Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
piątek, 28 listopada 2014

Jedną z moich ulubionych współczesnych autorek jest właśnie Joasia. Taka sobie kobietka o twarzyczce dziewczyneczki. Jeśli znam się z kimś dosyć dobrze, to nie kryję się z sympatią do tej osoby. Tym bardziej, że Joasia ma niesamowity dar przekonywania do swoich powieści, jak mało kto. A o przeczytanej jej książce myśli się długo i mówi się długo, a nawet bardzo długo. Bo autorka ma tę zdolność mieszania stylów, że trudno przypisać jej tylko jedną półkę, czy szufladkę.

Wiem, jak bardzo Joasia obawiała się przyjęcia tej powieści przez grono swych stałych czytelniczek. I zupełnie niepotrzebnie. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że widzimy tylko to, co chcemy widzieć. Nic bardziej mylnego. Czy zatem tylko szaleńcy widzą więcej?

Odpowiem dosyć lakonicznie. Może trochę i szaleńcy, może trochę ludzie mądrzy, ale na pewno prawdziwi obserwatorzy, mistrzowie gatunku o wdzięcznej nazwie – ŻYCIE.

Kolejna książka autorki, to nie powieść science – fiction. To powieść o życiu, tym naszym otaczającym nas. Dziwny, wyimaginowany świat, który tylko patrzeć, kiedy wejdzie z buciorami w nasze poświęcenie, codzienność, przyzwyczajenie. Kiedy zacznie ograniczać i wydzielać nam spojrzenia i kawałki uczuć.



 

Marta i Wiktor. Osobno, razem. Właściwie, to takie ich wspólne oczekiwanie na delikatny dotyk, ferię barw, woal namiętności. Powieść zaczyna się w samym środku Dome. Świata plastikowych torebek z jedzeniem, woreczków z wodą. Dome, to życie, jak w druku ścisłego zarachowania, podzielonego na trzy sektory. Otoczony betonem, brakiem światła i słońca, jednobarwnym nad głową niebem, bez natury, drzew, parków, wiatru we włosach i wszędobylskich ławeczek, na których codziennie powinni przesiadywać starsi ludzie, ewentualnie matki z dziećmi.

Prawdziwości w Dome brak. Brak w nim smaków, zapachów, odruchów normalności. Brak kalejdoskopu odczuwania doby, podziału na godziny.

Marta, Wiktora pozna na chodniku, idąc do swojego mieszkania. Jak się okaże, Wiktor - związek przyczynowo skutkowy ciała, podsycanego tabletkami. Bo w Dome tak właśnie jest. Byle nie czuć, byle nie myśleć o niczym innym tylko o pracy. Na wszelkie dolegliwości jest tabletka. Ogłuszająca i otępiająca pożywka dla energii. To ich wspólne, przypadkowe spotkanie obudzi w dwojgu przeszłość. Przeszłość i przyszłość. Kiedyś łączyła ich miłość. Owocem szaleńczego uczucia stał się Wojtek.

Życie w Dome nie pozwala na odruchy ludzkiej egzystencji. Tam liczy się praca, wyrabianie się ponad normy, awanse, stale rosnące konto bankowe. Wszystko co było dawniej, zostaje za plecami. Wszyscy, bez wyjątków, mają możliwość wychodzenia na przepustki. Z takiej możliwości korzysta Marta. Otwiera drzwi do swojej ważności, synka zostawionego pod opieką swoich rodziców, tylko na czas wypracowanego urlopu.

Kiedy Wiktor pojawi się ponownie w jej życiu, wycieczkę do ważności Marty, zrobią razem. Jak się okaże, wycieczka okupiona zostanie przygodami, ale i nauką siebie nawzajem. Wiktor błądzić będzie własnymi myślami, emocjami. Staczać będzie batalię z samym sobą. Strach i panika – towarzyszyć mu będą na każdym kroku. A syn? Opleciony obrazem niestrudzonej Marty, opiekującej się Wojtkiem obudzi go w najmniej oczekiwanym momencie.

Jak Marta ułoży swoje życie? Co będzie z Wiktorem? Odpowiedź w „Tylko przy mnie bądź”.

Joanna Sykat. Autorka ciągle rozwijająca się. Zaskakująca nowatorstwem. Wyróżnia się swoim osobistym, prostolinijnym stylem. Bezpretensjonalny, pozbawiony ukwieceń, bezpośredni, bez słodzenia. W tej powieści odkryła swoje możliwości, a wiem, że dla niej nie ma rzeczy niemożliwych! Balansuje na granicy świata nierealnego.

Ale tak sobie myślę, że Joasia uświadamia nam, jak blisko jesteśmy takiego Dome. Ten pudełkowy świat, jak puszka sardynek, daje nam do przemyślenia i przewartościowania spostrzegania świata. Bo są w nim rzeczy ważne i ważniejsze. Uczucia, emocje są jego składowymi. A tego nie powinniśmy się wstydzić, czy tłumić w sobie. Szczerość, otwartość.



W tej powieści Jej bohaterowie zostali wystawieni na ciężką próbę. Oni są wręcz jak roboty, a bunt, jaki narośnie w Marcie będzie tylko zapalnikiem, by wybrać się w głąb siebie. A wtedy natura upomni się o swoje.

Fabuła jest tutaj, jak klepsydra. Im więcej bierze się ją do ręki, tym bardziej zabiera nas w podróż po czasie. W czasoprzestrzeń następujących po sobie kadrów. Zdecydowanie mniej jest tu dialogów, a opisy są jak fotografie, zatrzymane ułamki sekund.

Jak zakończy się historia pary szukającej się w czaso i miejscoprzestrzeni?

Joasiu, obiecałam Ci, że właśnie tu zdradzę Ci, czyj styl przypomina mi Twój. Może porwę się z motyką na słońce, ale mam nadzieję, że się nikt na mnie nie obrazi i mnie nie zlinczuje.

To tylko moje zdanie i moja obserwacja. Cenię twórczość Romy Ligockiej i bardzo przypominasz mi jej sposób pisania. Bardzo podobne wyczucie przestrzeni, doskonały zmysł obserwacji i prosto przytaczane fakty. U Was nie ma pomyłek. Jasno i precyzyjnie przytoczony wywód i bezpretensjonalność. No po prostu nie ma się do czego przyczepić, a wręcz przeciwnie.

Aż się boję, jaka będzie następna Twoja powieść. Oczywiście żartuję :)

Za możliwość przedpremierowego zapoznania się powieścią serdecznie dziękuję Wydawnictwu:



A szczególnie Pani Katarzynie Szablińskiej :)

 

 

Zdjęcia pochodzą z internetu.



sobota, 22 listopada 2014

Na samym początku gratuluję Pani Natalii wygranej w konkursie. Jako jedyna zgłosiła swoje pytania do konkursu w terminie. Pan Andrzej Łazowski zadał pytanie już po terminie. Ale autorka jest wobec swoich czytelników skrupulatna, konsekwentna i szczera, że odpowiedziała również na pytanie Pana Andrzeja.

A teraz do rzeczy.

Natalia nati16091999@gmail.com:

 
Jak radzi sobie Pani z brakiem weny?

MG. Mówią, że bywa kapryśna. Gdy usiłuje zapanować nade mną wówczas sięgam do moich zapisków. Od ponad trzydziestu lat gromadzę je pieczołowicie. Tam są pomysły, tam drzemie ukryta wena, którą nigdy nie lekceważę. (Uśmiech) Czasem mam wrażenie, że głowa pęka mi od pomysłów, ale to brak czasu jest hamulcem. Wena – tak sądzę- jest moją przyjaciółką, a w przyjaźni nie powinno być przerw. Bo cóż to by była za przyjaźń? Tak więc wena jest wciąż, ale to nie wszystko. Ważna jest praca nad tekstem, samo - szkolenie się. A wena, choć i ja wierzę w to „zjawisko” jest tylko krokiem do realizacji pragnienia, marzenia, by tworzyć. Lecz to praca dopełnia reszty.


Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem?

MG. Miałam trzynaście lat. „Pan Tadeusz” i wiersze Asnyka stały się inspiracją. Pierwsze były wiersze i to one będą zawsze tymi najważniejszymi w mojej twórczości. Poezja jest dla mnie czymś w rodzaju uwolnienia; myśli, emocji, a także bywa katalizatorem. Mając niespełna trzynaście lat zaczęłam od wierszy, później przyszedł czas na opowiadania, nowele a z czasem powieść. Pierwszą napisałam mając siedemnaście lat.


Jak radzi sobie Pani z pisaniem książek, przy tych wszystkich obowiązkach? (dom, praca) :)

M.G. O to jest trudne pytanie, jak i odpowiedź na nie. Bywa ciężko. Czasem kosztem snu, a nawet bliskich siadam i piszę. Niestety; coś za coś. Od dziecka wyrobiłam sobie przekonanie, że nie ma nic w życiu za darmo. Mając tego świadomość „kradnę” każdą minutę by pisać. Zarwane noce to normalka, chroniczny brak snu…A co to jest sen? (Uśmiech) Nie pamiętam kiedy przespałam więcej niż sześć godzin. Szkoda na to czasu. Odpoczywam pisząc, a drzemki po pół godzinie starczą. W domu pomaga mąż i pasierbica. Synowie dorośli. Mają swoje życie. A w pracy…W pracy przez dwanaście godzin jest TYLKO praca. Drugi człowiek. Wtedy nie ma –ja- moja twórczość, wtedy jest on, chory cierpiący człowiek. A gdy wracam do domu, około 20 siadam pisać. Średnio do drugiej trzeciej w nocy. Śpię do szóstej…i tak w kółko. Ale człowiek potrafi przyzwyczaić się do wszystkiego, zwłaszcza gdy widzi w tym sens. Zwłaszcza gdy jest to jego pasją.

 

Dzień dobry, nie można powiedzieć już witaj. Rusinek nam zabronił...

Andrzej Łazowski - prezes Stowarzyszenia CPT

Czym dla Pani jest czasoprzestrzeń?

MG. Czas i przestrzeń…jest dla mnie tą sekundą w czasoprzestrzeni, w której żyję. Trzy lata temu zaczęłam pisać powieść „Galaktyka Serteny” ucząc się od niej, zgłębiając wiedzę zetknęłam się z informacją, że (zgodnie z obecną wiedzą czasoprzestrzeń ma strukturę metryczną przestrzeni), nazwaną od nazwiska H. Minkowskiego czasoprzestrzenią Minkowskiego. Dowiedziałam się wówczas że jest ona zbiorem zdarzeń elementarnych o strukturze wynikającej ze szczególnej teorii względności, której jak sadzę nie muszę nikomu przybliżać. Odpowiadam więc swoim bytem wymiarowi – czasu, który „zajmuję” miejscu, w którym żyję, a – reasumując - jestem punktem…czyli nieskończenie krótkim w nieskończenie małym obszarze - bytem.

Pisząc „Galaktykę Serteny” zrozumiałam, że tak naprawdę ( mówiąc metaforycznie) jestem jedynie - jednym tchnieniem. Tchnieniem niezauważalnym, a chciałabym to zmienić. Dlatego czas i przestrzeń wypełniam wieloma słowami. Wierząc, że któreś z nich przetrwa…w innym bycie, w kolejnym, i kolejnym…Aż po koniec czasu i przestrzeni. To takie ( moje) małe filozofowanie.

 

 


Dziękuję za pytania. Mam nadzieję, że udało mi się odpowiedzieć na nie w sposób wyczerpujący.

Pozdrawiam Wszystkich Czytelników bloga Agnieszki, jak i moich.



środa, 19 listopada 2014

Z wykształcenia pielęgniarka, z zamiłowania i pasji poetka i pisarka. Jaka jest Pani Marta Grzebuła? Zapytajcie.



Z okazji swoich okrągłych urodzin, Autorka przygotowała dla swoich fanów, sympatyków, przyszłych i teraźniejszych czytelników konkurs, którego nagrodą jest mini powieść "Epizod na dwa serca". Urodziny autorki zbiegną się z datą druku premierowej powieści "Jokera". Dlatego nie sposób tego nie zauważyć, ale jest to tym bardziej wydarzenie szczególnej wagi.

Zadanie konkursowe nie będzie trudne. Od dzisiaj, czyli od 19 listopada, przez dwa kolejne dni możecie zadawać autorce różne pytania. Potem po 22 listopada zamieszczę post z odpowiedziami autorki i ogłoszę zwycięzcę. Wygra ta osoba, która, zdaniem autorki zada najciekawsze pytanie :)

Zatem, do klawiatur :)

 

Konkurs rozpoczyna się 19 listopada 2014r., a kończy 21 listopada 2014r. o godz. 24:00.

Nagrodą w konkursie jest mini powieść autorki "Epizod na dwa serca".



Autorka wskaże osobę, która zadała najciekawsze pytanie.

W komentarzach pod tym postem zadawajcie pytania i oczywiście zostawiajcie kontakt do siebie - Imię i adres e-mail.

 

Powodzenia!

wtorek, 18 listopada 2014

"Ale tak, czasem odpocznę przy książce, nawet za dnia, bo jeśli nie przeczytam chociaż strony, to jestem nie w sosie. Narkomani już tak mają…" - Andrzej F. Paczkowski.

Na swojej autorskiej stronie szukał chętnych osób, które podjęłyby się zrecenzowania Jego powieści. Zgłosiłam się dosyć dawno. Czas na to, by po nie sięgnąć znalazłam zupełnie niedawno. Uważam, że nie był to czas stracony. Granice, jakie przeszłam czytając Jego powieści sięgały często zenitu. Dlaczego?



Andrzej jest dla mnie indywiduum, który nie boi się, ani nie wstydzi mówić wprost i bez ogródek o swoich uczuciach, odczuciach i obserwacjach otaczającego Go świata. To cecha rzadka, często wytykana palcami. On sam jest zdania, że dzisiaj boimy się tak mówić, dając świadectwo swojej fałszywości, czy obłudzie.

 

Jego twórczość składa się nie tylko z prozy, ale i prób poetyckich, którym daje upust w swoich rodzinnych, czeskich stronach. Jest młody, ale ze swoim doświadczeniem życiowym mógłby stanąć w szeregu z dużo starszymi osobami. Ujął mnie swoją prostolinijnością, szczerością i prawdą, którą oddaje w swoich powieściach. Jego bohaterowie, to ludzie z krwi i kości. Rzeczywistość taka namacalna, bez ubarwień, ukwieceń że chce się więcej i więcej. A dialogi, po prostu nie do przecenienia. Obok tego, nie da się przejść obojętnie.

 

Andrzeju,

tu Cię zaskoczę. Jesteśmy narodem mocno zakorzenionym w tradycji. Ona wyłazi drzwiami i oknami. Ale, podzielam Twoje spostrzeżenia. Owszem, któż nie wstydziłby się powiedzieć prawdy o tym, co go w życiu spotkało. Ja również byłam świadkiem w swoim życiu wielu scen przemocy. To, co się działo poza mną, nie dotykało mnie bezpośrednio, ale wiem, jak to wyglądało i poniekąd, mimo wieku XXI, wygląda i jeszcze toczy się tu na wsi. A tam, gdzie jest alkohol i dzieci, nigdy nie będzie dobrych finałów.

Pisz, kończ to, co zacząłeś. Jeśli jeszcze mi zaufasz, chętnie się przeniosę w bajkowy świat syren i hybryd. Mimo tej frywolności w swoich powieściach, da się to przeczytać. Powiem więcej. Ciekawi mnie dalszy ciąg Marka i Jego magicznego świata. Chętnie też zapoznałabym się z Twoimi wierszami.

A na koniec życzę Ci wytrwałości, ciekawych pomysłów, jeszcze większego zżycia z bohaterami i coraz to nowych przygód, byś mógł je zamieszczać na stronach Twoich książek.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Andrzeju. Zapoznałam się co nieco z Twoją twórczością. Przyznam szczerze, że myślałam, iż przez „Tajemnicę latarni morskiej” nie przebrnę. Jednak nie było aż tak źle. Skąd ten pomysł na taką tematykę?

Ze wszystkich baśniowych postaw, najbardziej lubię syreny. Moja pierwsza książka, którą napisałem jakieś piętnaście lat temu nie przypadkiem opowiadała właśnie o syrenach. „Spokojna przystań“, bo tak się nazywa, jeszcze nie ujrzała światła dziennego, ale kto wie, może po przerobieniu jej, kiedyś będzie można ją przeczytać.

Jednego dnia obudziłem się i miałem zarys historii, nie wiedząc jednak co się będzie w niej odgrywało. Pisałem i, podobnie jak podczas pisania„Melancholii“, książka wciągnęła mnie tak bardzo, że przez jakiś czas nie mogłem się od niej oderwać. Nie było tak, że pisałem tę książkę, ja po prostu pisząc, czytałem ją i każdego dnia, siadając przed komputerem, nie mogłem się doczekać, co wydarzy się w kolejnym rozdziale. Pewne rzeczy odkrywały się w czasie powstawiania książki, pojawiał się jej dokładniejszy zarys i nowe postacie a ja nie mogłem się nadziwić. Praca nad nią należała do najprzyjemniejszych, jeszcze nigdy tak łatwo nie pisało mi się żadnej książki.

Wiem, bo wspominałeś, że na ukończeniu jest tom II tej właśnie powieści. Co tym razem zaplanowałeś Markowi? Nie musisz odkrywać wszystkiego, ale uchyl chociaż rąbka.

Tak, druga książka nosi tytuł „Hybryda“ i jej pisanie jest już na etapie końcowym. Marek… no cóż, ma ciężkie zadanie do wykonania, musi odnaleźć swoją siostrę, i nie wiadomo czy sobie z nim poradzi, ponieważ jak się z czasem dowie, cena za jego powodzenie jest tak wielka, że może nie będzie zdolny do zapłaty i do poniesienia tak wielkiego poświęcenia.

Pisząc tę książkę zżywam się z Markiem a równocześnie z jego babcią, bo jest tak kochana, jak babcia być powinna a mnie tego w życiu bardzo brakowało. Mam nadzieję, że w innym życiu życie nagrodzi mnie właśnie taką babcią.

Już wszystko zmierza do końca, już gra się rozpoczęła i teraz tylko należy zobaczyć, jak uda się bohaterowi wyjść cało z opresji. Ale i tu następuje kolejny problem, na końcu czeka na Marka tak wielki szok, że nie zdaje sobie z tego nawet sprawy. Ale całe wyjaśnienie tego pozostawiam na część trzecią, kiedy to rozstrzygną się jego losy.


Skąd w Tobie pomysł na zamieszczenie w swoich dwóch powieściach - „Teraz rozumiem swoją matkę” oraz „Ta głupia” - takiego a nie innego obrazu polskiej zaściankowości wsi?


Stąd, że właśnie taką wieś sam poznałem i zapamiętałem. Uważam to za taką malutką trylogię, bo należy do nich jeszcze „Na złość“, na którą oburzyła się pewna czytelniczka, pisząc, że nigdy czegoś takiego nie poznała i nie widziała, a sama mieszka na wsi, wiec nie rozumie po co tak książka została napisana. Może wierzyć kto chce, a kto nie, niech nie wierzy, bo jakkolwiek zabawiłem się w jednej książce i napisałem, że osoby w niej występujące są fikcyjne, to jednak nie jest to prawdą. Bohaterowie żyją i prawie żyli jak to zostało opisane. Oczywiście sytuacje czasami zostały pozmieniane, pomieszane, bo tego wymagała książka, ale niestety polska wieś z mojego otoczenia nie należała do wsi pełnej idylli i szczęścia, panowała w niej obłuda, ciekawość, złość, zawiść, a alkohol lał się strumieniami. Nie mówię, że tak było w każdej rodzinie. Nie. Tak było w rodzinach z mojego otoczenia. A to jeszcze nie jest wszystko, bo to spokojne książki. Dopiero w książce, której nadałem na razie roboczy tytuł „Pięści miłości“ sadze rodzinnej, poleje się prawdziwa krew, jak lała się po ścianach kiedy byłem dzieckiem – na szczęście będąc tylko obserwatorem. Żal mi tych wszystkich ludzi, którym życie robiło co robiło. Bo każdy człowiek dla mnie jest w głębi siebie zranionym kiedyś dzieckiem, nieszczęśliwą istotą. Ja to widzę w ich oczach, to nieszczęście, może dlatego to opisuję. Oni może z czasem zapominają i starają się jakoś żyć, ale ja nie potrafię zapomnieć.


No i postaci z tych dwóch powieści. Genialnie scharakteryzowane. Jak udało Ci się to osiągnąć? Chodzi mi o postać Anki i Marysi. Rzadko się zdarza, by mężczyzna tak idealnie przeniknął w świat kobiecych myśli.

Anka i Maryśka to moje bardzo dobre koleżanki. Anka zasługuje tutaj na wielkie uznanie, to silna i piękna, dojrzała kobieta, która ma wspaniałe dzieci i jednocześnie dobre serce. Maryśka po powrocie do domu żyje z matką i wszystko się układa, aczkolwiek obie kobiety mają ciężkie życie. Niestety żyjemy w świecie nieczułym i twardym jak skala, ale przynajmniej one mają dobre serca.


Ja jestem pod wrażeniem Twojego stylu w tych dwóch książkach. Chodzi mi o bezpośredniość, mówienie wprost, nazywaniem rzeczy po imieniu. Dlaczego właśnie taki kurs obrałeś?


Ponieważ ten świat też jest prosty i niczego nie owija w bawełnę. Nie mówię tu, że prosty, to gorszy, nie. Tu chodzi o to, że w tym świecie nie ma czasu na pieprzenie się z kimś i obchodzenie jak z kurzym jajkiem. Słownictwo, to również oddaje, bo tak się mówi. Jest to okrutny świat. Bo jak można inaczej powiedzieć, że jest piękny kiedy ktoś cię bije każdego dnia, kiedy ojciec podrzyna sobie żyły, tnie matkę nożem, rozbija jej głowę, krew rozlewa się po kuchni. Gdzie nie masz czego zjeść i co na siebie ubrać? Pewnego dnia sam nie miałem czego włożyć do ust, był to jeden z najgorszych dni w moim życiu. Nie miałem nawet parę groszy na pączka a taką na niego miałem ochotę…

Spotkałam się z określeniem twojej twórczości, jako kontrowersyjnej. Chodzi tu o tematy tabu, jakie zawarłeś w książce. Zgadzasz się z tym określeniem?


Chyba nie. W każdym razie mnie się to z kontrowersją nie kojarzy. Ale to może być tak jak w przypadku tych ludzi, którzy żyją w jakimś nieczułym świecie i myślą sobie, że taki ten świat już jest, że nie jest zły. Po prostu jest jaki jest. Tymczasem zło aż iskrzy.

Dałbym ci typ na kontrowersyjną książkę, ale nie wiem czy byś ją przełknęła… a może nawet i wywiad z tamtą osobą byś zrobiła…

Jak myślisz, dlaczego ludzie wciąż są zamknięci na, przyznajmy szczerze, inności i dziwności tego świata. Dlaczego nie umieją mówić szczerze o swoich prawdziwych uczuciach?

Dlaczego? Bo są na innym poziomie rozwoju intelektualnego. Bo się boją do czegoś przyznać, bo nie chcą zmian, bo wierzą w zaściankowe przekonania i wyimaginowane prawdy. Bo mają kurze móżdżki, które reagują na to co się im do tego móżdżku wtłukuje. Bo są dwulicowi, bo sami chcą się uważać za lepszych i tych mających prawo osądzać. Bo myślą sobie, że oni doskonale wiedzą, co jest to właściwe.

Ale moje pytanie już od lat jest takie samo: co jest właściwe? Kto dał komu prawo do mówienia: jak wiem, że to co robisz, kim jesteś, jest niewłaściwe. Bo dla mnie właściwe jest to, że człowiek ma prawo do życia. Godnego. Każdy. Chory, zdrowy, ten z nizin społecznych i ten na górze. Niestety, w naszym świecie tak to nie działa, bo zawsze będzie tak, że ludzie nie będą chcieli akceptować inności, jak było kiedyś np. z pracującymi kobietami, z kobietami w spodniach, palącymi kobietami, z Murzynami itd.

A dlaczego nie umieją mówić o własnych uczuciach? Bo tak zostali wychowani. Dziś nawet ludzie nie potrafią już ze sobą normalnie rozmawiać, tak bardzo posunęła się technika, a rodzice są zabiegani za pieniędzmi, żeby jakoś związać koniec z końcem. Ja sam do pewnego wieku, aczkolwiek chciałem, nie umiałem mówić o uczuciach. Musiałem dorosnąć, a moja mama musiała zachorować, żebym wiedział jak kruche jest to życie i jak szybko odchodzimy, więc nie możemy tracić czasu na owijanie w bawełnę, lub też na niemówienie tego, co czujemy. Na nieszczerość.

Czy myślisz, że kiedykolwiek mentalność ludzi pod względem otwartości na tabu się zmieni?

Chyba nie. Według mnie, ludzie po prostu nie są w stanie się zmienić. Jednostka może oczywiście, ale całość nie. To zbyt ciężkie. Tematy tabu więc będą zawsze. Tylko że będą się zmieniać, jak to się zmienia z innością: jedno się zaakceptuje, ale pojawi się kolejne, czego się akceptować znów nie będzie. I tak w koło.

Bardzo ciekawie przedstawiłeś również postać księdza homoseksualisty. To wymagało wielkiej myślę odwagi i samozaparcia, by tak głośno o tym mówić. Ile przyjąłeś głosów krytycznych za to?

Jakoś mam szczęście w tym temacie i nikt się nie odezwał.

Czy postaci Twoich powieści mają odzwierciedlenie w rzeczywistości?

Jak już było wspomniane wyżej, tak.


I teraz tematy bardziej lekkie i przyjemne. Każdemu rozmówcy zadaję ten sam zestaw pytań, dotyczący Jego spostrzeżeń na sztukę. Poezja. Kraina dla Ciebie odległa, czy chętnie odwiedzana?


Oczywiście to dla mnie kraina często odwiedzana. Sam piszę wiersze i już dwa razy przedstawiałem je w Klubie Polskim w Łysej nad Labem w Czechach. Ale to tylko zwykłe wiersze, które piszę dla radości, dla siebie.

Kocham twórczość Gałczyńskiego, a szczególnie „Teatrzyk Zielona gęś“, jeżeli ktoś nie zna to powinien poznać. Przepadam za Szymborską i jedno z moich największych przeżyć, takich skarbów, było spotkanie z nią jeszcze przed śmiercią. Życie było dla mnie w tym przypadku łaskawe, ponieważ był to niezwykły człowiek.

Ta dwójka zajmuje u mnie pierwsze miejsce i właściwie codziennie leżąc w łóżku przed snem, czytam ich na zmianę, to jedyny moment w ciągu dnia, kiedy mogę się naprawdę zrelaksować i odpocząć, jednocześnie myśląc głębiej o zawartości i przekazie czytanego tekstu.

Teatr. Ten ze szklanego ekranu, ten na deskach teatrów, czy może teatr życia ten za oknem?

Teatr oczywiście jak najbardziej. Ostatnio będąc w teatrze na jednej czeskiej interaktywnej grze, śmiałem się przez trzy godziny i po raz pierwszy w życiu myślałem, że wyzionę ducha. Oczywiście ten ze szklanego ekranu również, ale mam na niego mało czasu. Cieszę się na swoją emeryturę, kiedy jako stary dziadek będę mógł nadganiać to wszystko co mi teraz unika…

Film, kino. Sztuka, czy kicz? Polskie, czy zagraniczne?

Filmy jak najbardziej polskie. Moja dziwna osobowość nakazuje mi oglądać te filmy, które mi się podobają, na okrągło. I tak np. widziałem już sto razy „Wyjście awaryjne“, z którego często używam zdanie: podłość ludzka nie zna granic. Kocham „Nigdy w życiu“, bo Danuta Stenka jest tam tak czarująca i piękna, jak żadna polska aktorka. Nie wierzę, że nie zakochała się w niej cała Polska, po zobaczeniu tego filmu.

Lubię filmy z akcentami bajkowymi, jak ostatnia „Czarownica“, „Piękna i bestia“ itd. Żyjemy we wspaniałych czasach, kiedy mamy możliwości widzieć rzeczy, które kiedyś ludzie sobie mogli tylko wyobrażać, a ja kocham bajkowe światy, bo… po prostu w nie wierzę.

Na „Nocach i dniach“ ryczę za każdym razem i muszę je oglądać samemu. Ten film jako jedyny ma dla mnie największe znaczenie i jednocześnie przemawia do mnie, bo jest taki jak ja. I ja mówię sobie często, jakie to dziwne i po co to wszystko, całe to życie, kiedy przemija dzień i noc i tak wkoło, a kiedy nas nie będzie, ten świat i tak będzie trwał nadal i przyjdą nowe noce i dnie…

W czym zaczytuje się Andrzej Paczkowski?

Teraz w polskiej klasyce. Czytam więcej książek na raz. Właśnie pożeram „Krzyżaków“ Sienkiewicza, „Nad Niemnem“ Orzeszkowej, „Faraona“ Prusa.
Dorwałem najnowsze wydanie „Wichrowych wzgórz“ od Emilly Bronte. Jeden rozdział na dzień, żeby nie przeczytać za szybko, aczkolwiek znam ją już na pamięć.

Jak odpoczywasz?

Nie wiem czy ja w ogóle odpoczywam. Jedynie w nocy, śpiąc. Jestem bardzo aktywnym człowiekiem, więc nieustannie spędzam życie na nogach, a ciągle jest coś ciekawego do pracy. Nie znam słowa nuda. Jest praca, jest siłownia, gdzie ćwiczę co najmniej trzy razy w tygodniu, jest zumba, na którą z grupą przyjaciół chodzę tańczyć w każdy wtorek, spinning w każdą niedzielę rano. Tu należy zrobić zakupy, posprzątać, wyprać, przyjdą goście, sam idę w gości, tam basen, teatr, kino, jakaś dodatkowa praca…

Ale tak, czasem odpocznę przy książce, nawet za dnia, bo jeśli nie przeczytam chociaż strony, to jestem nie w sosie. Narkomani już tak mają…

Kilka słów od siebie:

 

Mam marzenie i wierzę, że kiedyś się spełni: chciałbym pomagać ludziom, aby widzieć w ich oczach przynajmniej cień nadziei i radości.

Chciałbym, żeby czas nie pędził tak szybko, a jednocześnie, aby życie umożliwiło mi znalezienie kwiatu paproci.

Dziękuję Tobie i każdemu, kto się z ciekawości zetknął z moją twórczością. Życzę wszystkim szczęścia w życiu i miłości. Prawie jak Violetta Villas, całuję was gorąco w same serca.

Zapraszam każdego na swoją stronę na facebooku - www.facebook.com/Melancholii

Dziękuję za to że poświęciłaś mi czas i przeczytałaś moje książki.

 

 



 



poniedziałek, 17 listopada 2014

ZA PLECAMI ANIOŁA
Renata L. Górska

literatura dla kobiet

Wszystkie osoby, które jeszcze nie czytały tej powieści zapraszamy serdecznie do lektury.



Może czasami, zamiast oddać się pod opiekę anioła, warto raz jeszcze uwierzyć w siebie?
Na dobrą sprawę, tych dwoje nigdy nie powinno się spotkać, a cóż dopiero zbliżyć. Ona – niezbyt obrotna Polka próbująca zaczepić się na obczyźnie, on – wolny duch, globtroter, z pochodzenia arystokrata. Los chciał, że oboje znaleźli się w jego rodzinnym miasteczku, malowniczym i cichym Tauburgu, z górującym nad nim zamkiem. Marta znajduje tam pracę u wytwornej matki Nicolasa, kobiety po wylewie, od której zaznaje wiele życzliwości. Asymiluje się, zawiera dalsze przyjaźnie, a z czasem i jej serce zabije żywiej. Niestety, romantyczna sielanka nie potrwa długo. W miasteczku narastają napięcia, również na zamku nie dzieje się dobrze. Wypadki burzliwego lata dosięgają też Martę, dając jej prawo do zwątpień i nieufności. Czy jednak wszystko interpretuje właściwie?

Wydawałoby się, że najwyższą cenę płaci się za prawdę, lecz ta historia pokazuje, że więcej kosztuje jej skrywanie...

 

 

 

WSZYSTKIE BARWY CODZIENNOŚCI
Eugeniusz Paukszta

klasycy literatury



 

W powieści „Wszystkie barwy codzienności”, której pierwsze wydanie ukazało się w roku 1961, Eugeniusz Paukszta wnikliwie opisuje rodzącą się tożsamość regionalną przybyłych na tereny Ziemi Lubuskiej osadników. Bagaż, z którym przybyli z różnych stron (między innymi z Wileńszczyzny) to trauma przeżytej wojny i opuszczone domy rodzinne. Zastana rzeczywistość to naznaczone wojną tereny, nieznane krajobrazy, inna od dotychczas im znanej zabudowa mieszkaniowa. Świat przedstawiony powieści to świat, w którym zderzają się doświadczenia Polaków i Niemców. Kim są? Jak żyją? Czy i jak udało im się oswoić nową, nadodrzańską przestrzeń życiową? Czy pozostawiona przez niemieckich mieszkańców porcelana i srebrne sztućce mogą stać się łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością? Na te i wiele innych pytań czytelnik znajdzie odpowiedź we „Wszystkich barwach codzienności”. Lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych problematyką polsko-niemiecką.

dr Marta Bąkiewicz
(adiunkt, literaturoznawca w Polsko-Niemieckim Instytucie Badawczym w Collegium Polonicum w Słubicach)



KOCHAĆ Z OTWARTYMI OCZAMI
Jorge Bucay i Silvia Salinas

psychologia

 

PONAD MILION SPRZEDANYCH EGZEMPLARZY!

Maile wysyłane przez Laurę, psychologa terapeutę, omyłkowo trafiają do Roberta. Dzięki ich lekturze dowiaduje się on kilku prawd – że kochać z otwartymi oczami to przebudzić się ze snu i zobaczyć ukochaną osobę taką, jaką jest naprawdę. To pokochać to, co nas różni, to zaakceptować partnera w pełni i pozwolić sobie odkryć się przed nim.
Autorzy inspirują do budowania związku w oparciu o potencjał świadomych zmian możliwych dla kobiety i mężczyzny. Świadomość bycia w relacji można osiągnąć poprzez wnikliwe zaangażowanie się w poznanie siebie, swoich możliwości i ograniczeń.
Być zakochanym - to kochać podobieństwa, a kochać - to zakochiwać się w różnicach.

Jorge Bucay i Silvia Salinas – autorzy książki – to doświadczeni psychoterapeuci, pracujący w podejściu Gestalt. Zgodnie z tą teorią wyjaśniają procesy rządzące naszą psychiką, uzupełniając te wyjaśnienia wiedzą z innych dziedzin.

niedziela, 16 listopada 2014

Na samym początku chciałabym wszystkim biorącym udział podziękować za zainteresowanie. Pani Marta ma małe kłopoty z internetem, dlatego to wszystko trochę trwało.

Oto, co mi Autorka, przekazała do obwieszczenia:

 

WYGRANĄ OSOBĄ JEST PAN:

Jesienna nadzieja

Ta gorąca nadzieja wzbita w ciepłe chmury,
tkająca pociechę u boku krosna,
co zdolna jest zabijać, przenosić góry
Upadła i już się nie podniosła.
Zasłana dywanem jesiennych motyli
I wyczerpana zimnym dyszeniem.
Już nigdy więcej się nie pochyli,
zajęta wiarą i sennym marzeniem.

woojteek@onet.eu



 

WYRÓŻNIENIE dla:

Jesień


drzewami targa wiatr
dywany liści
szeleszczą pod stopami
deszcz
wygrywa melodie
płacząc błękitnymi łzami

zwięźle :)


monweg
monweg@wp.pl



 

 

Ale, ale..........

U nas nie ma przegranych:

Wszyscy uczestnicy - Ich wiersze znajdą się w nowym, III tomiku poezji zatyt. " Korale Jarzębiny".

Książką w druku dla zwycięscy jest "Dzień który nie miał jutra". A dla osoby wyróżnionej dowolny z e- booków wszystkich z 14 powieści jakie wydałam. Lub poezja jako e- book.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie
Marta.


Jeszcze słowo ode mnie.

Co do nagród autorka skontaktuje się ze zwycięzcą i osobą wyróżnioną osobiście. Tylko proszę o cierpliwość i odrobinę zrozumienia (ze względu na złośliwość rzeczy martwych - internet). Sama całkiem niedawno miałam podobne kłopoty i wiem, co to znaczy być bez neta, kiedy tak naprawdę jest się od niego w wielu rzeczach zależnym.

Dziękuję :)

 

Fotografie zamieszczone pod zdjęciami nie są przypisane wierszom. Stanowią tylko tło i element ozdobny bloga.



środa, 12 listopada 2014

Znajomość z Panem Kaziem Rinkiem zaczęła się kilkanaście lat temu, kiedy to Redaktor Rink prowadził w chojnickim Radio Weekend autorski program „Radiowa Poczta Literacka”. Najpierw wysłałam do programu wiersze, a potem stopniowo coraz to inne formy wypowiedzi. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że Pan Kaziu jest człowiekiem nie tyle skrupulatnym, co śmiałym i bezpośrednim. Nie obawia się głośno wypowiadać swoich słów, nie urażając przy tym swojego rozmówcy.



Do poezji Pan Kazimierz ma szczególne i sentymentalne podejście. Jego zdaniem, mimo wydanych w swoim życiu ośmiu książek, jeszcze na tej niwie nie wypowiedział słowa ostatniego. Świat w jego przekonaniu jest na tyle piękny, że wystarczy to piękno z niego tylko wydobyć. I można o tym pięknie pisać już nie tylko wiersze, ale i poematy.

 

„Studium słowa” z tomiku „Od świtu do nocy”, rok 2004.

Słowo otwarta orchidea światła

Powstawanie z martwych dnia

I odchodząca muzyka snu

 

Popatrz w słońce

mówił anioł słowa

wpatrzony w prostokąt okien

 

Galeria znaczeń tajemnych

zamkniętych w ciężarze słowa

kusi jak Himalaje w apogeum zimy

 

Potem słowo pnąc się na szczyt

słowa wędruje za słowem zwierza

się odkrytemu imieniu słowa

 

Piękno syci się słowem

Miłość lęka się jego nadmiaru

Prawda zasłania przed ostrzem wymowy

 

Ptaki wyżej niż suita obłoków

I milknie słowo w lusterkach

igrających swawolnie zajączkami pogody

 

Poeta jest człowiekiem wrażliwym, inaczej spostrzegającym świat. Jego zmysły są wyostrzone na odbiór wartości, jakie przesyła nam otoczenie. A ta wrażliwość uaktywnia nie tyle wyobraźnię poety, co daje możliwości szukania w tym świecie odpowiedzi na ciągle mnożące się pytania. A poeta umie zadać ich naprawdę masę i tyle samo, albo i więcej przedstawić nam odpowiedzi.

Wiem, że nie wszyscy umieją obcować z poezją. To ciągle poszerzany i odkrywany ląd. Wyspa, na której nie wszyscy chcą się znaleźć. Wśród licznych znajomych, a nawet autorów, z którymi przeprowadzam wywiady, którym zadaję proste pytanie – jaki jest ich stosunek do poezji, udzielają mi różnych odpowiedzi. Znajomi nie kryją się z niechęcią i brakiem zainteresowania tym gatunkiem twierdząc, iż jest to dla nich nie zrozumiałe. Autorzy mają inne spostrzeżenia na ów temat. W przeważającej większości przywołują słowa wielkich poetów, czy to poprzednich epok, bądź też znanych, jak Szymborską, Miłosza, czy Stachurę.

Ja osobiście uważam, że poezji niejako trzeba się nauczyć, ciągle ją obserwować, pociągać ją za sznureczki, podszczypywać i oceniać jej zachowanie. Do poezji mam szczególny sentyment. Sama jestem autorką kilkunastu wierszy, a nawet mini tomiku wierszy, który swój debiut miał w 2003 roku. Poza tym poezja jest dla mnie ukojeniem, otwartą księgą, gwiazdozbiorem i planetą, na którą często wracam i której nauczyłam się dzięki Panu Kaziowi. Dla mnie poezja jest samookreśleniem, definicją nas samych, a także magią wibrującą w świecie, do której chętnie wchodzę, gdy tylko czuję, że muszę.

Pan Kaziu debiutował trzydzieści lat temu. Jak sam wspominał był to debiut niejako z przekory. Chciał koniecznie udowodnić, że recytować wiersz umie lepiej i piękniej. Ta przekora wyszła mu całkiem dobrze, bo gdyby właśnie nie ona, nie spotkalibyśmy się w tak licznym gronie na Jego wieczorze autorskim z okazji właśnie wspomnianego debiutu, połączonego z promocją ósmego tomiku „Cień Andromedy”.

Kazimierz Rink studiował na filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Laureat Ogólnopolskich Konkursów Recytatorskich oraz laureat i juror ogólnopolskich konkursów poetyckich, instruktor, konsultant teatralny, twórca i współtwórca przedsięwzięć o charakterze ogólnopolskim, min. „Czwartków Literackich” w Tucholi, czy chociażby Chojnickich Nocy Poetów organizowanych w fosie miejskiej rok rocznie w sezonie letnim. Od dobrych czterdziestu lat czynnie związany z Polską Federacją Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Tych zaszczytnych nagród i tytułów można by wymienić całą listę. Jego książki zdobywają liczne nagrody, a sam ich autor z całą skromnością, wspomina: został uhonorowany odznaką „Zasłużony działacz kultury” i Medalem im. Jerzego Sulimy – Kamińskiego za zasługi dla kultury regionu Pomorza i Kujaw.

Uczeń żony Ernesta Brylla zawsze w naszych rozmowach podkreślał, że „..…..jeśli człowiek zgłasza aspiracje przynależności do Związku Literatów Polskich czy Stowarzyszenia Pisarzy Polskich musi mieć świadomość, że ta twórczość musi zostać surowo zrecenzowana i zweryfikowana przez wybitnych krytyków i literaturoznawców. Jest przecież tak, że mamy jakieś tam autorskie ambicje, trudne do ukrycia aspiracje i one nie są wycelowane w próżnię. Każdy pisze inaczej i każdy jest zupełnie innym aktorem we własnym Teatrze Wiersza. Ma inny świat, inne problemy, fascynacje, zachwyty, lęki, niepokoje, nadzieje, stracone złudzenia. W inną jest wyposażony wrażliwość i rodzaj wiedzy czy nawet erudycji. To i każdy prawdziwy poeta ma swoich zaciekłych przeciwników i wiernych entuzjastów, czasem nawet fanatycznych wyznawców jego wierszopisarstwa. Nie o to chodzi by wszyscy nas kochali i podziwiali, idzie o to by zadali sobie trud pochylenia się nad tym o czym do nich mówimy, z czego im się intymnie i wyjątkowo zwierzamy. By tego nie bagatelizowali, nie "olewali". Reszta, dokonuje się sama i zależy od nas w stopniu mniej niż umiarkowanym, bo...nie mamy na to większego wpływu”.

I tak to właśnie jest z poezją. Każdy poeta ma swój język, jakim posługuje się z odbiorcą, jakim znajduje tą płaszczyznę dialogu z drugim człowiekiem, słuchaczem, czytelnikiem. Każdy autor również na swój sposób przekazu swoich myśli. Te wszystkie środki doskonale ukazują jego wnętrze i zawartość duszy.

Poezja Kazimierza Rinka jest najpiękniej udekorowanym bukietem. Bogactwem myśli, słów, przemyślanym torem. Nic dziwnego, iż jest wielbicielem Staffa, Iwaszkiewicza, Różewicza, Grochowiaka, Poświatowskiej, Herberta. To przecież wielcy tamtych czasów, nauczyciele, oratorzy, koneserzy słowa. Kaziu nadaje słowom nowe znaczenia, celebruje każdą z nimi chwilę. W dzisiejszych czasach – skrótach myślowych, hasłach skupionych na mainstrimowych przekazach, to niesamowite, rzadkie i cenne. W Jego poezji czuć dotyk czasu. Każdy wiersz jest inny, nie tylko w samej konstrukcji, ale ma w sobie coś co wyróżnia go z całej masy innych.



Poeta nie ukrywa swojej sympatii i dumy, iż jest jest tucholaninem, a miłość swą do tego miejsca i przynależnych mu okolic, potrafi zawrzeć nawet w wierszach.

Samo pisanie wierszy jest jak składanie puzzli. Każdy kawałek musi do siebie pasować. To jak nauka pływania. Za każdym razem jest tak samo. Siedzi się przed śnieżną bielą kartki i miesza barwy słów niczym najwybitniejszy malarz.

Sztuka jest Poezją. Pięknem życia i świata. I to nieustannie jej doganianie jest grą, zmierzeniem się samym ze sobą i wewnętrzną rozmową z myślami zataczającymi koło wokół serca.

 

Wiersze z tomiku „Nasze małe wieczności”, rok 1992.

 

„Mojemu miastu”

coraz mniej słów pachnie poezją

i traci na znaczeniu

w brukowym kodeksie codzienności

 

jak gęstniejące ujście

zatrutej zmęczeniem rzeki

 

żadna dziewczyna nie nosi już

sukienek z perkalu na słońcu

i korali z owocu jarzębiny

 

miasto odziewa się w ślepe zaułki

i sypie pustką w oczy przechodniów

rozprawiamy o iluzjach

videoklipów

o przedwczesnych zawałach

o atmosferze nasyconej

jadem plotkotwórczym

 

jesteśmy mniejsi o ostrza zawiści

i powiększeni o gorycz przepaści

tacy sami wciąż

i coraz mniej do ludzi

podobni

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

„Konwalie”

 

Zapamiętane na wieki

tylko w tym jednym miejscu

Tobie przeznaczonym

z milczeniem podzielonym

między kamienie

z kwileniem ptaków w ogrodach

z ognikiem poranka w oczach

nie w moją stronę zwróconych

 

************

 

„Nasze małe wieczności”

 

Już tej miłości

nie opowiemy

pobłądziła w gąszczach domysłów

przepłynęła w narzeczach słów.

 

Uśpioną w muszlach tkliwość

zrównuje z przypływem

odgłos morza

i burtom w lenno oddaje.

 

Siadamy w pobliżu ognia -

z Błękitnej Rapsodii

dźwięk z oddali

tato nocy zapamiętanie.

 

Dłonie zagarniają zapach macierzanki

bukiety iskier oplatają palce,

talia z płomykami

rozłożona między twoimi stopami

a moim milczeniem.

 

Takie to już

nasze małe wieczności -

terra incognita

powolne spadanie Ikarów.

 

!!!!!!!!!!!!!!

 

Z tomiku „Od świtu do nocy”, rok 2004.

 

„ Z pamięci”

Dom był lunetą dzieciństwa..... - Zbigniew Herbert.

 

Dom mojego dzieciństwa

coraz rzadziej

wypływa z wysychającej rzeki pamięci

przypomina rtęciowe kulki

porozrzucanej na zamglonej szybie

parki oleandry i przepastna cisza pól

rzęsisty deszcz na łanach chabrów

chabry spadające deszczem na dłonie matki

skrzypiące schody

zaśpiew traw łagodnie muskających stopy

lasu zielone skrzydła

kantyczka wiatru nad zapachem włosów

i miękkie skrzydła ptaków

unoszące senne powieki w czyste pasaże

chmur

 

##############

 

„Motyle i latawce”

 

W motylach i latawcach ta sama lekkość powietrza

w koronkowym alcie jodłujących listków i gałęzi

wiatr sypie w oczy manną tęczujących odblasków

jak zwiewne kolibry wędrują po kiściach pszczoły

z kwiatów rozsypanych po sukienkach dziewcząt

z kapeluszy kobiet wzlatuje walc

nad prawie modrym ruczajem

trele morele ptaków muzyka świerszczy

odgłosy nadrzecznych oryli

w jakimś zamyśleniu powróci twój motyl

czyje muśnie od niechcenia ramię

w smudze światła kruchej jak łodyga brzasku

w spojrzeniach którego z tych chłopców

zanoszących się śmiechem na karuzeli marzeń

błyśnie aureola latawca zaplątanego w obłoki

 

24.07.97

 

&&&&&&&&&&&&

 

„Niedziela. Jesień”

 

na parapecie świtu mgieł siwe gołębie

chabry wanilia tęsknota ponad czuły dotyk

obok dłoń co chleb kroi i zraniony motyl

nad białym wierszem cicho biegnącym do Ciebie

 

tyle tu ochry, cynobru, ciepłych kolorów jesieni

świateł co blask rzucają w pociemniałe pióra

Cień przebiegł nam po twarzach jak gradowa chmura

Skoro jesteś tu ze mną któż może to zmienić

 

@@@@@@@@@@@

 

„Na wsi”

 

nie zrani mnie tu słowo

telefon nie rozerwie myśli

na pół nawet twoja nieobecność

nie ukąsi w tężejącej

suicie pasiek

 

cukrowa wata obłoków

zieleń sprzyjająca czas

lśniąca nagość liści

pną się po stopniach

ciszy łaskotanej

piórkiem wyjętym

z kieszeni serca

skrajem majowej łąki

prowadzą mnie światło

i zapach chleba

 

))))))))))))))

 

„Krzysztof Klenczon. Wróćmy na jeziora”

 

Jezioro przysłonięty nocą abażur

zasypia w kosmicznej muzyce szmerów

nieobecność ludzkich głosów spłowiała

szuwary wspomnień prowadzą mnie w miejsce

z którego wybiegał niegdyś nieśmiały

płowowłosy chłopiec i chrzęst żwirowej

alei kamyki pod stopą żurawie gdzieś ponad

stacjami krzyżowej drogi nieba

zamieniał pod powieką w powracające

światełka legendy

 

Pozostaje mi jeszcze przedstawić wiersze z przedostatniego tomu wierszy Kazia „Chłopiec Jeziorny” oraz ostatniego „Cień Andromedy”. Jednak tą ucztę dla ducha odkryję w grudniu, kiedy to Pan Kaziu obiecał mi wywiad. Porozmawiamy o życiu, powspominamy i spróbujemy stworzyć wspólną definicję Poezji. Jestem też ciekawa ostatniego przedsięwzięcia Pana Kazia, mianowicie słuchowiska radiowego. Jako słuchaczka i ogromna fanka tej formy sztuki. Może Kaziu uchyli rąbka tajemnicy?



Wszystkie zamieszczone w felietonie wiersze są autorstwa Kazimierza Rinka, które stanowią zaledwie cząsteczkę Jego dorobku.

 

 



wtorek, 11 listopada 2014

Tej książki nie można traktować jako przewodnika po mieście, ani jako powieści gatunkowej. Zastanawiałam się, jakim mianem ją określić. To, że znam Marcina Kydryńskiego, nie ulega żadnym wątpliwościom, chyba każdy go zna. Zanany dziennikarz trójkowej stacji radiowej, z którą współpracuje od dwudziestu pięciu lat. Nie wszyscy wiedzą jednak że Kydryński oprócz tego, że jest dziennikarzem i słynnym mężem Anny Marii Joppek, tworzy autorskie audycje, festiwale, serię koncertów i bestsellerowych płyt pod wspólnym hasłem Siesta.

 

„Siesta”, to także jego autorski program w Trójce, w którym króluje fado. Podobnie jest w Lizbonie. To właśnie w tym mieście ze wszystkich stron wypływają ciepłe, czułe i zmysłowe nuty tej muzyki, skupiające w sobie światło, czułość i zmysłowość. W książce można znaleźć zdjęcia wykonane przez Kydryńskiego, ukazujące ulice i zakamarki magicznego miasta.

 

Historia fado sięga XIX wieku, kiedy w biednych dzielnicach portowych, głównie w lizbońskich kwartałach Alfama i Mouraria. To melancholijna pieśń wykonywana przez jednego wokalistę przy akompaniamencie dwóch gitar. Fado często określane jest mianem portugalskiego blusa. A to za sprawą jego podziału: na fado z Lizbony śpiewane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety, oraz fado z Coimbry śpiewane tylko przez mężczyzn. Jak sam autor książki określa, fado niegdyś uznawana za muzykę biedoty. Prosta, bezpośrednia stopniowo przechwycona na salony, do literackich kawiarni, a to za sprawą poetów. Kiedy podczas zachodzących zmian w tym gatunku muzycznym zaczęto sięgać po ich teksty.

 

I gdyby nie trójkowa audycja i znajomość lekka tematu, pewnie bym tę książkę w ogóle nie sięgnęła. Z książki tej dowiedziałam się, że Pan Marcin został odznaczony przez prezydenta Portugalii Orderem do Merito, za promowanie kultury tego kraju.

 

Osobiście bardzo zachwyciłam się przebogatym fotografiom zamieszczonym w książce, których autorem jest nikt inny, jak właśnie Pan Marcin – od dwudziestu lat przemierzający również stepy Afryki. Jednak siłę przekazu ma nie tylko słowo, ale jak się okazuje również obraz.

 

Wszystkie poniższe fotografie pochodzą z książki, autorstwa Marcina Kydryńskiego:

 

 

 

 

 

 

 

 



Im więcej czytam jego książek, im bardziej zagłębiam się w jego twórczości, tym jestem bardziej niż pewna, że zaczyna mi się to podobać. Kolejna książka Andrzeja i kolejna historia dziewczyny ze wsi. I tu ta wieś jest ukazana jako dysfunkcyjna komórka, jej zaściankowość, gnuśność i lata dzielące ją od miasta prężnie idącego do przodu.

 

Chociaż opowieść ukazana jest w latach bliżej niesprecyzowanych wieku ubiegłego, to zdecydowanie można powiedzieć, iż wiele tematów w niej zawartych aktualnych jest po dziś dzień. Bo tutaj, podobnie, jak w „Teraz rozumiem swoją matkę” ta zaściankowa wieś wyłazi oknami, drzwiami, a nawet dymem z komina. Bohaterka tej powieści, to Marysia. Znowu jesteśmy świadkami dojrzewania w młodych ludziach chęci przemian i gruntownych zmian całego ich otoczenia. Wieś w tej powieści cechuje się prostym językiem, wulgaryzmem, przymiotnikami i wyzwiskami rzucanymi wszem i wobec, bez uwagi na to, do kogo są kierowane.

 

Marysia jest dziewczyną prostą, na nieszczęście wychowywaną w rodzinie alkoholików. Alkohol lał się tam strumieniami. Matka i ojciec nie mieli szacunku do siebie, ani do niej i jej rodzeństwa. Dysfunkcja tej rodziny polegała również na znęcaniu się psychicznym nad dziewczyną. Znowu wścibscy sąsiedzi, ale i dystyngowane państwo z miasta, w rodzinie której, jak się okaże dojdzie do zbrodni.

 

Marysia dojrzewa emocjonalnie na naszych oczach. Jest taką szarą myszką, w szkole przezywaną od wieśniar. Trochę zagubiona w życiu, trochę zapomniana przez świat. Gdyby nie pomoc przyjaciela, Grzesia, pewnie zatraciłaby się w tej swojej szarości, gnuśności i prostactwie. Grześ pośrednio wpłynie na jej zachowanie, wygląd. Kiedy Marysia się w nim zakocha okaże się, że Grześ też jest kochającym inaczej. Zmiana wyglądu, sposobu myślenia na tyle zmieni dziewczynę, że będzie ona gotowa pojąć walkę ze swoją zbutwiałą rodzinką. Nie wyjdzie jej na dobre. Ucieknie przed przemocą. Schronienie da jej babcia, którą matka wyklęła ze swojego serca na dobre.

 

Wydarzenia w życiu Marysi przybiorą na sile. Umrze ojciec, matka zachoruje, brat ożeni się. Opadła z sił matka, uprosi córkę, by wróciła do domu. Czy Marysia podejmie wewnętrzną walkę i wróci do domu, w którym zaznała tyle cierpienia? Czy pomoże matce w chorobie?

 

Po raz kolejny Andrzej bardzo mnie zaskoczył. Podejmuje tematy tabu, które nie są łatwe i lekkie w przekazie. Znowu robi to na tle wsi. Świetne dialogi, wartka fabuła i ciekawość następujących po sobie wątków. Bardzo podoba mi się jego styl oparty na bezpośredniości, mówieniu wprost, bez udziwnień, ukwieceń. Trzeba umieć zestawić te wszystkie elementy ze sobą. Nie każdy to potrafi. Znam jeszcze jedną autorkę, która umie tak łączyć wątki. Ale....o tym później.

 

Gratuluję Andrzej kolejnej świetnej książki. Buntownicza natura siedzi w Tobie, widać to w stylu, jaki stosujesz. Poza tym świetnie przemycasz swoje uczucia do książek.

 

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję autorowi oraz:





poniedziałek, 10 listopada 2014

Obraz polskiej wsi, jej zaściankowości, wiary w buńczuczne wartości oraz pogarda dla inności, dziwaczności. Czytając tę historię odniosłam wrażenie, jakbym cofnęła się o dwadzieścia lat wstecz. I chyba w tej powieści tak właśnie było. Andrzej doskonale oddał klimat zaściankowości polskiej wsi. Gdybym podeszła do okna, to stwierdziłabym, że w mentalności jej mieszkańców nic nie zmieniło. To się nazywa sztuczna przemiana. Owszem, wieś się zmienia, ale nie mentalność ludzi w niej mieszkających.

 

Anka i grupka jej przyjaciół mieszka na wsi. Ona jedynaczka, wychowująca się tylko z matką, bez ojca. Od dzieciństwa trzymają się razem. Każdy z nich ma jednak swoje zainteresowania i każdy ma inny charakter. Jesteśmy świadkami wszystkich procesów dojrzewania nastolatków. Poznawania ich świata od wewnątrz. Jeden z nich ginie na morzu będąc marynarzem, inni wyjeżdżają do miasta do szkoły, smakując życia miejskiego, poznając lepszego, bardziej kolorowego świata. Przyjaciółka Anki zachodzi w ciążę, wyjeżdża ze wsi nie wiadomo dokąd. Drogi grupki przyjaciół rozchodzą się na wszystkie strony świata.

 

A we wsi? Jak to we wsi. Ksiądz, do którego ludzie mieli zaufanie zostaje wydalony do innej parafii, bo rzekomo okazał się homoseksualistą. Ci, co jeszcze tam zostali, tak jak Anka buntują się przeciw zakorzenionej wścibskości sąsiadów i tego trudnego do wytłumaczenia zamknięcia się na świat. Do wsi przyjeżdża Robert, przyjaciel Adama – kolegi Anki. W tym momencie świat Anki zostaje zburzony wielką, szaloną miłością. Dziewczyna będzie się przed tym uczuciem starała bronić, ale fala namiętności będzie silniejsza od niej. Pierwsze doznania intymne, ślub, małżeństwo, pojawienie się dzieci. Tego doświadczy Anka.

 

Jednak jej życie nie będzie takie sielskie. Mąż okaże się kochającym inaczej. Skrywana przez niego orientacja seksualna stanie się dla Anki barierą nie do przebicia. Niby Robert ją kocha, ale kocha też Adama, z którym od początku się przyjaźnił. I co na to powiedzieć? Biseksualizm, tak jak homoseksualizm są dla współczesnych ludzi trudnym tematem tabu. Na wsi, to wręcz nie do zaakceptowania. Anka, pełna rozterek, obaw o swoją przyszłość dostanie od losu jeszcze jeden cios. Najmłodszy synek zacznie przejawiać swoje zainteresowanie chłopcami. Jej matka powie całą prawdę o ojcu – także geju, a najlepsza przyjaciółka, Zuzanna popełni samobójstwo.

 

Jak z tym balastem poradzi sobie dziewczyna? Czy będzie jeszcze w życiu szczęśliwa? Jaką obierze drogę, czy jeszcze komukolwiek w życiu będzie umiała zaufać?

 

Jestem pełna podziwu dla Andrzeja, że nie bał się podjąć tak trudnych tematów w swojej powieści. Obraz zaściankowej wsi został tutaj też przedstawiony idealnie. Co jak co, ale mentalność ludzi musi zmienić się tylko za pomocą ich silnej i dobrej woli. Niestety jesteśmy narodem, w którym drzemie mocno zakorzeniona tradycja. My tylko umiemy mówić, że jesteśmy na wszelkie zmiany otwarci i gotowi. Tak nie jest. Całe swoje życie mieszkam na wsi i widzę, jak zachowują się ludzie, jak reformy i fala zmian kształtuje nasz charakter, jak to się przekłada na nasze zachowanie. Można by napisać o tym cały poemat.

 

Autor bardzo profesjonalnie podszedł do tego tematu. Fabuła została tutaj przepleciona z ciekawym wątkiem oraz świetnymi dialogami. Co mi się jeszcze tutaj podobało, to jego sposób pisania, bardzo bezpośredni, bez ściemy, udziwnień, czy ukwieceń. Lubię, kiedy wprost i głośno mówi się o czymś, co nas spotyka. Poza tym, charakterystyka bohaterów. Wszytko jest tak, jak powinno być, w odpowiednich ilościach.

 

Gratuluję Andrzejowi świetnej książki, za którą bardzo mu dziękuję oraz:



 
1 , 2
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi