Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
wtorek, 31 stycznia 2017

 

 



Wydawnictwo Komograf

Ilość stron: 123

Rok wydania: 2016

Książkę znajdziecie:

http://literacka.pkp-jazda.pl/szlak.html

 

Epistolografia, to sztuka pisania listów odręcznie. Dzisiaj wyparta przez elektroniczne e-maile, sms-y, czy inne tego typu messengery. I faktycznie patrząc przez pryzmat współczesnych, ogólnodostępnych środków przekazu, doręczycielskich, czy form pisania wiadomości, listy odręczne zaczną stawać się powoli sztuką.

 

Co mnie najbardziej zachwyciło w tej publikacji, to niewymuszony ton, poufałość, bliskie relacje z adresatami. Autor, Piotr Goszczycki znany ze swej wyjątkowej i nietypowej pasji, jaką jest podróżowanie koleją, za obszar swoich podróży wybiera nasz kraj, nasze rodzime tereny, często docierając nie do słynnych, czy znanych zakątków. On odkrywa tereny, o których nie wszyscy nawet słyszeli.

 

Cel Jego ostatniej podróży zamyka się w tytułowej książce, opisującej przepiękne obiekty architektury sakralnej, z bogatą historią ściśle związaną z historią Polski, naszej narodowości. Taką właśnie krainą historyczną jest Wielkopolska. Podróż pociągami ma swoje uroki i wady, które raczej odnoszą się do komfortu korzystających z tego typu środka transportu. Uroki odbiera się różnie. To nie tylko możliwość poznania kogoś, przeprowadzenia ciekawej konwersacji, ale też obserwacji różnych obrazów, zarówno tych zmieniających się za oknem, niczym klatka po klatce kadrów krajobrazu oraz podpatrywania życia współpodróżnych.

„Zapytasz mnie, czym jest pamięć w podróży? Każdy napotkany człowiek jest niezwykle cennym drogowskazem. Pamięć to godne naśladowanie heroiczności niezwykłych ludzi.”

 

 

 

 

Publikacja pojawiła się na rynku w związku z przypadającą w minionym roku kalendarzowym 1050 rocznicą Chrztu Polski, które to miało miejsce właśnie na terenach Wielkopolski. Konin, Poznań, Wolsztyn, Rakoniewice, Szreniawa, Wągrowiec, Gniezno, to tylko niektóre punkty tej niesamowitej podróży, miasta większe, mniejsze, ale każde wyjątkowe i myślę symboliczne. To miejsca, w których Goszczycki się zatrzymał i nad każdym z nich pochylił, przyjrzał od innej strony. Nie dziwi więc również klimatyczna okładka z jednorożcem na froncie, wszak to chrześcijański symbol czystości i niewinności. Zresztą, miejsca, do których zajrzał autor, to są nie tylko te z map szlaków turystycznych, to ważne dla niego, związane z wiarą i religijnością kościoły, katedry. Spisane w formie luźnych myśli, zachęcające jednocześnie do ich odwiedzania innych. To także muzea, pałace, skansen, czy domki podcieniowe.

 

Adresatami listów Piotra są Jego bliscy znajomi, przyjaciele. Padają określenia i zwroty: Przyjacielu, Podróżniku, Odkrywco, Szanowna/ny, Droga/gi, Niedzielny obserwatorze rzeczy zwykłych, czy też po prostu po imieniu. Są opisy niezwykłych miejsc, zadumy w kościołach, zresztą autor nie ukrywa, jak ważna w Jego życiu jest wiara, nie wstydzi się tego. Pisze o istocie historycznych wydarzeń danego miejsca, o religii, o cudach architektury, często kierując swe myśli na wartości współcześnie żyjących ludzi zabieganych, odwracających głowę od tego, co w życiu ważne i najważniejsze, odwracających się od zwykłego człowieka, zapominając, że przecież wokół naszego życia jest jeszcze rzeczywistość często inna od tej, którą widzimy na szklanych ekranach. Padają słuszne i głębokie określenia, spostrzeżenia, a wszystko to zamknięte na kilkuset zaledwie stronicach tej ważnej książki. Dlaczego ważnej? Bo dotyka kwestii istotnych, wartości nadrzędnych, odpowiada na różne pytania, bo nieujednolica, ogląda człowieka z każdej strony. I wreszcie, przypomina czym jest rozmowa.

 

Pojawia się w tej książce kilkadziesiąt głosów, podsumowań, światopoglądów. W jednym z listów, autorstwa Dominika Górnego pada relewantny opis dotyczący poezji i poetów:

„Dla mnie poetą jest także ten, kto nie pisze wierszy, prozy... Ale taki ktoś, kto nadaje swemu istnieniu tytuł i marzy o pięknej puencie – niekoniecznie łatwej i imponującej, lecz prawdziwej. W życiu jak w pisaniu wiersza – dobrze być konsekwentnym, trzeba być sobą, żeby nie pomylili ciebie z innym „autorem”. Jeśli taki starasz się być (pisanie to dojrzewanie do siebie samego, mierzenie się z tym, kogo w gruncie rzeczy znamy najmniej – z sobą), to nie musisz pytać się o prawdę, wiarę i inne dowody na istnienie wartości. One po prostu będą! Pojawią się naturalnie, jak wędrowiec, który był tu przed nami i myślał tak jak i my, że jesteśmy tutaj jedyni i pierwsi. Na swój sposób tak, bo każdy tworzy ważną część historii. Nawet... a może w szczególności poeci...”

 

„Listy z Wielkopolski” Piotra Goszczyckiego to sięganie do pamięci w najgłębsze jej rewiry, by przywołać obrazy odległe, a jednocześnie zachęca innych do odwiedzenia miejsc szczególnie dla nas ważnych i cennych. To pozycja wyjątkowa ze względu na formę i merytorykę. Wreszcie, mówiąca o człowieku, traktująca ze wszech miar. Współczesność oferuje dużo nowości i ciekawostek, ale listy pozostaną jedną z najlepszych form komunikacji międzyludzkiej.

 

 

Polecam!

 

 

Za egzemplarz dziękuję autorowi, Piotrowi Goszczyckiemu.

 

21:30, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

 

Zaskakująca i wywrotowa książka o tym, że błędy to zwiastuny sukcesu – już 1 marca Ale wtopa! Erika Kesselsa w księgarniach!

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Insignis Media przygotowało dla swoich czytelników tytuł, który uzupełni miejsce na półce obok poradników Paula Ardena – to jego bestsellerowe Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie oraz Nieważne, jak dobry jesteś, ważne, jak dobry chcesz być wniosło powiew świeżości do świata nudnych porad, jak zyskać pewność siebie i podejmować wyzwania zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym. W połowie lutego do księgarń trafi Ale wtopa!, poradnik Erika Kesselsa, niekwestionowanego guru w świecie reklamy, choć określić go tym mianem to zdecydowanie zbyt mało – Kessels to dyrektor kreatywny międzynarodowej agencji reklamowej, ale i prawdziwy artysta, kurator, kolekcjoner, buntownik, istny marketingowy anarchista, projektant i fotograf.

 

Powiedzmy sobie szczerze – wszyscy ponosimy porażki. Być może nie są to monstrualne klęski, ale bez wątpienia każdemu z nas zdarza się coś schrzanić.

Przyjęło się uważać, że porażka nigdy nie jest dobra, niezależnie od tego, czy chodzi o drobną wpadkę, czy o kompletną katastrofę. Jeśli coś nie wyszło, ktoś ma kłopoty.

A gdyby tak spojrzeć na błędy prowadzące do porażki jak na zwiastuny sukcesu?

Ta książka jest o odwadze ich popełniania. O tym, jak inspirować się porażkami, zamiast się nimi frustrować. I że poszukując oryginalności, warto ponieść cenę upokorzenia.

Tak radykalna zmiana punktu widzenia może zaowocować czymś nieoczekiwanym. Jej konsekwencje zadziwią ciebie i wszystkich wokół – autentycznej oryginalności nie da się bowiem przewidzieć! I niezależnie od efektów, pod koniec dnia będziesz mógł powiedzieć: udało się… ALE WTOPA!

 


 

 

Erik Kessels jest współzałożycielem i dyrektorem kreatywnym międzynarodowej agencji reklamowej KesselsKramer, znanej z niekonwencjonalnych metod działania. W branży kreatywnej pracuje już od dwudziestu pięciu lat.

Agencja KesselsKramer stworzyła głośne globalne kampanie marketingowe dla tak wymagających klientów jak Diesel, CitizenM, Heineken, Nike, MTV, Hans Brinker Budget Hotel, Greenpeace czy The Standard Hotel. Ma przedstawicielstwa w Amsterdamie, Londynie i Los Angeles.

Wszechstronność Kesselsa sprawia, że jego nazwisko pojawia się w różnych kontekstach. Pisze się o nim jako o kierowniku artystycznym, artyście, kuratorze, kolekcjonerze, buntowniku, marketingowym anarchiście, projektancie i fotografie. Był wielokrotnie nagradzany, a w 2012 roku został ogłoszony najbardziej wpływową osobowością branży kreatywnej w Holandii.

Kessels opublikował kilka albumów z „odnalezionymi” fotografiami (pod marką KesselsKramer Publishing). W 2003 roku „Guardian” napisał o nich: „to istna skarbnica rzeczy absurdalnych i śmiesznych”.

Kesselsa mało interesują wymuskane rzeczy. Skupia się za to na poszukiwaniu dysonansów, banałów i – co dla niego najważniejsze – zakłóceń rytualnej harmonii. „Time”

Jest pełen niesamowitych pomysłów. One z niego wprost emanują, i to z taką intensywnością, że nie mam pojęcia, jak on nad nimi panuje.

Martin Parr, artysta fotograf

 

Kessels to jednostka kreatywna wymykająca się wszelkim kategoriom. Tego pełnego pasji Holendra nieodmiennie intrygują dziwactwa i absurdy codzienności; wie też, jak przemienić je w chwytliwą kampanię reklamową i udaną publikację. „TypoTalks”, Berlin

poniedziałek, 30 stycznia 2017

 

 

 

 

Premiera: 15.02.2017

 

Nominowana do Nagrody Bookera powieść ukazująca prawdziwe oblicze współczesnych Indii.

Pociągiem z Kalkuty podróżuje ekscentryczna dziewczyna z kolorowymi nitkami we włosach oraz złotem i srebrem w uszach. Towarzyszą jej trzy matrony wybierające się w pierwszą w swoim życiu wspólną podróż. W Dżarmuli rozśpiewany herbaciarz Johnny Toppo zabawia swoich klientów, a przewodnik świątynny Badal, zakochany w młodzieńcu Raghu, stacza boje ze stryjem. Współczesne Indie kipią życiem, lecz za każdą z tych radosnych historii kryje się głęboko skrywana tajemnica.

Nomi ma siedem lat, gdy wybucha wojna. Dziewczynka traci swoją rodzinę i trafia do aśramy. Jednak również w miejscu objętym pieczą boga, nic nie jest w stanie ochronić ją przed krzywdzącą ręką człowieka. Teraz, jako dorosła kobieta, wraca do Indii, by zmierzyć się ze swoją przeszłością.

Sny o Jowiszu to poetycka podróż do kraju pełnego egzotycznych zapachów i barw, a zarazem wiarygodny portret indyjskiego społeczeństwa, ukazujący jego mroczne oblicze – pełne osobistych traum, hipokryzji i przemocy.

 

 

Premiera: 15.02.2017

 

Starsza aspirant Agata Górska rozpoczyna prywatne śledztwo w tajemnicy przed przełożonymi, gdy okazuje się, że śmierć jej koleżanki, Leny, nie była przypadkowa. Jedynym tropem jest tajemnicza broszka w kształcie ważki, o której Lena wspomniała podczas ich ostatniego spotkania.

Tymczasem partner Agaty, Sławek Tomczyk, prowadzi dochodzenie w sprawie zabójstwa wyrachowanego dziennikarza – jego zwłoki odnaleziono w redakcji gazety internetowej. Zamordowany nie wahał się sięgać po niemoralne środki w pogoni za sensacją i wywlekał na wierzch brudy mieszkańców Warszawy, więc krąg podejrzanych nieustannie się rozszerza.

Czy sprawa zabójstwa Woźnickiego oraz śmierci Leny są ze sobą powiązane? Jaki sekret skrywa broszka w kształcie ważki?

MAŁGORZATA ROGALA UDOWADNIA ŚWIETNĄ FORMĘ!

 

 

 

 
Data premiery: 2017-02-15

 

Katherine Zoepf, amerykańska dziennikarka, przedstawia muzułmanki z zupełnie innej strony. Pokazuje, że pod burkami i hidżabami kryją się silne i odważne kobiety, którym niestraszny skostniały patriarchat. Autorka wiele lat mieszkała w Syrii i Libanie, gdzie była świadkiem licznych walk o prawa kobiet. Strona po stronie opisuje postępującą emancypację muzułmanek, które dzięki swojemu uporowi i woli walki osiągają upragnioną wolność w życiu i pracy.

 

„Sekretne życie arabskich kobiet” to opowieść o krajach arabskich widzianych oczami kobiet. Ta szczera i ważna książka pozwala lepiej poznać zmieniające się kraje arabskie.

 

Kochani!

Dzisiaj rozstrzygnięcie konkursu, w którym to zadawaliście pytania autorowi "Bajek ze zrozumieniem i konfiturką" Łukaszowi Kosikowi. Książce patronuję medialnie :) Przyznam, że pytania bardzo ciekawe, nietypowe, zaskakujące, nie mniej, najpierw zapraszam do zapoznania się z pytaniami i odpowiedziami od czytelników, potem znajdziecie kilka pytań ode mnie, a zupełnie na końcu wyniki owego konkursu. Wspaniałe pytania, które przerodziły się w piękny i interesujący wywiad. Zapraszam :)



 Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autora

 

Ciołek

Czy pamięta Pan jakąś sytuację, dziwne wydarzenie, które od razu podsunęło Panu scenariusz do stworzenia nowej historii?

Czy próbował Pan kiedykolwiek znaleźć wenę, stosując jakieś metody? (stanie na rękach, zimna kąpiel, spacer nocą) :P

Pierwsze opowiadanie, które zresztą stało się inspiracją do napisania kolejnych, zostało poprzedzone cokolwiek przykrą sytuacją życiową, jaką jest choroba. Na szczęście dla chorującej (mej małżonki) nie było to nic, z kategorii chorób poważnych. Ot, zaziębienie jakich wiele. Niemniej zostałem wtedy właśnie poproszony o napisanie czegoś wesołego. Czy mi się udało? Pozostaje mi wierzyć, że tak. Muszę z żalem przyznać, iż oprócz przytoczonej tu sytuacji podczas pisania kolejnych opowiadań nie wydarzyło się nic, co mogłoby w znacznym stopniu wpłynąć na treść opowiadań. Jeśli zaś chodzi o poszukiwanie weny, to jestem osobą w zupełności wyłączoną na poszukiwanie jej w jakichkolwiek niestandardowych sytuacjach. Zimna kąpiel przyprawiłaby mnie prawdopodobnie o panikę, natomiast stanie na rękach to w moim przypadku ekwilibrystyka nie do osiągnięcia. Moja warsztatowa metodologia, związana z poszukiwaniem weny, jest niestety mocno przyziemna. Potrzebuję ciszy, spokoju i absolutnego skupienia, nie wzmacnianego absolutnie niczym. Czysta głowa i pełna koncentracja. Taki, trochę przynudny warsztacik.

sopotak

Czy posiada Pan swoją MUZĘ, która daje natchnienie do tworzenia oraz ile skonsumował Pan konfitur pisząc tą książkę?

O ile pierwsza część pytania nie sprawia mi żadnego kłopotu, o tyle jego część druga stanowi dla mnie pewne wyzwanie. Moją muzą jest dla mnie od lat moja małżonka. Co do tego nie ma żadnych, nawet odległych wątpliwości. Dzielenie z nią życia jest zaskakujące a zarazem usystematyzowane. Niezwykłe, a zarazem ciepłe i spokojne. Piękne, nawet podczas robienia zakupów. Kolorowe, nawet podczas wspólnego oglądania jakiegoś smutnego filmu. Nie mam zatem żadnych znaków zapytania co do wskazania mej muzy, mógłbym natomiast znaleźć tu dużo pięknych przymiotników. Co do konfitur, to sprawy się nieco komplikują. Czy pod ową kategorię można podłożyć także dżemy, powidła oraz inne, podobne zaprawy? Jeśli nie, to samych konfitur mogło być kilka, jeśli jednak kategorię ową rozszerzyć na wspomniane, to może się okazać, że liczba ta należy do „liczb niewymiernych”.

ki24

Jaką cechę w ludzkim charakterze by pan wyrzucił, gdyby dostał pan taką szansę. Aby świat chodź na jeden dzień był tylko krainą uśmiechniętych ludzi?

Chciwość. Bez wątpienia chciwość. Uważam, iż to właśnie ta nędzna cecha wepchnęła ludzkość w niejeden kryzys cywilizacyjny. Mało tego, to właśnie chciwość odpowiada za wojny, konflikty i całe zło, które rozprzestrzenia się za jej magicznym dotykiem, na całą, naszą planetę. Historia chciwości to historia głupoty i żądzy rzeczy kompletnie niepotrzebnych. To chciwość sprawia, iż potrzebujemy trzech domów, pięciu samochodów i dwóch jachtów. A jak już je wszystkie mamy, to ta sama chciwość podszeptuje nam, że to stanowczo za mało. Sąsiad wszak ma już szósty samochód. I teraz co?

magnez2003

Co wybrałby Pan mając do dyspozycji gotową książkę lub kartkę i długopis, lub telewizor wiedząc, że jest Pan jedynym człowiekiem na Ziemi?

Wybierając książkę okazałbym się osobnikiem samolubnym, ponieważ rozrywka płynąca z obcowaniem z nią, byłaby przeznaczona wyłącznie dla mnie. Gdybym jednak wybrał kartkę i długopis okazałbym się niepoprawnym marzycielem, który żyje cichą nadzieją, iż to co napisze, gdzieś w odległych galaktykach, ktoś jednak przeczyta. Telewizor mógłbym wybrać wyłącznie za karę. Nie korzystam z tej formy rozrywki świadomie już od ponad 10 lat. Wstawienie mi na bezludną wyspę telewizora byłoby wprost nieludzkie. Cóż, chyba jednak najbliżej mi do marzyciela. Ostatecznie bez marzeń da się jakoś żyć, ale co to za życie. Zwłaszcza na bezludnej wyspie.

 

 


dafne27

Czym kierował się Pan, prosząc o zadawanie Panu pytań ? Jakie pytanie ma szansę wygrać?

Czym się kierowałem prosząc o zadawanie pytań? Wyłącznie nieznośną, wszechobecną i wręcz chorobliwą ciekawością świata. Do dziś, podobnie zresztą jak Muchwiaternik, bohater moich opowiadań zadaję sobie jedno pytanie „czy istnieje pytanie, na które nie ma odpowiedzi?” Gdyby padło właśnie takie, z pewnością zostałoby przeze mnie w jakiś sposób wyróżnione. Człowiek, który nie zadaje pytań nie napisze nic ciekawego. Ani bajek dla dzieci, ani filozoficznego traktatu.

justyna1986

Czy pisząc pije Pan coś, jeśli tak, to co to najczęściej jest?

Czym Pan najczęściej pisze, jaki ma kształt i kolor?

Szanowna Pani Justyno, zapytanie czy podczas pisania coś piję, konotuje w jednym tylko kierunku.  Opary niektórych napojów, uznawane są bowiem jako bezwzględnie inspirujące. U mnie jednak oparów takich brak. Kiedy się jakiekolwiek pojawiają, niezdolny jestem do przekazania światu najmarniejszej choć frazy. Chyba, że jednak źle odczytałem Pani pytanie i chodziło Pani o to, czy podczas pisania popijam na przykład miętową herbatkę? Niestety, również nie. Czym natomiast piszę najczęściej? Wygląda na to, że palcem, lub dokładniej palcami. Palcami przyciskając kolejne klawisze na komputerowej klawiaturze. Niestety tradycyjny sposób zapisywania myśli, dokonywany przy użyciu ołówka czy długopisu, doprowadziłby mnie do rozpaczy, gdyż wstawiając do tekstu dziesiątki, jeśli nie setki poprawek nie byłbym w stanie odczytać jego pierwotnej wersji.

Iwona Banach

Czy sądzi pan, że te bajki byłyby ciekawe/pomocne/odkrywcze dla dziecka z autyzmem? Jeżeli nie, to czy myśli pan o napisaniu takich? W sumie dla "zwykłych" dzieci są tysiące bajek... Ktoś mógłby pomyśleć o tych, dla których bajek nie ma :)

Pani Iwono, nie czuję się specjalistą w materii autyzmu dziecięcego, jednak mam nadzieję, że można w mych bajkach znaleźć dużo spokoju, ładu i harmonii, które mogłyby stanowić jakieś odniesienie do zbudowania zajęć dla dzieci autystycznych lub rozbudzenia ich ciekawości? Z drugiej strony myślę sobie, że wyobraźnia jaką obdarzone są takie dzieci z pewnością pozwoliłaby zobaczyć w tych bajkach o wiele więcej niż nam, dorosłym, się wydaje. Szczerze powiedziawszy nigdy nie myślałem o tym, aby napisać książkę dla jakiejś konkretnej grupy odbiorców. Żyję natomiast cichą nadzieją, iż bajki mego autorstwa mogą być inspirujące, zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Mogę na koniec dodać, iż nakładem Wydawnictwa Inne ukazała się książka zatytułowana „Kubuś z pętelką”. Jest to zbiór opowiadań przeznaczonych do pracy również z dziećmi autystycznymi. Ilustracje do tej książki wykonały dzieci z wejherowskiego stowarzyszenia na rzecz osób z autyzmem.

ddg

Jestem właścicielem wehikułu czasu. Dzięki maszynie przeniosę Pana, tam gdzie zamarzy. W jakie czasy chciałby Pan się przenieść?

Szanowny właścicielu wehikułu czasu. Nie poproszę o zbyt wiele. Żadne tam wielkie podróże. Może jedynie mała korekta czasowa. Jeśli to możliwe, proszę o przeniesienie mnie o kilkanaście lat przed moimi urodzinami. No niech będzie to rok 1967. Miejsce – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Dlaczego wtedy i dlaczego tam? Otóż całe lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku to arena wielkich przewartościowań kulturowych, zwłaszcza w Ameryce. Po wojennych mrokach kraj ten prze w kierunku rozwoju i dobrobytu budując fundamenty „korporacyjnego kapitalizmu”. Z drugiej strony tam właśnie narodzi się największa kontrkultura młodzieżowa na świecie. Wybuchnie ona wszystkimi kolorami tęczy, by za chwilę rozpuścić we wszechogarniającym świecie pieniądza. Nic to jednak. Zdąży jeszcze zaśpiewać Dylan, Hendrix, Morrison a potem jeszcze Lennon. Być tam wtedy, to jak znaleźć się na innej planecie, a przecież to nie było wcale tak dawno temu. Krótko mówiąc, tam poproszę.

Jaka nierozwiązana zagadka Pana nurtuje?

Co było jak mnie nie było, i co będzie jak mnie nie będzie?

 

Pytania od Recenzji Agi

Panie Łukaszu, nie sposób nie zadać pytania, skąd wziął się pomysł na właśnie taki a nie inny tytuł książki? Skąd w ogóle pomysł na książkę? Z tego co wiem, to Pana debiut.

To prawda Bajki ze zrozumieniem i konfiturką to mój debiut. Pomysł na książkę zrodził się spontanicznie, a tytuł miał dodatkowo zwracać uwagę na aspekt dydaktyczny. Czytanie ze zrozumieniem jest dziś cenną umiejętnością, na którą zwraca uwagę wielu pedagogów. Chciałem, aby tytuł odnosił się zarówno do rzeczy ważnej, jak i przyjemnej, stąd oprócz „zrozumienia” również „konfiturka”.

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autora

 

Bohaterami swoich opowieści uczynił Pan niezwykłych mieszkańców lasu, o dźwięcznie brzmiących imionach, trochę podobnych do owadów, które znamy. Jak to się stało, że właśnie Komaromiodnik, Muchwiaternik, Gęstobrzuszek itd.? To imiona, które są dosyć charakterystyczne, łatwo zapadają nam w pamięć, czy to właśnie o to chodziło?

Zawsze podobały mi się zabawy słowne i często jako małe dziecko sam tworzyłem nowe wyrazy lub przekształcałem już istniejące. Podobnie też jak wielu moich rówieśników z czasów przedszkolnych, miałem swoich wymyślonych przyjaciół. Potrafiłem opowiadać o nich godzinami. Komaromiodnik czy Muchwiaternik to troszkę wspomnienie tych właśnie zabaw słowem.

 

Książka „się pisała”, dojrzewała, składała się. Jak wyglądał Pana warsztat pisarski podczas realizacji tej książeczki?

Bajki pisały się bardzo długo. Mam wrażenie, że zbyt długo. Cóż, gdybym dziś mógł wpłynąć na czas ich powstania, z pewnością byłby krótszy. Faktem jest, że tekst bajek był przeze mnie wiele razy poprawiany. Wiele rzeczy uległo zmianie. Zawsze staram się, aby ostateczny kształt całości był na zadowalającym dla czytelnika poziomie. Kwestia korekty również okazała się bardzo czasochłonna. Pani Urszula Ferworn, nasza korektorka, spędziła wiele dni poprawiając każdy najdrobniejszy szczegół. Wiele drobiazgów konsultowaliśmy wspólnie. Jestem jej ogromnie wdzięczny, ponieważ wiem, ile nakładu pracy potrzebne jest aby taki tekst doprowadzić do ładu.

 

Każda opowieść kończy się pięknym morałem. Ale to jest tak, że Pan nie kończy ich pouczaniem typowym przy nauce, że nie wskazuje Pan typowych rozwiązań, tylko każdą kończy mądrym wywodem, takim podsumowaniem – spostrzeżeniem z boku. Trudno było w trakcie pisania zakończyć właśnie tak, a nie inaczej? Nie korciło Pana, by napisać „tak się nie robi, bo...”?

Nie, absolutnie nie. Nad zakończeniami każdego rozdziału pracowałem najdłużej właśnie dlatego, żeby pozostawić niektóre rzeczy niedopowiedziane, albo po prostu aby morał ukryty był między słowami. Nie chciałem dosłowności. Myślę, że takie moralizatorstwo mogłoby wpłynąć negatywnie na całą książkę. Świat Dolinki Kotlinki to świat nas samych, często niedoskonałych i tą niedoskonałość chciałem w tekście zachować. Bez moralizatorstwa i pouczania, za to z co nieco ukrytym morałem. 

Odbył już Pan spotkanie autorskie z dziećmi i swoją książką. O co najczęściej pytają mali czytelnicy? Jak w ogóle przebiega takie spotkanie? Czy dzieci jakoś żywiej reagują niż dorośli na czytane fragmenty?

Zdecydowanie dzieci reagują śmielej. Nie boją się pytać. Trudno jest mi natomiast wskazać o co najczęściej. Spotkanie z moją książką proponuję w połączeniu z warsztatami rozwijającymi wyobraźnię. Po przeczytaniu kilku fragmentów, zachęcam dzieci, aby spróbowały narysować dowolnego bohatera bajek. Może to być Muchwiaternik, Komaromiodnik, Pan Gęstobrzuszek albo Pani Gadaczka Paplaczka. Co ciekawe, Pani Gadaczka wybierana jest najczęściej.

 

 Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autora

 

Skąd też pomysł na tak wspaniale oddające klimat książki ilustracje autorstwa Malwiny Mieczkowskiej? One są przepiękne. Jak doszło do Państwa współpracy?

Poszukiwania ilustratora to jeden z najdłuższych etapów powstawania mojej książki. Zależało mi na osobie, która nie tylko świetnie rysuje, ale również będzie potrafiła oddać klimat Dolinki Kotlinki. Sztuką było narysować postacie, które nie mają odpowiedników w naturze. Komaromiodnik? Pan Zygzaczek Drobniaczek? Jak tu narysować takich dziwaków? Z takim wyzwaniem musiał zmierzyć się ilustrator. Przyznam, że zależało mi na osobie, z którą będę mógł spotkać się osobiście a nie tylko wymieniać maile. Pani Malwina zrobiła dokładnie takie ilustracje o jakie mi chodziło. Jestem z nich naprawdę zadowolony. Nieprzypadkowo są one czarno białe i rysowane bez graficznych „efektów specjalnych”. Ja, jako czytelnik, wychowałem się między innymi na bardzo prostych, wręcz minimalistycznych ilustracjach do Kubusia Puchatka. Podobne można znaleźć w moich bajkach. Tej inspiracji nie wstydzę się absolutnie.

 

Jest Pan też zarządzającym Wydawnictwem Inne. Łatwo pogodzić te dwie funkcje? Co tak naprawdę sprawia Panu większą radość?

Niestety nie jest to proste. Z jednej strony proces pisania książki to podróż w krainę wyobraźni. Z drugiej strony niełatwo jest zajmować się finansami lub promocją przebywając wciąż w świecie wyobraźni. Chcąc prowadzić wydawnictwo autorskie trzeba godzić dwa, bardzo odległe od siebie światy. Świat twórczy, oraz świat rachunkowości, faktur, terminów itd. Dla mnie osobiście nie jest to proste. Jeśli zaś chodzi o radość, to z pewnością bliżej mi do satysfakcji jaką odczuwam jako autor książki, choć przyznam, że dobra organizacja spotkania to także miłe doświadczenie.

 

 Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autora

 

Jakie pasje Pan posiada, oprócz pisania oczywiście?

W każdy piątek w ramach naszego projektu Salon na Kartuskiej urządzamy w Gdyni spotkanie dla grona przyjaciół. Osobiście wyspecjalizowałem się w wypieku tradycyjnej pizzy. Tworzenie nowych kompozycji pizzowych, to moja mała pasja. Oprócz tego wypiekam też własny chleb. Prowadzę też warsztaty z pieczenia chleba, a także promuję naturalną żywność. Wiele z produktów, które kupujemy w sklepach można robić samodzielnie, podobnie jak uprawiać niektóre warzywa lub zioła. Owszem, potrzeba do tego trochę czasu i determinacji, ale jeśli potraktować to jako pasję, to efekty mogą być zadziwiające. Próbuję też swoich sił w tak wymagającej materii jaką są domowe nalewki. Proszę spróbować zrobić dobrą nalewkę. To jest prawdziwe wyzwanie.

 

Jaką czytuje Pan na co dzień literaturę, po jakich autorów najczęściej sięga?

Chwytam książki bez wstępnej selekcji. Interesuje mnie zarówno beletrystyka, jak i pozycje naukowe. W czytanych przeze mnie tytułach często jest dość duża doza przypadkowości. Czasem znajdę coś ciekawego, a czasem zupełnie nie. Bardzo cenię prozę Wiesława Myśliwskiego. To autor wielkiej kultury słowa i rewelacyjny narrator. Jednak niekwestionowanym mistrzem literatury polskiej jest dla mnie Jerzy Pilch. Jego „fraza” jest dla mnie wyznacznikiem literatury najwyższego poziomu. Pilcha „kupuję” w całości. Jeśli zaś miałbym wymienić moją ulubioną książkę, to będzie to „Mistrz i Małgorzata”. Z tym tekstem nie równa się nic.

Co powie Pan jeszcze o swojej książce czytelnikom bloga?

Zachęcam wszystkich do lektury Bajek ze zrozumieniem i konfiturką, ponieważ ta książka niczego nie udaje, tak jak jej bohaterowie. Mogę też zdradzić, że w przygotowaniu kolejne tomy w których spotkacie mieszkańców Dolinki Kotlinki i Szuwarków Nenufarków.

 

Coś od siebie do czytelników:

Jako że właśnie rozpoczął się nowy rok życzę wszystkim realizacji swoich planów, zmian na lepsze i dużej dawki wartościowego „zaczytania”.

 

W imieniu swoim i uczestników - czytelników, dziękuję za poświęcony czas i rozmowę :)


 

 

 

A teraz, przyszedł czas na ogłoszenie zwycięzcy!

Słowo od autora:

"Dziękuję za wszystkie piękne pytania. Najbardziej zaintrygowało mnie pytanie od czytelnika ddg. Należy ono do gatunku pytań romantycznych oraz marzycielskich. Takie są mi najbliższe." Łukasz Kosik

 

 

 

 

 Serdecznie gratuluję i czekam na adres do wysyłki nagrody w wiadomości prywatnej :)

Dziękuję wszystkim za chęci, ciekawe pytania i zapraszam do zakładki - KONKURSY, gdzie znajdziecie jeszcze kilka, które trwają, a już od jutra startują kolejne! :) 

 

 

 

 

niedziela, 29 stycznia 2017

 

 

 

 

Kochani!

Przyszedł czas na wyniki konkursu z najnowszą powieścią Magdaleny Ludwiczak "Tajemnica błękitnej alkowy", w którym to mieliście opisać jakieś wyjątkowo tajemnicze miejsce, jakie udało Wam się kiedyś znaleźć i z czym się ono wiązało.

Przede wszystkim, dziękuję za udział i Waszą wyjątkową kreatywność! Wybór był niesamowicie trudny. Macie nieprzeciętne talenty, zresztą, poniżej kilka słów od autorki, z którą absolutnie się zgadzam! Jest niespodzianka od autorki, która przyznała dodatkową nagrodę - niespodziankę! :)

"Widać niezwykłe oczytanie wszystkich uczestników, o czym świadczy ich dojrzały i literacki język. Odpowiedzi czytało się z WIELKĄ przyjemnością, jak mikro opowiadania. Wielu mogłoby zacząć pisać dłuższe formy:)

I tak: książkę wygrywa : maz.asia (za łóżko) oraz nieidentyczna (za Antykwariat).

Dodatkowo malutką nagrodę w postaci zakładek i długopisów chciałabym wysłać

do marzycielki ( za sad).

Te trzy opowiadanka bardzo, ale to bardzo identyfikują się ze mną. Nawet nie wiecie jak bardzo!!! Dlatego bardzo się cieszę:) Gratuluje i życzę miłej lektury. Będzie mi miło na moim FP Magdalena Ludwiczak pisarz przeczytać Wasze opinie na temat Tajemnicy Błękitnej Alkowy- zamieszczajcie. Pozdrawiam serdecznie i dziękuje wszystkim."

Magdalena Ludwiczak

 

Serdecznie gratuluję zwyciężczyniom! Czekam w wiadomości prywatnej na Wasze adresy

do wysyłki nagrody :)

Jeszcze raz dziękuję za liczny i kreatywny udział :)

 

 

 

 

 

Zachęcam do udziału w innych konkursach, które jeszcze trwają, i które znajdziecie w zakładce KONKURSY :) 

sobota, 28 stycznia 2017

 

 



 

Wydawnictwo SIGNO

Ilość stron: 55

Rok wydania: 2015

 

Jeśli ktoś z Was myśli, że termin „monodram” brzmi złowrogo, jest w błędzie. Nie należy się tego gatunku bać. Z utworami dramatycznymi jest tak, że pierwsze co się z nimi kojarzy, to klasyka gatunku, której rozkwit przypada na epokę romantyzmu, cóż za paradoks! Romantyzm i dramat! Jak to w życiu, które przepełnione jest paradoksami. Niemniej jednak książka, o której dzisiaj chcę Wam opowiedzieć posiada wszystkie najlepsze cechy gatunkowe, napisana jest lekkim piórem, z dystansem, a tak sugestywnie wpływająca na czytelników.

 

Poznajemy w niej główną bohaterkę, jaką jest Karina, kobieta w średnim wieku, zadbana, ładna, ale niezwykle samotna i jak się okaże – naiwna? Znak zapytania postawiłam celowo. Po lekturze książki sami udzielicie sobie na nie odpowiedzi. Karina swoją historię opowiada na pustyni Wadi Rum. W tych nieco nietypowych lecz romantycznych warunkach przyrody, na tle wynurzającego się słońca, przytacza swoje wspomnienia i wywody związane z miłością, a konkretnie ze stanem zakochania i osobie Maurycego, które przydarzyły się jej niedawno.

 

 

 

Karina zaczyna swój monolog od rozterki. Twierdzi, że znalazła się na rozdrożu i czuje się bezradna. Podczas ostatniego wyjazdu z przyjaciółką, w jednym z górskich kurortów poznaje szarmanckiego, przystojnego Maurycego. Mężczyzna przyspiesza bicie serca wielu kobiet i nic dziwnego, że Karinie również. Kobieta snuje fantazje, co by było, gdyby owy tajemniczy pan nagle zainteresował się jej osobą. Kiedy wreszcie mężczyzna jako pierwszy ją zagaduje, Karina zachowuje należyty dystans i nieśmiałość. Maurycy wszak wykazuje się niezwykłym wyczuciem i taktem. Na mężczyznę zwraca również uwagę jej przyjaciółka Gośka. Karina dnie spędza w pensjonacie, w którym się zatrzymały, wymawiając się nieumiejętnością szusowania po ośnieżanych stokach, Gosia korzysta ze wszystkich uroków. Kiedy Maurycy wykazuje zainteresowanie Kariną, kobieta nie czuje się już tak samotnie. To będzie czas spacerów i poznawania okolicy w swoim towarzystwie. Karina jest Maurycym oczarowana, a jednocześnie ma wyrzuty wobec Gosi, że nie poświęca jej tyle uwagi. Gdy przyjaciółka nie wraca wieczorem do pokoju na odpoczynek, tylko dopiero nad ranem w dobrym humorze, tłumaczy się spędzeniem upojnej nocy w ramionach Maurycego i łóżkowych figlach, o jakich nikomu się nie śniło. Między przyjaciółkami dochodzi do kłótni. Po powrocie do domu, Maurycy kilka razy telefonuje, kilka razy przyjeżdża i zostaje na noc. Karina zakochuje się. Miłość przesłania jej prawdziwe intencje mężczyzny. Ale... czy na pewno? Miłość wszak jest pięknym uczuciem, wzniosłym, potrafi wywołać falę nieopisanych i nieokiełznanych emocji, które przez lata samotności piętrzyły się w jej sercu.

 

Autorka pod tym pięknym, trochę tajemniczym i magicznym tytułem ukrywa dosyć popularny ostatnio temat wykorzystywania samotnych kobiet przez młodszych mężczyzn. Karina odkryje prawdę o Maurycym dopiero po jakimś czasie. Mężczyzna kilkukrotnie, niepozornie wspomni o swoich rzekomych kłopotach finansowych, posunie się nawet do kłamstwa o swojej chorobie i przebywaniu w szpitalu. Karina wspomoże go każdą kwotą, zawsze, ale po pewnym czasie, zabawi się w detektywa. Prawda okaże się inna od wersji, jaką przedstawia jej Maurycy.

 

 

 

Mimo tego, co Karina odkryje, nie będzie umiała postawić się mężczyźnie. Sama tłumaczy go przed sobą, jakby nie wierzyła w to, że może pokochać ją ktoś inny. Jaka jest jej miłość? Szczera, zawsze gotowa do poświęceń, otwarta, pełna tytułowych prześwitów, które przebłyskują jej prawdziwy obraz Maurycego i jego intencje. Miłość przysłania jej prawdę, tworzy klimat i urok wobec osoby kochanka, bo tak można określić osobę Maurycego.

 

Autorka wykazała się niezwykłą lekkością pióra, zręcznie manewruje słowem wśród obrazów kobiety, mężczyzny i miłości. Idealnie wybrała temat, jako ten, który pokazuje siłę sugestii i zauroczenia samotnej kobiety na wdzięki młodszego mężczyzny. Co stanie się z tym dwojgiem? Co zdecyduje Karina?

 

 

 

„Prześwity” Elizy Segiet to znakomity tekst gatunkowy. Autorka posiada rozliczne talenty, pasje, zainteresowania i potrafi je znakomicie połączyć w całość. Przyznam szczerze, że to moje drugie spotkanie z monodramem współczesnym. Chciałabym „Prześwity” móc kiedyś obejrzeć na deskach teatru. Jest w tym obrazie bowiem nie tylko siła i uskrzydlająca potęga miłości, ale też wręcz dramatyczna sytuacja głównej bohaterki, która zatracając się w uczuciu, wyraźnie się pogubiła i wewnętrznie nie potrafi oddzielić prawdy od fałszu, maski, jaką przywdział jej kochanek.

 

 

Polecam!


 

 

 "Prześwity" dotarły do mnie wraz z tomikiem "Chmurność",

o którym mieliście okazję przeczytać TUTAJ :)

 

 

 

Za egzemplarz dziękuję autorce, Elizie Segiet :)

 

 

23:22, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

 

 

 

To już drugi mój wywiad z autorką, która zaskakuje mnie na każdym kroku. Pisze lekko, sugestywnie, z niezwykłą erudycją i poszanowaniem dla słowa. Kilka dni temu miała miejsce premiera Jej drugiej, zupełnie niesztampowej powieści "Kiedy będziemy deszczem."

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki :)

 

Jest niezwykle skromna, sympatyczna i życzliwa. Jest Polką, która za miejsce swojego obecnego bytu wybrała Holandię. Kraj zróżnicowany, z zupełnie odmienną od polskiej kulturą, światopoglądem, mentalnością. O sobie mówi: Nadal wiszę sobie w tej bliżej nieokreślonej przestrzeni między światami i jest mi chyba tak dobrze. Tworzy w swoich powieściach bardzo wyrazistych bohaterów, którym umiejętnie krzyżuje drogi życiowe, by w pewnym momencie trochę nimi pomanipulować, dodać im większej autentyczności. Nie da się z nimi nieutożsamić. Każdy czytelnik znajdzie w Jej powieścich precyzję, bezpretensjonalność i ciekawą fabułę, która urzeka, wywołuje chwilę refleksji, zadumy, a nawet łzy w oczach. Jedno jest pewne. Po książkach Dominiki van Eijkelenborg pozostanie w myślach przestrzeń na przemyślenia.

 

O czym rozmawiałyśmy? Na pewno o bohaterach najnowszej powieści, Jej niezwykłej pasji jaką jest łucznictwo, o kulturze holenderskiej i o czasie między wydanymi powieściami.

 

Zapraszam na wywiad z Dominiką van Eijkelenborg, autorką "Czułego punktu" i "Kiedy będziemy deszczem" :)

 

 

 

Dominiko, z nowym rokiem nowa powieść, prawie trzy lata od debiutu Czułego punktu. Czym jest dla Ciebie ten czas, te trzy lata?

Naprawdę to już trzy lata? Nie miałam poczucia, że minęło tyle czasu. Pewnie dlatego, że szczęśliwi czasu nie mierzą. Albo zajęci Te trzy lata to czas, gdy rosły moje córki, zimy zmieniały się w wiosny, a te z kolei przeradzały się w gorące letnie miesiące, życie zrobiło się jeszcze bardziej intensywne. To również trzy powieści, które w tym czasie napisałam. Jedną z nich właśnie miałaś okazję przeczytać, mam nadzieję, że na dwie pozostałe również przyjdzie kolej.

 

Podobnie jak w pierwszej tak i w drugiej, bohaterką uczyniłaś Polkę, która żyje w Holandii. Z Ingą jest tak, że wychodzi za mąż za Holendra, zakładają rodzinę, mają dwójkę dzieci. Łatwiej jest Ci pisać z perspektywy Polki? Równie dobrze bohaterką mogła być Holenderka. Jak to było?

Nie wiem, czy lepiej mi pisać z perspektywy Polki, na pewno w przypadku tej powieści tak było.

W grudniu skończyłam pisać powieść, w której wszyscy bohaterowie są Holendrami.

Odmienna narodowość Ingi była celowa. Miała jeszcze bardziej zaakcentować jej samotność, poczucie wyobcowania. Pewnie mogła być Holenderką, ale chodziło mi o stworzenie postaci, która na wszystkich płaszczyznach życia była w pewnym sensie wyizolowana. Z tego też powodu pojawił się problem uzależnienia od alkoholu w rodzinie Ingi. Starałam się dotrzeć do źródeł tego, jak Inga widziała i odczuwała świat, pokazać i wytłumaczyć, skąd w niej ta tłumiona, a jednak dominująca potrzeba łączności z kimś. Jeśli dobrze wczytać się w powieść, można dojrzeć, że Inga nawet z własnymi dziećmi z trudnością buduje intymną i bliską relację. Zresztą macierzyństwo, gdy nie ma się wsparcia bliskiej przyjaciółki, mamy, siostry, babci, cioci, kogokolwiek, kto doradzi i wesprze, może być wypalającym doświadczeniem. Dlatego zależało mi, by Inga była Polką na obczyźnie.

Gdzieś w niej samej są dwie bardzo przeciwstawne siły: strach przed wejściem w interakcję z drugim człowiekiem i z drugiej strony ogromne jej łaknienie. I jeśli przyjrzeć się Robinowi bliżej, cechuje go podobna konstrukcja psychiczna.

 

Można powiedzieć, że Inga jest pełna tajemnic. Matka, żona, stabilizacja rodzinna, a jednak jak w każdy związek wkrada się rutyna, przyzwyczajenie. Inga znalazła na to sposób, chciałabym żebyś opowiedziała o swojej pasji, jaką jest łucznictwo, i którą wplotłaś bardzo zręcznie w życie swojej bohaterki.

Moja miłość do łucznictwa zaczęła się tak naprawdę trzydzieści lat temu i była związana serialem opowiadającym przygody Robin Hooda ( tak banalnie właśnie! ). Od tamtej pory łuk i strzały były dla mnie symbolem wolności, kojarzyły mi się z lasem, swobodą, przyjaźnią, skupieniem. Było to marzenie z dzieciństwa, jedno z tych, które pielęgnujemy, wiedząc jednak, że nigdy nie znajdzie spełnienia. Jestem chyba najlepszym dowodem na to, że życie potrafi sprezentować niezwykłe niespodzianki. W wieku ponad trzydziestu lat zostałam łuczniczką. A żeby byłoby jeszcze piękniej moje dziecinne marzenia o włóczeniu się po lasach z bandą Robin Hooda, również się w pewnym sensie spełniło.

 

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

W łucznictwie najbardziej kocham balans. Musi być precyzyjna równowaga między napięciem a rozluźnieniem. Uwielbiam poczucie, że łuk staje się częścią mnie samej, a strzała przedłużeniem umysłu. To sport koncentracji, wymagający pracy nad sobą, to sport, w którym twoją największą konkurencją jesteś ty sam, w którym to, co wewnętrzne ( spokój, skupienie ) manifestuje się na zewnątrz. Dziś jestem przewodniczącą Stowarzyszenia Łuczniczego Orion, w którym wspólnie z cudownymi ludźmi staram się zarazić innych moją pasją.

 

Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki

 

Co do Marca, muszę przyznać z ręką na sercu, momentami miałam ochotę go po prostu udusić. Bardzo realistycznie oddałaś obraz współczesnego ojca, rzecz jasna, nie wszystkim można przypiąć tą samą łatkę, ale myślę, że nie tylko we mnie wywołuje on tak skrajne emocje. On jest jakby w tle, na drugim planie, a potrafi mocno zirytować czytelnika. Jak to było. On faktycznie miał być taki a nie inny? Wiesz, dlaczego pytam, bo zazwyczaj schematy są takie same: facet ma kochankę itp. prościej jest stworzyć taki scenariusz. Ty zrobiłaś coś zupełnie innego, on niby jest, ale bardzo go niewiele.

 

Tak, postanowiłam odwrócić sytuację, głównie dlatego, że dla Marca kochanka nie byłaby pobudką, lecz kolejną ucieczką. A ja chciałam moimi bohaterami wstrząsnąć. Dlatego rzuciłam Robina w wir codzienności Ingi. Miał ją obudzić z marazmu, to było jego zadanie. Miał jej przypomnieć o niej samej, zmusić do spojrzenia na życie w inny sposób.

Dla Marca wstrząsem miało być zniknięcie Ingi i wszystko, co zdarzyło się potem. Pobudką, nieco spóźnioną niestety.

Marc miał być dokładnie taki. Nieobecny, zajęty, przekonany, że małżeństwo jest zakupem z dożywotnią gwarancją. Tak, miał irytować czytelniczki, miał reprezentować też to, z czym wiele kobiet zmaga się w ich małżeńskich relacjach. Bardzo uważnie słuchałam bliskich mi kobiet, ich skarg, smutków, tęsknot.

 To, co mnie samą w Marcu irytuje najbardziej to fakt, że on tak naprawdę Ingi nie widzi. Patrzy na nią, ale jej nie widzi. Musiała zniknąć mu z oczu, żeby ją znów zobaczył, dojrzał przez gęstą mgłę ich codzienności. Czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć.

 

 

 

 

Następna sprawa, to problemy, z jakimi zmierza się Inga. Tak bardzo aktualne, praktycznie takie, które mogą dotyczyć i dotknąć każdego z nas. Nic dziwnego, że zauroczenie i fascynacja kimś innym niż własny mąż, który bez przerwy siedzi z nosem w telefonie bądź komputerze, w którymś momencie wybucha i zamienia się w głębsze uczucie. Ona oczywiście się przed tym broni, ale nie też znowu tak skutecznie. Myślisz, że Inga naprawdę byłaby w stanie odejść od dzieci, bo od męża może byłoby jej łatwiej, ale dzieci są jednak dziećmi, by być z Robinem? Miałaś od początku zarys takiej fabuły, czy zupełnie inny plan na postać Ingi?

 

Relacja Ingi i Robina od samego początku skazana była na klęskę. Nigdy nie wahałam się co do tej kwestii i od początku wiedziałam, że są skazani na rozstanie. Byłam wierna swojej wizji, choć w trakcie pisania pokochałam Robina (a wiemy, jak bardzo można pokochać fikcyjną postać) i złamałam serce sobie samej.

 

 

"Ludzie i psy przychodzą do naszego życia nie bez przyczyny. Przychodzą, by nas ukarać, kochać, czegoś nauczyć. Przychodzą jak lekcje, które trzeba odrobić, jak egzaminy, które należy zdać." W życiu Ingi i jej rodziny pojawił się Pirat. Wydaje się, że wraz z nim przyszły zawirowania, jakby to pies stał się symbolem zmian. Robin z kolei miał Tiga. W przytoczonym przeze mnie cytacie jest prawda i mądrość. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Pirat pojawił się po coś. Wiem, że Tigo ma swoją prawdziwą historię. Jak jest z Piratem i czy scena, którą opisujesz na ostatniej niemal stronie o działalności organizacji sprowadzającej rumuńskie bezdomne psy jest autentyczna? Opowiedz o tym.

W Holandii problem bezdomnych psów tak naprawdę nie istnieje. Funkcjonują jednak organizacje zagraniczne współpracujące z Holandią, które zajmują się adopcjami psów. Również z Rumunii. Wszystko odbywa się oczywiście legalnie, zwierzęta są szczepione, mają paszporty. Wiele z nich w ten sposób znajduje wspaniały dom, na co w kraju, skąd pochodzą nie miałyby szans.

Historia Pirata jest oczywiście fikcją, ale do stworzenia jego postaci zainspirował mnie pies, który istnieje naprawdę i który do Holandii przywędrował właśnie z dalekiej Rumunii. I to w czasie spaceru z nim narodził się pomysł na tę powieść.

 

 

W naszym poprzednim wywiadzie powiedziałaś, że masz poczucie, iż w pełni nie należysz już ani do Polski, ani jeszcze do Holandii. Jak jest dzisiaj? Zmieniło się coś?

Nadal wiszę sobie w tej bliżej nieokreślonej przestrzeni między światami i jest mi chyba tak dobrze. Nie mam też poczucia, że muszę wybrać. Moje korzenie są tam, gdzie je zasadzono, a skrzydła rozwinęłam tu, gdzie sama wybrałam i gdzie poczułam się dobrze i bezpiecznie.

 

 

Jak jest z kulturą holenderską? Co Cię w niej urzeka, co przyprawia o dreszcze, nad czym potrafisz się zachwycać. Znacznie się różnimy od Holendrów.

Zawsze mam kłopot z pytaniami o holenderską kulturę. W niektóre rzeczy wrosłam chyba na tyle, że przestałam je zauważać. Na pewno podziwiam u Holendrów ich walkę z wodą, która ich otacza, przecina ich miasta, wsie, ulice. Zapanowali nad nią, ale są świadomi jej potęgi. Ich mosty, tamy są wbudowane w obraz codzienności. Dzieci od czwartego roku życia uczą się pływać, niektóre w ciągu dwóch lat zdobywają dyplomy A, B, C. Holandia to mały kraj, każdy metr kwadratowy ziemi jest wykorzystany i zadbany. Zdarza mi się tęsknić za dzikością naszych lasów i urodą jezior. Podziwiam holenderskie mamy, które balansują z gracją na cienkiej linii łączącej ich życie zawodowe i macierzyństwo. Uważam, że potrafią się w tym niezwykle dobrze odnaleźć. Myślę, że ogólnie Holendrzy są bardziej zrelaksowani niż my, Polacy. Mieszkam jednak w małym miasteczku, gdzie większość ludzi jest przyjazna i życzliwa.

Ponieważ powieść po części dotyka również macierzyństwa mogę w ramach ciekawostki powiedzieć, że w Holandii codziennością są porody domowe pod okiem położnej. Narodziny dziecka świętuje się tutaj poprzez ozdabianie domu balonikami i dekoracjami w kolorach różowym lub niebieskim. Po przyjściu dziecka na świat rodzice wysyłają kartki wszystkim znajomym, przyjaciołom, współpracownikom, rodzinie, zawiadamiające o tym wydarzeniu. Kobieta w połogu dostaje pomoc w domu, rodzaj pielęgniarki, która zajmuje się opieką nad mamą i dzieckiem, ale również posprząta w domu, zrobi zakupy, przygotuje obiad. Prawo do tej opieki trwa osiem dni. W tym czasie przychodzą również znajomi z wizytą i prezentami, podziwiać dzidziusia. Jako polska mama, która przeżyła to już dwukrotnie muszę powiedzieć, że są to piękne i uciążliwe zarazem holenderskie tradycje.

 

 

 

 

Na koniec, kilka słów od siebie dla czytelników:

Dziękuję bardzo! Tym, którzy moje powieści kupili, pożyczyli, przeczytali, podarowali komuś innemu, recenzowali. Tym, którzy obeszli się łaskawie z moimi bohaterami, mimo iż powieści nie przypadły im do gustu. Tym, którzy podzielili się ze mną swoimi emocjami, przemyśleniami po przeczytaniu. Podobno to wdzięczność starzeje się w ludziach najszybciej. Moja jednak jest długowieczna, a może nawet nieśmiertelna. Kłaniam się nisko!


 Dziękuję za rozmowę :)

20:36, toksiazki12 , Wywiady
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2017

 

 

30 stycznia nakładem Wydawnictwa Replika ukażą się następujące pozycje:

 

 

 

 

Już nic nie miało znaczenia, bo właśnie w tej chwili jej życie się skończyło. Życie i małżeństwo, które okazało się tak bardzo koszmarne, tak zakłamane, że już sama nie wiedziała, czy chociaż przez chwilę rzeczywiście było prawdziwe. 


Historia dwojga młodych ludzi, którzy po krótkiej znajomości postanawiają się pobrać, rozstając się jednocześnie z wcześniejszymi partnerami. Wkrótce po ślubie Piotr zaczyna być agresywny. Kiedy dochodzi do pierwszego poronienia, otwarcie obwinia Ankę o tę sytuację. Kobieta pod wpływem szoku przechodzi krótkie załamanie nerwowe, podczas którego traci kontakt z rzeczywistością. 



Pozorność to doskonałe studium kobiety, która zostaje poddana przemocy psychicznej i fizycznej. Uzależniona od tego, który kiedyś przyrzekał ją kochać i chronić, teraz zaczyna kroczyć na krawędzi własnego szaleństwa, które nawarstwia się wraz z eskalacją przemocy ze strony ukochanego męża. Natalia Nowak-Lewandowska funduje nam wycieczkę w głąb ludzkiej psychiki, pełną tragizmu, bezlitosną i miejscami nie do przyjęcia. Lektura tej powieści to prawdziwe wyzwanie dla wymagającego czytelnika, bo zderzenie się z przedstawionym światem nie jest pozorne, dotyka najgłębszych zakamarków ludzkiej duszy. 

Polecam. Agnieszka Lingas-Łoniewska

 

 

 

 

 

Roztrzepana i lekkomyślna Zuzanna Roszkowska tym razem spróbuje swoich sił jako… prywatny detektyw 

Zu – najlepsza z żon, a także kobieta zdolna do wszystkiego – daje się namówić mężowi na roczny wyjazd na wieś. Na miejscu słynne „cisza i spokój”, zwykle wiązane z życiem na wsi, będą musiały ustąpić przed niezwykłą skłonnością Zu do wpadania w tarapaty. 

Kiedy gospodyni pensjonatu, w którym zamieszkali Roszkowscy z dziećmi, znika nagle bez słowa, zaledwie dzień po przyjeździe swoich nowych lokatorów, Zuzanna od razu przeczuwa zbliżające się kłopoty. Jednak wszyscy wokół zdają się lekceważyć jej obawy o los zaginionej. 

Tym razem Zu będzie musiała zmierzyć się z przedstawicielami tajemniczej fundacji, niegrzecznym Panem Małpką, pojawiającymi się i znikającymi rondlami, a także… koniem, świnią, kozą, królikiem, gąsiorem oraz kotem – za jedyną pomoc mając podręcznik dla początkujących detektywów. 



Co tym razem wymyśli „najlepsza z żon”? Jedno jest pewnie – będzie barwnie, zabawnie i… wybuchowo! Napisać dobrą komedię to nie lada sztuka, a Iwonie Czarkowskiej z całą pewnością się to udało. Magdalena Majcher, autorka i recenzentka

 

 

 

 

 

Nowa odsłona cyklu Bruderszaft ze śmiercią to kolejne dwie minipowieści utrzymane w eksperymentalnej konwencji „powieści-filmu”, która ma na celu połączenie tekstu literackiego z wizualnością dzieła filmowego. 

W opowieści Dziwny człowiek weźmiemy udział w błyskotliwej operacji, jaką niemiecki wywiad przeprowadza w wyższych kręgach petersburskiej socjety. Kapitan Josef von Teofels dociera do jednej z najbardziej wpływowych, a zarazem najbardziej kontrowersyjnej postaci Cesarstwa Rosyjskiego, aby wykorzystać ją do własnych celów. Będzie jednak najpierw musiał uporać się z „mistycznymi” mocami swojej ofiary… 

Z kolei w historii Grzmijcie, fanfary zwycięstwa! agent rosyjskiego kontrwywiadu Aleksiej Romanow otrzymuje niezwykłe zadanie. Rosjanie szykują się do wielkiego natarcia na wroga, jednak szczegóły planu objęte są największą tajemnicą. Tylko od młodego agenta zależy, czy tak pozostanie… 

Wyborny humor i doskonale skonstruowana fabuła tylko potwierdzają kunszt pisarski Borisa Akunina!

 

 

 

 

 

Blisko 34 mld zł – zgodnie z przewidywaniami PMR Research w przeciągu pięciu lat taką wartość osiągnie polski rynek IT. Dynamika rozwoju przekłada się na jakość kadr – w 2016 r. Polska znalazła się na 3. miejscu w rankingu programistów Hacker Rank. Pojawia się tylko jeden problem: już teraz w Polsce brakuje ponad 50 tys. nowych pracowników IT. I będzie brakowało ich coraz więcej.



Rodzime firmy z sektora IT coraz częściej sięgają po specjalistów z zagranicy lub osoby bez informatycznego wykształcenia. Dlatego Grupa PWN – największy gracz branży edukacyjnej – wchodzi na rynek z nową ofertą: boot campami programistycznymi.

 

 

 

Reaktor PWN to nowy projekt szkoleniowy, który został stworzony z myślą o każdym, kto chciałby pracować w obszarze nowoczesnych technologii. Pierwsze kursy programowania w trybach weekendowych i dziennych ruszą już w kwietniu w Warszawie, a w kolejnych miesiącach w Poznaniu, Lublinie i Gdańsku. Każdy kurs to aż 240 godzin zajęć.

 

Dzięki metodologii boot camp, a więc intensywnej nauce przez praktykę, nawet osoba do tej pory niezwiązana z programowaniem może przygotować się do pracy w branży IT. Uczestnicy kursów w krótkim czasie opanują najpopularniejsze i najbardziej potrzebne na rynku języki programowania, takie jak C++, Ruby, Java, Perl czy Python. Osoba, która ukończy szkolenie będzie mogła rozpocząć pracę jako front-end lub back-end developer.

 

– Mamy przygotowane autorskie programy kursów i korzystając z wieloletniego doświadczenia PWN wiemy, jak nauczać programowania – mówi Bożena Jamka-Czyż, menedżer projektu. – Współpracujemy również z pracodawcami i firmami rekrutacyjnymi. To ułatwi naszym absolwentom rozpoczęcie stażu lub pracy w branży IT. – dodaje.

Podczas kursu uczestnicy programują aplikacje i strony internetowe, tworząc w ten sposób swoje portfolio niezbędne podczas rozmów kwalifikacyjnych. Zatrudnienie na rynku IT to szansa na wysokie zarobki – według firmy Hays Poland wynagrodzenie programisty wynosi w Polsce powyżej 6000 zł brutto – cały raport dostępny jest na stronie projektu Reaktor.

Nad przygotowaniem kursów Reaktora czuwała Rada Programowa, złożona z wybitnych naukowców i specjalistów z branży IT. Jej członkami są: prof. Krzysztof Jassem, profesor UAM, kierownik Pracowni Systemów Informacyjnych na Wydziale Matematyki i Informatyki UAM, dr hab. Adam Roman, adiunkt w Instytucie Informatyki i Matematyki Komputerowej na Uniwersytecie Jagiellońskim, Piotr Kowalski – mentor kursu Front-end Developer, kierownik Działu Aplikacji Webowych w Cyfrowym Polsacie, oraz Mikołaj Makowski – dyrektor IT Contracting w Hays Poland. By zapewnić absolwentom kursu pomoc w znalezieniu pracy, PWN nawiązał współpracę z serwisem praca.pl oraz firmą rekrutacyjną Hays Poland, specjalizującą się w branży IT.

- Czekamy na wszystkie osoby, które chcą zmienić swoje życie. Jeśli jesteś zmotywowany i gotowy do ciężkiej pracy, przyjdź do szkoły Reaktor PWN – mówi Bożena Jamka-Czyż, menedżer projektu.

 

<iframe width="854" height="480" src="https://www.youtube.com/embed/bq9fmwI2Sxc" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>

 

https://www.youtube.com/watch?v=bq9fmwI2Sxc

11:17, toksiazki12 , PWN
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 stycznia 2017

 

 

 

Wydawnictwo Kobiece

Ilość stron: 432

Premiera: 26.01.2017

Książkę znajdziecie:

http://www.wydawnictwokobiece.pl/produkt/kiedy-bedziemy-deszczem/

 

Debiutowała powieścią „Czuły punkt” prawie trzy lata temu. W opisywanej przez siebie historii posłużyła się syndromem sztokholmskim, czyniąc swoją bohaterką Polkę, która studiowała w Holandii. Dzisiaj przypada oficjalna premiera Jej drugiej powieści „Kiedy będziemy deszczem”. Nie mogłam sobie odmówić tej długo oczekiwanej przeze mnie lektury. Wydawało mi się, że znam i warsztat autorki, i jej upodobania do opisywania historii od strony psychologicznej, jednak Dominika zaskakuje. Książka wywiera na czytelniku nie małe emocje, a wszelkie sytuacje i życiowe pokręcenia losu głównej bohaterki sprawiają, że wiele kobiet utożsami się z Ingą de Gaaf.

 

Na komisariat policji w Sneek przychodzi mężczyzna zgłaszając zaginięcie swojej żony i psa. Od tego momentu rozpoczyna się żmudne śledztwo prowadzone przez Marieke van Haan.

Podobnie, jak w poprzedniej książce autorka swoją bohaterką uczyniła Polkę. Inga przyjeżdża do Holandii z przyjaciółką Magdą w przerwie wakacyjnej w trakcie studiów. Marc jest Holendrem, nie od razu zwrócił uwagę na Ingę. Na początku zafascynował się właśnie Magdą. Inga dorastała w rodzinie, gdzie ojciec był alkoholikiem. Brat Grzesiek był zupełnie odmienny charakterem. Zawsze świadomy i pewny siebie, nigdy się nie roztkliwiał, twardo stąpał po ziemi. Iga była zupełnym przeciwieństwem. Skryta, małomówna, zawsze wycofana. Kiedy Marc próbuje się z Ingą zapoznać, kobieta podchodzi do tego z dużym dystansem. Dla niej, nie była to łatwa decyzja, chociaż wiedziała, że wychodząc za niego za mąż, odetnie się od rodzinnych koligacji i wspomnień, które wypełniały pijackie wyczyny ojca.

 

Prowadząca dochodzenie Marieke dociera do korespondencji e-mailowej Ingi. Listy, które ta pisała do Magdy były niczym wycinki z pamiętnika. Pisane z niezwykłą precyzją, pełne wyznań, wspomnień, emocji, trudnych do zaakceptowania sytuacji, czy po prostu codzienności znacznie różniące się od tych, które sobie po prostu kiedyś wcześniej wyobrażała. Co takiego stało się w małżeństwie, że Inga nagle poczuła się bardzo samotna, czy życie tak bardzo oszukuje? A może podsuwa chwilowe rozwiązania? Inga ma trzydzieści pięć lat, rutyna, obowiązki domowe, opieka nad dziećmi stają się dla niej w pewnym momencie przytłaczające. Ktoś z boku mógłby powiedzieć, przecież miała wszystko, nie musiała pracować. Może. Ale co ma się z męża, który zamiast jej pomagać, odgradza się od rodziny grubym murem wymawiając się pracą. Stale z telefonem w dłoni, przed monitorem laptopa, nawet w weekendy, gdzie czas powinien przeznaczać dzieciom, a żona mogłaby odpocząć. Przyznam, że postać Marca bardzo mnie oburzała, irytowała, wywoływała mieszane, skrajne emocje. Miałam ochotę udusić go żywcem. Nie wyobrażam sobie, by mogłoby być tak w mojej rodzinie. Inga próbowała się buntować, ale za każdym razem rozmowa kończyła się kłótnią.

 

 

 

 

„Ludzie i psy przychodzą do naszego życia nie bez przyczyny. Przychodzą, by nas ukarać, kochać, czegoś nauczyć. Przychodzą jak lekcje, które trzeba odrobić, jak egzaminy, które należy zdać.”

Pewnego letniego wieczora, zmęczona wsiada na rower i pchana emocjami skrzętnie piętrzącymi się w sercu, Inga trafia na polanę, gdzie ćwiczą łucznicy. Zafascynowana podchodzi i próbuje swoich sił. Od tego momentu odkrywa coś, co wie, że będzie bodźcem i pretekstem do wyrwania się z domu co kilka wieczorów, by najzwyczajniej odpocząć. Nowe zajęcie bardzo ją fascynuje. Tam poznaje Robina. Młodego chłopaka, który często pracuje przy różnego rodzaju festiwalach, organizowanych na świeżym powietrzu. W tym też czasie, na jednym ze spacerów z dziećmi, za Igą podąża samotny pies. Jak nietrudno się domyśleć, pies zostanie w rodzinie już na zawsze. Chociaż nie obędzie się przez przygód.

 

 

Inga znajduje z chłopakiem wspólny temat do rozmów i spacerów z psami, bo jak się okaże, Robin ma swojego wilczura o imieniu Tigo. Coraz bardziej zatapiając się w tej dosyć dziwnej znajomości. Nawet w wolnych chwilach jej myśli kierują się ku Robinowi. Ich zażyłość przejdzie też etap zwierzeń z traum, tragedii rodzinnych, pragnień. To nie jest też tak, że Inga od razu się w nim zakocha. To będzie rodziło się powoli. Poza tym, świadoma swojej sytuacji życiowej i rodzinnej, wie, że nie może sobie pozwolić na żaden romans. Jest przecież nie tylko mężatką, ale przede wszystkim matką. Rozsądek będzie się bronił zacięcie, ale siła uczuć i skrytych pragnień w końcu zwycięży. Kiedy romans trwa, Inga nagle zaginie. Pierwsze podejrzenia padną na Robina. Ciągłe przesłuchiwania i czytanie słowa, po słowie wiadomości e-mailowych, które zaginiona wysyłała do swojej przyjaciółki. Czy da się coś wyczytać między wersami?

 

 

 

Prozaika życia często bywa złudna, rozczarowuje, karmi złudzeniami. Sytuacja Ingi jest typowa dla współczesnych kobiet, które poświęcają życie zawodowe rodzinie. Początek, kiedy dzieci są małe i wymagają większej uwagi jest nieco inny. Ale, tu liczy się też wsparcie małżonka, jego zrozumienie, a nie ciągłe dąsanie się o to, że skoro kobieta jest cało etatową mamą i żoną, to tak proste i lakoniczne czynności, jak chociażby posprzątanie zabawek po dzieciach, powinna zrobić do południa, zaraz. To raczej tak nie działa. Wiele kobiet może utożsamić się z postacią głównej bohaterki. Romans nie był wynikiem nudów. Inga w Robinie znalazła bratnią duszę, osobę, z którą najzwyczajniej mogła porozmawiać. Z mężem każda niemal rozmowa kończyła się kłótnią. Samotność w związku współcześnie staje się czymś powszechnym. Nie umiemy ze sobą rozmawiać, nie umiemy dojść do porozumień, nie umiemy nawet słuchać siebie nawzajem, nie mówiąc o zrozumieniu wsparciu, czy szacunku. Co stało się z tymi wartościami?

 

„Kiedy będziemy deszczem” Dominiki van Eijkelenborg to zwięźle napisana powieść z aspektem psychologicznym, którą trudno jednoznacznie określić gatunkowo. Autorka wykazała się niezwykłą precyzją i lekkością pióra. Zręcznie wplotła wątek dotyczący łucznictwa, który jest Jej pasją. Znakomite dialogi, sugestywne, plastyczne, wręcz palpacyjne opisy. Z bohaterami można się utożsamić, razem z nimi przeżywać wszystkie sytuacje i emocje. Ja przeżywałam bardzo. Refleksyjna opowieść Ingi jest jakby odbiciem lustrzanym wielu kobiet. Zakończenie zaskakuje. Niesamowicie zaskakuje. Być może oczekiwałam happy endu, ale dobrze, że autorka ograniczyła się, zostawiła czytelnikom przestrzeń na snucie własnych domysłów i zadumę. Takie powieści czyta się z przyjemnością i z równie wielką przyjemnością poleca się czytelnikom. Jeśli szukacie czegoś wysublimowanego, emocjonalnego, polecam!

 

 

Za egzemplarz dziękuję:

 

16:22, toksiazki12 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi