Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
niedziela, 26 stycznia 2014

Stachurę poznałam dzięki tomikowi Jego wierszy „Słysz wołanie!”, który otrzymałam w prezencie za recenzję wysłaną do programu radiowego „Radiowa Poczta Literacka” w 2001r.

Jest on dla mnie o tyle wyjątkowy, że Autor zaskakuje mnie tylko piękną poezją, przedstawianą w sposób wysublimowany, ale są w tym tomiku również Jego pieśni oraz przekłady. O ile poeta, prozaik, człowiek obdarzony niezwykłym talentem, o tyle dla mnie Stachura jawi się jako człowiek niezwykle samotny, wycofany z życia społecznego. Wręcz pustelnik szukający całe życie swojego miejsca, szczęścia, miłości, czy życia. Nadzwyczaj wyobcowany, opuszczony.

 

Pisał pięknie, wyjątkowo. O miłości, samotności, o swoim widzeniu świata.

 

Urodził się w 1937 roku w Charvieu we Francji. Poeta, pieśniarz, pisarz. Był synem polskich emigrantów: Stanisława i Jadwigi Stachurów. Młody Edward od dziecka przejawiał talent do rysunku. Do polski Stachurowie powrócili 3 lata po II wojnie światowej. Ukończył szkołę średnią w Gdyni, po wcześniejszym wydaleniu z liceum w Ciechocinku. Poezję zaczął pisać mając lat 17. W roku akademickim 1957/58 podjął studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Początki studiów nie były łatwe, powodem tego był brak pieniędzy, przez który Edward często sypiał na dworcach, zdarzało mu się podobno nawet żebrać o pieniądze. Po zaliczonym roku przeniósł się do Warszawy. Jego debiutem literackim był zbiór opowiadań „Jeden dzień”, ciepło przyjęty przez krytykę. W roku 1965 uzyskał tytuł magistra filologii romańskiej, a w 4 lata później udał się do Meksyku, gdzie studiował literaturę na tamtejszym uniwersytecie. Jego pasją były podróże, był m.in. w Jugosławii, Syrii, Norwegii, USA, Kanadzie. Popełnił samobójstwo w swoim domu w 1979 roku.

 

 

W poście na swoim profilu facebookowym napisałam, że macie nastawić się na coś kompletnie niecodziennego. Dlaczego? Bo opowiadanie Stachury „Pokocham ją siłą woli” jest wyrwane z przeszłości, z innego wymiaru czasowego.

O czym mówię? Dzisiaj są czasy, kiedy wierność jednemu mężczyźnie jest rzadko spotykana, wręcz na wagę złota. Dzisiaj małżeństwo jest kaprysem, wierność małżeńska nie zawsze idzie z nim w parze. To nie jest norma. Owszem, ktoś może się zbuntować i powiedzieć, jak to? Przecież ja z mężem jestem już tyle i tyle lat po ślubie, jesteśmy sobie wierni. Ok. A wiecie jak to się określa? WYJĄTEK.

Czyli istnieją wyjątki? Tak, istnieją.

Wyjątki te, to nie normy. To ideologie życiowe, jakie wynosimy z domu. To, co wpajają nam rodzice od najmłodszych lat. To skarby życia, które staramy się przekazać naszym potomkom, wbrew istniejącym trendom na związki partnerskie. Każdy z nas będzie miał na ten temat wyrobione zdanie. Jedni przez idee, jeszcze inni przez doświadczenia płynące z życia. Jedni i drudzy mają swoje racje. Nie można zaprzeczyć temu, że i związki partnerskie nie są złe, tylko trochę jeszcze nie weszły nam w krew.

 

 

Opowiadanie „Pokocham ją siłą woli”, pochodzi ze zbioru zatytułowanego „Się” z roku 1977.

Podzielone jest na dwie sceny, które idealnie się ze sobą uzupełniają.

Pierwsza scena przedstawia rozmowę dziewczyny z mężczyzną – narratorem. Dziewczyna mówi do niego bardzo subtelnie, o tym co do niego czuje, o swoich przeczuciach. Wyznaje mu, jak bardzo brzydzi się wielości mężczyzn w życiu jej koleżanek. Ona ma odmienne widzenie swojego związku. Chce być tylko z jednym mężczyzną i ona chce być tylko jedyna dla niego. Pragnie kochać całym sercem i być kochaną całym sercem. Mówi wręcz tak, jakby czytała z jego myśli.

Narratorem jest ów mężczyzna. Zasłuchany, zamyślony, krótko odpowiadający na pytania.

Właściwie, czy można wyobrazić sobie coś lepszego, niż taki bieg zdarzeń, taką dziewczynę?

 

Chyba nie. A jak się okazuje scena ta jest tylko Jego snem. Przerwanym w najciekawszym, najcieplejszym momencie. Scena, którą przerywa szalejący wiatr, wyrywający otwarte okno. Scena, która naszego narratora zbudza z pięknego snu, dla niego tak realnego, wręcz na wyciągnięcie ręki. Dziwne, a zarazem niepospolite i nadzwyczajne. Niejednoznacznie do określenia.

 

Przeczytajcie i określcie swoje zdanie.

 

 



22:57, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 stycznia 2014

„Powrót Ojca” Piter Murphy.

 
21 styczeń 2014r.

W roku 2012, nakładem Wydawnictwa RW2010, ukazało się e-Wydanie antologii opowiadań blogerów, biorących udział w konkursie „Blogerzy Książki Piszą”. Antologia nosi tytuł „Szkice z życia”.
Piter Murphy, który prowadzi bloga „Pisany inaczej....” po raz któryś z rzędu zaskakuje. Skoro szkice z życia, to też Jego opowiadanie jest tym bardziej o życiu.
Opowiadanie „Powrót ojca” napisane jako monodram ojca do nad grobem zmarłej córki. Czyta się to niezwykle szybko. Całość napisana prosto, rzeczowo, z aktualnym wątkiem i przesłaniem.
Tragicznie umiera kochana żona, zostawiając dziecko i zrozpaczonego męża, który nigdy nie mógł się pogodzić z jej śmiercią. Ale wie, że musi żyć dla kochanej córki. W krótkim czasie córka zaczyna chorować. Umiera.
Ojciec przywołuje wszystkie wspólne chwile, radości dnia codziennego. Opisuje ból, rozpacz i obłęd, w jaki popadł. Ta przypadłość popchnęła go do morderstw małych, niewinnych dziewczynek. Więzienie, szpital psychiatryczny, który na dobrą sprawę niewiele w nim zmienił. Powrót do świata i poprzednich czynów. 
Jednak...no właśnie. Autor potrafi umiejętnie dozować w nas emocje. Przełomowym punktem opowiadania jest spojrzenie jednej z dziewczynek. Spojrzenie błagalne, a jednocześnie pełne ciepła, dobra i miłości.
Opowiadanie krótkie, ale poruszające. O czym nas uczy?
Nie ma przyzwolenia na krzywdę niewinnych dzieci, a rozpacz i ból w żaden sposób nie usprawiedliwiają czegoś tak brutalnego, jak morderstwo. Nigdy też nie jest za późno na głęboką, wewnętrzną przemianę.
Piotrze. Kolejny raz zaskakujesz, ale tak trzymać!!!



17:01, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

Niesamowity ładunek emocjonalny - "Trzy" Piter Murphy.

By przeczytać historie trzech kobiet, przerwałam płynięcie wpław grubego tomiska Zafona „Cień wiatru”. Ta opasła książka jest jak najgłębsze morze na świecie, a ja nie umiem pływać. Mimo wszystko postawiłam sobie za cel zmierzyć się z tym „morskim potworem”.
 
Jednak akurat w tej chwili tego „potwora” ukryłam pod zeszytem z podręcznymi zapiskami. Musi poczekać na swoją kolej. Teraz bowiem przyszedł czas na chwilę oddechu.
 
„Trzy” Pitera Murphego – tytuł i okładka nic nie mówiące. Pierwsze co przyszło mi na myśl, to cyfra trzy, a obrazek z okładki przypomina mi historie ludzi wypędzonych w czasie drugiej wojny światowej. Jak gdyby na tej okładce czas się cofnął, a właścicielki owych trzewików wyszły na chwilkę, zdejmując je w największym pośpiechu.
 
Ewelina – egoistyczna, wielkomiasteczkowa paniusia, która ma swoje humory, zasady i wybujałe ambicje dziennikarki śledczej. Marta – zagubiona, łatwo poddająca się, uległa, zaszczuta dziewczyna, kobieta oraz „babuchna” Maria – starsza pani, zielarka, terapeutka, ratowniczka dusz i ciał. Niby na pozór obce sobie kobiety, które połączy wieś, przedziwne sploty i zwroty akcji oraz – mężczyźni.
 
Ewelina zamieszana w jakąś aferę skorumpowanych polityków, wyjedzie do maleńkiej podkarpackiej wsi, wraz ze swym „przyszywanym” mężem, by zdemaskować niecodzienne i nietuzinkowe metody uzdrawiania ludzi przez Marię, naszą trzecią bohaterkę. Andrzej, który będzie jej w tej wyprawie towarzyszyć okaże się biologicznym synem Marii. Nie wyjdzie to wszystko tak po prostu. Dojdzie do niesamowitych splotów wydarzeń, które też niejako nałożą się na siebie. Będzie mnóstwo łez, ważnych rozmów, zagrożenia życia.
 
Marta, to ciepła, miła kobietka, która była chora na białaczkę limfatyczną i którą Maria uzdrowiła samymi ziółkami. Pozornie tylko ziółkami. Maria posiadała w sobie to coś, co sprawiało, że gdy spojrzała na kogoś, przeszywała tak głębokim spojrzeniem, jak gdyby „wyciągała” z chorego całą chorobę, a zdrowemu dodawała pewności siebie i radości.
 
Marta pojawiła się u Marii ukrywając się przed mężem, z którym tak naprawdę nic jej nie łączyło oraz przed apodyktyczną matką, która zadała jej w życiu więcej bólu, niż najgorsze zło świata. I w tym momencie Piotrowi należą się podziękowania za postać Marty. Ujrzałam bowiem w niej samą siebie. To dziwne, ale niestety prawdziwe. Osamotniona Marta była moim odbiciem. Miotała się między ułudą, a prawdziwym pięknem tego świata.
 
Oprócz historii trzech kobiet w książce możemy znaleźć wątek religijny, jak choćby w postaci Ojca Pio, który towarzyszy babuchnie i chroni ją przed śmiercią. Jest też to książka z tłem kryminalnym. W tych zwrotach akcji jest niedoszły zabójca Eweliny oraz chory, niezrównoważony mąż Marty.
 
Mnóstwo wydarzeń sprawi, że nasze bohaterki spotkają się w połowie drogi.
 
Ewelina zmieni nastawienie do świata i ludzi za sprawą maniakalnego prześladowcy oraz pewnego mężczyzny – Sławka. To on pośrednio przyczyni się do „magicznej” przemiany paniusi z miasta, która w rzeczywistości sama nie wie, czego chce.
 
Marta odnajdzie w Andrzeju zagubioną miłość. Będą się oboje przed tym bronić, ale ich los zredukuje niedomówienia i połączy ich węzłem miłości. A Maria na granicy śmierci przebudzi się do życia, odzyskując oddanego w młodości do adopcji syna.
 

 
Książka, która wyzwoliła we mnie tak silne emocje, że po przeczytaniu po prostu się poryczałam. Oj Marto! – chciałam wykrzyczeć – Nawet nie wiesz, jak Cię rozumiem, jak jesteś mi bliska. Chciałbym Cię uścisnąć i powiedzieć, że świat nie jest taki zły, wystarczy się chociaż trochę rozejrzeć.
 

 
Piotrze, dziękuję. Dzięki Twojej książce, która ma kilka niedociągnięć, wierzę, że mężczyźni też potrafią się czasem wzruszyć, oni tylko udają, że są tacy wielcy, ważni, niezniszczalni.
 
Ciekawie to ukazałeś. Nie co dzień czyta się książki o kobietach, dla kobiet, napisane przez mężczyznę. Rzadko, bo rzadko, ale wierzę, że niebawem też się zmieni pewne widzenie świata przez Was.
 

 
Spodziewałam się innego zakończenia. Jak to napisałeś pięknie na samym końcu:
 
Drodzy Czytelnicy. Chciałoby się zakończyć tę opowieść parafrazą: „i ja na tych
 
dwóch weselach byłem, miód i wino piłem... A potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie
 
w otoczeniu swych dziatek i wnuków...” Może tak było, a może tak dopiero będzie...
 
Niech was nie opuszcza nadzieja, że Święty Ojciec Pio odwiedzi jeszcze kiedyś
 
naszych bohaterów, a oni wówczas poczują ten intensywny zapach – ni to fiołków, ni
 
hiacyntów, ni lilii...
 
Piter Murphy
 

 
No właśnie przydałoby się – A potem żyli długo i szczęśliwie..... - Ale wiem, że takie było Twoje zamierzenie. Nie zawsze musi być bajkowo przecież.
 

 
Czekam na następne Twoje książki. A za możliwość przeczytania powyższej, bardzo, ale to bardzo dziękuję!!!!!!
 Jeszcze jedno - rozważ wydanie papierowe, naprawdę:)



17:00, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

O Krzysztofie Pieczyńskim.



Bibliografia:





Wiersze, które przedstawię pochodzą z tomiku „Wiersze z aniołem”, który notabene dostałam w prezencie imieninowym od bardzo dobrego znajomego. Znajomego, który interesuje się szerzej poezją, i który próbował mnie zatopić w poezję inną, niż taką, z którą miałam do czynienia dotychczas.
Tomik dostałam w 2002 roku. Więc bardzo długo przeleżał na półce bym po raz kolejny go otworzyła i na nowo odkryła poezję Krzysztofa Pieczyńskiego. Czy jest o czym mówić?
Tak. Aktor, pisarz, okazuje się także, że reżyser. Człowiek bywający w świecie, i tym małym i dużym bezgranicznie okazuje się samotny. Te wiersze podzieliłabym na kilka warstw. Są tu wiersze o Bogu, poszukiwaniu swojej drogi życiowej. Są wiersze o przenikliwej jak choroba samotności. Są wiersze absurdalne – takie o wszystkim i niczym, właściwie nie wiadomo, o co tak naprawdę w nich chodzi. Są takie o śmierci, przemijaniu, zastanawianiu się nad istotą życia. I są też wiersze „perełki” - jak dla mnie najpiękniejsze i najwierniej odzwierciedlające rzeczywistość i porządek tego świata.
Zawsze mówię i będę to powtarzać, że człowiek jest istotą tak przewrotną, nie do końca zrozumianą i poznaną, że ma swoją wizję i sposób przedstawiania tego, co mu leży na sercu. Tak jest i w tym przypadku. Niby są to wiersze proste w przekazie, ale jednocześnie nie można ich traktować tak do końca, jak coś oczywistego.
Zresztą poezja jest w ogóle niwą nie do okiełznania przez zwykłego człowieka. Aby ją zrozumieć należy się nie tylko skupić, ale wyzerować myśli. Przejść przez nią, to jak przepłynąć morze.









Swoją przeprawę zacznę od wierszy z gatunku – miłosnych. W nich Autor rozpaczliwie woła o nią – o miłość. Chce kochać, wreszcie kogoś pokochać, kochać i chce być kochanym.



***
Tak długo jak ona mnie słucha
Ty jesteś w odległości maleńki
A kiedy ona przestaje mnie słuchać
Ty robisz się po prostu wielki
I co mi, Boże, powiesz o miłości
Kości są małe bez ciała
Ciało jest wielkie bez kości
A dusza duża czy mała
Chce tylko miłości






***
Nic zamieniło się w łódeczkę którą
można było wypełnić
do jednej łódeczki podpłynęła druga
obie przybrały kształt twoich ust
po wypowiedzeniu słowa kocham
które zmieniło się w łódeczkę
wypełnioną treścią
i ta mnie ze sobą zabrała
Nic jak to zwykle bywa
nie kosztowało mnie dryfowanie po morzu
z wiatrem czy pod wiatr zawsze przed siebie
nic do ciebie nie docierało
rozchyliłaś usta i wiatr śpiewał



Kolejny jest z gatunku tych o wszystkim i o niczym. Czyli nie wiadomo, o co tu chodzi. Nie wiem, ale dla mnie jakieś dziwne i nie do ogarnięcia. Nie przytaczam więcej, bo nie sądzę, by był tego jakiś najmniejszy sens.
CHŁOPIEC
chciał zostać schodem
dorośli pytali dlaczego
bo inżynierów lekarzy
całe chmary rosły
a on tylko że schodem
gdy dorośnie
może Panu po drodze będzie
na krawędzi schodu
postawi swą stopę
gdzie wypadło
chłopięcej być gębie
Następne są tymi z gatunku – katharsis. Rozprawianie o sensie życia, wywody z Bogiem, poszukiwanie własnej drogi, próby wyładowania złości, wreszcie pogodzenie ze światem.
###
Na chwilę zostawię ciebie życie
łzę uronię na trawie na szczycie
która urośnie wyższa od góry
zostawię ciebie moje życie
gdyż mam rozmowę zaległą
krzyknąłeś a ja byłem głuchy
lecz teraz naprawdę słyszę
i śpieszę do ciebie smutny
choć serce z radości bije
miałem kiedyś nadziei moc
że złapie mnie twoje spojrzenie
statek odpłynął odjechał pociąg
karciarze swą grę zakończyli
nie wiem co jutro powiem
wiem co mówię w tej chwili
wariatów tylu na świecie
cóż jeśli wejdę w mrok
dmucham więc w ręce swoje
otulam i grzeję ostatni pacierz
słowo które nie stało się ciałem
dźwięk który mnie stworzył
###
Rozmawiaj ze mną
Przecież wiesz, że za chwilę wszystko się skończy
Zapadnie cisza
Rozmawiaj ze mną teraz
Gdy się zbudzisz o świcie
Przywita Cię słońce i piękny dzień
Przywita Cię ptaków śpiew
Otworzysz usta, z których święcone wody
Pokryją ból i gniew
Dlatego milczysz
A mówię ja
Szczerze jak wiatr w polu
Nad niepoświęconym zwieszam głowę
Do niebios podnoszę wzrok
Ty milczysz
Zostawiasz mnie Boże
###
Gdzie rozpoczyna się wiatr?
Nie wiem
A gdzie się kończy?
Kończy się Twoim słowem,
które ku mnie kierujesz
Niefrasobliwie
Och, jak mi trudno uwierzyć,
Że jestem cudzej myśli poddańcem
Bo myślę tak: ja drzewa nie stworzyłem
Nie stworzyłem psa ani zająca
Och, jak mi trudno zrozumieć
Że zostałem stworzony do końca
A teraz moje „perełki”. To trzy wiersze, do których często powracam. Podobają mi się nie tylko w wymowie, ale mają swoje głębsze i drugie dno.
Ten jest o kobiecie, którą w przyszłości chciałby poznać. Mądrą, ładną, kochaną. Do tego wiersza powracam najczęściej. Przykleił mi się do serca za pierwszym razem:
***
Bo ja, proszę pani,
Noszę w koszu, który mam od mamy
Dwanaście słów prawdy
I ja całe życie, proszę pani,
Szukam kobiety, która pomiędzy
pierwszym a trzecim słowem
Pozwoliłaby mi powiedzieć drugie
A w tym koszu są słowa szczere
W tym koszu jest cały świat
I ja, i pani, proszę pani
Ten jest o wszystkich bliskich, znajomych, którzy w ciężkich dla niego chwilach. Chwilach pełnych rozpaczy, nierozumienia świata zostawiają go samemu sobie:
***
Powiedziałem przyjacielowi
Powiedziałem przyjaciółce
Powiedziałem koledze
Powiedziałem koleżance
Powiedziałem nieznajomemu
Powiedziałem przyjacielowi
I wrogowi
Chodź ze mną tamtejszych
I żadne z nich nie poszło
I nie wiem dlaczego
A ten jest o życiu. Niby wiemy co chcemy, widzimy nasz cel, ale tak naprawdę jesteśmy jak dziecko szukający drogi, która nas sprowadzi na właściwy tor:
***
We mgle spowita jest góra
Z której nie widać doliny
Gdyż na oczach góry
Powieki mgłą zaszły
Z perspektywy doliny nie widać góry
Gdyż oczy doliny mgłą zaszły
I tak schodzimy z góry w doliny
I tak idziemy z doliny w góry
Pod powiekami cudownych baśni
 
Widać więc dokładnie, iż przekrój tych wierszy jest kilku warstwowy. Niestety taka jest poezja w ogóle. Nie każdy umie ją zrozumieć.
Poezja Krzysztofa Pieczyńskiego ma też swój rozdźwięk inności, specyficzności. Widać w niej nie tylko człowieka łakomego na miłość. On tej miłości potrzebuje, jak powietrza. Człowieka, który wywodzi się z Bogiem, rozmawia z nim o swoim życiu. Często życiu samotnym, aż do bólu samotnym. Ta samotność i niezrozumienie bliskich wręcz wypływają z tych wierszy. Ale też widać jego skromność, nieśmiałość i w gruncie rzeczy dobroduszność.
Taki jest Krzysztof Pieczyński. Jakiego go jeszcze poznamy?
Zamierzam po raz drugi przeczytać „Listy z Ameryki”. Wrócę do tej lektury po kilku dobrych latach. Dlaczego? By potem Wam opisać, jak to życie w tej Ameryce wyglądało okiem polskiego aktora, który zawsze zostanie zaszufladkowany jako ten z obcym akcentem i tym samym mieć wszystkie pozostałe drzwi zamknięte. Ale też po to, by sobie je przypomnieć. Po prostu zapomniałam jak jest ich treść.



16:59, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

Agnieszki Stefańskiej

 

"Niedzielni poeci"


Książka inna, niż te, które dotychczas miałam okazję przeczytać. To ta z gatunku – humor w dawce odpowiedniej. To nie historia, powieść, a opowieść o kilku mieszkańcach kamienicy, która toczy się współcześnie w mieście Łodzi.
Główną bohaterkę, Milenę Fortunę poznajemy na samym początku, w sytuacji dla niej bardzo patowej. Na pogrzebie dużo starszego od niej męża Mariana. Właściwie przez całą opowieść nie znamy tak naprawdę wieku Mileny. Gdzieś pojawia się tylko zdanie, że jest przed trzydziestką. Z biegiem czasu poznajemy jej niewesoły los. Marian, podrzędny pijaczyna, którego najlepszymi kolegami byli ci z łódzkiej meliny, pracował na budowie. Tego feralnego dnia, kiedy miał śmiertelny wypadek był pijany i po prostu spadł z rusztowania prosto w świeżo wylany beton. Tak skończył swój żywot na tym ziemskim padole zostawiając Milenie w spadku dzieci - sześcioletnich bliźniaków i cztery tysiące złotych długu. 
Nasza bohaterka, z wykształcenia inżynier włókiennik, zaczęła w tym momencie bardzo poważnie myśleć o swoim dalszym życiu oraz o tym, jak spłacić karciany dług po mężu. Traci pracę w szkółce angielskiego. Zaczyna szukać nowej. Co, jak się okazuje, nie jest wcale takie proste. Pomaga jej nie tylko duchowo, ale i mentalnie, przyjaciółka Maria Blada. Marysia ma brata Irka, który po śmierci Mariana – swojego najlepszego kumpla od nocnych pijackich wojaży, postanowił wziąć się w garść, spoważnieć. No i dziwnym sposobem przyglądał się uważniej niż zwykle Milenie. Dostrzegał w niej kobietę, która go intrygowała. Za wszelką cenę chciał się do niej zbliżyć. Ale zupełnie oficjalnie ten drobny cwaniaczek i podrywacz nie przyznałby się nigdy do romantycznej miłości i fascynacji literaturą, ze szczególnym naciskiem na Tomasza Manna.
Czy Milena odkryje poetycką duszę Bladego?
Tak więc na pierwszy plan wysuwa się dwójka bohaterów – Milena i Irek. Jednak zanim zaczną oboje dostrzegać siebie nawzajem, upłynie sporo wody.
Milena, dzięki Irkowi, dostaje pracę u dziadka Leona – kumpla Irka, jako opiekunka. Dziadek Leona stary, chory na Alzchaimera, traktuje Milenę jako zło konieczne. Z czasem się jednak do niej przywiązuje.
Irek wmiesza się w groteskową sytuację z żoną wielkiego bossa łódzkiej fabryki ryb, Eleonorą. A ściślej ujmując, z kochankiem Eleonory, Marcello – producenta filmowego. Irek nakrywając obojga na miłosnych igraszkach w podziemnym garażu, uchroni Marcella od niebezpieczeństwa, jakie groziło mu ze strony męża kochanki. Ta dosyć dziwna znajomość przyda się Irkowi tylko na chwilę. Podsyłając namolnemu policjantowi aktorkę z Agencji Marcella, by ta uwiodła stróża prawa za sprawą swej nieskazitelnej urody, a ten tym samym odczepił się od Irka i jego dobrego kumpla – chłopaka jego siostry Pępka.
Książka jest wręcz naszpikowana śmiesznymi sytuacjami, których nie sposób przedstawić tutaj wszystkich. Uważam też, że nie na tym to polega, by opisywać całą książkę, ale jej wybrane części. Spieszę wyjaśnić jeszcze skąd ten tytuł - „Niedzielni poeci”?
Mąż Eleonory ogłosił konkurs na najpiękniejszy wiersz miłosny, chcąc tym samym przeprosić żonę za bezpodstawne oskarżenia o jej niewierności. Nagroda – milion złotych. W mieście zapanował szał. Wszyscy opętani wizją bogactwa zaczynają mieć wizje poezji miłosnej. Dodatkowo upalne lato potęguje w nich niecodzienne zachowania. Leon, razem z dziadkiem palą marihuanę i hodują w wannie karpia, który ich zdaniem przemawia do nich głosem zmarłego Mariana. Nie jest to też jedyna sytuacja, w której nieboszczyk ukazuje się innym mieszkańcom kamienicy pod postacią ryby. Dziwna chmura w kształcie ryby, z której spadł deszcz – wszyscy uważają to za proroctwo i zbierają podpisy pod petycją, by z Mariana zrobić świętego.
Ostatecznie książka skończy się happy endem. Do drzwi Mileny zapuka właściciel firmy budowlanej, w której pracował śp. Marian i zaoferuje Milenie pomoc finansową, czując się niejako odpowiedzialny za ten feralny wypadek. Cztery tysiące, które Milena od niego dostanie będzie mogła przeznaczyć na spłatę długu, który tak spędzał jej sen z powiek.
No i Irek. W końcu dopnie swego. Znajdzie się przy jej boku. Dodatkowo oboje wygrają ten wielki konkurs i pieniądze przeznaczą po części na podróż poślubną.

Momentami można się naprawdę nieźle roześmiać. Autorka użyła tutaj naprawdę świetnych opisów i jeszcze lepszych dialogów. Pisze prostym, nieskomplikowanym językiem, z dużą dawką humoru. Jeszcze takiej książki nie czytałam. Polecam.
Seria ze słonecznikiem. Książka leżała u mnie ładnych parę lat. A kupiłam ją w promocji ze Świata Książki. Teraz mogę ją przekazać dalej. Niech poczytają i się pośmieją!



16:57, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
Czy przed otrzymaniem do ręki książki, słyszałam o pani Stefani? 
Trochę gdzieś coś obiło się o uszy. Z żadnymi szczegółami. Wiedziałam, że to starsza pani, która kiedyś pojawiała się w telewizji, władała przepiękną, wysublimowaną polszczyzną, której chyba dziś już nikt nie używa, a jeśli nawet, to należy do pokolenia siwych staruszków, najlepiej z czasów II wojny światowej. 
Książkę pożyczyła mi do przeczytania moja była polonistka. I dziękuję jej za to, bo teraz wiem, kim tak naprawdę była pani Stefania. 
„Już nic nie muszę” - książka napisana trochę z przekory. Jakaś dziennikarka zadała pani Stefani
kiedyś pytanie, co obecnie robi. Pni Stefania z przekorą i bez namysłu odpowiedziała, że pisze książkę. I tak się zaczęło.
Chcąc, nie chcąc, w taki oto sposób pojawiła się ta właśnie książka o tytule wymyślonym już w szkole baletowej, w której jako dziecko uczyła się pani Stefania: „- Jak będziemy stare… 
- Będziemy grube. Nie będziemy musiały się podobać. 
- W ogóle nic nie będziemy musiały!” - to efekt tego, czemu podlegały dziewczyny w takiej szkole. Różnym rygorom, przede wszystkim ścisłym dietom.

Tak więc „Już nic nie muszę”, to napisana z klasą, wdziękiem, w postaci wywiadu, przeplatanego listami książka autobiograficzna. Stefania Grodzieńska z humorem, ale jednocześnie z dystansem opowiada o swoim życiu, o najważniejszych dla niej chwilach i osobach. Tym najbliższym, wciąż przez nią podziwianym mężczyzną był jej mąż Jerzy Jurandot (któremu zadedykowała książkę) - poeta, dramaturg, satyryk, autor piosenek. 
  
Niesamowite małżeństwo dwóch wielkich indywidualności. Ona otoczona wianuszkiem adoratorów, on zawsze w towarzystwie pięknych kobiet, które jednak przetrwało wiele lat.
Czyta się ją wspaniale. Niektóre zamieszczone tam humoreski znane są z audycji radiowych, czy gazet. Wspomnienia z pierwszego i jedynego polskiego radia w Lublinie z 1944 i 1945 roku, historia wyprowadzki warszawskiej „Syreny” z Lublina do Łodzi i wiele innych, ciekawych historii o wielkich postaciach polskiej kultury i sztuki.

Lubię zaglądać do słynnych osób przez okno, czy kuchenne drzwi. Tym razem jednak czułam się jakby wpuszczono mnie na salony. Bardzo dobra, ciepła, niepozbawiona autoironii opowieść Grodzieńskiej o sobie samej, bliskich, rodzinie.
Pani Stefania zmarła w kwietniu 2010 roku. Ta drobna, piękna kobieta o wielkich oczach, mówiąca przepiękną polszczyzną, błyskotliwa, synonim wielkiej klasy, symbol świata kultury, który już odszedł.
Gdziekolwiek się pojawiała przykuwała uwagę wspaniale opowiadając o sobie, o minionych czasach, o ludziach, których znała i z którymi była w wielkiej zażyłości. Nikt tak jak ona nie opowiadał o Janku Brzechwie i Władku Kopalińskim.



16:56, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

 


Z twórczością tego brazylijskiego Autora zetknęłam się kilka lat temu. W naszej wiejskiej bibliotece jest zaledwie kilka egzemplarzy jego książek. Trochę z przekory, trochę z czystej ciekawości sięgnęłam po dwa jego tytuły. Te dwie książki jeszcze jakoś dało się „przełknąć”, ale przy innych odpadałam już na samym początku.
Dlaczego?
Myślę, że Autor podejmuje, jak dla mnie dużo tematyki fantastycznej, odbiegającej momentami od otaczającej rzeczywistości. Wiem, że są tacy, którzy go za to uwielbiają. Ja jednak wolę problematykę bardziej dotyczącą współczesności.



„Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam”.

Cała akcja książki rozgrywa się w ciągu zaledwie siedmiu dni.
Główni bohaterowie, to dwójka przyjaciół z dzieciństwa, która spotyka się po jedenastu latach rozłąki. Pilar i jej Przyjaciel – co dziwnego nie ma On od początku do końca żadnego imienia, jest po prostu anonimowy, to główni bohaterowie.
Paulo Coelho "Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam"Pilar przyjeżdża z Saragossy do Madrytu na wykłady swojego Przyjaciela. Spotykają się po wykładach, rozmawiają, przy okazji Przyjaciel wręcza Pilar medalik z wizerunkiem Matki Boskiej, którego w dzieciństwie zgubiła. To właśnie wtedy, gdy byli dziećmi on go znalazł i chciał jej oddać. Jednocześnie zamierzał powiedzieć jej coś bardzo ważnego, ale zabrakło mu odwagi. Przyrzekł więc sobie, że jeśli się kiedyś odnajdą, to dokończy zaczęte wtedy zdanie. Teraz po jedenastu latach w końcu może powiedzieć: kocham Cię.

Ich miłość zostaje jednak wystawiona na wiele prób. Jedną z nich jest wstąpienie Przyjaciela do seminarium duchownego. Siłą rzeczy jednak, szczęśliwie dla obojga, miłość przezwyciężyła powołanie. Po licznych rozmowach z przełożonym Przyjaciel wraca do Pilar,a ona dopiero teraz odkrywa, jak wspaniałego i niezwykłego człowieka pokochała. Posiadał niesamowite zdolności. Dzięki temu, że ukazywała mu się co jakiś czas Matka Boska, wskrzeszał umarłych, uzdrawiał chorych, niczym drugi Jezus. Pilar z każdym dniem dowiadywała się o ukochanym coraz to nowszych rzeczy, łącznie z odkrywaniem jego tajemnic.

Kulminacyjnym punktem powieści jest rozmowa Przyjaciela w górach z Matką Boską, którą poprosił, by wytyczyła mu właściwą drogę. Kochał Pilar, ale też nie chciał wyzbywać się tego daru, jaki posiadał. I w imię miłości do kobiety, zrzeka się wszystkich darów i niezwykłości.
Łączą ich łzy Pilar nad brzegiem rzeki Piedry.

Znakomita, metafizyczna momentami książka o wielkiej, trochę tragicznej miłości, która ostatecznie zwycięża, nawet kosztem wyzbycia się niezwykłości, których nie każdy posiada.
To książka o trudnych wyborach.



„Weronika postanawia umrzeć”.

Tytułowa bohaterka, to dwudziestoczteroletnia, inteligentna, piękna kobieta, która pracowała w bibliotece, zwracała uwagę młodych mężczyzn. Słowem - miała wszystko, czego niektóre inne dziewczyny mogły jej tylko pozazdrościć. A jednak....pewnego zimowego wieczoru postanowiła odebrać sobie życie, łykając ogromną liczbę środków nasennych. Środków, które zdobyła podstępem, od przyjaciół.
Paulo Coelho "Weronika postanawia umrzeć" Po połknięciu wszystkich tabletek i oczekiwaniu na to, aż zaczną działać, Weronika zainteresowała się tytułem artykułu w gazecie, którego autor zastanawiał się, gdzie leży Słowenia. Ponieważ Weronika akurat mieszkała w Słowenii, zbulwersowana zadanym pytaniem, pisze list o Słowenii. Kiedy spogląda przez okno, mdleje.
Po odzyskaniu świadomości, znajduje się w szpitalu psychiatrycznym w Villete. Coelho opisuje niektórych pacjentów szpitala, z którymi Weronika się zaprzyjaźnia – Zedka, Marie, czy schizofrenik Edward. Każdy z nich trafił na co innego w to miejsce. Jednak, jak się okazuje, żaden z nich nie wie, że doktor Igor stosował na nich starodawne metody leczenia. Wstrzykiwał każdemu vitriol i obserwował ich reakcje. 
Weronika trafiła tam z ciężkim zatruciem, początkiem śpiączki. Kiedy się obudziła, doktor, by przedłużyć czas swojego eksperymentu, skłamał jej, że jedna komora serca została odłączona od działania (na skutek jej samobójczej próby) i w związku z tym będzie żyła jakieś pięć, siedem dni, umierając na atak serca. Vitriol, który jej wstrzykiwano miał wywołać zmęczenie, a fenotal reakcje podobne do ataków serca. Chciał w ten sposób sprawdzić, jak organizm eliminuje truciznę.
Weronika tymczasem żyła w przekonaniu, że za kilka dni umrze. Zaprzyjaźnia się z Zedką, Marie. Opowiadają sobie, jak się tam znalazły i nie tylko. Te rozmowy napawają ją ochotą na życie. Każdej nocy grała na pianinie mając tylko jednego słuchacza – Edwarda. Pewnej nocy doświadcza po prostu sensu życia. Przyjaźń między nią a Edwardem jest dla niej bardzo silnym uczuciem. Do tego Edward utrzymuje ją w przekonaniu, że jest dla kogo i po co żyć. Uciekają z Villete i żyją.
Na końcu książki dowiadujemy się, że Weronika była całkowicie zdrowa, a szpital okazał się takim „królikiem doświadczalnym”.


Na mnie ta książka wywarła nieodparte wrażenie, jakoby była znakomitym studium ludzkiej, człowieczej osobowości. Ten świat szpitala psychiatrycznego jest opisany w sposób wręcz doskonały. Widać dokładnie kilka warstw, do których normalny, zdrowy człowiek na co dzień nie miałby w ogóle dostępu. 
To także znakomite studium ludzkiej duszy, myśli, które przychodzą do nas w chwilach tak błahych, jak wizja nadchodzącej lada dzień śmierci. Jak w takich właśnie chwilach człowiek potrafi dostrzec piękno życia, jego najgłębszy sens. To tak, jak z niedawnymi przepowiedniami o końcu świata, który rzekomo miał nadejść, a jednak istniejemy nadal. 
To piękne móc żyć. A jeszcze piękniejsze byłoby, gdyby człowiek znalazł lek na wszystkie choroby i długowieczność. Ale.......to tylko taka refleksja.



16:55, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

 

Kilka razy ją odkładałam. Sama nie wiem czemu, za każdym razem jednak do niej wracałam. Może z czystej ciekawości, ale chyba najbardziej z tego powodu, by dać Autorce szansę. Gdy ją odłożyłam, coś mnie jednak pchało do tego, by do niej wrócić.
Po raz pierwszy zetknęłam się z wielowątkowością i przeskokami czasowymi. Właściwie czytając „Kamienicę....” nie wiedziałam, że jest dalszym cięgiem „Sosnowego dziedzictwa”. Cóż, to są jednak skutki tego, że nie ma się za dużego wyboru w skromnej wiejskiej bibliotece.

Samą powieść czytało się dobrze. Prosty język i słownictwo. I gdyby nie te przeskoki w czasie, czytałabym ją szybciej. Lubię, gdy powieść jest pisana właśnie takim prostym, równym tempem. Tutaj za każdym rozdziałem działo się co innego. Wiem, że Autorka zrobiła ten trik celowo. Ja, mimo mojego biegnącego z czytaniem dystansu, po skończeniu czytania, przyznałam, że jest to książka naprawdę ciekawa i wielobarwna.

Z jednej strony mamy mieszkańców kamienicy, sąsiadów, którzy dobrze się znają, wspierają i duchowo i materialnie, z drugiej strony każdy jeden wątek i historia każdego bohatera osadzona jest w innych realiach czasowych. I tu Autorce należą się wielkie brawa, bo tego typu powieści wymagają sporej wiedzy nie tylko historycznej, ale przede wszystkim społeczno – socjologicznej. Trzeba być znakomitym obserwatorem ludzkich zachowań w przeróżnych sytuacjach. A tych w tej książce po prostu nie brakuje.

Akcja zaczyna się przed wybuchem II wojny światowej, a kończy czasami współczesnymi.
Ta wielowątkowość nie pozwoliła mi skupić się konkretnie na jakiejkolwiek, jednej chociażby postaci. Mamy tutaj małżeństwo mieszane, tzn. Żyda i katoliczki. Gdy wybucha wojna, automatycznie znikają z planu pierwszego. Autorka skupia się na opisie losów innych mieszkańców kamienicy. Realia wojenne są nie tyle okrutne, co niewyobrażalne. Przynajmniej dla mnie.
Zawsze staram się wczuwać w sytuacje opisywane w książce, wyobrazić sobie siebie w realiach wojennych. Tylko, że tego nie da się przewidzieć, a tym bardziej opisać. Nigdy nie było się w takich sytuacjach i nie mogę powiedzieć, że zachowałabym się tak, a nie inaczej. Mieszkańcy Warszawy musieli stoczyć niezwykle heroiczną walkę z samym sobą. Uciekać i być złapanym, zostać i zginąć gdzieś pod gruzami? I tak źle i tak nie dobrze. Wojna wymusiła na niektórych ludziach dziwne zachowania. Jedni otwierali się z pomocą innym Polakom, swoim rodakom, inni kolaborowali z Niemcami, a jeszcze inni wierni swoim przekonaniom i zasadom, kryli się, ledwo przeżywając.

Pod koniec powieści Autorka powraca do wątku Magdaleny i Szymona Kornblumów, by wyjaśnić Czytelnikowi, jak losy im się potoczyły. Oboje uciekli z kamienicy w nocy, złapani w łapance. Szymon był lekarzem – Żydem, miał wypracowaną pozycję zawodową, szacunek większości mieszkańców. Ale był Żydem i wiedział, jaki może spotkać go los. Magda była jego żoną, Katoliczką, a jednak mimo wszystko zdecydowała się uciec razem z mężem, zostawiając pod drzwiami jakiegoś mieszkania ich córeczkę, Tosię.

Nie starałam się jej usprawiedliwiać, bo historia, w jakiej się znalazła nie pozwala na to, by kogokolwiek osądzać. Mogę sobie tylko wyobrazić, co ona mogła czuć. Matka zostawia dziecko, swoje dziecko pod drzwiami obcych jej ludzi. Wszystko w imię miłości i wiary, by tylko przeżyć ten ciężki, nieznośny i okrutny czas.

Tosia trafia pod skrzydła starszego małżeństwa. Rośnie na piękną dziewczynę. Spotyka miłość swojego życia, Piotra. I co z tego, kiedy w obliczu zdrowego rozsądku wychodzi za mąż za człowieka, którego myślała, że z czasem pokocha, człowieka, który należy do partii ewidentnie politycznej. Wiadomo, co w powojennych czasach oznaczała przynależność do takiej partii. Jest mądrą kobietą, wykształconą (lekarzem). Jednak rozstaje się z mężem, wcześniej jednak umierają jej przybrani rodzice i powraca Piotr. To jest miłość, która zdarza się rzadko, taka jedyna w swoim rodzaju, silna, emocjonująca i wielobarwna. Na początku romansują, jeszcze kiedy Antonina jest mężatką. Są dziko i szaleńczo w sobie zakochani. Ich związek jednak w pewnym momencie zostaje wystawiony na próbę. Krótkie rozstanie jeszcze bardziej ich do siebie zbliża. Na świat przychodzi ich córka. Teraz przed Tosią kolejna próba – rola matki, z której wychodzi cało i zwycięsko.

Magdalena w tym czasie mieszka w Ameryce. Pisze pamiętnik, wynajmuje prywatnego detektywa, by odnalazł Tosię. Serce matki krwawi przez wszystkie lata, jakie tam spędza. Świadomość tego, że w Polsce jednak żyje córka, która na domiar złego nie wie, że jej matka żyje daleko za oceanem, przytłacza Magdalenę. Sprawia, że obraz pozostawionego, ukochanego dziecka zawsze był gdzieś z tyłu jej głowy. Decyzja o przyjeździe do Polski, do córki była jej potrzebna.

Spotkanie matki z córką było dla nich obu, jak powiew zefiru. Coś tak obce, wyparte, zapomniane wróciło niczym najlepszy prezent. Spotkanie we łzach pełnych wspomnień przeszłości.
Mimo, iż w czasach współczesnych Krucza już nie istnieje, Ci wszyscy mieszkańcy, którym udało się przeżyć wojnę, dożyć dnia dzisiejszego wracają do kamienicy nie tylko wspomnieniami. Tak było w przypadku Piotra, męża Tosi. Pozostawiony mu w spadku dom po ciotce Adeli jest dla nich jak powrót do przeszłości, tylko w innym wydaniu. Tak kończy się powieść o tym pięknym miejscu. Miejscu, które niejedno widziało i niejedno mogłoby opowiedzieć. Ciężkie realia wojenne i ten dziwny, zamknięty świat powojenny. Wręcz po mistrzowsku Autorka osadziła bohaterów w tle historycznym.

Powieść i niezwykła i zupełnie inna niż te, które dotychczas czytałam. Ciekawie opisane wątki losów mnóstwa bohaterów. Właściwie nie wiedziałam, na której postaci mam się tak naprawdę skupić. Tło historyczne, w którym osadzeni są bohaterowie jest znakomicie przedstawione.
Myślę, że gdybym miała znowu kiedykolwiek powrócić do niej, to musiałabym przeczytać najpierw „Sosnowe dziedzictwo”. Lubię, gdy czytam coś od początku do końca. Trochę mnie to męczyło, bo gdy skupiłam się na losach Antosi, za chwilę miałam niespodziankę w postaci przeskoku do innego roku i innego wątku. Cóż. Zamierzone, czy nie, polecam!



16:54, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

Stephen King „Jak pisać”. Pamiętnik rzemieślnika.

 
Dlaczego akurat taki wybór tytułu?
Spotkałam niedawno moją byłą polonistkę, jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Przeprowadziłam z nią rozmowę, bo wydawało mi się, że teraz kiedy jest na emeryturze, prowadzi bardzo ciekawe i intensywne życie. Chociaż sama nie lubi słowa „emerytura”, zastępuje je „zasiłkiem stażowym” (ze względu na ilość przepracowanych lat), przyznała, że dopiero teraz ma czas dla siebie i jeszcze intensywniejszą kontynuację swoich pasji. A ma ich kilka.
Polonistka z wykształcenia. Kilka lat temu ukończyła studia edytorskie w Warszawie, by zdobyć nowy zawód redaktora, a nieco wcześniej studia podyplomowe w Gdyni z zakresu zarządzania. Przez kilka lat pracowała w lokalnym radiu, jako reporter i zastępca redaktora naczelnego. Ten okres swojej pracy zawodowej wspomina najlepiej.
Aktualnie współpracuje z kilkoma polskimi wydawnictwami przy przygotowywaniu książek do druku. W czasie wolnym zajmuje się fotografowaniem, jest zamiłowaną turystką i adeptką jogi. Uprawia nordic walking i jeździ na rowerze. Niedawno spróbowała swoich sił w narciarstwie, choć jak mówi specjalnego talentu do tego nie ma. Boleje nad tym, że nie zna dobrze żadnego języka obcego. Próbuje to nadrobić, uczy się angielskiego.


I tak od słowa do słowa. Wspomniałam, że piszę coś tam, ale przeważnie dla siebie. I ze swojego bardzo bogatego zbioru, pani Ala wyjęła właśnie Kinga. Poleciła mi ją, a że w książki zaopatruję się wyłącznie w bibliotece, pożyczyła mi ją do przeczytania. Nie bez powodu. Wspomniała, że ta książka wiele ją nauczyła, podpowiedziała, a nawet nakierowała pewne sprawy.
Owszem, nie można z niej wszystkiego tak dosłownie brać do siebie, ale książka ta zawiera całą masę cennych wskazówek i chociażby dlatego, że piszę, albo próbuję pisać, powinnam ją koniecznie przeczytać. 
Nie protestowałam, bo wiem, że pani Ala jest wytrawnym Czytelnikiem i bardzo dobrym nauczycielem (to dzięki niej zaczęłam pisać), dlatego przeczytałam i z całą pewnością polecam, nie żałuję swojej decyzji.


http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/50000/50142/132146-352x500.jpg

Według Kinga najlepszą skrzynką z narzędziami dla osób piszących, są trzy podstawowe czynniki: słownictwo, gramatyka, styl pisania.
Aby w pełni osiągnąć ten cel niestety należy mnóstwo czytać i pisać. Przez czytanie wzbogacamy swoje słownictwo. Podświadomie zostają nam w umyśle pewne słowa, ich znaczenie, a nawet całe szyki zdań. W jakiej formie najlepiej używać czasowników i rzeczowników?


Według Kinga naszemu Czytelnikowi najlepiej czyta się czasowniki w formie czynnej, kiedy podmiot literacki coś robi sam, niż w formie biernej, gdy podmiot literacki coś spotyka. Wrogiem powinny być dla piszących przysłówki. I tutaj bym zawetowała. Nie do końca zgadzam się z autorem tych słów. Czasami te przysłówki nadają pewnego szyku zdań. Owszem nie należy stosować ich za dużo, z umiarem, ale nie całkowicie się ich wyzbywać.


Ważnym punktem w tworzeniu naszego dzieła są akapity. I z tym się zgodzę. Każdy akapit, to inna myśl, inny sposób przedstawiania naszej myśli, czy argumentacji. Każdy nowy akapit, to swego rodzaju nowe spojrzenie na wszystko, co dotyczy naszego bohatera. Jego losy, miejsce w którym się znalazł, ludzie, których spotkał.


Niezwykle istotny jest styl naszego pisania. Nie wystarczy sam pomysł na temat, czy myśl przewodnią. Istotne jest właściwe prowadzenie narracji, rozwinięcie akcji, które i tak ma swoje zwroty w miarę rozwoju – jak to określił King – akcja powinna zaplanować się sama, tworzenie wiarygodnych postaci oraz sposób przekazywania prawdy.


King niejako przymusza nas do tworzenia swojego dzieła. Dlaczego?
Uważa On, że jeśli się zaczęło pracę nad jakimś projektem, nie należy go przerywać. Z doświadczenia wiem, że ma niestety niepodważalną rację. Jeśli chociaż na chwilkę odejdzie się od czegoś, co zaczęliśmy małymi kroczkami tworzyć, to najcięższą rzeczą jest przymusić się do powrotu. King uważa, że jeśli nie pisze się codziennie myśli zaczynają kostnieć.


Miejsce pracy. Odcięte od wszelkich czynników rozpraszających naszą uwagę i skupienie. Zamknięte od świata, niedostępne dla nikogo.


Dobre opisy. Zbyt długie sprawiają, że Czytelnik czuje się oszołomiony i zagubiony, nie wie na czym faktycznie się skupić. Zbyt dokładne – grzebie taki opis stos obrazów i szczegółów. Cały trik polega na odnalezieniu złotego środka. A do tego potrzebna jest nasza szeroka wiedza, co chcemy opisać. Usytuowanie i atmosfera znacznie bardziej wciągają Czytelnika w głąb historii, niż opis postaci. Na dobry opis składa się zazwyczaj kilka starannie dobranych szczegółów – czyli pierwsze, które przychodzą nam na myśl.


Odrobina metaforyki. Wykorzystanie porównań i innych środków stylistycznych, to jedna z głównych radości czytania i pisania prozy. Należy wyrażać się jasno i prosto. Taki sposób najlepiej i najszybciej trafia do naszego odbiorcy.


Dialog. To coś, czego uczymy się uczestnicząc w rozmowach, słuchając innych – zwłaszcza słuchając, wychwytując przy tym akcenty, rytmy, dialekt i żargon najróżniejszych grup społecznych.


Konstrukcja postaci. Uważne przyglądanie się temu, jak zachowują się otaczający nas ludzie, a następnie prawdy o tym, co widzimy.


Tempo, to szybkość, z jaką rozwija się opowieść. Poruszając się zbyt szybko Czytelnik zostaje w tyle, zmęczony, bądź kompletnie zagubiony. Każda powieść powinna rozwijać się we własnym tempie.






I na koniec krótkie podsumowanie – słowa Kinga:


Wszystkie powieści, to w istocie listy adresowane do jednej osoby.


Pisanie to czary, woda życia, jak każdy akt twórczy.
Woda nic nie kosztuje – pijcie zatem i nasyćcie pragnienia.



16:51, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »

Asertywność czy bunt, sztuka wyrażania siebie.

 

Na barkach rodziców spoczywa obowiązek wychowania swoich dzieci w taki sposób, by później nie musieli się za nie wstydzić. I to powinniśmy sobie uświadomić, jako dorośli, rozumni ludzie.


Dzieciństwo jest najlepszym czasem, by w dziecku zaszczepić wszystkie najlepsze zasady etyczne, moralne, by nauczyć je odpowiedzialności. Musimy wiedzieć, że za wykształcenie w dziecku dobrego, przykładnego zachowania, jest naszym rodzicielskim obowiązkiem i powinnością. Oczywiście, sztuka to trudna, ale osiągalna.

Jak to odnosi się do asertywności? 
 
Kieruj swoim życiem - Wayne W. Dyer
  
 Słynny amerykański psychiatra Wayne W.Dyer wydał książkę o „kierowaniu swoim życiem”. Tak przynajmniej zatytułował książkę, w której próbuje przekonać ludzi, że oni sami powinni kierować się swoimi zasadami w życiu. Jednak nie zawsze tak jest, nie zawsze tak musi być. Żyją na świecie ludzie, którzy wg dr Wayne dzielą się na dwa rodzaje: tych którzy żyją wedle swoich reguł, i takich, którzy kierowani są przez innych.

Życie jest jakie jest, różne są koleje, przypadki. Każdy z nas ma inny charakter. Większą wartość i szacunek zdobywa ten, kto postępuje „po swojemu”. Ma swoje zdanie na dany temat i co najważniejsze nie wstydzi się mówić o tym głośno. Na taki autorytet pracuje się samemu, ale fakt, że jednak nasi rodzice nas przygotowali, by owy autorytet zdobyć, powinno mieć dla nas szczególne znaczenie.

Są też ludzie bardziej ulegli. Dr Wayne próbuje wyjaśnić, dlaczego ulegamy presji innych, podporządkowujemy się ich nastrojom. Dlaczego? Czy to nasza psychiczna słabość, czy chwilowy spadek nastroju? Może nawet jedno i drugie?
Jak, albo może gdzie szukać odpowiedzi.

Słabsi psychicznie, zamknięci w sobie, stroniący od świata, ludzi, bardziej ulegają wpływom innych, tych – władczych. Często narzucane przez silniejszych plany, zasady, trudniej zrealizować, jeśli nie umiemy wyrazić tego, co w danej chwili czujemy. Ale czy robić wbrew sobie? Robić coś, co każe nam ktoś?

Od początku musimy nauczyć się nazywać rzeczy po imieniu. Kiedy nas coś złości, krzyczmy. Kiedy nas coś cieszy, uśmiechajmy się. Kiedy irytuje, powiedzmy o tym głośno. Nie należy tłumić w sobie żadnych emocji. Najgorsze, jeśli nas coś dręczy, a nie mamy komu zaufać i porozmawiać. Szczególnie trudne jest, kiedy najbliższa osoba – kochana, przyjaciel, czy nawet jeden z rodziców, w ważnych chwilach zawodzi. Tłumione uczucia wychodzą z nas dosłownie, przy każdej najbliższej okazji, najczęściej na bliskich, niewinnych.

Jak powiedzieć nie? Po prostu powiedzieć nie, nawet gdyby miało cholernie zaboleć. Zacisnąć zęby, pięści i delikatnie powiedzieć - przepraszam, nie. I nie mieć wyrzutów sumienia? Nie, nie mieć żadnych wyrzutów. W końcu nasze życie jest też ważne.

Skąd brać siłę? We wszystkim co nas otacza. W śpiewie ptaków o poranku, w zachodzie słońca, w szaleństwie jakkolwiek rozumianym. Siłę należy brać ze swego serca. Z tego, co kochamy, co lubimy, co daje nam radość, co bawi, wywołuje w nas uczucia. Siła to my, nasze obserwacje, nasze myśli. Nawet, gdy za oknem szaro, buro i ponuro, pomyśleć o czymś pięknym, ciepłym. Uśmiechnąć się, odpocząć, usiąść.
 
Asertywność, czy bunt?

I jedno i drugie, zależnie od sytuacji. Czasem trzeba coś powiedzieć delikatnie, ale czasem trzeba się mocno i zdecydowanie bronić, pokierować się samemu, nie musieć uciekać od swoich myśli i przekonań.
 
Asertywnie wybronić się z sytuacji podbramkowych, z umiarem liczyć swoje siły i przyznać się, jeśli czegoś naprawdę nie umiemy. W końcu wszystkiego umieć się nie da. Tak, jak z posiadaniem.

Bunt racjonalnie wspomaga asertywność. Jest siłą napędową. Jasno i precyzyjnie wyrażając swoje sugestie, zdanie, myśli, uczucia, odczucia, przypuszczenia, dajemy sygnał samemu sobie, że jednak czegoś się nauczyliśmy. Szacunku do samego siebie.
 
Niestety przez całe swoje życie będziemy uczyli się ciągle nowych rzeczy, ale najważniejsze, by być sobą. Kierować swoim życiem samemu, bez „wspomagaczy”. Nie dać się zadeptać. Trwać przy swoich przekonaniach, mieć szacunek do siebie i innych.

Życie i tak nas zweryfikuje. Każdy uczy się na błędach, nie ma ludzi doskonałych. Sztuką jest przyznać się i nauczyć poprawności.
 
W końcu człowiek to istota złożona, jeszcze nie do końca poznana. Nie wiem, czy komukolwiek to się w ogóle uda, bo nasz umysł jest jak napęd w trybiku zegara. Ciało tarczą, wskazówkami każdy ruch.
 
Człowieku kieruj sobą sam.



16:48, toksiazki12
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi