Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
piątek, 27 lutego 2015

Dziennikarz i fotograf od zawsze, tucholanin od jakiegoś dłuższego czasu. Stroni od świateł fleszy, niezwykle skromny, tajemniczy lecz podążający za magią niezwykłych miejsc, które odkrywa przed nami na nowo.

Redaktor Naczelny portalu tucholanin.pl Andrzej Drelich, ciągle w biegu, zawsze z aparatem w dłoni. Jak przyznaje Tuchola jest miejscem, do którego przybył stosunkowo niedawno, ale dla niego miasto to ma swój urok i czar i stara się to wydobyć na swoich fotografiach.

 

W drugiej połowie stycznia b.r. w Muzeum Borów Tucholskich miało miejsce oficjalne otwarcie wernisażu z fotografiami Jego autorstwa. Wystawa, jak sam mówi powstała z inspiracji słowami piosenki, śpiewanej przez Czesława Niemena, napisanej przez Marka Gaszyńskiego:

 

„Mam, tak samo jak ty,

miasto moje, a w nim

najpiękniejszy mój świat,

najpiękniejsze dni,

zostawiłem tam kolorowe sny”.

 

 

Andrzej Drelich jakiego znacie, jakiego chcielibyście poznać, ale przede wszystkim jaki jest. Opowiada o swojej pracy, pasji, przygodzie z chojnickim Radiem Weekend oraz o ciągłym odkrywaniu swoich możliwości i tego, co dla nas jest codziennością, a co on zamienia w niezwykłość.

Zapraszam na wywiad.

 

Panie Andrzeju,

dziękuję, że przyjął Pan zaproszenie do rozmowy, że znalazł Pan czas w swoim napiętym grafiku i w ogóle odpowiedział na tych zaledwie kilka pytań.

 

Panie Andrzeju. Wieczór poświęcony wystawie Pana prac zgromadził tłumy. Zaskoczony? Czy może spodziewał się Pan takiego odzewu ze strony nie tylko mieszkańców Tucholi?

 

Przegrałem czekoladę, ponieważ do Muzeum tego dnia przyszło więcej osób niż przypuszczałem. Tak, to dla mnie zaskoczenie, ale niezwykle miłe. Rzeczywiście na wernisażu pojawiły się osoby nie tylko mieszkające w Tucholi i za to jestem im wdzięczny, że zechciały podjąć trud i przebyć drogę do Tucholi, i wzięły udział w otwarciu wystawy. Z obecności mieszkańców Tucholi też niezmiernie się cieszę. Bywam na otwarciach wielu wystaw, widzę wówczas te same twarze. Nieskromnie powiem, że 16 stycznia w Muzeum pojawiły się osoby, których nie widywałem wcześniej na wernisażach. Gdybym miał powiedzieć dlaczego, stwierdziłbym, że ta wystawa to coś innego, coś, co odbiega od utartego schematu wielu wystaw w regionie. Na ogół mamy do czynienia z prezentacjami dorobku artystów ludowych, których wkład w zachowanie i kultywowanie tradycji cenię. Należy im się największy szacunek i uznanie. Natomiast widoczna jest potrzeba uzupełnienia oferty. Przed moją wystawą w Muzeum gościły obrazy, które artyści przenosili ongiś na Mur Berliński, tworząc największą otwartą galerię na świecie East Side Gallery. O randze tego, co wydarzyło się w naszej małej Tucholi, niech świadczy fakt, że z Tucholi wystawa pojechała do Korei Południowej, a stamtąd do Chin. Tuchola jest nadto jedynym miastem w Polsce, które gościło te obrazy. To ogromnie ważne wydarzenie dla naszego miasteczka, a nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niestety niedocenione. Gdyby te obrazy pokazano na wystawie w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku – relacje z jej otwarcia oglądalibyśmy we wszystkich największych telewizjach. W naszej Tucholi mogą dziać się wielkie i wspaniałe rzeczy. Mieszkają tu osoby, które są w stanie tego dokonać i trzeba im pomóc.

 

Powiedzmy wyraźnie. Fotografia, to Pana pasja. Jak to się zaczęło?

Pierwszymi moimi modelami były pluszowe misie. Pewnego wigilijnego wieczoru pod choinką znalazłem aparat fotograficzny marki Smiena produkcji radzieckiej. Byłem wówczas w szkole podstawowej. Okazało się, że w domu są lampy oświetleniowe. Natychmiast pokój zamieniłem w atelier fotograficzne. Niestety, nie wiem, czy zachowały się fotografie, które wówczas wykonałem. Pamiętam natomiast moją „pracę” w ciemni fotograficznej, wywoływanie klisz, robienie odbitek, suszenie gotowych zdjęć. Obserwowanie, jak na papierze pojawia się sfotografowany obraz, towarzyszący temu dreszczyk emocji... w takiej formie to już nie wróciło. Do tego momentu nie było wiadomo, czy zdjęcie się udało. To była magia, której teraz nie ma. Ciemnię zastąpił komputer. Po „Smienie” były lustrzanki produkcji radzieckiej i NRD-owskiej. Kiedyś, będąc właśnie w NRD, chciałem stamtąd przywieść aparat Practica, ale – nazwijmy to – zostałem pozbawiony legalnie posiadanych marek przez tamtejszą milicję. Otrzymałem pokwitowanie, że pieniądze zostały zdeponowane do czasu wyjaśnienia, skąd je posiadam. Następnego dnia przyniosłem dokument potwierdzający legalność waluty. Niestety, milicjanci nic nie „pamiętali”, nawet nie rozpoznali (albo nie chcieli rozpoznać) przez siebie wydanego dokumentu. I wróciłem do Polski z niczym. Nie miałem ani marek niemieckich ani aparatu.

Potem już był Nikon i kolorowe zdjęcia. Odbitki robione w fotolabach przez bezduszne maszyny. I loteria, czy efekt będzie taki, jakiego się spodziewałem. Kiedy pomyślę o tym, to dochodzę do wniosku, że dobrze się stało, że mamy teraz możliwość dopracowania zdjęć według własnych preferencji korzystając z rozwagą z programów komputerowych. Choć magii ciemni fotograficznej to ni zastąpi.

 

Tuchola. „Miasto moje, a w nim”, to rzeczywiście Pana miasto? Co Pana tak tutaj urzekło? Co chce Pan z tego miejsca wydobyć? Proszę też opowiedzieć o projekcie, który jest właśnie tak zatytułowany.

Tak, teraz to moje miasto. Mieszkam tu, tu spaceruję, jeżdżę na rowerze i robię zdjęcia. Tuchola ma nieprzeciętną historię i niestety niewiele miejsc, które tę historię mogą przypomnieć. Warto więc temu, co pozostało, się przyjrzeć. Patrzymy na starówki Warszawy, Krakowa, Torunia. Tam jedziemy i skoro już poświęciliśmy czas, chcemy popodziwiać architekturę, kamienice, uliczki z zabytkami. Niejednokrotnie wydaje nam się, że w Tucholi nie ma nic do obejrzenia, nie ma się czym zafascynować, czym zachwycić. Mój kolega Robert Duda określa to mianem „syndromu górala”, który w góry nie chodzi, bo tam nie ma nic ciekawego. On wie o tym najlepiej, bo w górach mieszka. Projekt „Miasto Moje a w Nim” powstał, żeby pokazać to, na co patrzymy codziennie i jednocześnie nie widzimy. Zadomowił się na dobre na portalu społecznościowym Facebook. Tam osobiście mogę śledzić, czy dana fotografia się spodobała. Mogę zapytać użytkowników, gdzie zrobione jest dane zdjęcie. I odpowiedzi są nieraz zaskakujące. Pozytywnie zaskakujące też. Dodałem swojego czasu zdjęcie klamki, pięknej, w kształcie lwa. Pod zdjęciem pojawił się komentarz z podaną nazwą ulicy, przy której stoi kamienica z drzwiami otwieranymi się właśnie tą klamką. Autorka komentarza napisała, że jej też się ta klamka podoba. Dlatego warto ten projekt kontynuować.

 

Czy jest takie miejsce, które Pana równie fascynuje, chciałby Pan odkryć je od strony fotograficznej, pokazać światu?

Mam wrażenie, że świat już widział wszystko. Można starać się to, co widział, pokazać inaczej. W projekcie „Moje Miasto a w Nim” staram się nie umieszczać miejsc spoza Tucholi. Jak na razie wyjątek stanowią fotografie ul. Poznańskiej w Warszawie. Urzekła mnie swoją atmosferą, nocnym życiem i różnorodnością. W dzień to wielki plac budowy, remont wielu kamienic, odgłosy maszyn budowlanych, wszechobecne rusztowania. W nocy ulica tętni życiem. Knajpki, restauracje, bary i ludzie, którzy beztrosko siedzą, stoją, sącząc drinki. A fascynujących mnie miejsc jest wiele, ale to temat na inną rozmowę.

Kiedyś, lata wstecz, Radio było tym, w czym się Pan spełniał. Jak Pan wspomina ten czas?

Tak, pracę w rozgłośniach zacząłem jeszcze w czasie studiów. Praca twórcza zawsze jest fascynująca, daje dużo zadowolenia. Tym bardziej, jeżeli efekty tej pracy są dostrzegane i doceniane, np. przez słuchaczy. Radio to magiczna skrzynka, z której wydobywają się głosy lektorów czytających serwisy informacyjne, prezentera, który rano wita się z każdym słuchaczem i życzy miłego dnia. Na ten finalny efekt ciężko pracuje ekipa ludzi, dla których radio to pasja. Bez niej ta magiczna skrzynka przestałaby być magiczna i stałaby się jedynie bezdusznym odtwarzaczem szlagierów.

 

Praca Redaktora radiowego różni się od pracy w Redakcji portalu internetowego. Obecnie jest Pan sobie szefem, dziennikarzem niezależnym, tworzy portal, który od podstaw jest tylko i wyłącznie Pana autorstwa. Jak ta praca wygląda?

To prawda, to dwa różne światy. Choć uprawiany zawód nazywa się tak samo – dziennikarz. W obu przypadkach obowiązują te same przepisy prawa prasowego, które nakładają te same obowiązki na redakcję. Prawdą jest też, że redakcje zwykle różnią się wizją. Jest na przykład tzw. prasa opiniotwórcza, która chce mieć prawo wyrażania własnego zdania dotyczące życia społecznego czy politycznego. Zdarza się, że politycy starają się mieć wpływ na redakcję. Z drugiej strony redakcje często podkreślają, że są niezależne i taka gra toczy się nieprzerwanie do początku istnienia prasy.

Tworzenie własnego portalu to komfort, który daje możliwość doboru tematów, gradacji ich ważności i sposobu relacjonowania wydarzeń. Co nie stoi w sprzeczności z obiektywizmem przekazywanych treści.

 

Niezależność dziennikarska. Czy ułatwia ona dojście do pewnych spraw, czy jednak w jakimś stopniu utrudnia?

I jedno i drugie. Niezależność nie w smak niektórym, pozwala jednak dotrzeć do tych, którzy ją akurat cenią.

 

Czy ma Pan jakąś własną odpowiedź, definicję tego, czym jest prawdziwe dziennikarstwo?

Nie, nie wymyśliłem jej jeszcze. Zmieniające się oblicze mediów nie pozwala jednoznacznie zdefiniować dziennikarstwa. Choć chciałoby się, żeby było niezależne, apolityczne, rzetelne, moralne – jednak współcześnie to jedynie mrzonka. Przepraszam wszystkich dziennikarzy, którzy hołdują tym zasadom. Zgodzić się jednak muszą, że globalnie o dziennikarstwie tego powiedzieć nie można.

 

Od dłuższego czasu zastanawiam się, dlaczego obecne środki masowego przekazu opierają się na mainstreemowych, krzykliwych hasłach. Czy to wynik czasów, w jakich przyszło nam żyć? Co w takim bądź razie niesie dzisiejsze pojęcie etyki dziennikarskiej, która powinna być wręcz „świętym” przykazaniem szanującego się dziennikarza?

„O tempora, o mores” - krzyknął Cyceron. I słowa te, mimo upływu wieków, nie tracą na aktualności. Ma Pani rację, mówiąc, że obraz dziennikarstwa to efekt czasów, w jakich żyjemy. Etyka dziennikarska zmienia się wraz z etyką obyczajową. Nie jest jakimś wyłomem, nie wyprzedza swoich czasów. Brutalizacja przekazu medialnego znikąd się nie bierze. Owszem, w walce o czytelnika, słuchacza redakcje są w stanie zrobić wiele. Społeczeństwo równie wiele chce usłyszeć, przeczytać, a najlepiej zobaczyć. Quasi-kabaret Rafała Kmity miał niezwykle udany show, w którym „rozprawił się” z programami telewizyjnymi, również reportażami, czyli domeną dziennikarzy. Kabaret, przedstawiając swoją wizję tego, czego widzowie oczekują od telewizji i co telewizja jest w stanie wyprodukować dla przyciągnięcia widza, stał się złym prorokiem niestety. Wśród śmiechów widowni grający spikera telewizyjnego kabareciarz zapowiedział „relację ze śmierci na żywo” – otrzymał gromkie brawa od widowni.

Krzykliwe hasła, o które Pani pyta, były zawsze. Zbrodnie, zabójstwa, zdrady, fałszerstwa, kradzieże nie schodziły z czołówek gazet, headlineów rozgłośni i stacji telewizyjnych. Dla dobrego zdjęcia z miejsca zbrodni dziennikarze zawsze byli skłonni zapłacić sporo. Zmiana etyki pozwala jednak z większą brutalnością to pokazywać. Nieuprawnione jednak byłoby winić za ten stan rzeczy tylko dziennikarzy. Proszę włączyć wieczorem telewizor i obejrzeć film kryminalny, podejrzeć, w co gra młodzież na komputerach. Takie czasy. Sama etyka powinna być, jak Pani mówi, świętym przykazaniem, choć nie tylko dziennikarza, ale też lekarza, prawnika, księdza, przedsiębiorcy, polityka. We wszystkich dziedzinach życia społecznego ta etyka, moralność ewoluują. Czy w dobrym kierunku, to inna kwestia. Mnie się wydaje, że w złym.

 

Jest Pan jednak doświadczonym dziennikarzem. Czy jest sprawa, która pochłonęła Pana w całości? A czy jest także taka, która spędza Panu sen z powiek?

Dziennikarz powinien umieć zachować dystans do zajmujących go tematów. To gwarancja bezstronności. Dziennikarstwo to taki „wielozawód”, w którym trzeba być fachowcem w wielu dziedzinach. Stąd biorą się „specjalizacje” wśród dziennikarzy, nie sposób „znać się” na wszystkim. Było wiele tematów, w które się angażowałem. Z perspektywy czasu mogę jedynie powiedzieć, że zasadę nieangażowania się osobistego powinien wyryć sobie złotymi zgłoskami nad swoim biurkiem każdy dziennikarz. Owszem, rzetelne i obiektywne przygotowanie każdego materiału to powinność, poznanie wszystkich stron – to podstawa. Natomiast angażowanie się i pozwolenie sobie na to, żeby sprawa pochłonęła bez reszty – na to dziennikarz nie może sobie pozwolić.

 

Najprzyjemniejsze chwile dla fotografa, a najcenniejsze dla dziennikarza?

Dla fotografa – uchwycenie tego, co ulotne, i co już nie wróci.

Najcenniejsze dla dziennikarza – móc podzielić się informacją, która sprawi radość. Wbrew wszystkiemu, sądzę, że przy pogoni za sensacją, dziennikarze marzą o temacie, który wywoła powszechną radość.

 

Jak wygląda Pana warsztat fotografa?

Mnóstwo obejrzanych zdjęć, przeczytanych historii fotografów i o fotografach, porad, jak robić zdjęcia, rozmów o fotografii, warsztatów, godzin spędzonych z aparatem w ręku i przed komputerem, i trochę sprzętu. I z czasem, ktoś by powiedział – paradoksalnie, coraz mniej robionych zdjęć, za bardziej świadomie.

 

Jak z kolei wygląda Pana warsztat dziennikarski?

Ciągłe uczenie się tego zawodu, nałogowe czytanie serwisów informacyjnych, mniej – oglądanie ich w telewizji. Rozmowy z polonistami. Pozdrawiam Martynę i dziękuję za cierpliwość i pomoc. I pisanie, nierzadko do szuflady. Ale to dla wprawy.

 

Jak Pan chce się rozwijać w tych dwóch „swoich” kierunkach? Co chciałby jeszcze Pan osiągnąć na jednej płaszczyźnie, a co na drugiej?

Chcę dalej fotografować, uczyć się tego, odkrywać nowe możliwości, znajdować nowe tematy. Osiągnięcie kojarzy mi się ze zdobyciem szczytu – wejście i zejście. Mnie interesuje ciągłe poszukiwanie, nie zdobycie szczytu – zrobienie zdjęcia i zejście z niego. W dziennikarstwie chciałbym dalej rozwijać portal Tucholanin.pl i po cichu marzę o tym, żeby ustrzec się przed krzykliwym, nachalnym, bazującym tylko na sensacji dziennikarstwie.

 

Czego Panu życzyć, Panie Andrzeju?

Dobrego światła i dobrych ludzi.

 

Słowa z serca płynące, od siebie na koniec:

Spójrzmy na świat inaczej.

 

 

Zdjęcia: z archiwum prywatnego Andrzeja Drelicha i moje.

czwartek, 26 lutego 2015

Za każdym razem, kiedy spoglądałam na tytuł książki w głowie odzywały mi się słowa piosenki śpiewanej przez Edytę Górniak: „...rudy kasztan Ci dałam i serce...”. I po lekturze doszłam do wniosku, że jednak słowa te idealnie pasują do losów głównej bohaterki, Weroniki.



Z opisu na okładce dowiedziałam się, że „Rude szczęście” jest kontynuacją „Promieni słońca”. Nie miałam okazji przeczytać pierwszej części, zapewne z niej dowiedziałabym się, co stało się tak naprawdę pomiędzy Weroniką a jej rodzicami. No i bardzo mnie irytowało zachowanie Efrona. Dlaczego tak nie cierpiał Weroniki?

 

Jak doszło do tego, że Weronika w ogóle znała się z Gerardem i jakim sposobem znalazła się w progach wydawnictwa „Semantino”, które Dominik Semantowski przekazał pod rządy swojego syna, autorka starannie i precyzyjnie przypomina czytelnikowi na samym początku „Rudego szczęścia”.

 

Weronika jest przeciętną dwudziestosześciolatką. Przeciętną, ale o osobliwej urodzie. Burza rudych loków na głowie i siatka piegów na twarzy. Ale, to dziewczyna inteligentna, szczera w uczuciach i z bardzo dobrym sercem. Opowieść zaczyna się w momencie jej debiutu w wydawnictwie. Konkretniej, robiąc korektę i redakcję książki bardzo wymagającego i kapryśnego pisarza Zadry „Wiadro”. Powieść ma być dowodem na to, że wydawnictwo może pozwolić sobie na wypuszczenie na rynek tak niesztampowej, mrocznej i krwawej lektury. Początki w wydawnictwie dla Weroniki nie są łatwe. Tym bardziej, że nie jest świadoma niechęci wobec siebie, jaką okazuje jej Efron, nie mogąc znieść nawet jej widoku. A z takimi ludźmi ciężko się współpracuje. Mało tego. Efron okaże się opryskliwym, tyranicznym, wstrętnym dupkiem, w dodatku chamskim i egoistycznym nawet dla samej Miss Patty.




W życiu osobistym Weronika ma niewielu przyjaciół, jednak ma dar przyciągania swoją osobą bardzo intrygujących i ekstrawaganckich ludzi. Mam tutaj na myśli bardzo ekscentrycznego Jerzego Stifowicza, który przybył do Warszawy ze Stanów między innymi po to, by namalować Weronikę i cały powab, jaki dziewczyna wokół siebie rozsiewa. Ale bohaterka taka po prostu jest. Postrzega świat swoimi barwami. Na dodatek zakocha się w Gerardzie. Czy z wzajemnością?

 

Co mi się najbardziej podobało w książce, to jej wielonarracyjność. Te same sytuacje i wydarzenia spostrzegane przez kilku bohaterów. Najbardziej ciekawa i dowcipna okazała się perspektywa ośmioletniej Romy. Wiadomo, że dzieci widzą świat prościej, bezproblemowo, z całą gamą pytań. Roma jest w tym przypadku typową przedstawicielką współczesnych kilkulatków. Wydaje mi się nawet, że Weronice ta znajomość i szczera przyjaźń między nią a dziewczynką jest poniekąd potrzebna. Przy niej bohaterka zapomina co to są problemy. O młodszym bracie też częściej pomyśli. A i tęsknota za odrobiną miłości mniej boli.

Wyjazd do Mimoz, rejs jachtem i wyznanie Gerarda o ciemnych kartach przeszłości jego i jego rodziny, będzie dla Weroniki próbą oraz odnalezieniem linii łączącej ją z teraźniejszością. Niefortunny wypadek zmieni również w Gerardzie sposób spostrzegania swoich bliskich. Tina okaże się nieodpowiedzialna, a ojciec bardziej stanowczy. W końcu mężczyzna wyjedzie na długo, do Francji. Ale jego powrót okaże się jeszcze bardziej zgubny i wprowadzi ogrom zamieszania, nie tylko w wydawnictwie. Dominik Semantowski dotychczas ufał swojemu synowi, czy i tym razem da mu kredyt zaufania?



Dla Weroniki, zabójczo zakochanej w Gerardzie, jego przyjazd okaże się skutkiem przyczynowym i doprowadzi dziewczynę nie tylko łez i rozpaczy, ale przede wszystkim zmieni w niej sposób postrzegania siebie i świata wokół. Decyzja, którą podejmie może być dla niej zgubna, ale tutaj autorka zostawiła sobie furtkę i świetną okazję do napisania ciągu dalszego. I wierzę, że tak będzie. Już nie mogę się doczekać, co tak naprawdę dalej wydarzy się w życiu Weroniki. No i co z tym zdegradowanym Gerardem. Oj bardzo się zawiodłam na nim. Zdenerwował mnie. Aż tupnęłam nogą, że się książka skończyła!

 

Świat, wydarzenia jak najbardziej realistyczny, przedstawiony współcześnie. Doskonałe dialogi. Opisy takie, jakie powinny być, wielonarracyjność. Czyli wszystko to, co składa się na znakomitą powieść.

Dotychczas poznałam szczęście w kolorze burgunda, ale dzisiaj już wiem, że szczęście może mieć także kolor rudy. Jak jest naprawdę? Przeczytajcie „Rude szczęście” :)


Za lekturę dziękuję Wydawnictwu:

 



 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

środa, 25 lutego 2015

KONKURS!!!!!!!!!!!

Jakiś czas temu miałam przyjemność zapoznać się z twórczością Pani Anny Szczęsnej, przy okazji Jej debiutanckiej powieści "Smutek Gabi". 

Kolejna autorka, która pochodzi z Włocławka. Kolejna, która mnie nie zawiodła, a ja nie zawiodłam się na kolejnej polskiej autorce. Pani Anna Szczęsna przedstawiła nam świat Gabi. Pełen niedomówień, samotny, zamknięty w czterech ścianach jej siedemnastometrowego mieszkania pod Poznaniem. W dodatku to dziewczyna po trzydziestce, czyli moja rówieśniczka. Staram się nie oceniać bohaterów, ale zrozumieć ich sytuacje, życiowe problemy. I tak było właśnie w przypadku Gabi. Od samego początku bardzo ją polubiłam, stała się moją przyjaciółką.

Pełną recenzję znajdziecie tutaj:

http://nietypowerecenzje.blox.pl/2015/02/Smutek-Gabi-Anna-Szczesna.html

 

W związku z tym, że autorka posiada jeszcze jeden egzemplarz "Smutku Gabi", zaproponowała, że przeznaczy go na konkurs. A w związku z tym, że za półtora tygodnia obchodzić będziemy Dzień Kobiet, ogłaszam KONKURS!


Napisz w komentarzu pod tym postem życzenia na Dzień Kobiet :)


Konkurs zaczyna się dzisiaj, tj. 28 lutego b.r. i trwać będzie do czwartku 5 marca b.r. Następnego dnia, czyli w piątek ogłoszę zwycięzcę i autorka wyśle zaraz bezpośrednio do zwycięzcy nagrodę.

Życzymy powodzenia!!!!


Nagroda ufundowana przez autorkę, Wydawnictwa Lucky:




 

Pięć lekcji Reginy Brett w interpretacji Ewy Błaszczyk

Wydawnictwo Insignis Media udostępniło pięć rozdziałów najnowszej książki Reginy Brett „Bóg zawsze znajdzie ci pracę”, która od chwili wydania w październiku zeszłego roku plasuje się na wysokich miejscach polskich list bestsellerów.

Pięć rozdziałów – pięć lekcji Reginy Brett – interpretuje Ewa Błaszczyk.





Książki amerykańskiej autorki cieszą się w Polsce olbrzymią popularnością. Jej pierwsza książka, „Bóg nigdy nie mruga”, w lutym br. otrzymała tytuł „Bestsellera Empiku 2014” w kategorii poradników (druga książka Brett – „Jesteś cudem” – również była nominowana w tej kategorii). Ze względu na tak wielki sukces Reginy Brett w Polsce doszło do niecodziennej sytuacji – jej amerykański wydawca zgodził się na wydanie jej najnowszej książki „Bóg zawsze znajdzie ci pracę” w naszym kraju grubo przed jej premierą w Stanach Zjednoczonych (tam tytuł ten dostępny będzie dopiero od kwietnia 2015).

Zapraszamy zatem do zapoznania się z felietonami Reginy Brett w wykonaniu znanej polskiej aktorki, współtwórczyni fundacji „Akogo?” i kliniki „Budzik”.

Lekcja 4: http://youtu.be/gzMjYH_jnQ8
Lekcja 6: http://youtu.be/xhh9QvT5iAc
Lekcja 13: http://youtu.be/PtnClSBnIx4
Lekcja 30: http://youtu.be/bI060_jguFI
Lekcja 49: http://youtu.be/12-EJIn4FIY

Wszystkie lekcje (playlista):
http://www.youtube.com/playlist?list=PLhYIuNPTCCfafMthqoDuxWIK7mJAdFsQu
lub

http://bit.ly/ReginaBrett-Zawsze

KONKURS!!!!!

Wraz z premierą „Kochanka Pani Grawerskiej” ogłaszam konkurs, w którym główną nagrodą jest właśnie egzemplarz powieści.

 

 

A pytanie brzmi:

Jaką chcielibyście przeczytać książkę?

Zwycięży najciekawsza odpowiedź.

Konkurs trwa ponad tydzień, rozpoczyna się dzisiaj, czyli 18 lutego 2015 r. a kończy w piątek 27 lutego 2015r. o godzinie 24:00. Zwycięzcę ogłoszę dnia następnego, czyli w sobotę 28 lutego 2015r.

Odpowiedzi udzielajcie w komentarzach pod postem. Ważne, by zostawić do siebie namiar w postaci adresu e-mail.

Życzę powodzenia! :)

A nagrodę ufundowało Wydawnictwo Replika oraz autorka :)

 



Tagi: konkurs
12:33, toksiazki12 , Konkursy :)
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 lutego 2015

http://zaczytani.pl/

Będąc rodzicami staramy się zaszczepić w naszych dzieciach, a przynajmniej nauczyć, że istnieje w życiu coś takiego, jak empatia. A przyjaźń między dzieckiem a psem, jest po prostu najpiękniejsza i najszczersza.

 

Sam to kilkuletni chłopiec, który uczy się samodzielności. Chłopiec opowiada bardzo obrazowo o swoich przygodach i przeżyciach. Wspomina, że Riko był z nimi od zawsze. Jestem miłośniczką wielbiącą ponad wszystko psy. Sami mamy psa. Codzienne spacery, samo przebywanie z psem uczy moje dzieci najpiękniejszego i najczystszego w wymowie uczucia, jakim jest miłość do psów. Zrozumienia, że psy są także istotami, które myślą, ale nade wszystko czują.

 

Sam idzie do przedszkola dla dzieci, a Riko w tym czasie uczy się na specjalnym szkoleniu dla psów posłuszeństwa. Sam uczy się czystości, korzystania z nocniczka, a Riko uczy się załatwiania swoich potrzeb na dworze. Sam próbuje zrozumieć, że świat dzieli się chłopców i dziewczynki, a Riko pokazuje, jak można grzecznie i przyjaźnie bawić się z innymi pieskami. Gdy przychodzi choroba, trzeba pójść do lekarza. Podobnie było Riko, który poszedł z Samem do weterynarza.

 

Książka uczy dzieci dobrego postępowania ze zwierzętami. Że nasze światy są tak naprawdę do siebie bardzo podobne. Że bardzo niewiele potrzeba, by zbliżyć się do psa, a on bezgranicznie nam zaufa. Pięknie zilustrowana, z mądrym i rozbudowanym światem dziecięcej perspektywy, pozwala małemu czytelnikowi wejść w wielki świat, spojrzeć na niego z innej strony. A przecież ten świat jest prosty, bezpretensjonalny, bezproblemowy i oczywiście tak bardzo delikatny i kruchy.

Razem z dziećmi polecamy :)

 

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




 

czwartek, 19 lutego 2015

Podobno życie zaczyna się po pięćdziesiątce. Wszystko też zależy od naszego nastawienia do świata, ludzi, od spojrzenia na niektóre sprawy, ale też i problemy, które spotykamy po drodze. W przypadku głównej bohaterki, Heleny, mamy wszystkie te elementy ze sobą idealnie połączone.



Helenka to pani w wieku lekko po pięćdziesiątce. Posiada butik z odzieżą dla pań o bardzo nietypowych rozmiarach. Kiedy interesy idą po jej myśli, otwiera kilka następnych. Świat otwiera przed nią swoje drzwi szeroko, bo w krótkim czasie otrzymuje od losu propozycję otworzenia butików we Francji. A konkretnie w Paryżu, na wzgórzach Montmartre i Polach Elizejskich. Przebywając we Francji, Helenę trapią jednak dziwne przeczucia.



Kobieta bardzo dogłębnie analizuje każdego napotkanego na swojej drodze człowieka. Pomaga jej w tym tarot. Helena podporządkowała mu swoje życie twierdząc, że najlepiej obrazuje człowieka i jego intencje. Dziewczyny, które mają zostać zatrudnione w jej nowych butikach także poddawane są tej próbie. Bardzo ciekawy sposób rekrutacji. Gdyby wszyscy pracodawcy sięgali po takie metody, mogłoby być ciekawie. Sama skorzystałabym z takiej formy na rozmowach kwalifikacyjnych, lecz w sensie takim, że w końcu dowiedziałabym się może czegoś nowego o sobie.

 

Helena ma niewielu przyjaciół. Jedyną i prawdziwą przyjaciółkę od serca, Annę oraz Aleksa, mężczyznę, z którym będzie planowała najbliższą przyszłość. Czyli, jak widać, wszystko jest możliwe i do spełnienia, nawet w takim, a nie innym wieku. Gdy Helena wyjeżdża do Francji, nie odmawia sobie przyjemności, by spotkać się ze słynną wróżką Edith. Kobieta, ze względu na swój wiek i doświadczenie życiowe powie Helenie coś, co będzie jej spędzało sen z powiek.

Poza tym przeszłość Helenki jest tematem dla niej ciężkim i niechętnie wraca do niej wspomnieniami. Michael, dobry człowiek, który chętnie i z przyjemnością, bezinteresownie po prostu jej pomoże, zakocha się w niej. Na jednej z nowo prezentowanej kolekcji odwiedzi ją tajemniczy mężczyzna. Kim się okaże?



Tego typu książek jeszcze nie miałam okazji i przyjemności czytać. Trochę wydawało mi się to dziwne, żeby karty były najlepszym doradcą. Ale główna bohaterka nie tylko tarotem się kieruje w życiu, ale dobrym sercem. Mimo ciężkiej przeszłości, o której pragnie zapomnieć, ona odezwie się w najmniej spodziewanym momencie. Pojawią się wokół niej nie tylko przyjazne osoby, ale i tajemnicze, niczym duchy.



Ta powieść jest wspaniałym dowodem na to, że życie jest wielobarwne, nic nie jest stałe, ani jednostajne. W życiu panuje różnorodność. Tacy są ludzie, taki jest świat. I kiedy ów świat otworzy przed nią swoje okna i drzwi, wykorzysta tę szansę, nawet w najodleglejszych zakątkach świata, stolicach mody, stylu i wykwintności. To powieść o tym, że nigdy jest za późno na prawdziwą miłość, a szczęście i los ma swoje imię. To powieść o tym, że powinno spełniać się swoje marzenia i być panem samemu sobie.




Autorka wykazała się tutaj doskonałą znajomością tematu ezoteryki, magii, tej strony naszego życia, o których chyba już nie mówi się głośno. Precyzyjne dialogi, pozytywni bohaterowie oraz następujące po sobie wątki, niczym na sztafecie życia. Tutaj jest dobra akcja i pozytywna energia, a tej w życiu nigdy za wiele.

 

Za wspaniałą lekturę, dziękuję Wydawnictwu:

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

środa, 18 lutego 2015

Dla Pani Krystyny Śmigielskiej każdy czytelnik, czy to należący do przedziału wiekowego dzieci, czy młodzieży, czy do dorosłych jest wyjątkowy i dla każdego z nich pisze z niezwykłą precyzją, uwagą, klarownością w przekazie. Z wykształcenia jest instruktorem kulturalnym. Posiada zatem wiedzę i umiejętności, w jaki sposób dotrzeć do przeciętnego odbiorcy.



Kiedy oglądam zdjęcia ze spotkań autorskich Pani Krysi z dziećmi widzę, jak autorka jest do nich znakomicie przygotowana i z jakim zainteresowaniem je prowadzi. To bardzo miłe, bo dzieci są odbiorcami bardzo wymagającymi, zwracającymi uwagę na nawet najmniejszy szczegół i detal. A szczególnie na to, co się mówi.

„Kochanek Pani Grawerskiej”, to powieść nie ckliwa, namiętna, czy romantyczna. To znakomita powieść sensacyjno – kryminalna. Z mafią, wielkimi pieniędzmi, szemranymi interesami, jako jej głównymi składnikami. Do tej książki autorka napisała nawet tekst piosenki, jednak, jak sama przyznała, dotychczas nie znalazła nikogo chętnego, kto mógłby go zaśpiewać.


Autorka swoją przygodę z pisaniem zaczęła już w 2006 roku, debiutując opowiadaniem „Zbieracz grzechów”. Dotychczas ma na swoim koncie następujące pozycje:

Dla dzieci:
Węszący Renifer, czyli tydzień z ciocią Julią (2006),
Skarb z leśnego grobowca (2008),
Tekla (2008),
Tekla i płaczący braciszek (2010),
Mój przyjaciel Kwako (2012)

Dla dorosłych:
Ty to głupia jesteś (2007),
Berżeretka bez przepisu (2008),
Zbieracz grzechów i inne opowiadania (2010),
Gotowe na zmiany (2011).

Pani Krystyna lubi dobrą literaturę. Zna całą twórczość min. Szymborskiej, Leśmiana, Norwida, Bursy. Ubolewa, że nie ma smykałki do wierszopisarstwa. Teatr, to Jej niespełnione marzenie, a kino tylko bez przemocy i grubiaństwa, którego wręcz nie znosi.

Ja dziękuję za wspaniałą lekturę z dreszczem emocji, która zostaje w pamięci na bardzo długo i długo można by o niej rozprawiać.

Pani Krysiu. O Pani czytamy, że jest Pani autorką książek nie tylko dla dorosłych, ale i dla dzieci, młodzieży. Dla jakiej grupy czytelników pisze się łatwiej?

Starając się zainteresować moją opowieścią zawsze muszę dbać o klarowność przekazu, obojętnie do której z grup wiekowych kieruję swoją powieść. Oczywiście, wybieram sobie modelowego czytelnika, ale liczę się również z tym, że książka może trafić w ręce innych odbiorców. Nie ma znaczenia czy pisze się dla dzieci, czy dla dorosłych. Należy zawsze dbać o posługiwanie się zrozumiałym dla czytelników kodem. Dzieci zwracają uwagę nawet na najmniejszy błąd, potknięcie. Trzeba bardzo uważać, nie przegapić niczego, bo to zemści się na autorze wcześniej lub później. Dorośli są bardziej wyrozumiali, baczniej jednak śledzą losy bohaterów, którzy nie mogą być sztuczni, wydumani. Piszę dla dzieci, a potem odpoczywam pisząc dla dorosłych i tak w kółko. Łatwo jednak nigdy nie jest.

Ma Pani więc odbiorców w szerokim wachlarzu wiekowym. Teraz pytanie podobne do poprzedniego. Co łatwiej jest wydać na polskim rynku wydawniczym?

Zdecydowanie łatwiej jest wydać książkę dla dorosłych czytelników. Myślę, że jest to związane z dodatkowymi kosztami, które trzeba ponieść przy „wyprodukowaniu” nawet najkrótszej bajeczki. Dzieci mają wspaniałą wyobraźnię, ale lubią ją wspierać gotowymi wzorcami. Ilustracje dla wydawców stanowią poważny kłopot. Samo to, że nie współpracują z jednym ale z dwoma autorami, już często zniechęca ich do literatury dziecięcej. Poza tym firm wydających książki dla dorosłych jest znacznie więcej. To tylko moje odczucia. Wydaję z powodzeniem pozycje dla dorosłych i dla dzieci, więc może nie jestem obiektywnym obserwatorem rynku wydawniczego w naszym kraju.

Przeczytałam Pani najnowszą książkę, której niebawem premiera. Świetny kryminał, z sensacją i szybko rozgrywającą się fabułą. Bardzo dobrze się go czytało. Skąd pomysł na tego typu powieść?

Pomysł prosto z agroturystyki. Tak, tak, dobrze Pani zrozumiała. Jeżdżąc po Polsce często nocuję w hotelach i agroturystykach. W dzisiejszych czasach rezerwacji dokonuje się na odległość, przez Internet i dopiero na miejscu można porównać, czy zamieszczone w sieci zdjęcia rzeczywiście oddają wszystkie walory wynajętych przez nas wnętrz. Pod Zamość przyjechaliśmy późną nocą i z dużym trudem odnaleźliśmy znajdujące się poza wsią gospodarstwo. Niczego nie brakowało w wynajętych przez nas pomieszczeniach. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka stanowiłyby wspaniałe lokum na parę dni, gdyby nie moja, trudna do utrzymania w karbach, wyobraźnia. Pierwszej nocy pomyślałam sobie, że w tej scenerii można dokonać okropnego mordu i nikt by nawet nie wiedział o tragedii, która wydarzyła się w domu pod lasem. Wtedy właśnie narodziła się pani Grawerska i jej zamordowany kochanek. Po nieprzespanej nocy byłam pewna, że muszę poznać dokładniej losy Marty Grawerskiej.

W „Kochanku Pani Grawerskiej” porusza Pani bardzo istotny problem. Za władzą idą pieniądze, za pieniędzmi bogactwo, ale niestety nie przekłada się to na ciepło i szczęście rodzinne. Marta owszem, opływa w luksusie, niczego materialnie jej nie brakuje, ale pustka w sercu rośnie. Ta pustka to samotność. Dlaczego tak się dzieje? Czy tak właśnie musi być, to poniekąd już utarty stereotyp, że jednak pieniądze szczęścia nie dają.

Pustka w życiu Marty Grawerskiej, brak kontaktu z mężem, to ich oddalanie się od siebie nie jest bezpodstawne. Nie chodzi tu jedynie o zmęczenie Marka pracą, pogoń za zdobywaniem pieniędzy. Ich konflikt ma inne podłoże. Wnikliwy czytelnik domyśli się, że małżonkowie ukrywają przed światem bolesną prawdę o rodzinnej tajemnicy. Nie rozmawiają o niej, ale wspomnienia głęboko w nich tkwią. Odchodząc od męża Marta straszy go ujawnieniem faktów, które zniszczą go nie tylko jako polityka, ale i człowieka. Sugerując to, zostawiłam sobie furtkę, pozwalającą mi kontynuować opowieść o losach Grawerskich, Kubiaków, Migielskich, Czyżewskich i nowych bohaterów w następnym tomie. Przeszłość ma wpływ na teraźniejszość i przyszłość. Ale to dopiero przed nami... A czy pieniądze nie dają szczęścia? Nie wiem. Nigdy nie sprawdziłam tej prawdy na własnej skórze.

Porwanie Marty myślę było takim idealnym sprawdzianem, egzaminem z uczucia jej męża. Jak bardzo jednak jemu zależy na żonie, ile ten związek dla niego znaczy. Tak jest, czy tak ma być, a może tak powinno być?

Grawerski bardzo kochał swoją drugą żonę. Nie potrafił okazać jej uczucia, ale wynikało to z tego, że zdawał sobie sprawę, jak bardzo ją skrzywdził. Sam, podejrzewając, że kocha ona już innego, wyrzucił ją z domu. Wybaczył by jej fizyczną zdradę, nie potrafił jednak patrzeć, jak cierpi z powodu rozłąki z kochankiem. Przeliczył swoje siły. Tarzając się w rozrzuconych na podłodze, pachnących Martą ubraniach, nie był w stanie opanować targającego nim, fizycznego bólu. Tracąc Martę, stracił sens życia. Kiedy uświadomił sobie tę prawdę, gotowy był rzucić się z okna. Umrzeć z miłości – to nie była jego bajka. Uczucia jednak okazały się silniejsze od rozumu. Z całą pewnością, pomimo swojej bezwzględności, potrzebował bliskości żony. Bał się pokazać, jak bardzo mu na niej zależy, a ona już od niego nie oczekiwała ciepła i miłości. Dlaczego?

Miejsce porwania Grawerskiej, trochę jak z Wielkiego Brata. Ale mimo wszystko zrobiła to Pani po swojemu. Nie można do niczego się doczepić. Jest odpowiednia oprawa, jak to również w dobrych kryminałach bywa, jest i miłość trochę tragiczna i przewrotna. Co Panią zainspirowało do tego, by to właśnie wyglądało tak, a nie inaczej?

Mówię o tym w książce. W każdym z nasz siedzi „zły”, którego powinniśmy trzymać na wodzy i nigdy nie pozwolić mu zawładnąć naszym umysłem. Ja swojemu „złemu” dałam możliwość wykazania się i ułożenia planu. To nie było perfekcyjnie przygotowane porwanie. Robili je amatorzy i tylko dzięki niezwykłym zdolnościom jednego z porywaczy, cała akcja miała szanse na powodzenie. Pilnował bezpieczeństwa wszystkich, wplątanych w tę historię, osób.

Jak już wcześniej opowiadałam, cała sceneria chaty za wsią jest prawdziwa. Mój tytułowy bohater to bardzo zdolny człowiek, posiadający wiele talentów, które potrafi wykorzystać. Stara się on zachować resztki godności i człowieczeństwa, chociaż wie, że to nie sprzyja ich przetrwaniu. W obliczu tragedii czuje się bardzo zagubiony i zdesperowany próbuje nawiązać kontakt z przetrzymywaną dziewczyną. Kocha ją, chociaż nie jest to wspaniała, romantyczna miłość. To jest walka i tak traktują ją moi bohaterowie, ale powoli zaczynają czerpać z niej radość, bo przecież walczą po tej samej stronie barykady uczuć.

Podstawowy zestaw pytań, który zadaję każdemu swojemu rozmówcy dotyczy spojrzenia na sztukę. Tę przez duże S. Zacznę od poezji. Czym ona dla Pani jest? Ma Pani swojego ulubionego autora/kę? Może sama miała Pani jakąś przygodę z poezją?

Poezja w moim życiu była od zawsze. Jako kilkuletnia dziewczynka recytowałam ballady Mickiewicza. Uwielbiam liryki Broniewskiego. Znam całą twórczość Szymborskiej, Norwida, Leśmiana, Bursy i wielu innych poetów. Poezję czytam, bo ją kocham. Marzyłam o tym, żebym sama mogła pisać wiersze, ale brakuje mi tej iskry bożej... Tęsknota jednak jest we mnie, dlatego w każdej książce staram się umieścić jakiś mój „poetycki wybryk”. Oczywiście, traktuję go na zasadzie żartu.

Do „Kochanka pani Grawerskiej” napisałam nawet tekst piosenki, nie udało mi się jednak do tej pory znaleźć chętnego, aby profesjonalnie ją zaśpiewał.

Kino. Lubi Pani w ogóle? Polskie czy zagraniczne?

Ani polskie, ani zagraniczne. Lubię kino dobre, wartościowe, które potrafi mnie wzruszyć, rozśmieszyć, zmusić do myślenia. Dobra komedia w dzisiejszych czasach to moja bajka. Nienawidzę wszechobecnej w kinie krwi. Zabijaniu na ekranie mówię stanowcze nie!!! Nic nie usprawiedliwia pokazywania ludzkiego barbarzyństwa. Epatowanie rozlewem krwi wywołuje we mnie odruch wymiotny.

Teatr. Czym jest dla Pani? Czy bardziej ceni Pani ten na deskach, tradycyjny, czy może ten nowatorski, nowoczesny oglądany ze szklanego ekranu?

Teatr jest moim niespełnionym marzeniem. Mogłabym mówić o nim godzinami. Pisać i móc przedstawiać! Fascynuje mnie teatr lalek z żywą reakcją widowni. Z wybuchami salw śmiechu i okrzykami przerażenia. To, co zostało z moich aktorskich zapędów, to stworzony przeze mnie autorski monodram „Jaskółki”, który z taką przyjemnością prezentuję w bibliotekach podczas spotkań autorskich z dorosłymi czytelnikami. Czuję się wtedy jak przysłowiowa ryba w wodzie.

Jaką literaturę Pani ceni, czytuje, sięga w wolnej chwili?

Po prostu czytam. Kończę jedną książkę, zaczynam drugą. Na mojej nocnej szafce zawsze leży aktualna lektura. Klasyka, literatura dziecięca, coś lekkiego i ciężkiego, poezja. Nowe, stare. Czytam. Uwielbiam Iliadę, do niej wracam. Nie lubię jednak fantastyki, romansów. Słabej literatury, często zwanej - kobiecą. Nie rozumiem tego określenia – „kobieca”. Kolejka tytułów zawsze jest długa, a ja stopniowo czytam, książkę za książką i do listy dodaję kolejne, nowe pozycje. Czytam wolno, aby niczego nie przegapić, smakować, dotykać, a czasem babrać się. Przeczytane książki pamiętam latami. Kiedy raz we mnie „wejdą” żyją razem ze mną. Tym jest dla mnie literatura. Cząstką mnie i moim życiem zarazem.

Jest może jakiś temat, który spędza Pani sen z powiek, którym chciałaby się Pani zająć, jest dla Pani takim pegazem, którego zostawia Pani na „...jeszcze nie teraz”, by całkiem wszystkich zaskoczyć?

Nie chcę nikogo zaskakiwać! Nigdy nie chciałam. Chcę opowiadać o codziennych sprawach, targających ludźmi uczuciach, dylematach. Im w powieści jest nudniej i spokojniej, tym jestem szczęśliwsza. Chcę dawać poczucie bezpieczeństwa, ale też prowokować do zastanawiania się i oswajania otaczającego nas świata. Uważam, że cały czas uczymy się radzić ze zwykłym i niezwykłym życiem. Wraz z wiekiem nachodzi mnie refleksja, czy jest to nam niezbędne? Problemów do omówienia jest wiele, ale te, które poruszę w kolejnych powieściach wybiorą moi fikcyjni bohaterowie, bo tak właściwie to oni rządzą moim umysłem i ręką, decydując, co zostanie zapisane, a co przetrwa tylko w mojej głowie.

Jak Pani w ogóle odpoczywa?

Jak każdy. Spaceruję, czytam, podróżuję, oglądam ciekawe teleturnieje i słucham muzyki. Uwielbiam chodzić brzegiem morza.

No i na koniec. Co chciałaby Pani przekazać swoim obecnym i przyszłym czytelnikom:

Jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi. Słuchacie moich opowieści, sami nie zadręczając mnie swoimi problemami. Czyż to nie piękny układ? Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali którąś z napisanych przeze mnie powieści. Zapraszam wszystkich do świata Grawerskich! Życzę miłej lektury „Kochanka pani Grawerskiej”.

Nie sugerujcie się tytułem. To nie jest tkliwy romans!

wtorek, 17 lutego 2015

FUTU.RE Glukhovsky’ego już 4 marca w polskich księgarniach! :)

 



 

Już za dwa tygodnie w księgarniach całej Polski pojawi się FUTU.RE – najnowsza powieść Dmitrija Glukovsky’ego, autora kultowego Metra 2033 i twórcy najsłynniejszej postapokaliptycznej serii Uniwersum Metro 2033.

 

FUTU.RE jest opowieścią o świecie, w którym śmierć została pokonana; badania naukowe, prowadzone jeszcze przez nasze pokolenie, zapewniły kolejnym nieśmiertelność, zatrzymały starzenie się i sprawiły, że ludzkość weszła w posiadanie Graala, poszukiwanego przez nią od zarania dziejów. Ziemię zaludniają wiecznie młode, zdrowe i piękne istoty. Jednak każda utopia ma swoje cienie. Przeludniony świat pęka w szwach. Środki potrzebne do życia muszą być ściśle racjonowane – dotyczy to również mieszkań: Europa, Ameryka, olbrzymie połacie pozostałych kontynentów zostały zabudowane ogromnymi wieżowcami, których najniższe kondygnacje przykryły znany nam świat, a najwyższe sięgają ponad chmury. To w nich, w koszmarnie ciasnych kubikach, gnieździ się ludzkość, zmagająca się z niedoborem środków i legislaturą, która ma utrzymać przeludnienie w ryzach.


FUTU.RE to opus magnum Glukhovsky’ego: niezwykle dojrzała powieść, która oprócz charakterystycznych elementów gatunku science fiction (trzymająca w napięciu, pełna nieoczekiwanych zwrotów fabuła, niezwykle przekonująca wizja świata przyszłości), zawiera coś jeszcze. Autor podejmuje dyskurs o miejscu Boga w świecie, w którym nieśmiertelność jest dostępna dla każdego i poddaje krytyce społeczeństwa Europy i Ameryki, z których każde na swój sposób radzi sobie z cywilizacyjnymi konsekwencjami nieśmiertelności.


Ale FUTU.RE jest przede wszystkim naładowaną emocjami opowieścią o miłości, odkrywaniu własnego powołania i o niezmienności ludzkiej natury, ze wszelkimi pozytywnymi i negatywnymi tego konsekwencjami. FUTU.RE to prawdziwie intensywny opis nowego wspaniałego świata, który sprawi, że czytelnik już od pierwszych stron poczuje jego klimat; oczami Jana Nachtigalla 2T, Nieśmiertelnego, pozna szczegółowo jego blaski i cienie.


Za podsumowanie FUTU.RE Glukhovsky’ego niech posłuży zwrot z czwartej strony okładki: „POKONALIŚMY ŚMIERĆ. I CO DALEJ?”.

Zapraszamy do wysłuchania pierwszego rozdziału powieści FUTU.RE, zatytułowanego „Horyzonty” w mistrzowskiej interpretacji Krzysztofa Banaszyka.

http://bit.ly/future-audio1

poniedziałek, 16 lutego 2015

Niebawem premiery Wydawnictwa Replika:

 

 

Sensacja, polityka, miłość. 

Piętrzące się nieporozumienia pomiędzy małżonkami, niewinny flirt czy chęć pomocy najbliższemu przyjacielowi odmienią całe dotychczasowe życie osobom uwikłanym w tę zawiłą historię. Za swoje polityczne aspiracje Marek zapłaci wysoką cenę. Zyskując stanowisko straci szansę na odbudowanie mocno nadszarpniętych więzi z synem, córką i z żonami... 
Marta, podejmując ryzykowną grę miłosną, narazi na niebezpieczeństwo biorących w niej udział mężczyzn. 

O rodzącą się w trudnych warunkach miłość trzeba będzie walczyć a najzagorzalszymi wrogami kochanków mogą okazać się ich sumienia.

Autorka z zaciekawieniem przygląda się relacjom międzyludzkim, by wydobyć z nich to, co naprawdę istotne, co przyciąga rzesze czytelników, bo jest szczere i pozbawione sztuczności.
Anna Grzyb asymaka.blogspot.com

Nie dajcie się zwieść tytułowemu „kochankowi”! To zdecydowanie nie jest tradycyjny romans, a raczej sensacja dla kobiet w najczystszej postaci.
Magdalena Kijewska przeglad-czytelniczy.blogspot.com

 

Szybko rozgrywające się sceny, akcja, to najlepsze elementy tej powieści. Polityka, miłość, samotność i zaskakujący finał.
Agnieszka Krizel nietypowerecenzje.blox.pl

 

Wyrazista, mocna powieść o ludzkich dylematach.Sylwia Winnik czasnaksiazki.pl

 

Miłośników literatury obyczajowej zapraszamy do lektury W GÓRĘ RZEKI znanej polskiej Autorki, Barbary Kosmowskiej


W GÓRĘ RZEKI BARBARA KOSMOWSKA REPLIKA 2015

Wydawało się, że najlepsze lata mają już dawno za sobą… Ale czy na pewno?

Choć minęło już sześć lat od śmierci jej męża, Lena wciąż żyje przeszłością. Tak długo pielęgnowała ukochanego, jako żona i lekarka, że nie potrafi już wyrwać się z ponurego otępienia, które sprowadza na ludzi choroba i nieodwołalna strata. Ciężka praca, stawianie granic oraz przenikliwe i ironiczne, choć niepozbawione specyficznego humoru podejście do ludzi trzymają ją w budowanej przez lata skorupie. Swoje uczucia przelewa na córkę, zamieniając rodzicielską miłość w prawo własności. Relacja między kobietami jest skomplikowana – obie pragną dla siebie nawzajem jak najlepiej, jednak nie potrafią się porozumieć. Może wakacyjny wyjazd Leny do Paryża, tym razem bez córki, ale z nowymi, wyjątkowymi towarzyszami, będzie dobrą okazją, aby jednocześnie odbyć podróż w głąb siebie i uporać się z demonami przeszłości…

 
1 , 2
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi