Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
środa, 31 grudnia 2014

Zastanawiałam się od czego zacząć. Jedno wiem na pewno, bardzo chciałabym kiedyś obejrzeć komedię na podstawie „Milczka”. Idealnie skonstruowane postacie, rewelacyjne dialogi i takie same, a może i lepsze, sytuacje w których przyszło wziąć udział bohaterom. Komedia w najlepszym tego słowa znaczeniu!

 

Milena, przez wszystkich urodziwie nazywaną Milaczkiem, ma dwadzieścia siedem lat. Cały czas jest na diecie.  Nie byłoby w tym nic dziwnego, ani nadzwyczajnego, lecz Milena postrzega siebie, jako starą pannę, której nikt nie chce, a ona chce, i to bardzo! Chce męża, dzieci, rodziny, domku. W znalezieniu tego jedynego pomaga jej sześćdziesięciopięcioletnia ciotka, Zofia Kruk. Starania ciotki doprowadzają serce Mileny do dentysty Mariusza. I......dalej to już tylko siedzieć, śmiać się i płakać.

 

Serce Mariusza otworzy się na Milenkę, jej wdzięk, urok osobisty i umiejętne odnalezienie się w każdej sytuacji. Dentysta zakocha się w dziewczynie bez opamiętania. Jedynie jego siostra i matka będą usilnie się starały, by związek ten nie miał racji bytu. Bo dla matki Mariusza, Milena jest za mało interesująca, a dla siostry chłopaka, Violi, Milena to jedynie druga skarbonka, w którą Mariusz zacznie inwestować, a przecież to ona zgarniała wszystko to, co dotychczas kupował brat.

 

Tak zaczną się zawirowania życiowe Mileny. Dziewczyna nie będzie świadoma, że za jej plecami uknuto plan przerwania czegoś, w co ona ulokowała już swoje uczucia i plany na najbliższą przyszłość.

 

Podobnie zagubioną emocjonalnie postacią jest jej ciotka Zofia Kruk. Pani w statecznym wieku, wdowa, szalejąca na punkcie odkrywania internetu i jego tajemnych sekretów, pod mało mówiącą nazwą allegro, gg, czy strony dla samotnych, pilnie poszukujących drugich połówek. Jednak Zosia ma swojego adoratora Staszka i to z nim odmienia swój dalszy los, który jak się okaże szybko znajdzie się na właściwej drodze. Pani Kruk, to osoba z dużym poczuciem humoru, jeszcze większym dystansem do życia oraz światowym podejściem do ludzi. Mimo swojego wieku, wielu młodych mogłoby jej pozazdrościć wyglądu, charakteru i lekkością bytu.

 

Jest jeszcze siedmioletnia Zuza Wolicka. Dziewczynka zbuntowana na wszystkie panny i panie pojawiające się u boku jej ojca Jacka. Nawet jeśli ta odległość wynosi kilometr. Dlaczego? Żona Jacka odeszła od niego, zostawiając mu mieszkanie, córkę i samotność. Mężczyzna próbuje wszelkimi sposobami poszukać sobie kogoś, kto pomógłby mu okiełznać zagubioną córkę, wychować ją, tym bardziej, że Zuza, przez wszystkich mieszkańców bloku nazywaną Bachorem, zaczyna mieć szalone, dziwne i dające do myślenia pomysły. Jak chociażby ten z grą w pokera na pieniądze z dorosłymi, obcymi ludźmi lub wróżenie z kart w przebraniu cyganki i zbieranie w ten sposób pieniędzy na emeryturę Zofii Kruk. Jednak dziewczynka jest tylko dzieckiem i tak postrzega świat – prosto, bez kompleksowo i dziecięco po prostu.

 

Jak widać, bohaterowie grają uczuciami, emocjami, a sytuacje, jakie ich spotykają są nie mniej komiczne. Są po prostu rewelacyjne! Autorka dokonała czegoś wspaniałego. Sprawiła, że nie mogłam oderwać się od jej bohaterów, którzy chociaż przez chwilę byli moimi sąsiadami. Bardzo się z nimi zaprzyjaźniłam. Dialogi są fenomenalne! Proste, lekkie i przyjemne. Do pośmiania i pogadania.

 

To jest druga lektura autorki, którą miałam okazję poznać. Pierwsza to „Ballada o ciotce Matyldzie”. Autorka ma niebywale prosty, ale zabawny i zapadający w pamięć styl. Jej książki czyta się szybko i z wielką przyjemnością. To styl, który wyróżnia się umiejętnego połączenia obserwacji otoczenia z dialogami jak najbardziej fachowymi, na czasie.

Polecam! Z przyjemnością i uśmiechem na twarzy :)

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.



„...gdyby nie córki, nazywane przez nas dziedziczkami, nie robiłabym tego, co kocham. Pewnie nadal pracowałabym pod władzą psychotycznego szefa i wykonywała bezsensowne obowiązki, codziennie te same, aż do wymarzonej emerytury :)” - K.K.

Jak już powiedziała – kocha to, co robi. Siłę do działania czerpie z rodziny. Znalazła sposób na swoją pasję, by połączyć przyjemne z pożytecznym. O sobie mówi niechętnie. Na wywiad zgodziła się z niepewnością. W miarę udzielania odpowiedzi jednak, rozkręcała się.

Pani Katarzyna Krzan, doktor nauk humanistycznych o specjalności literaturoznawstwo. Właścicielka Agencji Internetowej A3M, zajmującej się tworzeniem stron internetowych i poligrafią reklamową. Prowadzi wydawnictwo internetowe e-bookowo (www.e-bookowo.pl) specjalizujące się w publikacjach elektronicznych.

                         Foto: Archiwum prywatne Pani Katarzyny Krzan.

Autorka poradników: Praktyczny Kurs Pisarstwa (Złote Myśli, kilka wydań), Szczęśliwe macierzyństwo i jego sekrety (Złote Myśli) oraz Zacznij pisać. Motywacyjny poradnik pisarza (E-bookowo). Ze swoimi tekstami pojawiła się również w kilku pracach zbiorowych.


Prowadzi kursy kreatywnego pisania, wykłada, prowadzi prezentacje i prelekcje. Współpracuje z kilkoma czasopismami. Czyta, redaguje, wykonuje korekty, pisze recenzje. Prywatnie mama trzech córek. Pisanie, to nie tylko jej zawód, ale przede wszystkim pasja. Mówi o tym otwarcie i dumnie.


Kobieta bardzo zapracowana, która mimo wszystko znajduje czas i na zabawę z córkami i na pracę, której ma sporo. Jako wydawca książek w formie e-booków, głośno przyznaje, że wśród piszących zdarzają się plagiaty. Co mnie z jednej strony i zdziwiło i zaniepokoiło. To idealny dowód na to, że boimy się myśleć, że myślenie boli. Po co główkować, kiedy można pójść na łatwiznę.


Dziękuję za bardzo interesujący wywiad i życzę, by w Nowym Roku, ziściło się wszystko to, co Pani zaplanowała.

 

Zapraszam na wywiad:)


Pani Kasiu. Jest Pani młodą osobą, a ma Pani na swoim koncie mnóstwo wydanych pozycji. Z zawodu jest Pani literaturoznawcą i odnoszę wrażenie, że każda z nich poniekąd zahacza o Pani profesję. Którą z nich przyszło Pani pisać najtrudniej? Która okazała się górą, bardzo wysoką, którą pokonywało się wolniej, mozolniej?

Zacznę od tego może, że pisanie nigdy nie sprawiało mi problemów, uwielbiam to robić i bardzo rzadko robię to na siłę. Postanowiłam zatem z pasji uczynić zawód. Z wykształcenia jestem bardziej kulturoznawcą, ale w czasie pisania przeze mnie doktoratu nie było takiej specjalizacji, zostało więc oficjalnie literaturoznawstwo. Musiałam pod tym kątem nieco modyfikować moją pracę, choć dotyczyła ona przede wszystkim kultury popularnej, a nie samej literatury. Nie wiem, czy na moim „koncie” jest aż tak dużo tekstów. Pewnie byłoby więcej, gdybym miała czas na ich wydawanie. Albo jest się wydawcą, albo pisarzem. Trudno łączyć obie role.

 

Co jest Pani pasją?

Książki. Od zawsze. Fascynuje mnie cały proces ich powstawania, od pomysłu, pustej kartki, przez setki kilobajtów zapisanych w komputerze po obrabianie, projektowanie, drukowanie. To za każdym razem są emocje. Wydałam już przeszło 700 e-booków, ponad 120 książek papierowych. Najbardziej bezcenny w tym wszystkim jest moment przekazywania debiutującemu autorowi jego książki, która właśnie przyjechała z drukarni. Te wypieki na twarzy, poczucie spełnienia, radość, niepokój, czy innym się spodoba. Nie wszyscy autorzy zdają sobie do końca sprawę z tego, czego właśnie dokonali. Wpisali się na wieki na listę pisarzy. To naprawdę fascynujące.

 

Łączy Pani wiele fachów. Pisze Pani, ale też wydaje. Jak to jest z dzisiejszym rynkiem wydawniczym? Dlaczego wielu pisarzy tak bardzo uskarża się na niego?

Rynek wydawniczy w dzisiejszych czasach nie wyróżnia się niczym szczególnym. Może tylko tym, że jest więcej książek, łatwiej je wydać, natomiast trudniej zwrócić na siebie uwagę. Ludzie wciąż czytają, szukają czegoś nowego, interesującego, co oderwie ich od codzienności. Nośnik tak naprawdę nie ma tu znaczenia, jeśli ktoś chce czytać, będzie czytał. Pisarze skarżą się przede wszystkim na wydawców, że nie wystarczająco o nich dbają. Przyjęło się, że wydawca nie interesuje się autorem już po wydaniu książki. Dostał towar i więcej go nie obchodzi. To nie prawda. Ja stoję niejako po obu stronach tej barykady. Stawiam jednak na współpracę, a nie wzajemne zwalczanie się, bo to do niczego nie prowadzi. Szkodzi zarówno książce, jak i jej twórcom. A tak się składa, że książka jest zarówno wytworem autora, jak i wydawcy. Obaj wkładają sporo serca w jej powstanie.

 

 

Kto może się do zgłosić do Pani wydawnictwa? Każdy piszący i wyrażający chęć wydania swojego dzieła w formie e-booka? Jak odpiera Pani zarzuty, że w takiej formie można wydać wszystko i wypromować nawet mało zdolnego pisarza?

Oczywiście może każdy, i każdy, niestety, to robi. Czasem mam wrażenie, że wydanie książki w jakiejkolwiek formie jest dla ludzi ważniejsze niż samo jej napisanie. Zdarza się, że ludzie piszą do mnie, pytając o warunki wydania, najlepiej sprzedające się tematy, żądają informacji, ile mogą zarobić, a potem okazuje się, że jeszcze nawet niczego nie napisali... Bardzo trudno jest wyłowić prawdziwą perłę, jeśli otrzymuje się dziennie około 300 maili. Tygodniowo przychodzi kilkadziesiąt propozycji wydawniczych. Coraz więcej odrzucam, niestety. Wystarczy przeczytać maila, by zorientować się, czy ktoś myśli o pisaniu na poważnie, czy tylko ma taki kaprys. Zdarzają się także plagiaty, teksty pisanie bez znajomości podstawowych zasad gramatyki i ortografii. Ale są też, jak ja je nazywam – samorodki – autorzy, którzy nie dość, że wysyłają świetny tekst po korekcie, to jeszcze mają własną okładkę i pomysły na kolejne książki.

Owszem, można wydać wszystko. Temu służy przecież self-publishing, dający pełną swobodę autorowi, ale nie znaczy to, że można wypromować każdego. Wszystkie e-booki na rynku internetowym mają te same szanse na dotarcie do czytelnika. Czasem potrzeba odrobiny szczęścia, czasem przypadkowego działania wyszukiwarek.



 

Skąd pomysł na wydawnictwo zajmujące się wydawaniem książek w formie e-booka? To ukłon w stronę nowego trendu, wygody, czy ekologii?

E-booki z pewnością są „łatwiejsze” w wydawaniu, nie wymagają też tak dużych nakładów finansowych. W e-bookowo większość prac wykonuję sama, więc nie ponoszę też dodatkowych kosztów. Ma to swoje plusy, ale i minusy. Jednym z nich jest chroniczny brak czasu. Poza tym, biorąc pod uwagę stale rosnące możliwości dystrybucji e-booków – daje to niespotykaną dotąd szansę zaistnienia dla autorów. Jeszcze nigdy w historii debiutant nie mógł zaprezentować swojej twórczości całemu światu w tak krótkim czasie. Zalet e-booki mają pod tym względem bardzo wiele. Z drugiej strony – wciąż jest możliwa książka papierowa, ale już jako produkt „uboczny” całego procesu, bo drukowana na życzenie klienta. Nie niszczymy lasów, drukujemy jedynie na doraźne potrzeby.

 

Z racji przedświątecznej gorączki, porozmawiajmy o Świętach. Lubi Pani Święta? Czym one są dla Pani? To raczej czas magiczny, przeżywany bardziej tradycyjnie, czy jednak podchodzi Pani do tego tematu z dużym dystansem?

Kto nie lubi Świąt? To jedyny czas w roku, kiedy można bez wyrzutów sumienia posiedzieć z rodziną przy pięknie zastawionym stole. Jako mama trzech córek nieco inaczej odbieram teraz Święta. Nie czekam na Mikołaja, muszę tego „mikołaja” zorganizować, a to spore wyzwanie przy wszystkich komercyjnych pokusach.

 

 

Czy ma Pani jakieś specjalne przygotowania świąteczne? Poza porządkami, czy strojeniem choinki. Czy są to jakieś przygotowania wyjątkowe, takie tylko Pani?

Tak, zamknąć się gdzieś w cichym miejscu z książką i notatnikiem, by zebrać myśli i podsumować mijający rok. Rzecz prawie niemożliwa do zrobienia :)

 

Specjały kuchni. Jakieś wyjątkowe dania, które tylko Pani przyrządza?

Koncentruję się na osiągnięciach mamy. Kuchnia jest ostatnim miejscem, gdzie lubię przebywać. Sami robimy bigos, pieczemy mięso, dziewczyny robią ciastka.

 

Jak wspomina Pani Święta Bożego Narodzenia z dzieciństwa?

Dużo śniegu za oknem, wyczekiwanie na prezenty od Gwiazdki.

 

Czy jest coś, bez czego nigdy nie byłoby u Pani Świąt?

Życie ma to do siebie, że płynie szybko i wiele się w nim zmienia. To, co jeszcze parę lat temu wydawało się stałe i niezmienne, dziś już niestety nie istnieje. Trzeba się pogodzić ze zmianami i raczej nie przywiązywać do czegoś, co przemija. Ludzie także odchodzą. Życzymy sobie co roku, by spotkać się w tym samym gronie. Nie zawsze jednak jest to możliwe.

 

Marzenia noworoczne. Czego życzy Pani sobie i innym?

Sobie i innym życzę więcej wolnego czasu, który można poświęcić na to, co się naprawdę kocha. W codziennej bieganinie zapominamy o swoich pasjach, a potem bywa już za późno.

 

Nie mogę nie zapytać. Każdemu rozmówcy zadaję ten sam zestaw pytań dotyczących kultury, ale tej przez duże K. Jak Pani podchodzi do poezji? Ma Pani ulubionego poetę/tkę, po którego wiersze chętnie sięga? A może sama Pani pisze?

Jestem raczej zwolenniczką prozy, z poezji wyleczyłam się tuż po liceum, kiedy to jak większość nastolatek pisałam namiętne wiersze. Było ich tak dużo, że uznałam, iż wystarczy.

 

Teatr. Ten życia, czy chętnie oglądany z desek?

Teatr to święto. Wydarzenie. Chętnie, ale nieczęsto.

 

Film. Kinomanka zakochana w polskim kinie, czy jednak zagraniczne ekranizacje?

Szczerze mówiąc, wolę książki. Ostatnio filmy przynoszą tylko zawód niestety.

 

Co czytuje Pani w wolnych chwilach? Po jakich autorów Pani sięga?

Uwielbiam literaturę iberoamerykańską. Szukam wątków realizmu magicznego w rodzimej literaturze, ale to niestety rzadkość.

Oczywiście nie wymienię ulubionej książki, bo setce pozostałych byłoby przykro. Wielkie wrażenie wywarło na mnie Sto lat samotności i Wojna końca świata. Pisarze z Ameryki Południowej mają w sobie niezwykłą, spektakularną wręcz pasję, piszą z rozmachem, nie przejmując się zupełnie aktualnie panującymi trendami. Po prostu opowiadają zajmujące historie, a ich postaci na długo zapadają w pamięć. Książka powinna odrywać od rzeczywistości, wchłaniać czytelnika w siebie, nie pozwalając mu pamiętać o jego własnym świecie. Taką możliwość dają tylko książki :)

 

Jak Pani odpoczywa? W zaciszu domu w bamboszach, z psem przy boku, czy może bardziej na sportowo, aktywnie?

Ja wszystko robię w bamboszkach :) Córki dostarczają mi tyle aktywności fizycznej, że jedyne o czym marzę, to schować się gdzieś w ciepłym miejscu pod kocykiem z książką.

 

Krótko od siebie dla czytelników:

Każdy rok przynosi zmiany, jest krokiem naprzód. Życzę wszystkim, by umieli docenić to, co przynosi im los i wyciągali z przygotowanej przez niego paczki tylko to, co wartościowe i pozytywne.

 

 

 



czwartek, 25 grudnia 2014

Polscy autorzy szczególnie upodobali sobie Gdańsk, jako miejsce akcji swoich powieści. Nic dziwnego, w końcu to miasto z przebogatą i wcale nie taką łatwą historią. Pani Izabela Żukowska dokonała ciekawej podróży w przeszłość. Losy rodziny Hollenbach osadziła na tle przełomowego rozwoju Gdańska. A to karty z jednej strony białe, radosne i pełne rozkwitu, z drugiej zaś podeptane i splamione, z ciemnymi zakamarkami.

 

Akcja powieści zaczyna się w momencie zabójstwa jednego z najbogatszych kupców gdańskich, Brandta. Bohaterkami są siostry bliźniaczki, które przychodzą na świat na przełomie XIX i XX wieku. Brandt, jak się później okaże, był ich dziadkiem. Majątek Brandta z ręką jego jedynej córki przejdzie na bliskiego, zaufanego podwładnego - ucznia. Tak, rzekomo Brandt zapisze w swoim testamencie. Jak się okaże po bardzo wielu latach, tuż przed śmiercią, Justus Hollenbach wszystko sfingował, oszukał. Ale, zanim inni doszli do prawdy, zdążył swój majątek przepisać na syna Erna Hollenbacha. W ten o to sposób rodzina Hollenbach, z pokolenia na pokolenie staje się bogatą rodziną, z honorami i tradycjami. Siostry Henrietta i Johanna są córkami Ernesta Hollenbacha. Zawiłe? Nie. Jak się też okaże rodzina, która tylko z pozoru wygląda na ułożoną, też ma swoje skazy i ulega przełamywaniu stereotypom.

 

Siostry bliźniaczki, z wyglądu podobne, jak dwie krople, lecz tak bardzo różne charakterem. Ułożona i spokojna Johanna, często ulega presjom i zdaniu rodziców, Henrietta jest bardzo charakterna, przebojowa i krocząca swoimi ścieżkami. Przyszły na świat w początkach rozwoju Danzig i handlu nadmorskiego. Jednak bieg czasu sprawi, że miasto znajdzie się pod wpływem głębokich przemian społecznych, kulturalnych, socjologicznych.

 

Hollenbachówny uczęszczają do prywatnej szkoły dla panien z dobrych domów. Wychowywane w duchu tradycji, honoru i ogólnego zakazu niedostosowywania się do przyjętych przez rodzinę prawd, zasad, wzajemnego szacunku. Jednak życie weryfikuje pewne kwestie, przewartościowuje, przestawia szczeble swojego toku. Ucząc się dodatkowych lekcji gry na fortepianie, Johanna poznaje Antoniego. To polski robotnik, prosty chłopak, skromny i niezwykle uprzejmy. Dziewczyna bardzo zaangażuje się emocjonalnie i uczuciowo w tą znajomość, zakocha się w Antonim. Ich wspólne rozmowy po drodze do domu, okażą się dla niej ucieczką i ukojeniem nudnego, nijakiego życia, które codziennie wygląda niemal tak samo. Przypadkowe spotkanie tej pary w kawiarni przez alkoholika i nieskrępowanego etyką podrzędnego łajdaka i natrętnego sąsiada Antoniego, Floriana Bachmeiera, który nie cofnie się przed niczym i nikim, stanie się przyczyną wielkiej osobistej porażki dla Johanny. Florian omamiony żądzą pieniędzy pobiegnie z tą wiadomością do ojca Johanny, a ten w obawie przed utratą reputacji, wyśle córki na studia do Berlina, do jego kuzynki Idalii, by Nenna zapomniała o polskim podrzędnym, nic nie wartym chłopaku.

 

Berlin lat dwudziestych. Sztuka wielokulturowości, teatry, kabarety, inność, dziwność, brak zahamowań – świat, o jakim siostry nie miały nawet najmniejszego pojęcia. Tutaj nie ma tematów tabu, miasto otwarte na życie lekkie, łatwe i przyjemne. Tutaj dopiero Henrietta rozwinie skrzydła i zapragnie działać w dziennikarstwie. Po wielu koligacjach udaje jej się, małymi kroczkami dochodzić do obranych celów. Zostaje w Berlinie, by rozwijać się zawodowo.

 

Johanna spędzając wakacje w Zoppot, poznaje Fredericka Bodena, swojego przyszłego męża. Kiedy zostaje żoną właściciela sklepu z silnikami motorowymi, które mają wzięcie i są towarem pierwszorzędnym dla wszystkich pływających łodzi, tylko pierwsze lata małżeństwa są dla niej szczęśliwe. Fred okaże się zachłannym na pieniądze, nikczemnym i podłym człowiekiem, w dodatku hazardzistą, przegrywającym cały majątek swój i ojca w kasynie w Zoppot. Mało tego, posunie się do obarczenia Johanny winą za stratę ich dziecka (Johanna poroniła na początku ciąży) i bez zahamowań niejednokrotnie podniesie na nią rękę.

 

Uciekając do Berlina, do Hetty, otworzy się przed siostrą. Wspólnie wyznają sobie swoje słabości i małe tajemnice. Nenna opowie jej o życiu z Fredem, o Antonim, a Hetty wyzna jej, że usunęła ciążę. Te przeżycia wzmocnią ich siostrzaną więź, a dzięki wsparciu Hetty, Johanna odnajdzie w sobie siłę, by odejść od Freda i tym samym odnaleźć Antoniego, być w życiu w końcu szczęśliwą.

Nie będzie to wszystko takie łatwe. A przed wszystkimi członkami rodziny Hollenbach trudne zawirowania i tragiczne finały wyborów życiowej drogi.

 

Hollenbachowie, to rodzina strzegąca tradycji, etyki i wszelkich zasad moralnych, jednak klepsydra ich losów przechyli szalę w stronę własnych kaprysów, może zagubienia, ale na pewno wynikające z ich wielkiej samotności. Małżeństwo Margaret i Ernesta przejdzie kryzys. Oboje rzucą się w ramiona kochanków. Henrietta wyjdzie za mąż za SS-emana, Ulricha Wincklera, Johanna i Antoni także przypieczętują swój związek.

 

Jednak obok Ernesta, Margaret, Hetty, Nenny jest jeszcze Erno. Trzecie dziecko Hollenbachów. Początkowo to bohater bardzo zamknięty w sobie, w swoich ideałach, świecie rysunków, szkiców. Niewiele mówi, niewiele udziela się w życiu rodziny. Jednak, kiedy Ernest będzie chciał przekazać synowi cały majątek, Erno nie bardzo będzie umiał się odnaleźć w księgach rachunkowych, otoczy się barierą, zacznie uciekać w miłość swojego życia, która okaże się rudowłosa Lillą, w dodatku Żydówką. Ale i ten związek będzie miał swój tragiczny finał.

 

Autorka doskonale stworzyła swoich bohaterów. To nie są postacie doskonałe, bo ani ludzie, ani życie takie nie jest. Ale to bohaterowie dający świadectwo tego, jak bardzo mocno można się z nimi zżyć. Ja odniosłam wrażenie, jakbym z Johanną znała się od dawna, zaprzyjaźniłam się z jej świata widzeniem, bo poniekąd to widzenie jest podobne do mojego.

 

Fabuła powieści podzielona jest na trzy etapy. Pierwszy etap, to czas powolnych kroków biedy, niedoskonałości, w świat podszyty oszustwem i aferą. Drugi etap, to lata modernizacji miasta Gdańsk przełomu lat dwudziestych i trzydziestych, Berlina otwartego na zmiany. A trzeci zamyka się we współczesności, odczytywanej przez wnuczkę Johanny, Kati. Prawda, jaką dziewczyna odkrywa o swojej rodzinie przytłacza ją tak bardzo, że wahania nastrojów często bywają dla niej obsesyjne, depresyjne, po wnioski bardziej radykalne i ostateczne.

 

Bohaterowie, to ludzie z krwi i kości. Ich losy często poddawane zostały wielkim próbom, reformom i jakiemuś ogólnemu modelowi. Ich losy często okupione mezaliansami, wybrykami, fanaberiami, często odstawały od aprobaty, czy zgody na brak akceptacji. W tych losach są także odważne kroki, szalone pomysły i walka o swoje marzenia. Rodzina jak najbardziej niedoskonała. W niej zdarzyło się również zboczenie, gdy Ludo przebierał się za kobietę. To rodzina, do której dopuszczono późniejszego narodowo – socjalistycznego członka partii i upajano się zwycięstwem ogólnego fanatyzmu.

 

Autorka doskonale nakreśliła cechy charakteru swoich bohaterów. Fabułę idealnie wplotła w życie wielopokoleniowej rodziny. Już dawno nie czytałam tak świetnej książki. Z wysublimowanym językiem, dobrymi dialogami i opisami skrojonymi na miarę. Czytałam jednym tchem. Profesjonalnie ukazana historia Gdańska, jego przełomowych chwil, zbliżającego się metamorfozą do wielkich miast świata. Czytając czułam w nozdrzach zapach przybrzeżnych uliczek, oczyma widziałam to co wokół – wszystkie spichlerze, baraki, magazyny, latarnie gdańskich chodników. Czekałam na rozwój sytuacji nie mogąc oderwać się od książki.

 

To prawdziwie i z pasją napisana książka, taka lektura z wyższej półki, którą mogę polecić każdemu z czystym sumieniem. „Skazy” do powieść – saga o historii rodziny niedoskonałej i historii miasta odradzającego się w duchu ideologii, która z czasem złamie ducha tego odrodzenia.

„Skazy” to powieść, którą czyta się z dumą, że ma się tak zdolnych pisarzy, a polskie pisarki są tego najlepszym dowodem i przykładem.

 

Chciałabym bardzo podziękować Pani Izabeli Żukowskiej za lekturę zmysłów. Za tę możliwość, którą mi dała, by zapoznać się z dobrą, elegancką, a nawet wysokiej klasy lekturą :)

Bardzo dziękuję.

 

Wszystkie obrazy i zdjęcia pochodzą z internetu.



poniedziałek, 22 grudnia 2014

Kochani,

na samym początku chciałabym podziękować za udział w konkursie Wam wszystkim, bez jakichkolwiek wyjątków.

Święta to bez wątpienia magiczny czas. Ale to przede wszystkim czas dla nas, naszych rodzin. Takie są losu dzieje, że albo coś nas spotkało przykrego w życiu, albo właśnie przyjemnego, że moglibyśmy ucałować wszystkich dookoła ze szczęścia i radości.

Wasze odpowiedzi były różne, ale w jednej kwestii bardzo do siebie podobne. Nie ważna choroba, która co roku przygniata nas w łóżku. Najważniejsze, to bycie razem. Wbrew wszelkim koligacjom, wszelkim niepowodzeniom, wbrew gorzkim słowom. Razem, bo tylko bycie z bliskimi naszemu sercu ludźmi trzyma nas w garści życia.

Wybór był nie lada wyzwaniem, ale wspólnie z autorką wybrałyśmy Pana, który udzielił odpowiedzi następującej treści:

"Zawsze lubiłem Boże Narodzenie - początkowo, bo z utęsknieniem czekałem na dni wolne od szkoły ;), z czasem nauczyłem się dostrzegać ich magiczną atmosferę. Wymarzone - choć tego się nie spodziewałem, więc lepiej napiszę - wyjątkowe Święta przeżyłem kilka lat temu. Otrzymałem wówczas cudowny prezent :)
Czasami w życiu pojawia się moment, w którym wydaje nam się, że chyba przeznaczona jest nam samotność. Może gdzieś istnieje ta druga połówka jabłka, ale skoro nie odnaleźliśmy jej przez 30 lat, to już się nie uda. Aż tu nagle pojawia się...i jakieś głupie przeświadczenie, że to nie może być prawda sprawia, że nie od razu sobie uświadamiamy, że to Ona...ale wspólnie spędzany czas, długie rozmowy na wszystkie tematy i ta niezwykła jedność dusz, gdy poprzez spojrzenie potrafimy odczytać myśli...i w końcu wiemy, że jednak to Ona :) Po kilku miesiącach, właśnie 25 grudnia, usłyszałem z jej ust: "Kocham Cię"...nie można otrzymać wspanialszego prezentu świątecznego! Wzajemność uczuć i pewność, że druga osoba chce tego samego, co Ty są przysłowiową gwiazdką z nieba :) I już nie jestem samotny...w te Święta zmieniło się moje życie, zmieniło się na lepsze (a książkę chciałbym wygrać właśnie dla żony) :)"

Gratulujemy!!!!!



A teraz słowo od Joasi:

Bardzo serdecznie dziękuję za udział w konkursie. Gratuluję zwycięzcy. Proszę zawsze, ale to zawsze myśleć o żonie. Wszystkim składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne i tak samo serdecznie pozdrawiam! Joanna Sykat

Ja również przyłączam się do życzeń świątecznych, a żonie Pana, który zwyciężył, życzymy miłej lektury :)







O, i np. nową zabawą kulinarną naszą, jest pieczenie kasztanów.
A kasztany? Z Biedronki! :-)” - M. K.

Pani Małgosi Kalicińskiej nikomu nie trzeba specjalnie przedstawiać. Autorka ciepłej sagi o „Rozlewisku”. Miła, sympatyczna, uśmiechnięta, szczera i z rzadkim poczuciem humoru. Nie powiedziała „nie”, kiedy zapytałam o odpowiedzi na kilka pytań w klimacie świątecznym. Chociaż do ludzi ogólnie podchodzi z dużym dystansem.



Myślę, że Pani Małgosia nawet każdą dziwną, czy niezręczną sytuację umie obrócić w żart, ale taki w dobrym guście. Nadzwyczaj przywiązana do rodziny i bez niej nie wyobraża sobie po prostu życia. A jest taką samą kobietą, matką, żoną, jak każda z nas. Nie gwiazdorzy, nie otacza się blichtrem. Nie wstydzi się mówić o swoich uczuciach i swoim sposobie życia.

A Święta? No cóż. Przeczytałam już mnóstwo odpowiedzi, ale takich bezpośrednich chyba jeszcze nie.

 

Pani Magłosiu,

życzę Pani nie tylko inspiracji, ale tego, by nigdy się Pani nie zmieniała. Bo to, jaką jest Pani świetną kobietą chyba powie każdy. Życzę Pani zdrowia i pomysłowości do kwadratu.



Dziękuję i pozdrawiam :)

 

 

Pani Małgosiu. Czym są dla Pani Święta? To raczej czas magiczny, przeżywany bardziej tradycyjnie, czy jednak podchodzi Pani do tego tematu z dużym dystansem?

Dzisiaj nastała pora intensywnego zastanawiania się - czym jest religia, obrzędy, że musiałam sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Skoro moi znajomi najuczciwiej na świecie dokonali aktu apostazji żeby nie czuć w sobie hipokryzji, ja też rozliczyłam się z własną. I choć nigdy nie udawałam wiary, bo od urodzenia nie jestem wierząca, na naszym stole kiedyś był opłatek. Uznałam, że skoro jest dla chrześcijan świętością, nie będę go kładła, i od lat przy naszym stole dzielimy się dobrym słowem. A czemu w ogóle świętujemy? Bo to piękne, RODZINNE święto. I skoro chrześcijanie tego dnia święcą Rodzinę, czemu nie święcić jej pięknie, choć niereligijnie?
Zresztą w wielu krajach, tak właśnie dzisiaj ludzie świętują ten dzień – w Ameryce, w Australii, ogromna ilość ludzi nie mających już w sercu Boga, albo nie praktykują, tak czy siak świętują TE święta!
Oprawa jest zresztą fajna, wesoła, smaczna.
U mnie jest choinka i prezenty, czyli radość dla najmłodszych, dla nas, świąteczne akcenty graficzne, czyli renifery, bałwanki, światełka i śnieg, a i wesołe, zielono, czerwono, granatowe ubrania (w Stanach szczególnie) podobają mi się bardzo! Swetry z reniferem (słynna scena w Bridget Jones z Colinem Firthem i swetrem), czerwone skarpetki, piżamy świąteczne. To wesołe i warte implantowania! W Stanach świętuje się bardziej 25 grudnia – w ten dzień rano rozpakowuje się prezenty! W tych kolorowych piżamach i skarpetach właśnie. 
W Australii świętuje się na plażach. Nie ma śniegu i dzwoneczków, karpia i kapusty, jest upał i piasek, zimne napoje, świeże owoce, grillowane mięso, krewetki, ryby.
Tak więc moje święta przeobrażają się, ale są zawsze rodzinnym, serdecznym spotkaniem, bo do niczego się nie zmuszamy, żeby ”w ten dzień być dla siebie szczególnie miłym” – jak to opisują czasem jakieś rubryki porad, gdy ludzie wręcz boją się spotkań z nielubianą rodziną. U nas na szczęście, nie ma animozji, a jest wielka frajda i prawdziwa serdeczność.
Często spotykałam się z jawnym zdumieniem i krytyką, że żyję bez Boga.
Słysząc to, wiele osób z mety postanawia mnie „reperować” i tłumaczyć, dlaczego powinnam z tego powodu czuć się gorsza i nieszczęśliwa. Głupie, prawda? U nas nie ma klimatu dla otwartej deklaracji laickości, a wielokulturowość nie jest popularna.
Wie Pani, że pierwszy raz mówię o tym tak otwarcie?

Dlaczego?

Bo u nas nie ma klimatu dla otwartej deklaracji laickości, a wielokulturowośc nie jest popularna.
Zbyt często spotykałam się z jawnym zdumieniem i krytyką, że żyję bez Boga.
Wiele osób z mety postanawia mnie „reperować” i tłumaczyć dlaczego powinnam się czuć gorsza i nieszczęśliwa. Głupie, prawda?

 

 

Czy ma Pani jakieś specjalne przygotowania świąteczne? Poza porządkami, czy strojeniem choinki. Czy są to jakieś przygotowania wyjątkowe, takie tylko Pani?

Czekam na święta jak każda gospodyni.

Bardzo lubię około świąteczne piosenki, bo są radosne i ciepłe. Od „White Christmas” Binga Crosby’ego, przez Nathalie Cole z tatą (Nat Kong Cole’m) https://www.youtube.com/watch?v=B2gt4dq-a4c, przez Wham i ich uroczą „Last Christmas” i mnóstwo innych. Wzrusza mnie Jose Carreras śpiewający po polsku kolędę.

https://www.youtube.com/watch?v=cgA6mp6kbIc
Nastawiam sobie przez cały świąteczny przed tydzień owe piosenki, i z nimi sprzątam i gotuję, ubieram choinkę. Choinka zawitała do nas dopiero w XVI wieku, nie jest jakimś typowym religijnym symbolem, raczej dodatkiem ( najpierw zastępował ją w Polsce snop żyta albo owsa). Stawiam ją żeby było w domu pachnąco i wesoło. Ja już od dawna bardzo mało wieszam bombek, raczej zabawki, które kiedyś wykonywała ręcznie moja mama. Wiele z nich niestety nie przetrwało. Dzisiaj więcej na mojej choince jabłek i dzierganych aniołków z koronki, gwiazdek ze słomy, niż bombek. No i na czubku mam amorka jako symbol miłości, zamiast gwiazdy.

Dzieci i wnuki lubią choinkę, jako śliczny, świąteczny przedmiot, pachnący i kolorowy, więc nigdy nie jest sztuczna.

 

Specjały kuchni. Jakieś wyjątkowe dania, które tylko Pani przyrządza?

To się zmieniało.
Wiele lat (mama) tradycyjnie robiła zimne zakąski – śledzie w różnych odmianach, cudowną galantynę z ryb słodkowodnych po żydowsku z rodzynkami i migdałami (specjalność odziedziczona po mojej teściowej, która choć nie była Żydówką, robiła pyszną rybę w galarecie, po polsku). Żydowska kuchnia jest pyszna, więc ja tę rybę robię bardziej na słodko – pieprzno. Bywały oczywiście barszcze z buraków, albo z grzybów, pierogi z kapustą i karp, którego właściwie nikt nie lubił.
I znów – nie jestem religijna, więc nie dotyczy mnie konieczność robienia dwunastu potraw, a też pobywałam w świecie i korcą mnie inne potrawy, nie tylko te, które muszą (?) się znaleźć na polskim stole.
W Korei Pd, do której jeździłam przez wiele lat do mojego obecnego męża, pierwszy raz stanęłam na głowie, żeby było tradycyjnie – śledź (sama soliłam), kapusta, (sami kwasiliśmy), pierogi i barszcze… Późniejsze Wigilie były wielokulturowe, spędzane z Rosjanami, Grekami, Koreańczykami, Chorwatami i Polakami.
Dzisiaj nie robię tego, co średnio lubimy. W tym roku mało nas będzie - zrobię coś na zimno – pewnie rybę po grecku, bo rzadko to się je i pyszna jest, może i ową galantynę z ryby? A na ciepło… bogatą, pikantną zupę rybną i tylko. Nie objadamy się, nie dajemy rady.
Żadnych już kapust, uszek, pierogów i smażeniny – zostałoby to ....

Pierwszego i drugiego dnia świąt będzie nas mnóstwo - wtedy poszalejmy w kuchni! Ja i inne, rodzinne kobiety.

 

Jak wspomina Pani Święta Bożego Narodzenia z dzieciństwa?

No, niestety smętnie, bo mieszkałam z rodzicami w bloku i często byliśmy tylko we trójkę.
Nie wiem czemu, chyba wtedy było tak, że najbliższa rodzina (ciocia, siostra mamy) wyjeżdżała do Radomia, do rodziny męża, a rodzina Taty też się skrzykiwała pod Warszawą, nadto mama była taka …domowa. Wolała tę nasza malusią intymność. Ale dla mnie znawczyni i wielbicielki Dzieci z Bullerbyn gdzie rodzina Lisy wyjeżdżała daleko, do rodziny, a tam w wielkim domu gości było co niemiara, a dzieciska zmęczone jedzeniem i tańcami spały na piernatach, na podłodze, pokotem, razem…
Dla mnie TO było ideałem. Jakoś zawsze mnie ciągnęło do takich świąt jakie opisała Astrid Lindgren.
Później zaczęliśmy bardziej rodzinnie i to dopiero były święta!

 

Czy jest coś, bez czego nigdy nie byłoby u Pani Świąt?

Nie trzymam się świąt i zwyczajów jakoś restrykcyjnie. Jako studentka wyjechałam z kolegami w góry i …świat się nie zawalił.
W Korei Pd, u mojego męża, też nie były to święta typowo polskie, bo tam się ich nie obchodzi, więc nie ma dni wolnych (25 i 26) no i nie było rodziny. Świętowaliśmy skromniej. I też świętowaliśmy ich, koreański Chuseok, (wrześniowe święto plonów) i koreański (azjatycki) Nowy Rok czyli Seollal. Podoba mi się wielokulturowość, poznawanie nowego.

Dzisiaj, gdy jesteśmy dziadkami frajdą jest spotkanie z dzieciakami i wnuczkami, z pierwszym mężem, i już niedługo z panią Jego serca, (ale ciiiiiii, to jeszcze tajemnica), z innymi członkami rodziny. Dostawi się krzeseł, rozciągnie stół, „doleje wiadro wody do rosołu”. Lubimy się. Ogromnie!
Moja córka w Australii, spędza Wigilię na plaży, w upale, ale tęskni…
„ Smutno mi czasem, Mamuś, bo do pełni szczęścia

i pełni Domu brakuje mi czasem pełnego stołu –

w sensie pełnego ludzi. Pamiętasz? Sama kiedyś mówiłaś,

że Ci się marzy taka biesiada jak w Moim wielkim

greckim weselu, albo Pod słońcem Toskanii – masa

osób, trzy albo i cztery pokolenia, babcie i dziadki,

dzieciary i bachory, dziewczyny w kuchni obierają

ziemniaki, panowie kroją mięso i polewają wino i nalewki.

Chciałabym tak czasem. I nie wiem w sumie

dlaczego, bo ja jestem przecież odlud zupełny, ja lubię

być sama, męczy mnie hałas i gwar, szybko się nudzę

rozmowami o niczym i obowiązkowymi grzecznościami,

szlag mnie trafia na myśl, ile po takiej imprezie

będzie sprzątania. O Jezu… No, ale gdzieś ten archetyp

domu wypełnionego ludźmi siedzi mi w głowie…

Wszystko w swoim czasie, nie? Tak myślę :.

Myślę sobie też, Mamuś, że są różne Domy na

różne momenty życia. Jak byłam mała, Domem było

nasze mieszkanie na Gocławiu – wydawało mi się

wtedy wielkie. Miałam w nim swoją huśtawkę rozpiętą

między framugami i rozkładane łóżko, za którym

można się było chować, i kanapę rozkładaną, na

której spałaś z tatą, a jemu stopy wystawały poza obrys,

bo był za wysoki. Potem był nasz drewniany Dom

„pracujący”, gdzie każdy z nas miał swój pokój i swoją

prywatność, swoje rzeczy, swoją muzykę, swoje „zabawki”

i swój mały światek. Miałam ten swój pierwszy

osobisty pseudo-dom, pełen nieudanych eksperymentów

i błędów nowicjusza, gdzie nic nie działało

jak należy i zawsze czekało się na coś lepszego, co kiedyś

nastanie. Kiedy przyjechałam tu, pierwsze święta

spędziłam z moimi lokatorami w naszym wynajętym

naprędce Domu, który miał wtedy tylko łyse podłogi,

w salonie z zimnej glazury, dwa stare ogrodowe fotele,

materac na podłodze i choinkę ze sklepu „Wszystko

za pięć dolarów”. I też czułam się jak w domu, bo

było nam tam dobrze! Teraz mam dom między parkiem

a oceanem, blisko szkoły i sklepu monopolowego,

wiecznie zabałaganiony, bo małe potwory nie do

końca jeszcze umieją po sobie sprzątać. I jest mi tu

dobrze, choć czasem ciasno – mówię Ci, ten stół na

dwadzieścia osób będę jeszcze kiedyś miała!”


(M. Kalicińska B. Grabowska „Kochana Moja. Rozmowa przez ocean”)

 

I na koniec – marzenia noworoczne. Czego życzy Pani sobie i innym?

Spełnienia i radości codziennych. Jak kto lubi – przy pełnym stole, czy na nartach, w Polsce czy na Antypodach byle nam w duszy grało. Bo duszę tak czy siak, mamy!

 

 

Krótko od siebie dla czytelników:
Miłości w wielu postaciach i spokoju .

 



 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

sobota, 20 grudnia 2014

Autora wyśmienitego kryminału „Sanktuarium śmierci” miałam okazję przedstawić Wam całkiem niedawno. Ale Pan Darek ma na swoim koncie całe mnóstwo innych, równie ciekawych pozycji, nie tylko kryminałów, ale i książki dla dzieci, czy młodzieży, wydane nawet w formie serii.



Na mnie „Sanktuarium...” wywarło niesamowite wrażenie. Uwielbiam kryminały, a ten, wydany pod skrzydłami Repliki jest dowodem na to, że polscy autorzy są po prostu mistrzami w ich pisaniu.

 

Oprócz tej jednej książki, nie miałam okazji poznać jeszcze warsztatu Pana Darka z innej strony, ale wierzę, że wszystko jeszcze przede mną. W każdym bądź razie, nie trzeba być specjalistą w tej dziedzinie, by stwierdzić, że autor jest twórcą szukającym, nie zatrzymującym się, w ciągłym ruchu i biegu.

 

Autor jest Honorowym Ambasadorem Literatury Dla Dzieci i Młodzieży, Kampanii Mama, Tata &... Myself? Zaprasza na swoją stronę: http://www.blog.rekosz.pl/

 

Panie Darku,

czego Panu życzyć? Morza inspiracji i znośnej codzienności, byśmy mogli o jej blaskach i cieniach czytać w Pana powieściach. Ja osobiście czekam jeszcze na coś w stylu „Sanktuarium...”. Rewelacyjny kryminał :)

 

Dziękuję i pozdrawiam :)

 

Panie Dariuszu. Czym są dla Pana Święta? To raczej czas magiczny, przeżywany bardziej tradycyjnie, czy jednak podchodzi Pan do tego tematu z dużym dystansem?

Tradycja przede wszystkim – choinka, opłatek, dwanaście potraw, prezenty pod choinką. Lubię w Święta poleniuchować, dobrze i smacznie zjeść – szczególnie, gdy sam jestem autorem tegoż jedzenia. Tak więc nic odkrywczego i wyskokowego, chociaż zdarzyło się w moim życiu takie Boże Narodzenie, kiedy w drugi dzień Świąt wyleciałem z rodziną do... Tunezji. A tam – basen, kąpielówki, plaża i genialne wycieczki. A później – egzotyczny Sylwester.

 

Czy ma Pan jakieś specjalne przygotowania świąteczne? Poza porządkami, czy strojeniem choinki. Czy są to jakieś przygotowania wyjątkowe, takie tylko Pana?

Takie tylko moje, to jest chyba powstrzymywanie się od jedzenia przez całą Wigilię. Aż do samej Wieczerzy. To są najtrudniejsze chwile w moim życiu. No bo proszę sobie wyobrazić – tyle pachnących rzeczy w kuchni, a tu post całkowity! Ale tak już mam od dziecka i nie zamierzam tego zmieniać. Drugi całodniowy post organizuję sobie w Wielką Sobotę.

 

Specjały kuchni. Jakieś wyjątkowe dania, które tylko Pan przyrządza?

Makówki. Bierze się chałkę pokrojoną w kromeczki, które obtacza się w mleku i rozbełtanym jajku, a następnie obsmaża z obu stron na patelni – do zarumienienia. A potem nakłada się na to masę makową, wymieszaną z bakaliami i obsypuje wiórkami kokosowymi. Palce lizać. Można jeść na ciepło i na zimno. Dobre nawet na drugi dzień. Polecam!

 

Jak wspomina Pan Święta Bożego Narodzenia z dzieciństwa?

Pamiętam oczekiwanie na choinkę. W domu rodzinnym bywały różne – żywe, sztuczne – ale zawsze z pięknymi bombkami, kolorowymi lampkami i złotym szpicem. W latach 70. ubiegłego wieku na choince lądowała jeszcze wata (imitująca śnieg) oraz obowiązkowa lameta. Ponieważ z przyczyn ode mnie niezależnych dzieciństwo podzielone miałem na dwie części, to prezenty pamiętam dopiero w części drugiej. Do tego jakiś dobry film na jedynce (bo przypominam, że programy były tylko dwa) – najczęściej western oraz genialne zapachy maminej kuchni. Pamiętam także Wieczerze Wigilijne organizowane u babci (mamy mojej mamy). Mama miała dziewięcioro rodzeństwa, więc gdy wszyscy – wraz ze swoimi rodzinami (!!!) - zjeżdżali się do babci, to składanie życzeń trwało z godzinę. W kolejnych latach życzenia składaliśmy sobie gremialnie, a do uroczystej kolacji zasiadało z pięćdziesiąt osób. To były czasy!

 

Czy jest coś, bez czego nigdy nie byłoby u Pana Świąt?

Takim artefaktem jest zapewne choinka. Uwielbiam ten symbol. Bardzo lubię celebrowanie jej ubierania. A potem zapalenie lampek, gdy jest już całkiem ciemno. Nie wyobrażam sobie Bożego Narodzenia bez choinki. Do tego pewnie opłatek i kompot z suszonych owoców. Można go przecież ugotować w dowolnej chwili, ale nigdy nie smakuje tak, jak w okresie Świąt.

 

I na koniec – marzenia noworoczne. Czego życzy Pan sobie i innym?

Marzeń oczywiście nie zdradzę, a gdy spotykam się z ludźmi w okolicach Wigilii Bożego Narodzenia, to najczęściej życzę (im i sobie) ponownego spotkania się za rok i kolejnego przełamania opłatkiem.

 

Krótko od siebie dla czytelników:

Życzę Wam, abyście żadnych Świąt nie musieli spędzać w samotności.



 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

piątek, 19 grudnia 2014

Piotr dla znajomych, dla obcych po prostu Piter. Bloger, czytelnik, pisarz. Czytelnikom dał się poznać poprzez debiutanckie opowiadanie. Potem przyszedł czas na „Trzy”. Powieść o kobietach, dla kobiet. Później „Anathema”, „Śpiący kopciuszek” i wiele innych.



 

Mieszka całkiem niedaleko Borów Tucholskich. Pracuje, jest aktywny sportowo. Ma marzenia. Chciałby zamieszkać nad morzem, z psem, by tam tworzyć swoje największe dzieła. Jego powieści są różne od siebie i tak głęboko emocjonujące, że czasami trzeba się zatrzymać, pomyśleć, zastanowić się nad priorytetami, hierarchią wartości. Czasami przyprawiają o gęsią skórkę, dotykają mniej przyziemnych spraw, czy problemów.

 

Całkiem niedawno założył drugiego bloga, by wrzucać we fragmentach swoje powieści, które po części wydał, ale też takie, które chciałby wydać, ale nie dano mu szansy. Jak sam zawsze przyznaje, świat wydawnictw jest „zamknięty” i trzeba mieć niesamowitą siłę przebicia, by móc wydać książkę, by dostać szansę na zaistnienie.

 

Piotrze,

życzę Ci większej wiary w swoje możliwości, inspiracji każdego poranka, zdrowia i spełnienia tego największego marzenia :)

 

Dziękuję i pozdrawiam :)

 

Piotrze, czym są dla Ciebie Święta? To raczej czas magiczny, przeżywany bardziej tradycyjnie, czy jednak podchodzisz do tego tematu z dużym dystansem?

Święta powinny być czasem wyjątkowym, spędzonym z najbliższymi. Ja sam mam wrażenie, że chrześcijanie zmieniają priorytety, zapominając o istocie tych dni. Kultywujemy rodzinne tradycje, które często kończą się przeholowaniem z jedzeniem i piciem trunków, a zapominamy o aspekcie duchowym. Wszak chodzi o narodziny Jezusa.

Pamiętam ten okres z dzieciństwa. Była wielka ekscytacja, pasterka, śpiewanie kolęd, szczere życzenia z opłatkiem w dłoni. W XXI wieku otacza mnie sztuczność i tandeta, a do tego skomercjalizowanie świąt. Obserwuję swój stosunek do tych dni. Co roku nabieram dystansu. Dawno zrozumiałem, że świata nie zmienię. Mogę zmienić siebie, a przez to najbliższy krąg, który niczym fala na jeziorze będzie rozszerzał kręgi.

 

 

Czy masz jakieś specjalne przygotowania świąteczne? Poza porządkami, czy strojeniem choinki. Czy są to jakieś przygotowania wyjątkowe, takie tylko Twoje?

Od lat nie mam takich przygotowań. Święta, jak co roku, spędzę z daleka od najbliższych. Od lat nie wysyłam kartek pocztowych i zwyczajnie ich nie otrzymuję. Rodzina, przyjaciele i znajomi dostają smsy, mmsy, e-maile. Trudno jest dzisiaj odczuwać atmosferę Świąt w ferworze szybkiego tempa życia i wzrastających oczekiwań innych.

 

 

Specjały kuchni. Jakieś wyjątkowe dania, które tylko Ty przyrządzasz?

Niestety nie potrafię gotować, ale w ostatnich miesiącach zainteresowałem się zdrowym odżywianiem i sprawiłem sobie kilka książek w tej tematyce. Wcześniej zakupiłem multicookera. Póki co nie jest często wykorzystywany. Postaram się w tym roku nie jeść ponad miarę. Od stycznia planuję kolejne podejście do przygody z odchudzaniem i powrotem do intensywnego uprawiania sportów.

 

 

Jak wspominasz Święta Bożego Narodzenia z dzieciństwa?

Moje kłopoty z pamięcią zabrały mi wiele wspomnień, ale dzieciństwo pamiętam doskonale. Zapachy, zwyczaje, postacie, a raczej ich cienie. Większość tych ludzi odeszła, a ja jestem szczęśliwy, że urodziłem się w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w magicznym czasie i zaczarowanym miejscu. Brak internetu i telefonów komórkowych był błogosławieństwem. Ludzie spotykali się, aby ze sobą pobyć, aby się sobą nacieszyć. Ludzie ROZMAWIALI. Dzisiaj często jest to lakoniczna wymiana zdań na mało znaczące tematy.

 

 

Czy jest coś, bez czego nigdy nie byłoby u Ciebie Świąt?

Oczywiście. Jest to choinka i kolędy. Przez kilka lat obywałem się bez niej, ale ostatnio wróciłem do tradycji. Sam zaopatrzyłem się w kilkucentymetrową. Do tego migające światełka i mam namiastkę czegoś bardzo odległego. Smuci mnie świadomość, że wiele pewnych wspomnień na zawsze zostanie wspomnieniami. Nie potrafię oddzielić przeszłości od teraźniejszości. Nigdy nie potrafiłem.

 

 

I na koniec – marzenia noworoczne. Czego życzysz sobie i innym?

Szanownym czytelnikom życzę szczerze, z całego serca spełnienia marzeń w kolejnym roku, Świąt przeżytych prawdziwe, bez sztuczności, w atmosferze spokoju i miłości. To czas wybaczania, obdarowywania się dobrem. Życzę każdemu, aby te Święta trwały cały kolejny rok.

 

Sobie życzę powrotu do zdrowia i siły, której tak bardzo potrzebuję do zmian w swoim życiu. Do tego cudu. Potrzebuję prawdziwego cudu.

 

 

 



czwartek, 18 grudnia 2014

Autorka niezwykle sympatyczna, zawsze uśmiechnięta i z ogromnym poczuciem humoru. Jej po prostu nie da się nie lubić. Wiecznie zapracowana, zaganiana, aż dziw bierze, że mimo wszystko znajdzie zawsze odrobinkę czasu na pisanie. Nie lubi nicnierobienia. W takich chwilach ją aż „nosi”. Ma kilka wspaniałych powieści na swoim koncie.

 

Debiutowała zbiorem opowiadań, wydanych przez Wydawnictwo Miniatura - „Biedronki są ważne”. I moim skromnym zdaniem „Biedronki...” są tak samo ciekawe (dobre), jak jej pozostałe pozycje. W tym roku wydała dwie książki. Piękne podsumowanie i niezły wynik. Ja mam do Joasi wielki sentyment. Za jej bezpośredniość, bezpretensjonalność, za mówienie „prosto z mostu”, bez ogródek, bez rozdrabniania się. Ma świetny warsztat, doskonale wypracowany zmysł obserwacji i tą iskierkę, którą umiejętnie wplata w fabuły swoich powieści.

 

Jej bohaterowie, to ludzie tacy jak my. Podobni do naszych sąsiadów, rodziców, znajomych, przyjaciół, a nawet do nas samych. A fabuły od samego początku wciągają. Książki Joasi czyta się jednym tchem, bez oderwania. Już czekam na kolejną. Wiem, że doczekam się na niejedną :)

 

Joanko,

zdrówka, oderwania od pracy, większej ilości czasu na odpoczynek, nicnierobienie i po prostu na zdrowe leniuchowanie. Życzę Ci także poranków dźwięcznie pukających w parapety Twoich okien, zachodów słońca, jak na obrazach impresjonistów i spełnienia wszystkich marzeń :)

 

Dziękuję i pozdrawiam :)

 

 

Joasiu, czym są dla Ciebie Święta? To raczej czas magiczny, przeżywany bardziej tradycyjnie, czy jednak podchodzisz do tego tematu z dużym dystansem?

Myślę, że tej magii, która towarzyszyła „dawnym” świętom, próżno by szukać. Teraz niestety brak nam tej dziecięcej ekscytacji, oczekiwania i sposobu przeżywania świątecznego okresu. Poza tym, wszystko robi się „na szybko” i na jednej nodze, więc atmosfera ucieka. Raczej podliczamy: choinka kupiona, prezenty też, jedzenie prawie przygotowane. Myślę, że jesteśmy bardziej „ilościowi” niż „jakościowi”. Co roku sobie obiecuję, że będzie inaczej, że czas zwolni, że wszystko do świąt i w trakcje świąt zrobię z sercem. Kiepsko to wychodzi. Ale podczas Wigilii ciągle jest mokro w oku. Chociaż tyle.

 

 

Czy masz jakieś specjalne przygotowania świąteczne? Poza porządkami, czy strojeniem choinki. Czy są to jakieś przygotowania wyjątkowe, takie tylko Twoje?

Chyba nie. Nie wypracowałam jeszcze jakichś specjalnych tradycji dla swojej rodziny. No, może poza tym, że co roku dokupuję jakieś nowe ozdoby choinkowe i robię sobie zdjęcie z rodziną. A, jeszcze jedno. Od paru lat w naszym domu pojawia się wieniec adwentowy. Taki bardzo piękny i nastrojowy kalendarz oczekiwania.

 

 

Specjały kuchni. Jakieś wyjątkowe dania, które tylko Ty przyrządzasz?

Nie przyrządzam. Gotuję rzadko, bez specjalnego talentu, więc tym bardziej przygotowywanie świątecznych potraw zostawiam specjalistom. Co najwyżej robię listę zakupów, a potem delektuję się tym, co przygotował mąż lub teściowa.

 

 

Jak wspominasz Święta Bożego Narodzenia z dzieciństwa?

Cudowny czas, pełen obrazów, które na szczęście nie blakną w mojej głowie. Święta zaczynały się w zasadzie już od Adwentu. Przygotowywałam wtedy lampiony i ozdoby choinkowe. Dom czyścił się i pucował ręką mamy. Straszono, że Mikołaj nie przyjdzie. A przed świętami pływał w wannie karp, z którym bardzo się zżywałam. W Wigilię trzeba było być grzecznym i nie plątać się starszym pod nogami. Plątałam się wiec pod choinką, czekając na prezenty, które zjawiały się, jakby nigdy nic, w momencie, kiedy na chwilę odbiegłam w inną część domu. Do Wigilii, póki żyła babcia, siadaliśmy całą rodziną. Stół był ogromny, choć teraz, w dorosłości, wydaje mi się, że zupełnie nieduży. Obowiązkowe było nakrycie dla nieoczekiwanego gościa i śpiewanie kolęd po kolacji. Cały dom pachniał smażonym karpiem i wstrętnym „suchym” kompotem. Ale i tak najważniejsza była choinka, pełna bombek i długich lizaków, które zazwyczaj na drzewku nie mogły niedługo utrzymać.

 

Czy jest coś, bez czego nigdy nie byłoby u Ciebie Świąt?

Rodzina. Choćby ta najmniejsza, dwuosobowa. Dobrze jest mieć z kim się podzielić opłatkiem i po prostu być.

 

I na koniec – marzenia noworoczne. Czego życzysz sobie i innym?

Jestem nudna. Zawsze zdrowia i tego, by nigdy nie było gorzej. I w skrytości, żeby za rok nikogo nie zabrakło na święta.

 

Krótko od siebie dla czytelników:

Zwolnić, zwolnić i przynajmniej podczas świąt prasnąć w kąt tabletami, smartfonami. Być, nie mieć.

 

Tak, jak w tytule posta, ogłaszamy wspólnie z autorką i Wydawnictwem Replika świąteczny konkurs. Pytanie nie będzie jakieś nadzwyczajne.

Wasze wymarzone i magiczne Święta Bożego Narodzenia. Były, czy może będą. Jeśli były, to opiszcie po krótce, jakie one były. Jakaś wyjątkowa sytuacja, w której się znaleźliście, wydarzenie, które pośrednio wpłynęło na jakieś Wasze dalsze wybory, bądź spojrzenie na przyszłość? Co się wydarzyło w Święta Bożego Narodzenia, że zmieniliście tok waszego życia.

A jeśli nic takiego nie było, to puśćcie wodze fantazji i opiszcie, co chcielibyście, aby w Święta miało miejsce i zmieniło coś lub kogoś (bo to się może tyczyć też i ludzi, którzy nas otaczają).

Liczę na Waszą kreatywność. Nagrodą w konkursie jest najnowsza powieść Joasi Sykat "Tylko przy mnie bądź", która 3 grudnia br. miała swoją premierę.



Na odpowiedzi czekam pod tym postem w komentarzach. Pamiętajcie o namiarach jakichkolwiek do siebie, najlepiej podając adres e-mail. Licząc od dzisiaj do niedzieli, tj. 21-go grudnia 2014r, do godz. 24:00. W poniedziałek ogłoszę zwycięzcę. Mam nadzieję, że w wyborze pomoże mi sama autorka :)

Powodzenia :)

 

Sponsorem nagrody jest:

A szczególnie Pani Katarzyna Szablińska i autorka, bez aprobaty których konkurs mógłby się nie odbyć :)

Dziękuję :)

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.



wtorek, 16 grudnia 2014

Autorka dwóch wspaniałych powieści. Jedna, to mocna romantyczna opowieść o spełnionej, aczkolwiek bardzo zawiłej miłości, która w kulminacyjnym momencie znajdzie swoją prawdę, połóweczkę, czy właściwą drogę do serca. Druga powieść, to równie mocny kryminał, z zaskakującym finiszem, przytupem, któremu towarzyszą emocje wręcz sięgające zenitu.

 

Autorka bardzo skromna, niechętnie mówi o sobie, ale bardzo ciepła i sympatyczna. Taka jest właśnie Małgosia Rogala. Dwie powieści i dwie odsłony Jej profesjonalnego warsztatu. Byłam i jestem zdania, że nie trzeba mieć na swoim koncie kilkudziesięciu książek, by dać poznać się czytelnikom, jako wspaniały autor. Można być autorką kilku tytułów, i osiągnąć wszystko to, co wielcy pisarze i twórcy.

 

Tak właśnie jest w przypadku Małgosi. Myślę, że zarzucanie autorce brak autentyzmu, przy pierwszym tytule „To, co najważniejsze” jest kompletną niedorzecznością. Takie miłości się zdarzają. Z bardzo prostego wniosku. Życie, to barwny motyl, tęcza przy szczeblach naszych wyborów, planów, celów. Życie nie jest jednokierunkowe. A miłość jest najlepszym tego dowodem.

W drugiej książce autorka pokazała naprawdę co potrafi i jak. Napięcie, jakie towarzyszy przy czytaniu po prostu jest motorem napędowym. „Kiedyś Cię odnajdę” trzeba przeczytać od początku do końca jednym tchem, przy jednym ruchu otwierania książki. Ciekawość zżera nas, jak najsłodsze ciacho zjadane przy kawce.

 

Cały czas czekam na tą trzecią. Wiem, że Małgosia pokaże na co jeszcze ją stać i co potrafi. Zawsze mówiłam, że fajni autorzy piszą fajne książki.

 

Małgosiu,

zdrówka, miłości, nadziei i spełnienia marzeń nawet bardzo ukrytych. Pisz, kobietko, bo to co robisz jest niezłamanym dowodem, że można być profesjonalnym w każdym kierunku. Życzę Ci, żebyś zaskoczyła niedowiarków i wydała trzeci tytuł w najbliższym czasie :)

 

Dziękuję i pozdrawiam :)

 

Małgosiu, czym są dla Ciebie Święta? To raczej czas magiczny, przeżywany bardziej tradycyjnie, czy jednak podchodzisz do tego tematu z dużym dystansem?

Święta są dla mnie czasem magicznym. Kojarzą mi się z ciepłą atmosferą, bliskimi ludźmi, wzruszeniem, zapachami potraw, blaskiem świec, ale także ze świąteczną muzyką, filmami i dużą porcją radości.

 

Czy masz jakieś specjalne przygotowania świąteczne? Poza porządkami, czy strojeniem choinki. Czy są to jakieś przygotowania wyjątkowe, takie tylko Twoje?

Nie robię zbyt dużego zamieszania związanego z przygotowaniami do świąt. Sprzątać nie lubię ;-), traktuję tę czynność jako zwykły obowiązek, żadnego nadzwyczajnego sprzątania przed świętami. Nie lubię też robić zakupów w zatłoczonych sklepach, ale robię je oczywiście, ponieważ od lat, tradycyjnie, wigilia jest u mnie i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej.

Jeśli chodzi o choinkę, ubiera ją moja córka. Jednego roku jest przystrojona w motywy anielskie (bombki, figurki), innym razem w misie (bombki z wizerunkami misiów oraz misie pluszowe rozpychające się na gałązkach lub siedzące pod choinką – w zależności od gabarytów ;-).

Tradycją jest też, że od szóstego grudnia robimy w domu dekoracje świąteczne: zakładamy na poduszki pokrowce z motywami bożonarodzeniowymi, wyciągamy lampiony w kształcie zaśnieżonych domków i śnieżne kule z pozytywkami, kupujemy poisencję (gwiazdę betlejemską) i słuchamy płyt ze świątecznymi piosenkami. Oglądamy też świąteczne filmy, na przykład: „To właśnie miłość”, „Listy do M.” czy Święty Mikołaj z 34 ulicy”. To taki nasz rodzinny, przedświąteczny rytuał. Kiedy przychodzi pora, pakujemy prezenty i wśród ich nie może zabraknąć książek oraz prezentu (kulinarnego, rzecz jasna) dla naszego psa, Feliksa.

 

 

 

Specjały kuchni. Jakieś wyjątkowe dania, które tylko Ty przyrządzasz?

 

Z niektórych potraw wigilijnych mogłabym zrezygnować, ale przyrządzam je, ponieważ każda z nich jest ważna dla kogoś zasiadającego przy moim stole. Są oczywiście śledzie na dwa, trzy sposoby i ryba w galarecie; mój mąż nie wyobraża sobie wigilii bez zupy grzybowej i pierogów, teściowa bez ryby smażonej, a tata bez kapusty z grzybami. To, co szczególne na moim stole, to pasztet z soczewicy. Na deser jest makowiec lub piernik oraz orzechy i suszone morele. No i kompot z suszonych owoców. Jednak ważniejsza od potraw na stole jest atmosfera stwarzana przez zgromadzonych wokół niego ludzi.

Jak wspominasz Święta Bożego Narodzenia z dzieciństwa?

 

Święta z dzieciństwa kojarzą mi się z wyjazdami na wieś do dziadków. Tam zbierała się cała rodzina (kilkanaście osób) i zasiadała przy stole wyłożonym sianem i nakrytym białym obrusem. Było uroczyście, nastrojowo, ale i wesoło. Na choince wisiały cukierki, które razem z ciotecznym rodzeństwem wyjadaliśmy po kryjomu już przed wigilią, a potem zawijaliśmy papierki tak, żeby nikt nie zauważył, że opakowania są puste.

Drugie moje skojarzenie to oczywiście prezenty, na które jako dziecko czekałam niecierpliwie. Pamiętam, że co roku rodzice musieli szukać coraz wymyślniejszych kryjówek, ponieważ od początku grudnia metodycznie przeszukiwałam mieszkanie i byłam w tym bardzo pomysłowa.

 

Czy jest coś, bez czego nigdy nie byłoby u Ciebie Świąt?

Święta to obecność bliskich sercu ludzi – oni tworzą ten szczególny, świąteczny nastrój.

 

I na koniec – marzenia noworoczne. Czego życzysz sobie i innym?

I sobie i innym życzę zdrowia i optymizmu, radości i pogody ducha, umiejętności patrzenia na problemy z dystansem, cieszenia się drobiazgami, dostrzegania w każdym dniu czegoś dobrego. Życzę miłości, wiary w siebie oraz w to, że marzenia mogą się spełnić.

 

Krótko od siebie dla czytelników:

Wszystko jest po coś. Jeśli sprawy nie układają się tak, jak chcielibyśmy lub wszystko się wali, zwykle oznacza to, że coś lepszego na nas czeka, chociaż w danej chwili nie zdajemy sobie z tego sprawy. Może zabrzmi to niewiarygodnie lub głupio, ale wiele razy przekonałam się, że tak jest.

Przesyłam wszystkim serdecznie pozdrowienia, życzę magicznych świąt i wspaniałych chwil w nadchodzącym, nowym roku.



 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

niedziela, 14 grudnia 2014

Pani Marta Grzebuła jest niezwykle ciepłą, szczerą i zawsze uśmiechniętą osobą, która kocha życie i bierze z niego pełnymi garściami. Jako powieściopisarka dała się poznać swoim czytelnikom sporą kolekcją bardzo ciekawych pozycji. Ale obok prozy, nawet tej prozy życia, Pani Marta jest autorką wierszy, które oddają pełną paletę jej odczuć i stanów duszy.

 

Bardzo związałam się z tą autorką. Podobnie, jak z Asią Sykat, mam do Pani Marty pewien sentyment. Cenię w ludziach szczerość, a ciepło, jakie wypływa z ich serca, czuję na odległość. Pani Marta jest autorką wszechstronną, nie boi się nowych wyzwań, lubi łączyć gatunki, nie zamyka się na jeden kierunek, bo jak sama zawsze podkreśla, życie takie nie jest. Życie jest wielobarwnym motylem i tą jego wielowarstwowość należy ukazywać w pełnej krasie, bez ściemy, bez oszustwa, bez pretensjonalności.

 

Twórczość autorki można podzielić na kilka etapów. Proza ukazuje świat - i ten daleki i ten bliski, czasami teatr otaczających nas jego szczebli. Poezja odsłania kotarę serca, zawsze pełnego nadziei, wiary w ludzi, ufności i prawdy.

 

Pani Marto,

zdrówka, zdrówka, zdrówka, więcej czasu dla siebie i bliskich, oraz morza inspiracji, które wlewać będzie w Pani serce tylko pozytywne emocje, a nas uraczy ciekawym i nowym spojrzeniem na Pani twórczość. To, co Pani robi, niech trwa i umacnia wszystkich w przekonaniu, że życie należy brać pełną garścią, bo po prostu jest piękne :)

 

Dziękuję i pozdrawiam :)

 

 

Pani Marto, czym są dla Pani Święta? To raczej czas magiczny, przeżywany bardziej tradycyjnie, czy jednak podchodzi Pani do tego tematu z dużym dystansem?

 

Święta były i są dla mnie ważne. Jednak praca zawodowa bardzo często nie pozwala mi na pełne ich przeżywanie. Zazwyczaj mam wtedy dyżur. Mimo to wykorzystuję każdą chwilkę, by przygotować dla moich bliskich tradycyjną kolację Wigilijną. Bywa, że z zagranicy przyjeżdżają synowie, wtedy i ja dokładam wszelkich starań (często zamieniam się dyżurami) by być w tym czasie w domku. Choinkę zawsze ubieram sama. Kiedyś z synami, dziś mąż lub pasierbica podają mi ozdoby choinkowe. Nucę wówczas kolędy. Staram się by ten czas był wyjątkowy, by to co powszechnie określane jest słowem – tradycja - i w moim domu było kultywowane. Pamiętam lata dzieciństwa, ach, wtedy to były święta. Nawet aura im sprzyjała. Biało, mroźnie, po prostu pięknie. A dziś? Dziś w grudniu świeci słońce a śniegu nie uświadczysz. Dla mnie osobiście Święta bez śniegu…to jak panna młoda bez białej sukni. Niestety tak czuję, i tak to odbieram. Ale i tak staram się by na stole było sianko pod obrusem, by stał pusty talerz dla wędrowca, a jak tylko mogę, bo jestem w domu, to oczywiście wspólny spacer, czy też Pasterka. Ach, jednak to wspomnienia z lat dzieciństwa są najpiękniejsze. Ruch, rwetes, para w kuchni. Rumiane policzki śp. Mamy, taty, śp. Babci Broni i wujek – śp. ksiądz Stanisław, wraz ze mną zaglądający do tego pomieszczenia tak pełnego zapachów i rozmów. Potem biegłam na górę, by ubierać choinkę. Sama robiłam ozdoby…i Zawsze w Wigilię. Nigdy przed tym dniem. I tak zostało do dziś dnia. Reasumując – kocham ten czas, ale w moim odczuciu to nie jest już to samo, co kiedyś. Może dlatego, że tego dnia zazwyczaj pracuję, lub zostajemy z mężem sami, z naszymi pupilami. Samotność we dwoje, choć nie samotni. Nasze dzieci mają swoje życia, jedne są daleko, inne jeszcze dalej, a my – patrzymy na siebie, uśmiechamy się, dzwonimy potem do dzieci, ale fakt pozostaje faktem. Jesteśmy sami. To też wpływa na moją zdolność postrzegania i odbioru Świąt.

 

 

Czy ma Pani jakieś specjalne przygotowania świąteczne? Poza porządkami, czy strojeniem choinki. Czy są to jakieś przygotowania wyjątkowe, takie tylko Pani?

 

Nie, nie mam. Ale gdyby wziąć pod uwagę strefę duchową, to tak, mam. To czas, w którym rozmyślam, wspominam, lecz lubię robić to w samotności. Otaczam się swoimi pamiętnikami, zdjęciami i wybieram się do czasów dzieciństwa…Bo były magiczne.



 

Specjały kuchni. Jakieś wyjątkowe dania, które tylko Pani przyrządza?

 

Wszystko przyrządzam sama. Każdą z potraw, ale sięgając i wciąż bazując na wspomnieniach z dzieciństwa musi być kutia, ryba po grecku oraz makowiec. Nie ma nic w tym wyjątkowego, ale jak dla mnie są takie, bo nauczyły mnie jak smacznie przygotować te potrawy; babcia kutię, tatko rybę po grecku, a mama makowiec…takim z masą rodzynek, migdałami i wszelkimi bakaliami. Obie nazywałyśmy go „wymyślunkowy makowiec” . Było w nim oprócz maku dosłownie wszystko, co tylko mnie, jako malej dziewczynce przyszło wtedy do głowy. Nawet skórki pomarańczy, czy cytryny. I nie wiem czy winnam to „coś” nazywać makowcem, ale ( uśmiecham się na samo wspomnienie) bez wątpienia robił on furorę.

 

 

Jak wspomina Pani Święta Bożego Narodzenia z dzieciństwa?

 

Chyba odpowiadając na poprzednie pytania już odpowiedziałam. Lecz podsumowując - były to magiczne Święta. Może i było czasem coś nie tak, lecz pamięć moja usunęła te wszystkie zadry. Bo po co o tym wspominać? Ważne, że były to piękne chwile…

 

 

Czy jest coś, bez czego nigdy nie byłoby u Pani Świąt?

 

Miłość, jej nigdy nie powinno zabraknąć. To czas wyjątkowego akcentu, na tę bajeczną, jakże cudowną emocję. Bez miłości nie wyobrażam sobie w ogóle niczego, ni Świąt ni życia…

 

 

I na koniec – marzenia noworoczne. Czego życzy Pani sobie i innym?

 

Jest tylko jedno życzenie, które modlę się by każdemu się spełniło…Żyjmy w zdrowiu…! Bo to bezcenny dar, nie do zastąpienia. A jeśli ono będzie, z czasem zdołamy sami na wszystko zapracować, i do wszystkiego, co dla nas ważne, dojść…

Życzę Tobie Agnieszko, Twoim bliskim i wszystkim Czytelnikom – Twoim i moim – by nie tylko czas Świąt Bożego Narodzenia, nie tylko czas Nowego Roku – Sylwestra, ale i ZAWSZE cieszyli się dobrym zdrowiem! Wtedy uda się każdemu spełnić każde marzenie. Wspiąć się na sam ich szczyt, by móc jeszcze bardziej, jeszcze pełniej cieszyć się z daru, jakim jest życie. Być może „przemawia” przeze mnie w tej chwili pielęgniarka anestezjologiczna pracująca na reanimacji - ale tak, to prawda praca, i to co tam doświadczam, zdominowała wszystkie inne pragnienia. Pragnę jedynie żyć w zdrowiu. Widzieć wokół siebie zdrowych bliskich, i tego co dla mnie tak cenne, i Wam Kochani życzę…ZDROWIA! i… I Niech się spełni!

 

 

Krótko od siebie dla czytelników:

Kochani Czytelnicy dziękuję Wam za to, że jesteście, za to że tak często do mnie piszecie. Za ciepło płynące z Waszych maili. Za to wszystko z całego serca Wam dziękuję, ale raz jeszcze pragnę złożyć Wam Zdrowych! Spokojnych i pełnych miłości świat Bożego Narodzenia oraz rzeczywistości piękniejszej od marzeń w Nowym 2015 Roku…

 



 

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

 
1 , 2
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi