Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
środa, 30 listopada 2016

 

 

Kochani!

To było wyzwanie! Tyle pięknych odpowiedzi! Autorka miała nie lada kłopot, ale dwie odpowiedzi bardzo Ją urzekły i postanowiła je nagrodzić.

Oto zwycięzcy:

 

 

 

 

 

Pozostali uczestnicy otrzymują wyróżnienia w postaci Galerii pokonkursowej :)

 


Barbara K.

Mój ukochany Miś - Biedactwo miał na imię... czasy PRL- zabawki były, jakie były. Misio był szarobury, wypchany trocinami... Towarzyszył mi przez całe moje dzieciństwo - w niego wtulałam się, kiedy byłam szczęśliwa, w niego też wsiąkały moje dziecięce łzy... Mama robiła co mogła, kiedy się ubrudził - delikatnie czyściła, żeby nie zniszczyć jego trocinowego wnętrza. Ale kiedyś znikł na zawsze. Powiedziała mi, że odszedł do Krainy Zabawek – tam, gdzie odchodzą wszystkie zabawki, które bardzo kochamy...

 

Ela Sz.

Misiów miałam kilka - kocham te misio-przytulanki! Pierwszy, którego pamiętam - zwany BURASKIEM. Był duży, ciężki, taki nieporadny - ale mój i tylko mój. Zaginął w trakcie przeprowadzki - płakałam bardzo. By mi życie osłodzić - dostałam następnego – piękniutki, milutki, lekki i pachnący. Czy go polubiłam - tak, ale nie był... Buraskiem, niestety. Dziś mam już trójkę wnucząt - też kochają misie, a i książki - na szczęście...


Agnieszka K.

Mój Miś Zdziś zrobił szafkę w przedpokoju u babci. Bawiła się Nim moja mama i ciocia i miałam do Niego ogromny szacunek. Pomimo upływu lat i naderwanego ucha i tak był najcudowniejszy na świecie. Jak na tamte lata przystało był brązowy, miał czarne oczka i nosek i wypchany był gąbką i trocinami. Największą frajdę sprawiało mi wkładanie palca w naderwane ucho i sprawdzanie, co ma w środku. Zawsze z bratem toczyliśmy walkę o to, kto będzie się nim bawił, ale Zdzisio i tak lądował w moim wózku do zabawy, gdzie miał miękkie posłanie. Do tej pory uwielbiam misie, te małe i te duże

 

Kasia R.

Miałam brązowego misia i żółtego dużego co miały krawaty na szyjkach swych a teraz takie podobne mają moje dzieci co teraz bym dla niech chciałabym wygrać.

 

 Źródło: Internet

kuba

W przedszkolu był miś kotek, który bardzo mi się spodobał. Najpierw brałem go do siebie do domu na noc, a następnego dnia znów go przynosiłem. Aż w końcu pani przedszkolanka pozwoliła mi go zatrzymać :) . Nazwałem go Kicia. Chociaż jestem już starszy to nadal go trzymam na półce i nie rozstanę się z nim nigdy. :)

 

Anita

Kurczę, dawno dawno temu miałam takiego Misia, takiego prawdziwego z trocinami w środku, imię miał nieoryginalne Kubuś, od Uszatka oczywiście, był brązowy, z czarnymi oczkami takimi z koralików. Pamiętam, że wszędzie go zabierała, spałam z nim i bardzo rozpaczałam, gdy pourywały mu się łapki (były na haczykach, ruszały się) i mama uznała, że to jego koniec tak... był taki miś....

 

Filozofka

Zdarzyła się dawno temu taka historia. Dziewczyna otrzymała od chłopaka, misia -maskotkę. Taki biały miś, jak w pewnej starej piosence. Była wielka miłość, niestety drogi tej pary się rozeszły. Mijały lata, starzała się dziewczyna, piękną buzię pokrywały zmarszczki, włosy posiwiały, sylwetka się pochyliła. Starzał się miś, jego białe futerko wytarło się z czasem, w niektórych miejscach był prawie łysy. Puściły szwy i ktoś z litości pozszywał go grubą nicią. Oczy wykonane z czarnych koralików traciły blask, w końcu jedno się zgubiło. Misiu zbrzydł i wylądował gdzieś na strychu. Pewnego dnia, kobieta usłyszała ulicznego grajka, który śpiewał starą piosenkę o misiu. Kiedy usłyszała refren: "Hej dziewczyno, ooo, spójrz na misia , aaa, on przypomni, przypomni chłopca ci...", oczy jej zwilgotniały i pobiegła natychmiast do domu, poszukać zapomnianego misia. Odezwała się także do swojego byłego chłopaka. O dziwo, przez tyle lat z nie związał się z nikim na stałe. Miś połączył te dwa samotne serca na nowo. Dziś zajmuje miejsce honorowe w moim domu, a na jego pyszczku czai się tajemniczy, "misiowy" uśmiech.

 

Źródło: Internet


Dominika K.

Mój miś z dzieciństwa to miś panda średniej wielkości (oczywiście biało - czarny, jak to panda). Nie miał imienia. Został moim ulubionym misiem w ten oto sposób : Poszłam z mamą kupić coś na urodziny mojej kuzynki i kupiłyśmy tego oto właśnie misia. Tak on mi się spodobał, że po powrocie do domu nie chciałam go oddać. Poszłam z nim na dwór, spałam z nim i już został ze mną . A kuzyce trzeba było następnego dnia kupić coś innego .

 

 

Milka

Mój miś: misiu, misiek :) trafił do mnie w nietypowy i raczej nieoczekiwany sposób. Moja mama zamówiła przez internet kosmetyki, które przez przypadek zostały podmienione. Firma, jako przeprosiny za pomyłkę, przysłała owego misia. Od razu przypadł mi do gustu z powodu swego charakterystycznego wyglądu. Miał kształt odwróconego serca o dosyć dużych rozmiarach, z drobnymi rączkami, nóżkami i małą główkę z wyszytymi oczkami. Był brązowo - beżowy, z kołnierzykiem. Mimo podsuwania mi innych "ładniejszych" przytulanek - niezmiennie trwałam przy moim Kubusiu, choć zmienił kolor swych pierwotnych szat. Był tak często przytulany,że zaprzyjaźniona krawcowa zaoferowała swą pomoc przy naprawie ubranka. Kuba jest przy mnie do dziś i mimo mojego wieku (nie wstydzę się tego przed nikim) - często przytulam się do niego w chwilach zwątpienia i smutku. W dzieciństwie był moim stałym powiernikiem, przytulanką do snu i jedynym- wtedy- przyjacielem i powiernikiem moich tajemnic i radości. Z nim czytałam książki, prowadziłam dyskusje. On po prostu był zawsze i... będzie.



 W trosce o Wasze bezpieczeństwo i w myśl Ustawy o ochronie danych osobowych,

nie podałam nazwisk, tylko je skróciłam.

 

Gratuluję zwycięzcom i proszę ich o kontakt meilowy, celem wysyłki nagrody :)

stokrotka954@wp.pl

 

Autorce dziękuję za nagrody :)

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Edipresse Polska

Liczba stron:168
Oprawa twarda
Rok wydania: 2016 r.

Książkę znajdziecie:

http://hitsalonik.pl/produkt/malowanka-dziennik-dobrych-zdarzen

 

Znana podróżniczka, pisarka, dziennikarka, tłumaczka, fotografka, ilustratorka książek, Beata Pawlikowska w ostatnim czasie wydaje dosyć dużo książek. Całkiem niedawno miałam okazję zrecenzować „Praktyczny kurs języka angielskiego” Jej autorstwa. Pozycja ciekawa i pomocna przy opracowywaniu strategii potrzebnej w czasie nauki angielskiego. Dzisiaj opowiem Wam o malowance, którą autorka sama opracowała pod każdym względem i szczegółem. To coś zupełnie niesztampowego, na poprawę humoru, odstresowanie, dłuższe zimowe wieczory. Bo chociaż to rodzaj kolorowanki, to nie są to rysunki najzupełniej zwykłe. Dlaczego? Widać w nich pewne elementy charakterystyczne dla wzorów orientalnych, tudzież pewnych elementów architektonicznych, wzory zapewne podpatrzone i przeniesione z miejsc, w których autorka bywała, i którymi się zafascynowała. Trochę moje wątpliwości budzą szczegóły i okoliczności, w jakich owa pozycja powstała:

„Pewnego dnia zorientowałam się, że jestem ciągle negatywnie nastawiona. We wszystkim od razu potrafiłam znaleźć wady i słabości. […]”

Dlaczego mam w tym momencie wątpliwości? Bo raczej jest to proces długotrwały, który nie przychodzi na pstryknięcie palcem, czy w wyniku doznania nagłego olśnienia.

 

 

Reszta jest bez zarzutu. Książka – dziennik – malowanka jest pięknie oprawiona, a kolorowanki połączone są ze swego rodzaju dziennikiem, w którym możemy prowadzić własne, intymne zapiski. I bynajmniej nie mają być to zapiski w formie dziennika zdarzeń i wydarzeń z przebiegu całego dnia, a jedynie mamy nauczyć się wyciągać z niego tylko te dobre, pozytywne strony i je upamiętniać. Miejsca jest sporo i można takimi osobliwymi wpisami nieźle puścić wodze fantazji. Mało tego, autorka wyznacza nam zadania, czyli kierunek, tytuł naszych zapisów, np. „Co dobrego dzisiaj ci się zdarzyło? Co cię ucieszyło? Zachwyciło? Gdzie dostrzegłaś przebłysk dobra i piękna? To drobne, ale ważne sprawy. Warto o nich pamiętać”. Na stronie obok jest kolorowanka dostosowana do rodzaju dziennego wpisu. Wygląda to mniej więcej tak:

 

 

 

 

 

To taki pamiętnik z dobrymi, pozytywnymi myślami, przemyśleniami, a może zwierzeniami, po które możemy sięgnąć w każdej chwili, gdy nam źle, żeby trochę się emocjonalnie podbudować, dodać otuchy. Nie bez powodu podtytuł brzmi „Dziennik dobrych zdarzeń”. Jeśli umiemy zatrzymać ważne, piękne, pozytywne, radosne chwile naszego życia na fotografii, niech równie świadome i ważne staną się dla nas notatki będące inspiracją na przyszłość. Niech to będzie rodzaj naszego albumu, którego możemy wyciągnąć w każdej przykrej, złej dla nas chwili i przypomnieć sobie te dobre, które miały, mają dla nas ważne znaczenie.

 

 

 

 

Kolorowanki mają nas wyciszyć, zrelaksować, poćwiczyć skupienie, psychiczne „wyłączenie się”, odcięcie od kłopotów, wyciszyć, wewnętrznie uspokoić, ale przede wszystkim rozwinąć kreatywność, albo zmotywować do działania. Kartki w środku są rodzajem wydzieranki, można w każdej chwili wyrwać sobie ważny dla nas wpis, rysunek i przyczepić w dowolnym miejscu, albo w najbardziej widocznym, by nie zapomnieć, że mamy myśleć i czerpać z życia pozytywy.

 

 

 

Nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić Was do zaopatrzenia się w tę dość nietypową, ale ciekawą pozycję, która może stać się jakąś alternatywą dla tych, którzy książek nie lubią czytać. Albo dla tych, którzy lubią zająć czymś ręce, bądź zimowe wieczory. Niech ta pozycja stanie się też inspiracją dla tych, którzy lubią pisać.

 

Jak dla mnie, rewelacja! Polecam :)


 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję:


 

 

15:41, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2016

 

 

 

 Wydawnictwo Insignis

Ilość stron: 296

Książkę znajdziecie:

http://www.insignis.pl/ksiazki/dzis-tak-bardziej/

 

 

Ostatnio nastała moda na wydawanie książek przez słynnych youtube - rów. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że te pozycje są naprawdę ciekawe, pisane z pasji i wszelakich doświadczeń, z jakimi przez lata przyszło im się stykać. Często pod wpływem impulsu, często z dojścia do jakiegoś pułapu popularności, z którą wiadomo, różnie bywa. Nie ukrywajmy, że prowadzenie takich kanałów na YouTubie, to rodzaj bloga i jak to z blogami bywa, raz idzie lepiej, raz gorzej. No i ma się świadomość, że jednak wszyscy nas widzą, nie ma tu tej swobody, co w klasycznym blogu, gdzie przeważa szersza anonimowość.

 

Podobnie jest i w tym przypadku. Oryginalna postać i bohater nietuzinkowy, twórca Ukrytych Polskich Megamiksów, Cyber Info i amerykańskich zwiastunów polskich filmów. Tak, mowa o Cyber Marianie. I przyznam się, że chyba nie ma osoby, która owego gościa w charakterystycznych wąsikach, peruce i grubych szkłach okrągłych okularów by nie znała, a jeśli faktycznie tak jest, to proszę tę zaległość nadrobić.

Cyber Marian o sobie pisze tak:

„Zaczęło się niewinnie – od syndromu niespokojnych nóg. I rąk, a zwłaszcza palców. Do tego doszło swędzenie płatków uszu i bezwiedne drapanie się po głowie. Nosiło mnie. Co rusz wpadałem na różne pomysły, które zdecydowanie wykraczały poza sferę mojej pracy, i coś musiałem z tym zrobić. Kręciłem więc zabawne filmiki dla siebie i Żony, aż wreszcie tak z głupia frant postanowiłem wziąć udział w konkursie na parodię programów telewizyjnych. Wpuściłem to do sieci i zassało jako viral. Po paru dniach miało pięćdziesiąt tysięcy wyświetleń. Wciąż jednak jeszcze nie interesowałem się YouTube’em. Zdaje się, że zaskoczyło dopiero, kiedy odkryłem CeZika.

Oglądałem go i wtedy gdzieś w tyle głowy malutki Cyber Marianek, jeszcze bez wąsów i okularów, zaczął mi bębnić takim denerwującym rytmem. Nie dawał mi spokoju. Aż wreszcie uświadomiłem sobie, że też chcę mieć swoją postać w internecie, muszę ją tylko wymyślić.

W końcu Cyber Marian pojawił się na świecie, kiedy w 2011 roku wynajęliśmy z Żoną kawalerkę na warszawskim Ursynowie. Jego pierwsze wcielenie było dalekie od tego, jakie znacie. Blond włosy i ciemne okulary. Nagrałem z tą postacią krótki filmik. Tak sfilmowany ja, choć odrealniony, za bardzo jednak przypominał mnie, a ja chciałem wymyślić kogoś innego i zyskać tym samym nowe życie w alternatywnym świecie. Potem przypomniałem sobie o moich rozrywkach z okresu chorobowego, kiedy uwielbiałem bawić się montażem dźwięku. Ściągałem sobie wiadomości z poczty głosowej i remiksowałem je, robiłem kompilacje dźwiękowe, a raz nawet nagrałem moją Babcię, kiedy opowiadała o swoim psie, który ciągle szczekał, a co gorsza obsikiwał listonosza. I właśnie do tego nagrania skomponowałem muzykę elektroniczną i zremiksowałem je. A skoro miałem muzykę, potrzebowałem teledysku. Idealnie pasował mi do tego gość w stylu Elektronik Supersonik z badziewnym tłem, a że po głowie chodził mi Marian Koniuszko z serialu „Zmiennicy”, postanowiłem połączyć pewne cechy tych dwóch postaci. Dodałem śmieszne okulary z ulubionej szuflady mojego Taty, która pękała w szwach od różnych przedziwnych gadżetów, bo Tata z upodobaniem zbierał takie rzeczy.”



W książce znajdziecie kody QR, które odsyłają każdego czytelnika do filmików youtubera. Do książki dołączono też tzw. apkę, za pomocą której można przeskanować stronę i obejrzeć nigdy niepublikowane, krótkie filmiki będące przedłużeniem treści książki.

 

Źródło: Internet


Pozycja ta jest w większej części autobiografią nietuzinkowego, niesztampowego Cyber Mariana i czytając ma się wrażenie, że On taki był od urodzenia. Zresztą sam fakt Jego przyjścia na świat, to bardzo ciekawa historia. Rodzicie byli pedagogami, rodzina mieszkała w budynku, w którym mieścił się Teatr. Marian ma starszego o dziesięć lat brata. Matka w międzyczasie zaszła w drugą ciążę, ale niestety nie udało się jej donosić. Kiedy tuż po poronieniu lekarze nie dawali szans rodzicom na potomków, stał się cud, na świat przyszedł Marianek. Po kilku latach, pojawił się na świecie kolejny syn. Tak więc trójka szalonych braci potrafiła wykazywać się zupełnie oryginalnymi pomysłami. Wszyscy wychowywali się w zdrowiu. Marianek przejawiał różnorakie talenty. Począwszy od lubowania się w przedmiotach humanistycznych, w tym historii sztuki, o której pisze z rozrzewnieniem, po udział w zespole ludowym. Dzieciństwo Mariana i jego rodzeństwa przypada na czasy, kiedy to filmy nagrywało się na kasetach FHS, klocki lego to był rarytas dla tych, co mieli kogoś za granicą, sklepy nie grzeszyły przepychem i towarem walającym się na półkach. Ech... to był zupełnie inny świat i czas.

 

 Źródło: Internet

 

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak rozdział, w którym opisuje swoją siedmioletnią walkę z nowotworem. A kłopoty zdrowotne pojawiły się dosyć niewinnie, od przedłużającego się rzekomego przeziębienia. I nie był to łatwy okres. Choroba zaczęła się tuż przed maturą. Ten rozdział to przede wszystkim opis walki ze swoją słabością i co najważniejsze, autor nie pisze o chorobie tonem, by czytelnik miał mu współczuć, ale wręcz odwrotnie. Traktuje te wspomnienia jako rodzaj zwierzeń. Tutaj znajdziecie przemyślenia o zmieniających się w życiu priorytetach, o świadomej walce o normalność, o bólu, światopoglądach, punktach widzenia. Przyznam, że ten rozdział robi wrażenie, ale też stawia autora w innym świetle. Powoduje, że patrzymy na niego z perspektywy człowieka, który wyrwał się chorobie ze szpon i pragnie to życie ubarwiać innym w taki sposób, by mogli czerpać z niego tylko samą radość i poczucie dystansu.

 

 Źródło: Internet

 

W ostatnich rozdziałach książki autor odkrywa tajemnice swoich sztandarowych serii, opisuje wszystkie etapy ich realizacji. Nie szczędzi też dobrych porad tym, którzy zaczynają na podobnym polu twórczym co On. Podoba mi się ton książki. Taki lekki, żartobliwy, z przymrużeniem oka, z dystansem, ale z ogromnym pokładem poczucia humoru.

 

 Źródło: Internet

 

Podsumowując. Traktuję tę książkę jako doskonały przykład tego, że wielu ludzi, takich jak Cyber Marian do swojego sukcesu, marki, szacunku innych dochodzą ciężką, siermiężną pracą przez lata. Trochę ukształtowani przez życie i doświadczenia, które musiały im coś uzmysłowić, utwierdzić w przekonaniach, że jednak warto zaryzykować, warto nieść ludziom radość, pokazać, że pomimo przeciwności robią to, co kochają. Cyber Marian wiele w życiu przeżył, ale jest dalej samym sobą :)



Książkę polecam!


 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu:




21:13, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

 

 

 

Data premiery: 5 grudnia 2016

 

 

„Damskie laboratorium. Przepisy na domowe kosmetyki” to książka przede wszystkim dla kobiet, które lubią decydować o tym, co wsmarowują we własną skórę. Zawiera 50 receptur na naturalne kosmetyki, które możesz wykonać samodzielnie we własnym domu. Może nie brzmi to zbyt porywająco wiec powiem, że nie są to wcale przepisy na maseczki z płatków owsianych czy okład z dziurawca. O nie. To prawdziwe kremy, balsamy, sera, mydła i perfumy! To spora dawka wiedzy o tym jak bezpiecznie robić naturalne kosmetyki niezawierające niepotrzebnych konserwantów czy dodatków jedynie wypełniających pudełko. To receptury, które możesz modyfikować tak by dopasować gotowe produkty idealnie do twoich potrzeb i skóry.

 

 

W książce znajdziesz sporą dawkę porad i wskazówek jak stworzyć w domu małe laboratorium, w którym będziesz mogła wyprodukować nawet własną linie kosmetyków. Takie produkty to nie tylko świadoma decyzja dotycząca składników jakie będziesz stosować na własne ciało, ale też dobra zabawa. Możesz zaangażować własne dzieci i zrobić z nimi np. żelowe mydełka rozwijając w ten sposób pasję do eksperymentowania. Własnoręcznie zrobione produkty, w ozdobnych opakowaniach to świetny sposób na oryginalny prezent. W książce znajdziesz też dodatkowe wskazówki tyczące się modyfikacji receptur, by zachęcić cię do coraz większej kreatywności, tak byś w przyszłości stała się autorką własnych unikatowych receptur. Przedstawię zasady jakimi należy się kierować robiąc różne rodzaje kosmetyków.

 

14:41, toksiazki12 , PWN
Link Dodaj komentarz »

 

 

Kochani!

 

 

Kwartalnik Fanbook z każdym numerem przygotowuje dla swoich czytelników wiele niespodzianek. Miło jest zatopić się w dobrej lekturze wywiadu, relacji z wydarzeń kulturalnych, czy po prostu poczytać o dobrych książkach na naszym rynku wydawniczym. Kilkukrotnie znalazłam w nim swoją recenzję książki i za każdym razem otrzymywałam za nią od redakcji wspaniałą nagrodę książkową. Numer wieńczący końcówkę roku 2016 wychodzi również ze znakomitą propozycją, nie tylko dla blogerów. Ale... to własnie dla nas - blogerów książkowych, redakcja przygotowała specjalny bonus!

Szczegóły na zdjęciu poniżej :)

 

Materiał prasowy pobrany ze strony Organizatora :)

 

 

 

W najnowszym numerze, polecam także Waszej uwadze:

 

Świetny wywiad z Andrzejem Pilipiukiem, który swojego bohatera Jakuba Wędrowycza stworzył trochę przypadkiem. Znam "Kroniki Jakuba Wędrowycza" i polecam!

 

 

 

Obszerną debatę o naszej - polskiej branży wydawniczej. Wojny cenowe między Matrasem a Empikiem. No i najważniejsze, jak podnieść czytelnictwo w Polsce.

 

Ciekawy wywiad z Grahamem Mastertonem.

 

O Polce - żonie arabskiego szejka. Wywiad przeczytałam z niezwykłą ciekawością, w kontekście książki, którą ostatnio przeczytałam, to jak starcie dwóch światów - tytanów.

 

 

 

 

Interesujący wywiad z autorką książki o zabawnych staruszkach Cathariną Ingelman - Sundberg :) Gratuluję pani Magdalenie Mądrzak, szefowej Fanbooka,

precyzji i wyłuskaniu w wywiadzie tego, co najważniejsze.

Zresztą, to akurat niejeden wywiad Jej autorstwa w tym akurat numerze :)

 

 


I na deser, zestawienie książek kulinarnych, polecanych przez Fanbooka. Wśród nich "Słodki zielnik Lary", o którym miałam okazję i przyjemność pisać już na swoim blogu :)

 

 

 

 

Zachęcam do lektury Fanbooka. Jako kwartalnik kosztuje niewiele, a warto zagłębić w tych i innych tematach zamieszczonych w aktualnym numerze! :)

 

A to propozycja i rozwiązanie dla tych, którzy nie lubią stać w kolejkach

punktów prasowych :)

 


12:05, toksiazki12 , Inne
Link Dodaj komentarz »

 

 

O książce pisałam już kilka dni wcześniej. Dostępna jest już na stronie Empkiu :)

http://www.empik.com/kuchnia-balkanska-110-recept-scarlet-albert,p1103571824,ksiazka-p

 

 

 

Ebook "Kuchnia bałkańska" wydanie 2 będzie miał premierę 2-4 grudnia. :)


Tym bardziej mi miło, bo patronuję obok znakomitych blogerek książkowych, no i dostąpiłam zaszczytnej sytuacji, by napisać "Przedmowę". Uwielbiam, gdy można patronować tak znakomitym pozycjom!!! :)

 

 


 

Zachęcam do zakupu :)


niedziela, 27 listopada 2016

 

Wydawnictwo MBBOOKS

Rok wydania: 2016

Ilość stron: 36

Książeczkę znajdziecie:

http://www.mbbooks.eu/

 

 

Na książeczkach tej autorki nie można się zawieść. Z prostego powodu. Każda z nich jest zupełnie wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, ale przede wszystkim każda z nich bardzo sugestywnie wyjaśnia, jak przyjemna i niezwykła jest każda pora roku. Bo radość można czerpać już nie tylko z „Wiosny radosnej”, która ożywia przyrodę, ale i z „Rozkosznego lata” słońcem malowanym, a „Jesień plecień” daje radość nawet ze słoty za oknem. Jako że zima postanowiła też nam ostatnimi czasy spłatać figla, można pokusić się o stwierdzenie, że też nie jest taka zła.

 

 

 

Ale, zaraz... przecież zima bez śniegu nie jest prawdziwą zimą i nawet kiedy sypnie z nieba śnieżnym puchem można mieć z niej wiele korzyści i mnóstwo szalonej zabawy! Autorka udowadnia to wspaniałą wiązanką zimowych wierszy oraz zdjęciami i ilustracjami, które po raz czwarty stanowią swego rodzaju pamiętnik wspominkowy, że białe zimy, śnieżne zimy, chociaż dziś już są rzadkością, dla naszych małych milusińskich są bezcennym uśmiechem na twarzy :)

 

„Nie taka mroźna zima” to przede wszystkim puch śniegowy tulisiowy, zimowe poranki, lepienie bałwanów, zjazdy na sankach, spoty zimowe – szusy na nartach, zimowe wieczory w zaciszu domowego ogniska, ale też Święty Mikołaj, gwiazdkowe prezenty i Nowy Rok z nowymi radościami :)


„Kochamy bałwany”

Kochamy bałwany!

Bałwanów nigdy dość nie mamy.

Z Bałwanami w prawdziwą zimę wkraczamy.

Ze śniegowych kul je składamy.

Do Bałwanowego taty mamę Bałwankę dokładamy.

Potem lepimy im Bałwankowe dzieci.

I tak zimą pięknie czas z Bałwanami leci!

 

 Źródło: Internet

 

 

Zima jest fajna, ale ta prawdziwa, nie tylko ta w kalendarzu. Czaruje, maluje mrozem na szybach, zaprasza do szalonej - śniegowej zabawy, dokarmiania zwierząt, spacerowania ośnieżonymi duktami leśnymi, zachęca do aktywności:

„To nic, że zimno”

Że zimno?

I co z tego?

Biegnij na spacer, kolego!

 

Bałwankowi popraw z patyczków brewki.

Sprawdź, czy nie stracił noska z marchewki.

Wsyp ziarenka do karmnika.

Przetestuj ślizgawki na chodnikach.

Ubierz choinki w ogrodzie lampkami.

Biegnij na sanki z kolegami!

 

Zimą jest tyyyyyyyleeeee do zrobienia.

Nie ma czasu na lenia!

 

 

 Źródło: Internet

 

I ten wiersz podoba nam się najbardziej. Bo wszystko jest ważne. By zadbać nie tylko o siebie, ale by też pamiętać o innych. O tych maleńkich ptaszkach, które skazane są na poszukiwanie zimą pożywienia. No i zima wcale nie musi być nudna. Można poodśnieżać chodniki, z przyjaciółmi porzucać się śnieżkami, a nawet wyjść na rodzinny spacer.

 

  Źródło: Internet

 

„Nie taka mroźna zima” Margarett Borroughdame, to książeczka zachęcająca nie tylko do aktywności fizycznej, ale również do spędzenia wolnego czasu w gronie najbliższych z wierszykami łatwo wpadającymi w ucho :) Autorka, podobnie jak w poprzednich książeczkach, zostawiła miejsce na zdjęcie naszych pociech oraz na wiersz o zimie ich autorstwa, by zachęcić do kreatywności i podjęcia pewnego rodzaju wyzwania :)

Na uwagę zasługują ilustracje autorstwa Cezarego Powierży oraz zdjęcia Fotolii :)

 

Polecam i to bardzo!


 

Za możliwość zapoznania się z tą, jak i poprzednimi tytułami dziękuję autorce,

Margarett Borroughdame :)

 


 

 

sobota, 26 listopada 2016

 

 

 

 Wydawnictwo Papierowy Motyl

Ilość stron: 54

Rok wydania: 2016

Książkę znajdziecie:

http://papierowymotyl.pl/?ksiazki_custom=syntetyczne-pole-kwiatow

Tomik wierszy Joanny Guzik wyszedł na rynek wydawniczy już jakiś czas temu. Traktuję go jako obrazy odzierające naszą rzeczywistość w bardzo sugestywny sposób. Wiele tych odniesień przypomina nas samych – zbierających żniwo swoich postępowań. Otoczeni syntetykami – sztucznościami, maskami, które nierzadko przywdziewamy uświadamiają nam, jak zgubne mogą być konsekwencje tych absurdów, często mijających się z prawdą, ukazujące fałsz, zakłamanie. A głębokie wartości potrafią się po prostu utopić w morzu potoczności i zdawkowości.

 

Bardzo ten tomik intryguje, zaciekawia, odkrywa pewne prawdy. Ale autorka oddaje nam też cząstkę siebie, robiąc z własnej osoby główną bohaterkę swoich wierszy, jak chociażby w wierszu „Tyle ważę”: nie sprzedaję ciała/ sprzedaję emocje/ układam na wadze/ w kilogramach/ w gramach/ te które drżą/ sprzedaję za funty […] kołysząc biodrami/ sprzedaję wrażenie/ splatając dłonie/ tracę wartości”.

 

 Źródło: Internet

 

Znajdują się tu wiersze pisane z obserwacji, trochę osobiste, subiektywne, wiersze, które powinny nam coś uświadomić, zreflektować nas, wywołać pewne emocje, byśmy umieli wyciągnąć z nich wnioski. Bardzo podoba mi się wiersz „Z obserwacji mojej”, w którym to autorka owszem, przywołuje wymieniony przeze mnie wcześniej obraz ludzkich masek, fałszu i zakłamania, ale porusza w nim bardzo istotny temat – łatwości przyklejania przez ludzi tzw. łatek, etykietek, przezwisk. Jak ciężko je odkleić, wyjść z tego zaszufladkowanego określenia, czy sposobu myślenia: „myślę więcej niż inni/ w sposób słuszny/ tłumaczę zachowania ludzi/ usiłuję pociągnąć za klamkę/ zanim zadzwonię/ zapukam/ zupełnie z własnej woli/ przyczepiam etykiety/ przezwiska/ słowa notuję na boku/ margines społeczny/ wypełniony po brzegi/ wszystkie przechwałki ludzi/ spinam w jedną klamrę/ wrzucam do niszczarek/ życiorysy bezbarwne/ zanim zapytam czy w ogóle mogę [...]”

 

Jest wiersz napisany z perspektywy mężczyzny „Dwa oblicza”, ale też bardzo frywolny, niczym erotyk „Erotyczna karta dań”. Przyznam, że bardzo mnie zaskoczył, a nawet wywołał pewną nieśmiałość. Są i wiersze ekstrawaganckie, takie bezpośrednie, którym autorka nie szczędzi potoczności, a nawet wulgarności, jak chociażby w wierszu „Etykieta”.

 

 Źródło: Internet

 

Muszę przyznać, że zbiór wierszy zamkniętych w tomik Joanny Guzik bardzo zaskakuje, a jednocześnie dotyka wrażliwych tematów. Obrazy, które autorka wyraziła przez swoje wersy, to obrazy otaczającej nas rzeczywistości, prawdy odarte z fałszu oraz mnóstwo mądrych przemyśleń. Tutaj jest nie tylko o miłości, życiu, ale też o przemijaniu, starości, codzienności przyziemnej, prawdzie. Każdy z tych wierszy ma w sobie coś, czym potrafi nas oczarować, wywołać chwilę refleksji, konsternacji, zadrżeć emocjami.

 

W gruncie rzeczy przecież, trudno pisze się o oczywistościach. A Guzik robi to doskonale, niby prosto, zwyczajnie, lapidarnie, ale z rozsiewaniem wokół swoich wierszy specyficznej aury. Nie boi się wyrażać swoich myśli i opinii, ma odwagę mówić o naszych ludzkich słabościach, o starości wypaczanej przez dzisiejszy kult młodości i robi to wprost, ale z poszanowaniem czytelnika, kończąc każdy z nich myślą, która daje nam powody do głębszych wywodów.

„Starość z pamiętnika”

zbyt wcześnie

ptaki spały

leżałam

chuda

zmęczona

łysa

próbowałam odpędzić

noc

nasycić szarość

błękitem

próbowałam wstać

jakby po raz pierwszy

 

Boże,

dzisiaj przestałam w ciebie wierzyć

 

 

 Źródło: Internet

 

Te wiersze zaskakują formą, treścią, tematem, wyrazem, metaforą, licznymi czasownikami, nieustającą sinusoidą emocjonalną i głębią zawartej w nich prawdy. Tak, jakby czytało się księgę o współczesnym człowieku na nowo. Absolutum, które wieńczy wszystkie moje odczucia tego tomiku jest wiersz


„Wiek średni”:

rozprasowuję zmarszczki

żelazkiem na parę

wszystkie fałdy

upycham po kieszeniach

gumką myszką błędy wymazuję

zaklejam wargi

taśmą dwustronną

próbuję kochać

 

Z każdego wiersza widzimy inny obraz. Człowiek jest pielgrzymem, kształtującym własny charakter, poszukującym dróg, bądź drogowskazów. Ale człowiek to też destruktor, deptający niegdyś ważne dla niego wartości bezwzględnością, wyrzekający się naturalności i bliskości z naturą na rzecz sztucznych zamienników.

 

„Syntetyczne pole kwiatów” Joanny Guzik pozwoli zrozumieć czytelnikowi, do jakiego doszliśmy w swym życiu punktu i czy da się jeszcze zawrócić na drogi bliskie naszemu sercu.

Polecam!

 


 

 

 

 

Tomikowi patronuję medialnie. Za tę możliwość dziękuję Wydawnictwu:


 

 

 

 

 

 

 

21:54, toksiazki12 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 listopada 2016

 

 

"Alfabet kolorowanka" 



Wesołe rymowanki wpadające w ucho, logiczno-graficzne zabawy oraz ilustracje do kolorowania… To wszystko składa się na „Alfabet kolorowankę” – projekt przygotowany przez stację TVP ABC i wydawnictwo Edipresse Książki z myślą o dzieciach, które poprzez zabawę mogą rozwijać zdolności manualne, równocześnie ucząc się liter i głosek. Publikacja ukazała się 23 listopada.

W „Alfabecie kolorowance” każda z liter alfabetu jest przedstawiona w formie zwierzątka. Zielona anakonda zwinięta w kształt literki A, bocian o białych piórkach wygląda jak literka B, cielak z brązowymi łatami jest wygięty w literkę C, gepard przedstawia literkę G, łoś – dzięki rogom – wygląda jak litera Ł, orka prezentuje literkę O, a stonoga – S. Te litery-zwierzaki są już znane dzieciom, które oglądają TVP ABC. Kolorowe i wesołe postaci ułatwiają najmłodszym poznanie alfabetu, ponieważ skojarzenia usprawniają zapamiętywanie. W kolorowance dzieci mogą również ćwiczyć pisanie danej litery i łączyć graficzny zapis z dźwiękiem. Pomogą w tym edukacyjne historyjki, poszerzające wiedzę o świecie. Powtarzanie wierszyków razem z dzieckiem to świetne ćwiczenie rozwijające pamięć.

„Alfabet kolorowanka” zawiera kilkaset wzorów, które można dowolnie kolorować: kredkami, flamastrami czy farbami. Malowanki rozwijają zdolności motoryczne, precyzję, kreatywność i wyobraźnię. Uczą skupienia uwagi, cierpliwości i wytrwałości. Pozwalają dzieciom na autoekspresję, a także na wyciszenie i zrelaksowanie, po całym dniu spędzonym w przedszkolu czy w szkole. „Alfabet kolorowanka” może służyć zarówno do samodzielnej nauki, jak i do wartościowego spędzenia czasu rodziców z dzieckiem.

 

 

 

 

"Kuchnia dla całej rodziny" Kamila Szczawińska - zupy, kremy, sałatki, surówki, koktajle, lemoniady… Kamila Szczawińska dzieli się 100 autorskimi pomysłami na wartościowe śniadania, obiady i kolacje. Znana modelka, psychodietetyk i spełniona mama dwójki dzieci udowadnia, że warto zaszczepiać w dzieciakach zamiłowanie do zdrowego gotowania już od najmłodszych lat. Wszystkie 100 przepisów zostało opatrzonych listą niezbędnych składników i opisem przygotowania krok po kroku. Dzięki temu nawet osoby rozpoczynające swoją kulinarną przygodę poradzą sobie z ich przyrządzeniem – także dzieciaki, oczywiście pod opieką dorosłych! Oprócz tego na czytelników czekają także ciekawostki i wskazówki. W książce „Kuchnia dla całej rodziny” Kamila Szczawińska dzieli się autorskimi pomysłami na 100 dań na każdą porę dnia. Wszystkie można przygotować z sezonowych, lokalnych i nieprzetworzonych produktów, dzięki czemu posiłki będą nie tylko smaczne, ale też pożywne i zdrowe. Każdy, kto zna Kamilę Szczawińską, ten wie, że kocha ona zupy i nie wyobraża ona sobie bez nich dnia – zwłaszcza jesienią i zimą.

W książce „Kuchnia dla całej rodziny” proponuje czytelnikom barszcz, kapuśniak, botwinkę, ogórkową, a także kremy: brokułowy, z cukinii czy z pomidorów. Dzieli się także pomysłami na sałatki i surówki w różnych odsłonach: słodkiej i słonej, lekkostrawnej i bardziej treściwej. Sałatka z dynią, z bobem, z tamarillo, z ryżem pełnoziarnistym czy z oliwkami – to tylko kilka spośród wielu propozycji. Nie zabrakło także receptur na sosy do sałatek. Kolejną część książki Kamila Szczawińska poświęca koktajlom, sokom i lemoniadom. Przekonuje czytelników, że od tych owocowych i warzywnych napojów można się uzależnić, tak samo jak od energii, którą dają na cały dzień. Prezentuje przepisy m.in. na koktajle winogronowo-pietruszkowe, śliwkowe, malinowe, cytrusowe, wzmacniające włosy czy potreningowe, na lemoniady jabłkowo-morelowe, porzeczkowe i z miętą, a także na herbatę zimową i sok mandarynkowy.

Przepisy Kamila Szczawińska zilustrowała fotografiami własnego autorstwa. Ujęcia barwnych i apetycznych potraw z pewnością zachęcą całą rodzinę do wspólnego gotowania. Książkę „Kuchnia dla całej rodziny” wzbogacają także kadry z sesji zdjęciowej Kamili, Julka i Kalinki spędzających rodzinnie czas na jeździe konno czy przygotowywaniu zdrowych soków.

 

 

 

 

 

"Najlepsze na świecie pierogi Solejukowej" Kazimiera Solejuk - słynna wilkowyjska gospodyni z serialu "Ranczo", w której postać wciela się popularna aktorka Katarzyna Żak, prezentuje pomysły na jedno z ulubionych dań Polaków: pierogi. Uzupełnia je o przepisy na kopytka, pyzy czy knedle. To wszystko sprawia, że książka stanowi podwójną przyjemność zarówno dla smakoszy, jak i telewidzów.Pierogi goszczą w polskiej kuchni od wielu stuleci, choć znane są nie tylko nad Wisłą. To pyszne mączne danie, pod angielską nazwą dumplings, cieszy się międzynarodową sławą. Pierożki występują w kuchni słowackiej, litewskiej, rosyjskiej, białoruskiej, ukraińskiej, chińskiej, japońskiej i włoskiej. Kiedyś pierogi przygotowywane były wyłącznie z okazji świąt. Dziś jedzą je wszyscy przy każdej okazji.

Można je znaleźć w menu wykwintnych restauracji i w przydrożnych barach. Królują podczas rodzinnych obiadów i na imprezach. Wszystkie przedstawione w książce przepisy są krótkie, przystępnie napisane, opatrzone listą niezbędnych składników, opisem przygotowania krok po kroku oraz fotografią z propozycją dekoracji i podania potrawy. Książka „Najlepsze na świecie pierogi Solejukowej” to lektura obowiązkowa wszystkich amatorów zarówno gotowania, jak i jedzenia pierogów oraz innych mącznych dań, takich jak knedle, pyzy czy kluski śląskie. To także propozycja dla miłośników popularnego serialu „Ranczo” (TVP) i Katarzyny Żak w brawurowej roli gospodyni Kazimiery Solejukowej. W drugiej części książki można znaleźć 20 oryginalnych i prostych pomysłów na gotowe dania z zamrażarki. Do gotowych pierogów z mięsem pasować będzie sos paprykowo-czosnkowy, do pierogów z serem można przygotować sos karmelowy z migdałami, a do pierogów z jagodami – sos toffi z jagodami i syropem klonowym. Nie zabrakło także pomysłów na uszka z mięsem z sosem ze świeżej cukinii i kurek, knedle z truskawkami z sosem anyżowo-karmelowym czy kopytka ze szpinakiem i czosnkiem. Na miłośników klasycznych smaków czekają propozycje na pierogi z mięsem, kapustą, ruskie, z serem czy jagodami. Nie zabrakło także pierogów w bardziej nowoczesnej wersji: np. z serem typu feta i szpinakiem, kaszą kukurydzianą i serem, marmoladą, fasolą i parmezanem, z dynią, a nawet z kapustą i śliwkami.

Pierogi wpisały się tak głęboko w tradycję kulinarną, że można je również przyrządzać w odmianach regionalnych, np. po ormiańsku, galicyjsku, litewsku czy starorusku. Wegetarianie także znajdą coś dla siebie, np. pierogi z soczewicą czy grzybami.

 

 

 

"Legendarne ikony stylu" Katarzyna Straszewicz - prowokowały, inspirowały, szokowały i zadziwiały. Nie bały się głośno mówić, co myślą. Wykorzystywały pozycję społeczną, sławę i majątek, by móc być sobą i żyć wbrew konwenansom czy poprawności politycznej. Wszystkie niezmiennie przez całe życie kochały modę. Dziesięć niezwykłych kobiet prezentuje dziennikarka Katarzyna Straszewicz. 

Wszystkie rozdziały zilustrowane są ciekawymi fotografiami autorstwa wybitnych fotografów Vogue'a – takich, jak Cecil Beaton, Horst P. Horst czy Henry Clarke – oraz wzbogacone cytatami i anegdotami. Pierwszą bohaterką Katarzyny Straszewicz jest Joan Rivers – legendarna osobowość telewizyjna, która przez dziesięciolecia bawiła i szokowała Amerykanów. W historii zapisała się także dzięki swojemu niebanalnemu stylowi. Wygląd innych gwiazd oceniała na rozmaitych galach oraz w programie Fashion Police. Była szczera do bólu i nie szczędziła kąśliwych uwag: potrafiła powiedzieć o znanej piosenkarce Adele, że jest „zwyczajnie gruba”. Kolejny rozdział Katarzyna Straszewicz poświęciła Marie-Laure de Noailles – praprawnuczce samego markiza de Sade i miłośniczce nowoczesnej architektury. Willa, w której mieszkała z mężem, była pierwszym modernistycznym budynkiem we Francji. Domownicy i ich goście mogli korzystać z nowinek technicznych, takich jak centralnie sterowane zegary czy łazienki en suite. Natomiast inna ikona stylu – Mona von Bismarck, w swoim paryskim domu miała dwie windy o różnej prędkości. Ta szybsza była przeznaczona dla służby, żeby mogła otworzyć drzwi pani domu, gdy ta będzie wysiadać z drugiej. Przedwcześnie posiwiałe włosy Mony przyciągały czytelników „Vogue'a”, który publikował jej zdjęcia blisko 50 razy. Za sukcesem medialnym tej słynnej femme fatale stała przebojowa Eleanor Lambert – pierwszy w historii PR-owiec mody, twórczyni New York Fashion Week, ucieleśnienie powiedzenia „jeśli nie uda ci się wejść drzwiami, wyważ okna”. Kolejna bezkompromisowa postać, wybitna poetka Edith Sitwell, w konserwatywnej Wielkiej Brytanii budziła zgrozę, ponieważ lubiła ubierać się jak królowa Elżbieta I, do której zresztą była podobna. Charyzmatyczny wizerunek Alexis z amerykańskiego serialu „Dynastia” to dzieło wicehrabianki Jacqueline de Ribes. Własną markę ubrań stworzyła będąc już po pięćdziesiątce. Wcześniej słynęła z kreatywności w projektowaniu udziwnionych przebrań balowych. Inna ambitna arystokratka, Marella Agnelli, żona spadkobiercy Fiata, dekorowała swoje liczne posiadłości z takim oddaniem, że kiedy nie mogła znaleźć odpowiedniego wzoru do zasłon, projektowała go sama. Carolyn Bessette-Kennedy w karykaturalnie przerysowanych trendach lat 90. wydawała się oazą minimalizmu. Gdyby nie zginęła młodo w katastrofie lotniczej, pewnie byłaby dziś zdumiona faktem istnienia blogów poświęconych jej elegancji. Suzy Menkes skromnie uważa się za reporterkę i felietonistkę z pasją do mody, choć inni nazywają ją ikoną, guru oraz jedynym krytykiem, z którego opinią liczą się wszyscy wielcy projektanci. Listę legendarnych dam zamyka filigranowa Nancy Reagan, której ulubiony, soczysty odcień czerwieni, nazwany później „Reagan Red”, stał się oficjalnym kolorem Partii Republikańskiej.

Opisane przez Katarzynę Straszewicz bohaterki stanowią dowód na to, że prawdziwej wizjonerce nic nie może stanąć na drodze. Swoim stylem wyprzedzały czasy, torując drogę nowym trendom oraz obyczajowej i modowej rewolucji. To wszystko sprawia, że nietuzinkowe historie z życia „Legendarnych ikon stylu” mogą być również podstawą znakomitego scenariusza serialu lub filmu.

 

 

 

"Śmiechu warte, czyli z czego śmiał się PRL" Michał Zawadzki - to przewodnik po pełnej dowcipu i humoru twórczości wybitnych artystów byłego ustroju. Autor prowadzi czytelnika przez najzabawniejsze momenty z filmów Stanisława Barei, skeczy Kabaretu Dudek, piosenek Starszych Panów i wielu innych.  „Śmiechu warte, czyli z czego śmiał się PRL” to książka, która przybliża absurd, specyficzny humor oraz zakazane treści minionych czasów. Jak mówiła Hanka Bielicka: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki się śmiejemy”. Te słowa znanej i cenionej aktorki z pewnością nie zostały zamieszczone w książce przez przypadek. Mogą być mottem na każde czasy, ale w PRL miały szczególne znaczenie.

Michał Zawadzki przygotowując książkę dokonał przeglądu i wyboru komicznych sytuacji z czasów PRL-u, a następnie możliwie oszczędnie wyjaśnił ich konteksty. Wszystko po to, by czytelnik mógł wejść w surrealistyczny świat, odnajdując w nim głównie radość. Poczucie humoru było metodą na przetrwanie w szarej rzeczywistości i walkę z systemem. W żarcie lokowano manifesty wolności i protest przeciwko ówczesnej sytuacji politycznej. Dodatkowo instytucja cenzury, ingerując w treści, samoistnie stworzyła przestrzeń, w której odbiorca poszukiwał tzw. drugiego dna. Wielu artystów niemal specjalizowało się w humorystycznym opisywaniu rzeczywistości PRL. Jednym z przykładów może być przytoczony przez Zawadzkiego dialog, który wcześniej opisał Andrzej Klim w publikacji zatytułowanej „Jak w kabarecie”.

 

 

"Ja i inni wariaci" Zuzanna Korońska - udane małżeństwo rozbite przez fatalne zauroczenie. Namiętność, która przeradza się w obsesję. Mania przeplatająca się z depresją. Halucynacje i urojenia, które odbierają szczęśliwej dotąd kobiecie chęć do życia. Zuzanna Korońska po raz pierwszy szczerze opowiada o piekle, jakie przeszła z powodu choroby psychicznej. "Ja i inni wariaci" to autobiograficzny pamiętnik, od którego nie można się oderwać. 

Zuzanna, która sama jest psychologiem, przeczuwa, na co może chorować. Diagnozę potwierdza psychiatra – stwierdza chorobę dwubiegunową, cechującą się ekstremalnymi wahaniami nastrojów, od maniakalnych (euforia, poczucie wszechmocy, ekspresyjność, energiczność, ryzykowne zachowania) po depresyjne (smutek, przygnębienie, apatia, brak apetytu, obniżona samoocena, myśli samobójcze, halucynacje, urojenia). Wyjaśnia, że zmiany nastrojów pomiędzy depresyjnym a maniakalnym mogą następować w ciągu jednego tygodnia, dnia, a nawet co kilka godzin.

Jak na chorobę Zuzanny zareagują przyjaciele i rodzina? Czy przyjaźnie zawarte w szpitalu psychiatrycznym przetrwają? Czego Zuzanna i Dariusz będą szukać w sex shopie? Czy Darek wybaczy żonie zdradę, czy może postanowi odejść? Którego mężczyznę – Dariusza czy Młodego – wybierze bohaterka? Czy Zuzanna w końcu poczuje się lepiej? Czy uda jej się wrócić do pracy i normalnego życia? Odpowiedzi na te i inne pytania można znaleźć w książce „Ja i inni wariaci”. Zuzanna Korońska jak nigdy wcześniej otwiera się przed czytelnikami i zabiera ich w autobiograficzną podróż w głąb myśli i przeżyć osoby chorej psychicznie. Odsłania intymność i mroki duszy, ale dzieli się też nadzieją na lepsze jutro.

Bohaterka rozdarta jest pomiędzy cierpliwym i pomocnym w chorobie mężem, a budzącym jej pożądanie Młodym. W pewnym momencie Dariusz pozwala żonie na kontynuowanie romansu z kochankiem, z nadzieją, że pomoże jej to w powrocie do zdrowia. Jednak miłosny trójkąt sprawia, że Dariusz się załamuje, szuka ukojenia w terapii, alkoholu, lekach i przygodnym seksie. A Zuzanna nadal miota się pomiędzy mężczyznami oraz zmaga się z atakami hipomanii i depresji…


 

 

 

Wszystkie pozycje dostępne na:

http://hitsalonik.pl/kategoria/hitksiazki

 

Kochani!

Skarlet i Alberta gościłam już na łamach swojego bloga. Nie ma chyba pozycji ich autorstwa, której bym nie znała, nie recenzowała. Przede wszystkim, autorzy odkrywają przed nami nieznane, mało dostępne miejsca Bułgarii, do których nie zaprowadzą Was nawet ogólnodostępne przewodniki najlepszych biur podróży :) Bo Bułgaria to przede wszystkim kraj niesamowitych kontrastów, tygiel kulturowy, mieszanka religii i magiczne miejsca, które nie tylko przyciągają, ale i czarują :)

"Kuchnię bałkańską" mieliście okazję również poznać już jakiś czas temu, ale dzisiaj, przedstawiam Wam drugie wydanie książki, która pojawiła się w jednej z największej sieci księgarskiej w Polsce. Mało tego! Książka z "Przedmową" mojego autorstwa oraz patronatem medialnym :)


 

 

 

Ogromnie się cieszę, bo ostatnio mam "fazę" na gotowanie, małe eksperymentowanie w kuchni i jeden przepis nawet udało mi się z niej wypróbować :) A konkretnie przepis na retro szarlotkę, zdjęcie poniżej :)

 

 

 


"Kuchnię bałkańską" można kupić w księgarni EMPiK.com z bezpłatną dostawą do najbliższego salonu (lub pod wskazany adres). W ciągu kilku dni system zaktualizuje foto okładki i opis. Pomimo niewłaściwego zdjęcia, każdy kto od dziś złoży zamówienie - otrzyma 2 wydanie książki (uaktualnione!).

 

 

Link do książki:

 

http://www.empik.com/kuchnia-balkanska-110-recept-scarlet-albert,p1103571824,ksiazka-p

 

 

 

 

A znajdziecie w niej między innymi :)

 

 

 

 

 

 

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi