracę, wręcz przeciwnie. Kiedy piszę, odpoczywam. Tworzone przeze mnie postacie ożywają, przemawiają, zaprzyjaźniam się z nimi. Pisanie to inny stan umysłu. Wchodzi się w interakcje z postaciami, one przemawiają do mnie, ja do nich. W czasie tworzenia utworu inaczej patrzę na świat. Jestem przekonany, że każdy z nas nosi ważną cząstkę ważnej historii, ale nie tylko nieliczni potrafią to przekazać w taki sposób, aby zainteresować innych swoją historią. Oczywiście mam na myśli piszących.

Dla mnie rzeczywistość jest zbyt brutalna, pogmatwana, czasami trudna do zaakceptowania. Są dni, w których wydaje mi się, że urodziłem się w nieodpowiednim czasie, o kilka wieków za późno. Wtedy wracam do sprawdzonych utworów, w których kwitnie optymizm. To pomaga. Rzeczywistość jest czymś ulotnym, przecież ona w ułamku sekundy staje się historią. Wszystkie normy zachowania są utworzone przez ludzi. Ale czy są dla nas dobre? Dla mnie rzeczywistość to wiara w człowieka i wiara w dobro. Wbrew temu, co czasami mnie spotyka staram się znaleźć cząstkę dobra. Często mam wrażenie, że żyję w Matrixie, a świat którego jestem cząstką nie istnieje naprawdę. Wszak od poczęcia jesteśmy przysposabiani do myśli o przemijaniu, o śmierci. Od pewnych wydarzeń nie można uciec.

Czym jest dla Ciebie Piotrze poezja? Zapomniana i niemodna, czy jednak za mało dostrzegana we współczesnym pędzie świata?

Ktoś kiedyś powiedział, że poezję piszą ludzie głęboko cierpiący, albo zakochani. Coś w tym jest. Sam jakiś czas temu usiłowałem ją pisać, ale z miernym skutkiem. Do tej pory moje „wiersze” są dostępne na portalu granice.

Sądzę, że poezja jest dla ludzi wrażliwych, myślących głębiej, mających potrzebę zanurzania się w wyniosłych zdaniach, szukających nowych perspektyw horyzontalnych. Poezję czytuję niezmiernie rzadko. Lubię wiersze księdza Jana Twardowskiego, którego miałem okazję spotkać w czasie, kiedy mieszkałem w Warszawie. Czasami mam wrażenie, że poeci są z innego wymiaru.

Przykładem niech będzie ostatnio zmarły Tadeusz Różewicz. Uwielbiano go na całym świecie, ale on sam niezwykle rzadko udzielał wywiadów. Rozumiem go doskonale. To pozwalało mu zachować pewną niezmąconą trzeźwość umysłu i dystans do świata. Prawdziwy poeta nie patrzy przez materię, prawdziwy poeta patrzy przez duchowość. Skanuje obraz i opisuje to, czego nie dostrzegamy jako zwykli śmiertelnicy. Obrazy są wyraziste, wznoszą się nad wyżyny codzienności.

Nie uważam, aby poezja była zapomniana, czy też niemodna. Wręcz przeciwnie. Obserwując zalew konkursów literackich dla poetów konstatuje, iż jest dobrze. Mamy wielu wybitnych poetów w historii. Wymienię tutaj chociażby Wisławę Szymborską, Ildefonsa Gałczyńskiego, Zbigniewa Herberta, czy też Cypriana Norwida. Nasz kraj może być dumny z takich osobistości.

Porozmawiajmy o teatrze życia. Dlaczego ludzie ubierają maski? Mają w sobie za mało odwagi, by przyznać się do błędów, czy udają tylko bezsilnych?

To zależy od tego, w jakiej kwestii to rozważamy. Ludzie dostosowują się do określonych sytuacji, nie chcą przekraczać dopuszczalnych norm społecznych. Ich przekroczenie może być potępione przez środowisko i zakończyć się reperkusjami. Mówienie prawdy nie zawsze jest dobrze widziane. Posłużę się tutaj prostym przykładem. Ktoś bliski przesyła swój tekst do oceny. Po przeczytaniu uważam, że to totalny gniot. Co robię dalej? Mówię o swoich odczuciach i ocenie, czy też nie chcąc narażać się na ochłodzenie relacji chwalę utwór zapewniając o wielkim talencie. Tutaj dochodzą relacje nas łączące, w podświadomości bierzemy pod uwagę za i przeciw. Najczęściej wybieramy pierwszą możliwość.

Współczesny człowiek jest zupełnie inną jednostką, niż ten żyjący 40-50 lat temu. W pewnej mierze można to usprawiedliwić zupełnie inną rzeczywistością. W telewizji większość wiadomości ma wydźwięk negatywny. Zostajemy bombardowani newsami o kolejnych morderstwach, walkach i skandalach. Poziom empatii zostaje mocno stępiony, co wpływa bezpośrednio na nasze odczucia przenoszące się na środowiska. Człowiek jest istotą potrafiącą sobie wszystko usprawiedliwić.

Temat „ludzkich masek” jest częstym tematem w literaturze, czy na deskach teatrów. Artyści próbują szukać nowych odpowiedzi na dręczące ich egzystencjalne pytania. A jak mówiłem wcześniej, człowiek jest tajemnicą i nie można go jednoznacznie skategoryzować. Maski towarzyszyły człowiekowi zawsze i pewnie to się nigdy nie zmieni. Jednak świadomość współczesnego człowieka w temacie psychologii jest wysoka. To pomaga w życiu.

Ostatnio zgłosił się do mnie czterdziestoletni mężczyzna, który dowiedział się, że jest dzieckiem niechcianym. Matka poinformowała go po latach o fakcie zamiaru usunięcia niechcianej ciąży, ale jak się okazało było na to za późno. On sam mając własną rodzinę czuje pustkę. Dlaczego o tym wspominam? Maski są czasami potrzebne po to, aby nie skrzywdzić innych. Zdejmowanie ich nie zawsze jest wskazane.

Kultura, przez duże K. Słowo odmieniane dzisiaj przez wszystkie przypadki. Jak to jest ze współczesną Kulturą?

Kultura jest nierozerwalnie związana z zachowaniem ludzkim, ale jak mniemam nie o to pytasz. Kultura to dziedzictwo narodowe, nasze skarby literatury, malarstwa, czy kinematografii. Z pewnym rozdrażnieniem, a zarazem niepokojem obserwuję nachalne przejmowanie z zachodu nowych norm obyczajowych, wyrażających się w szeroko pojętej sztuce. Niestety, dzisiaj największą karierę robią ludzie kontrowersyjni, płynąc w atmosferze skandalu nagłaśnianego przez media. Obserwuję to w literaturze, jak w sztukach stricto plastycznych. Dla mnie kultura to dziedzictwo narodowe. Niestety, zachodnie trendy powodują wagę naszych rodzimych artystów.

Osobiście nie rozumiem sztuki abstrakcyjnych, ale uwielbiam obrazy przedstawiające ludzi, czy naturę. Sam mam za sobą próby w tej materii. Swego czasu malowałem. Mój ojciec był doskonałym rysownikiem. Niedawno zastanawiałem się nad zakupem podstawowych artykułów do malowania. Ostatecznej decyzji nie podjąłem.

Dzisiaj sztuka często szokuje, wprowadza zamęt i niesmak u większości odbiorców. Czy o to w tym chodzi? Tego nie wiem.

Słuchowiska radiowe. Małe formy, czy wielkie dzieła?

Wychowałem się na radiowych audycjach „Matysiaków” i „W Jezioranach”. Słuchowiska radiowe są niezmiernie potrzebne, ale coraz mniej zauważane. Pobudzają wyobraźnię, zmuszają człowieka do koncentracji, wprowadzają nowe doznania. Z prawdziwą przyjemnością do nich wracam, o ile pozwala mi na to czas. Osobiście polecam weekendowe słuchowiska radiowe emitowane w 1 Programie Polskiego Radia. Słuchowiska radiowe to zdecydowanie wielkie dzieła. Wszak do ich powstania jest potrzebne zaangażowanie mnóstwa osób, nie tylko aktorów czytających swoje kwestie. To także dźwiękowcy, montażyści czy też autorzy piszący teksty. Słuchowiska radiowe to podróż w krainę dźwięków, dialogów, wyobraźni.

A teraz zupełnie na luzie.

Odpowiedz proszę w kilku słowach:

Kocham (jakkolwiek to zinterpretujesz)........Miłość to duża odpowiedzialność. Nie nadużywam tego słowa, najpotężniejszego na świecie. Kocham literaturę i swoich bliskich. Tej miłości jestem pewien. Kocham życie, a to przekłada się na moją osobistą walkę.

Nienawidzę..................Staram się nikogo nie nienawidzić. Różnie mi to wychodzi, wszak jestem tylko człowiekiem. Pracuję nad tym, starając się usprawiedliwiać na własny użytek negatywne zachowania innych ludzi. Niestety, boleję nad potyczkami słownymi jak i zachowaniami hejterów będących przekonanych o anonimowości w sieci i braku odpowiedzialności za krzywdę, którą wyrządzają innym.

Uwielbiam............Zbyt często używam tego słowa. Niestety, mimo średniego wieku jest we mnie dziecięca naiwność. Staram się cieszyć tym, co dostaje na co dzień. Dlatego celebruję każdy dzień, a kiedy jest mi źle myślę o tych, którzy mają o wiele gorzej. Wszak są ludzie umierający z głodu, żyjący w ciągłym strachu w obawie o swoje życie. Ja jestem szczęściarzem. Nie jestem osobą bezdomną, mam co zjeść. Uwielbiam kolejne pory roku, szczególnie wiosnę i jesień.

Jakie cechy charakteru cenisz w ludziach najbardziej?

Szczerość, odwagę, szacunek do innych ludzi. Cenię ludzi dbających o przyrodę, pomagających innym, ale także pamiętających o zwierzętach. Wszak te niewinne istoty nie zawsze są w stanie sami zdobyć pożywienie, szczególnie w okresie zimowym.

Tęsknię...................za moją babcią, która odeszła kilka lat temu. Była między nami dziwna zależność. Urodziliśmy się tego danego dnia i miesiąca. Mieliśmy specyficzny dar. Ja doskonale wiedziałem, w jakim momencie babcia czuje się źle, a ona w niewytłumaczalny sposób czuła, kiedy ze mną źle się działo. W takich chwilach telefonowaliśmy do siebie. Przed nią nie mogłem niczego ukryć. Pozostała po niej moja wielka wdzięczność i pamięć. Była kobietą, która wpoiła mi wiele wartości, które często bardziej przeszkadzają, niż pomagają w życiu. Ale pozwalają mi na patrzenie w lustro z dumą. Była kobietą, która nie miała żadnego wykształcenia, ale cechowała ją potężna inteligencja. Każdego dnia przychodzili do niej ludzie, prosząc o porady. Babcia była doskonałą zielarką. Jej postać jest zarysowana w „Trzy”. To postać Marii. Brakuje mi jej, ale każdego dnia czuję jej obecność. Kilka lat temu otrzymałem od niej znak, który utwierdził mnie o jej bliskości.

 

A teraz napisz coś od siebie:

Drogi czytelniku. Dziękuję za to, że poświęciłeś mi czas. Autorce pytań dziękuję za zaproszenie, jak i za ciekawe pytania. Życie jest zbyt krótkie, aby nosić w sobie negatywne stany. Życzę zdrowia i spełnienia marzeń. Serdecznie pozdrawiam. Piter Murphy.



20:08, toksiazki12
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Ta książka to zupełne przeciwieństwo wszystkich innych utrzymanych w klimacie romantycznym, niż te, z którymi dotychczas przyszło mi się zmierzyć. Inna pod względem już samego tytułu, bowiem o miłości tu mowa na trzech płaszczyznach, pożądaniu tak silnym, że potrafi zabić, a już na pewno odbiera zmysły logicznego myślenia.

 

Książka trzy wątkowa, przenikająca się na każdym zakręcie i za każdym rogiem paryskich alejek. Trzech bohaterów. Akcja rozgrywa się na terenach Paryża, Londynu, a nawet Nicei. Książka niełatwa w przekazie. Tytuł niejednoznaczny i dający możliwość mnogości interpretacji i odkodowania go na wiele sposobów. Każdy może to zrobić na swój własny, indywidualny sposób. Powieść o jednej bohaterce i dwóch jej mężczyznach. Bez klasycznego podziału na dialogi, wyróżniająca się wysublimowanym estetycznym językiem, bez perwersji, czy niesmacznych scen.

 

Nora. Kobieta zakochana w dwóch mężczyznach. Przenikająca do świata każdego z nich w sposób nietypowy, znika „po angielsku”, po prostu. Od jednego wychodzi, by do drugiego wejść. Nora to kobieta młoda, energiczna, spragniona miłości, uwagi. Nierozumiana i zbuntowana jako nastolatka. Szukająca swego miejsca na ziemi i człowieka, z którym chciałaby spędzić resztę życia.

Nora to bez wątpienia istota piękna - szczupła blondynka - seksualna, przyciągająca wzrok męskiej strony jednym spojrzeniem, gestem, a nawet trzepotem rzęs. Zawsze uśmiechnięta, ubrana w letnie, zwiewne sukienki, które tylko podkreślały jej fizyczny ideał. W powieści bardzo perfekcyjnie jest zarysowany jej portret psychiczny. Niezdecydowanie, wybuchowość i temperament całkowicie odbiegają od jej wyglądu. Czy można kochać dwóch mężczyzn?

Można. I najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ona nie widzi w tym niczego złego, a na pewno niczego niestosownego, czy kontrowersyjnego.

 

Pierwszą „ofiarą” Nory jest Breliot. Tłumacz, żonaty. Louis Breliot mieszka w Paryżu razem z żoną Sabine. Z Norą spotyka się na początku bardzo spontanicznie. Tak, jakby znalazł pudełeczko z pozytywką i otwierał je za każdym razem, gdy czuje się przygnębiony, czy wypalony i znudzony zawodowo. Breliota po pewnym czasie zaczynają dręczyć wyrzuty sumienia. Żona dowie się o jego romansie, a mimo to on dalej będzie się spotykał z przyczyną swoich małżeńskich kłopotów. Do tego dojdą problemy z rodzicami. Starsi, schorowani ludzie staną się przerywnikiem w życiu Breliota, przywoła momentami do pionu, utwierdzi w przekonaniu, że istnieje jeszcze druga strona rzeczywistości.

Nora uzależnia go od siebie do tego stopnia, że podczas jej nieobecności, Louisa męczą sny, miotając go po nocach ciemnymi uliczkami Paryża.

Taka właśnie jest Nora. Uzależniająca. Narkotyk, który w chwili euforii pozwala na zapomnienie, ekscytację i odebranie zmysłów.

 

Murphy Blomdale, „ofiara” nr dwa. To samotnik, analityk giełdowy, bardzo zaangażowany w pracę. Mieszka w Londynie, ale pochodzi z Ameryki. Jego związek z Norą jest inny niż Breliota. To związek, który nie kradnie żadnemu z nich marzeń, uczuć trzeciej osoby, czy zaangażowania w cokolwiek. Ten związek jest luźnym splotem wydarzeń. Chociaż i Murphy powoli uzależni się od Nory. Tyle, że jego uzależnienie nie będzie tak silne, nie odbierze mu zmysłów.

 

W pewnym momencie te trzy płaszczyzny pokryją się ze sobą. Breliota z domu wyrzuci żona, która nie zniesie ciągłych kłamstw i zdrad męża. Breliot wyjedzie, będzie nawet próbował ułożyć sobie jakoś życie na nowo. I..........Breliot i Murphy dowiedzą się o sobie, a nawet spotkają się.

Najbardziej tajemnicze okaże się jednak zniknięcie Nory. Dokąd tym razem ucieknie, skoro nie będzie jej ani u Breliota, ani u Murphego? Przeczytajcie.

Książka o miłości , ale w odpowiedniej dawce, bez rozrywania sukienek i szaleństw. Pełna względności, przenikających się zależności i wypełniająca puchary winem czerwonym i słodkim, najwyśmienitszym. Miłość tu ma kilka twarzy. Obok głównych bohaterów są ich dawni kochankowie. Tu miłość nie pachnie kwiatami, nie rozplata włosów. Ona jest kontrowersyjna, ale delikatna, subtelna i za każdym razem w innej formie. A pożądanie?

Pożądanie chodzi swoimi ścieżkami, pisze swoje scenariusze, nosi kapelusze, kolorowe sukienki. Pożądanie ucieka, by być marzeniem, pragnieniem, snem i jawą. Ono jest przyjemne i boli nieznośnie.

Jakie jest Wasze życie, a jakie pożądanie?

 

Pierwszy raz zetknęłam się z takim gatunkiem. Jakby ktoś czytał całość, bez podziału na role. Narratorem w mojej głowie był Janusz Gajos. Idealnie pasowałby w radiowej interpretacji tej powieści.

 

Niech i Wam poczyta w głowie najlepszy głos wyobraźni.

 

Za możliwość zapoznania się z tą lekturą dziękuję:



18:16, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 kwietnia 2014
Szanowni Państwo,

miło nam poinformować, że już 7 maja 2014 nakładem Wydawnictwa Replika ukażą się następujące książki:

Anna Klejzerowicz
Sąd Ostateczny



Charyzmatyczny, obdarzony nieprzeciętną intuicją dziennikarz
w pojedynku z naśladowcą Hansa Memlinga

Emil Żądło, który zrezygnował z pracy w policji na rzecz dziennikarstwa, przeżywa kryzys. Kryzys wieloraki: związany z pracą, z brakiem natchnienia na nowy artykuł, z finansami, z uczuciami, z życiem w ogóle…
Wszystko się zmienia, gdy któregoś razu w nocnym pubie spotyka córkę swojej starej sąsiadki, Dorotę. Młoda kobieta i jej narzeczony tej samej nocy zostają brutalnie zamordowani w niejasnych okolicznościach...

 
W przygotowaniu kolejne części serii
 
 
 


DODRUKI KSIĄŻEK:
 
 
Joanna Sykat
Jesteś tylko mój


 
 
***
 
 
Monika Rebizant-Siwiło
Przytul mnie
 

 

Miłość czeka na każdego

Wydawałoby się, że to historia stara jak świat...
On – niepoprawny romantyk – zupełnie niespodziewanie dziedziczy po dziadku uroczą leśniczówkę i piątkę kotów.
Ona po bolesnych doświadczeniach ucieka przed przeszłością na wieś...
 
 
 
***
 
 
Marianne Fredriksson
 
Simon i dęby
 
 
 
 
 

Karin i Eryk Larssonowie, bezdzietne małżeństwo, wychowuje pod swoim dachem młodego Simona. Chłopiec nawet nie domyśla się, że „matka” i „ojciec” nie są jego prawdziwymi rodzicami, choć czuje, jak wiele go od nich różni, nie tylko fizycznie. Karin i Eryk za wszelką cenę starają się ukryć przed Simonem jego prawdziwe, żydowskie pochodzenie – zwłaszcza gdy do kraju docierają echa fali antysemityzmu...

 
***



21:26, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 kwietnia 2014

Książka, która łączy ze sobą historię i przygodę w najlepszym i pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie ma w niej przemocy, czy jakiś wyimaginowanych historyjek, czy postaci. Ta książka znakomicie oddaje tło historyczne bez obawy, że coś może zostać niezrozumiane.

Mój starszy syn, który ma dziewięć lat podsumował ją, że owszem jest fajna i ciekawa, ale trochę nudna. No cóż. Dzieci są najlepszymi obserwatorami i umieją szczerze opowiedzieć to, co czują, bez ściemy, czy podchodów.

"Kroniki Łowców Przygód", to cykl powieści dla dzieci i młodzieży Wydawnictwa Replika, autorstwa Tomasza Kruczka.
Pierwszy tom "Bitwa o gród Sędziwoja" zabiera nas w podróż do czasów średniowiecza, w czasy słowiańskich grodów, w otaczające je lasy, na książęce dwory.

Bohaterami powieści są wojownicy, Wikingowie, szpiedzy niemieccy, którzy spiskują przeciwko Słowianom, książęta.

Trójka łowców przygód – Leszek, młody woj z Bnina, Janek – syn słowiańskiej niewolnicy i księżniczka Wikingów Dis, podejmują bardzo trudne zadanie. Niemiecki Graf Ulrich knuje spisek - nie chce dopuścić do Zjazdu Gnieźnieńskiego. Trzeba temu przeciwdziałać, zaradzić, bo przecież naród nasz chce mieć króla.

Prosty język jest łatwym przekazem dla czytających. Opisy barwne, niezwykle obrazowe, jakby czytelnik przeniósł się w tamte czasy i był uczestnikiem wydarzeń.

Dodatkowym plusem jest sposób przekazania czytelnikowi obyczajów panujących za czasów Bolesława Chrobrego oraz cała masa ciekawostek związanych z Wikingami.
Pomysł ciekawy. Może dlatego, że Autorem powieści jest nie tylko pisarz, ale pedagog, wielbiciel średniowiecza i animator kultury. W książce nie ma za dużo ilustracji. Jeśli są, to czarno białe. Ale myślę, że tylko o to chodzi. Poza tym. Niezrozumiałe, trudne wyrazy wyciągnięte z czasów odległych, wytłumaczone w są słowniczku w sposób bardzo przystępny.

Ta książka to skarbnica informacji o całej naszej kulturze, o wyrabianiu broni, rozpalaniu ognia, przygotowywaniu podpłomyków, czy sposobie wybierania miodu z barci.

Pozycja dla dzieci nieco starszych. To, co bawi, ale i uczy jest znakomitym przykładem, że można połączyć te dwie przyjemności ze sobą, bo nauka nie powinna być tylko obowiązkiem.

Z tej książki można się bardzo wiele dowiedzieć i jednocześnie być obserwatorem historii o nas samych. Jesteśmy przecież ich potomkami i to także do czegoś zobowiązuje. Do tego, by wiedzieć.



 Za przyjemną lekturę dziękuję:





wtorek, 15 kwietnia 2014

Warszawianka pilnie strzegąca swojej prywatności. Niezwykle skromna. Marzy o domku nad morzem. Kocha teatr i dobrą lekturę.

Dała się poznać Czytelnikom, jako znakomita autorka dwóch powieści. Pierwsza zupełnie oderwana od rzeczywistości – o miłości, najpiękniejszej, najszczerszej i najmocniejszej, szalonej, energetyzującej.

Druga - o zbrodniach na kobietach. Mocny, dosłowny i konkretny kryminał, napisany pod dobry scenariusz filmowy.

Na mnie zrobiła największe wrażenie opisami, w które można idealnie się wpasować, nie przeskakując z wątku na wątek. A nie wszyscy to potrafią! To wymaga od autora niezwykłej cierpliwości i znakomitego zmysłu obserwacji, by wyjąć z tego pakietu istotę i opisać w sposób, który nie tylko zainteresuje, ale przede wszystkim nie zmęczy.

 

Poznajcie Małgosię Rogalę z trochę innej strony.

Autorkę, ale przede wszystkim kobietę, która potrafi wywołać burzę emocji i nieograniczonych wrażeń.

 

Opowiedz proszę, czym zajmujesz się, poza pisaniem, tak na co dzień.

 

Agnieszko, jestem normalną kobietą, która chodzi codziennie do pracy, robi zakupy, gotuje i tak dalej. W wolnym czasie czytam, słucham muzyki, uczę się języków obcych.

 

 

Warszawa, to bez wątpienia piękne, ale i wielkie miasto. Nie masz czasami dość tego zgiełku? Znalazłam w internecie, że chciałabyś kiedyś osiąść nad polskim morzem. Nie myślałaś o tym, by przenieść się oczyma wyobraźni i napisać o czymś, czego akcja toczyć się będzie właśnie nad piaszczystą plażą i szumem spienionych fal?

 

Taki właśnie mam zamiar, skąd wiedziałaś? ;-) Rzeczywiście w swojej trzeciej książce pozwolę bohaterom pospacerować trójmiejską plażą.

 

 

Zaczęłam przyjaźń z Twoim pisarstwem od drugiej książki „Kiedyś cię odnajdę”. Swoje wrażenia już przelałam dawno. Nie piszę typowych recenzji, bo uważam, by robić to w sposób odpowiedni, zachęcając innych do przeczytania książki. W Twojej drugiej powieści ujęła mnie przede wszystkim dosłowność i szczegółowość opisów. Robisz to wręcz idealnie. Te wszystkie emocje czuć na własnej skórze. Jak Ci się to udaje?

 

Jeśli rzeczywiście tak jest, to pewnie dlatego, że jestem czuciowcem. Świat odbieram dotykiem, mam w różnych sytuacjach tak zwane dreszcze albo coś mi pełza po ramionach i plecach. Zanim kupię ubranie, przykładam tkaninę do szyi. Jakość wrażenia dotykowego decyduje o tym, czy pójdę do kasy, czy odłożę daną rzecz na sklepową półkę. Przenosząc uczucia na papier wsłuchuję się w brzmienie słów, które je opisują, sprawdzam, czy przekonują, czy nie budzą zażenowania...

 

„To, co najważniejsze” zaczęłaś piękną zwrotką z wiersza Marii Jasnorzewskiej – Pawlikowskiej. Nie mogłam nie zwrócić na to uwagi, bo jestem wielką fanką poezji, a szczególnie tej z poprzedniej epoki, gdzie słowo pisane miało inny wyraz i ogromny szacunek. Jak to jest z Tobą? Czym dla Ciebie jest poezja?

 

Poezja zawsze była obecna w moim życiu. Jako sentymentalna nastolatka czytałam wiersze Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej i Małgorzaty Hillar, i bardzo je przeżywałam. Potem zakochałam się w twórczości Gałczyńskiego. I tak zostało do dziś. Teraz czytam dużo mniej poezji niż kiedyś, ale wciąż ma ona swoją siłę oddziaływania na moją wrażliwość. Czytając wiersz zatrzymuję się, a razem ze mną zwalnia otaczający mnie, pędzący świat.

 

 

 

Chciałabym Cie zapytać, jakie czytujesz książki. Czy są takie, z których czerpiesz inspiracje? A może są takie, które Cię wewnętrznie wyciszają, mają dla Ciebie osobiste znaczenie?

 

Czytam różne książki: kryminały, romanse, obyczajowe, biograficzne, popularnonaukowe. Lubię też sięgać po baśnie i zbiory aforyzmów. Powieści działają na mnie wyciszająco. Kiedy przenoszę się w świat wykreowany przez autora, odpoczywam. Daję się porwać opowiadanej historii i nie zastanawiam się nad tym, czy mogła się zdarzyć naprawdę. Życie to ja mam na co dzień, nie szukam go w książkach. Jeśli chodzi o pozycje popularnonaukowe, czytam je dla pogłębienia wiedzy, ich lektura wymaga skupienia. Baśnie i myśli wielkich ludzi nieodmiennie budzą we mnie refleksje. Jeśli chodzi o inspirację, to czerpię ją z otaczającego świata, z ludzkich opowieści; czasem inspiruje mnie muzyka.

 

 

Jakie wartości – cechy charakteru cenisz sobie w ludziach?

 

Cenię uczciwość, odpowiedzialność, odwagę cywilną, szacunek dla ludzi, zwierząt i przyrody.

 

 

 

Po wyczerpującym dniu, najchętniej odpoczywasz.....w bamboszach, z kubkiem herbaty, w relaksującej kąpieli, czy może zupełnie inaczej odstresowujesz się?

 

Wszystko, co wymieniłaś ;-). Najpierw kąpiel, potem puchate kapcie, herbata, wygodny fotel. Do tego książka, albo ciekawy film.

 

 

 

Chciałam Cę zapytać o teatr. Czy lubisz w ogóle, a jeśli tak, to jaki? Ten na żywo, w telewizji, czy radio? Jaki jest Twój stosunek do teatru?

 

Kocham teatr od zawsze. I na żywo, i w telewizji, z teatrem radiowym nie mam doświadczenia. Za co kocham? Za bezpośredni kontakt aktora z widzem, za ciszę i nastrój, za stroje i dekoracje, za wywoływanie wzruszeń i rozbawienia, za przekazywanie uniwersalnych prawd. I jeszcze za to, że w czasie spektaklu nikt nie je prażonej kukurydzy i nie siorbie coli.

 

 

Zgodzisz się ze stwierdzeniem, że „Kobiety są z Wenus, mężczyźni z Marsa”?

 

Całkowicie. W „Kiedyś cię odnajdę”, w jednej ze scen bohaterki rozmawiają na temat kobiet i mężczyzn, o różnicach w ich podejściu do związków, odmiennych oczekiwaniach i pragnieniach. Z tej rozmowy wynika jednoznacznie, że kobiety i mężczyźni to istoty z różnych planet ;-) .

 

 

 

A teraz bardziej banalnie.

Dokończ proszę w kilku słowach:

 

Kocham (jakkolwiek to zinterpretujesz).....swoich bliskich, czułość mojego psa i dotyk jego pyska na moim policzku, zapach czarnej kawy, szum morza, wiatr we włosach, smak czekolady z rodzynkami i rumem, kształt książki w moich rękach.

 

 

Płaczę, gdy..... krzywdzi się zwierzęta, płaczę, gdy ludzie toczą ze sobą bezsensowne, krwawe wojny, a telewizja robi z tego sensacyjną wiadomość, płaczę, gdy jest kolejna powódź w Polsce.

 

 

Najpiękniejszy dzień mojego życia... Nie potrafię wybrać, było ich wiele. Jestem optymistką, moja szklanka jest zawsze do połowy pełna.

 

 

Szczęście dla mnie, to...stan umysłu.

 

 

Jestem wielbicielką......piosenek Edith Piaf i musicali.

 

 

Na koniec naszej rozmowy, napisz proszę coś od siebie.

 

Agnieszko, dziękuję Ci za zaproszenie do tej rozmowy. To było ciekawe doświadczenie. Pytania, które zadałaś zmusiły mnie do zastanowienia się nad sobą. Kiedy coś jest w nas, pewne rzeczy dzieją się bezwiednie. Szukamy obecności bliskich istot, ulubionych smaków, zapachów i dźwięków, miejsc i zajęć, które dają nam radość i wytchnienie, a to wszystko odbywa się często bez udziału świadomości. Odruchowo, instynktownie. A Ty nagle zmusiłaś mnie do ubrania tego wszystkiego w słowa...

Serdecznie pozdrawiam Ciebie, czytelników Twojego bloga oraz obecnych i przyszłych czytelników moich książek. Małgosia Rogala.

 

 

 Fot. Ze zbiorów prywatnych Autorki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 



niedziela, 13 kwietnia 2014

„To, co najważniejsze już się dzieje”.

Tak zakończyła swoją pierwszą powieść Małgosia Rogala.

Moje jednak przesłanie tej książki, to cytat:

„Miłość to zachowanie, a nie słowa”. Tak najprościej można byłoby opisać całą historię głównej bohaterki Marty. A ponieważ książka jest utrzymana w konwencji love story, to też o miłości w niej najwięcej. Ale nie tylko!

Miłość przecież to najwznioślejsze uczucie, którego z niczym nie da się porównać. Jej siła jest ogromna, jak spadający wodospad. Potężna i nieujarzmiona. Taka jest właśnie MIŁOŚĆ. Ma swoje oblicze, charakter i swój jedyny, niepowtarzalny wyraz. Jest wyznacznikiem naszych serc.

 

Zaprzyjaźniłam się z twórczością Małgosi, zaczynając od Jej drugiego „dziecka” - „Kiedyś cię odnajdę”. Kryminał, który na mnie zrobił ogromne wrażenie swą nade wszystkim bogatą konwencją, rozbudowaną na idealnie wpasowujące się wątki.

 

„To, co najważniejsze”, to już zupełnie inna bajka. Nie zawiodłam się na Autorce, która spowodowała u mnie rozstrój emocjonalny. Ryczałam jak bóbr, gdy emocje sięgały wręcz zenitu. A uwierzcie mi, że są w książce takie momenty, przy których można naprawdę się porządnie wypłakać.

 

Marta, główna bohaterka jest kobietą w wieku czterdziestu lat, ma dorosłą córkę Anię, ustabilizowaną sytuację zawodową. W życiu osobistym jednak Marta przechodzi prawdziwe zawirowania. Przez swoje ostatnie dwadzieścia lat żyła z nieświadomością, kto jest ojcem jej córki. Żyła jak we mgle, zaślepiona miłością sprzed tych dwudziestu lat. Miłością, która nigdy się nie wypaliła, zaślepiała realność chwili. Postanowiła w imię tego wzniosłego uczucia rozwieść się z Pawłem, by nie oszukiwać siebie i jego.

Wszystko odmienia się, gdy do kancelarii prawniczej, w której pracuje, zgłasza się pierwsza i jedyna miłość jej życia – Marcin. To wszystko wygląda, jak w najlepszym hollywoodzkim filmie, a tak do końca nie jest. Martą miotają i rozterki, i wspomnienia, i powracające uczucie do człowieka, którego nigdy nie przestała kochać.

Marcin żyje za oceanem. Marta jest po rozwodzie. Obydwoje wolni i spragnieni siebie, jak kiedyś. Uczucie to powróci do nich dwojga ze zdwojoną siłą. Zaczną się romanse, schadzki i spotkania, niczym młodzi kochankowie, nastolatkowie. Jednak los bywa bardzo przewrotny. To, co dla nich oczywiste, spłata im największego figla. W tym wszystkim jest jeszcze wpleciona Helena Czerwińska, jej dom, bransoletka z granatami i magiczna wizja.

 

Jest Anka, zakochana w Maćku, który okaże się małolatem zaślepionym zazdrością. Ta miłość skończy się w szpitalu, gdzie Anka trafi po niefortunnym wypadku spowodowanym przez swojego chłopaka. Ale i ona odnajdzie swoją prawdziwą miłość, zupełnie przypadkiem, takim małym ukradkiem.

 

Akcja książki to prawdziwa love story. I nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że za mało realna. Dlatego, że życie potrafi naprawdę zaskakiwać, pisać scenariusze, na które czasami po prostu nie jesteśmy gotowi i nie mamy wpływu. Która z nas, nie chciałaby przeżyć takiej prawdziwej, szalonej miłości, co zdziera sukienki, rozplata włosy, unosi do gwiazd, rozbudza motyle i kocha nad życie?

 

Tego właśnie zazdroszczę Marcie. Czas ma tu najmniejsze znaczenie, liczy się tu i teraz. I rzeczywiście - to, co najważniejsze już zaczęło się dziać. Od momentu pojawienia się Marcina zaczęło się toczyć koło, jak przy wiatraku. Napędzane emocjami i siłą wodospadu serca. Tu buzuje wszystko, krew płynie dwa razy szybciej.

 

Gratuluję Małgosi, że potrafi opisywać sytuacje dosłownie i wprost, nazywać je po imieniu. Nie są długie i przytłaczające. One są idealnie skonstruowane - nie męczą Czytelnika.

I jeszcze jednego – że napisała coś tak pięknego. Historia, którą czuje się na skórze. Emocje tlą się pod powiekami, widzi się w każdym zakamarku książki. O takiej historii po prostu się marzy i śni.

 

WYDAWNICTWU REPLIKA DZIĘKUJĘ ZA MOŻLIWOŚĆ ZAPOZNANIA SIĘ Z HISTORIĄ ZAPISANĄ W KSIĄŻCE.

 

 



15:13, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 kwietnia 2014
Już 15 kwietnia nakładem Wydawnictwa Replika ukaże się następująca pozycja:

Andy Mulligan
Śmieć

 

 

Porywająca opowieść o niezwykłej przygodzie, ale przede wszystkim o przyjaźni – szczerej, prawdziwej i zdolnej pokonywać największe przeszkody.

Na podstawie tej niezwykłej, przetłumaczonej na 25 języków historii powstaje film Stephena Daldry'ego, twórcy „Billy'ego Elliota” i „Godzin”. W obsadzie m.in. Rooney Mara oraz Martin Sheen.



niedziela, 06 kwietnia 2014

„W codziennym kieracie eliminacja niepotrzebnych refleksji wydawała się jedynym wyjściem. Przez te lata jakiś mechanizm obronny organizmu pozakładał szablony na jej szarych komórkach. Tylko do czego to doprowadziło?!”

Do czego?

Do tego, że Lutka Groszek wschodząca gwiazda służby zdrowia, samotna, ale dobra matka pięcioletniej córeczki, doznaje wielu komicznych sytuacji, poplątanych z tragizmem i mrocznością. Tutaj zachodzi mnóstwo zależności.

Mieć takich dobrodusznych i uczynnych sąsiadów, jak Lutka, to marzenie każdego, kto mieszka w blokowisku, czy starej kamienicy. Mieć takich fajnych przyjaciół, jak Lutka, to pragnienie chyba każdego człowieka.

Ale znaleźć się w tak różnych sytuacjach, jak Lutka.....to nie wiem, czy ktokolwiek by chciał.

 

Komedia kryminalna w świetnym guście i na bardzo wysokim poziomie. Nie ubawiłam się tak dobrze już długo, długo. Po serii książek z nutą przytłoczenia i traumach, przyszedł czas na to, by chociaż troszeczkę odpocząć i pośmiać się.

A jest nad czym, bo to książka, która już samym początkiem wciąga, nie mówiąc o serii wątków przeplatających się i uzupełniających się ze sobą. Komedia kryminalna. W dzisiejszej literaturze trudno jest umiejętnie połączyć ze sobą te dwa gatunki. Autorka „Miłość, zazdrość i arszenik” Anna M. Zawadzka zrobiła to znakomicie.

 

Ludmiła, to postać nietuzinkowa, wokół której dzieje się cała akcja. Trzydziestolatka, samotna matka i pani doktor. Sympatyczna, spokojna i nadzwyczaj optymistycznie nastawiona do ludzi i świata. W kolejny nudny poniedziałek jadąc do pracy tramwajem, traci przytomność pewien mężczyzna. Lutka jako lekarz udziela mu pomocy. W ten oto sposób, zupełnie nieświadomie porusza lawinę komicznych i tragicznych wydarzeń w swoim nieciekawym życiu. Zaczynając od mnóstwa zabawnych sytuacji, barwnych postaci – przyjaciół Lutki jeszcze z czasów studiów, po tragiczną śmierć najlepszego przyjaciela i sąsiada.

 

Przyjaciele i sąsiedzi pani doktor wpadają do jej domu, jak do siebie. Można by się pokusić o stwierdzenie, że właściwie Lutka prowadzi dom otwarty dla strudzonych życiem i pragnących się komuś wyżalić przyjaciół. Przychodzą, jak do terapeutki. Tak było z bliskim jej sercu Pawłem. Niespodziewana, tragiczna śmierć najlepszego kompana od rozmów o życiu wyzwala w Lutce chęć mobilizacji i odkrycia całej prawdy, jak doszło do tego, by zdrowy mężczyzna targnął się na swoje życie.

 

Ale to jest tylko wersja oficjalna. Jak się okaże, prawda będzie zupełnie inna i zaskakująca.

Książka, która trzyma w napięciu. Czuć na skórze ten dreszczyk emocji. Zwroty akcji - zakapturzony typek w bejsbolówce spod ciemnej gwiazdy, latające stare żelazka, próby włamania i napadu na Lutkę, tajne przejścia między mieszkaniami, domniemany skarb zamurowany w ścianie.

 

To wątki, które wpasują się w jedną całość. Do tego wszystkiego Julo, powracający do Polski ze Szwecji – biologiczny ojciec jej córki Misi. Rzecz jasna nieświadomy w ogóle swego ojcostwa. Wojtek – bliski, ale niedostępny, chociaż za bliskością fizyczną mężczyzny Lutce bardzo tęskno i przyjaciółka Belka – szalona feministka, artystka oraz rodzice Lutki – za wszelką cenę pragnący jej szczęścia osobistego. Kto mógłby się nudzić przy takim zestawie?

Nikt!

 

Polecam wszystkim lubiącym dobry kryminał i dobrą komedię. Autorka znakomicie zmieszała te dwa gatunki ze sobą. Świetnie poprowadzona akcja, doskonałe dialogi – lekki język, prosty przekaz. To wszystko jest jedną wielką całością. Odrobina refleksji nad tym, co naprawdę ważne. W chwilach bezpośredniego zagrożenia człowiek jest w stanie dużo zrobić. Jak poradzi sobie z tym Ludmiła? Zapraszam do lektury! Naprawdę warto!

 

WYDAWNICTWU REPLIKA DZIĘKUJĘ ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WYŚMIENITEJ KSIĄŻKI.

 

 



21:32, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi