Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
Blog > Komentarze do wpisu

Anna Klejzerowicz - wywiad.

Dzisiaj rozpoczynam moje spotkanie z osobą niezwykle szczerą, otwartą i optymistycznie nastawioną do świata, ludzi, życia. To pisarka, publicystka i fotograf. Osoba, która nie czuje się celebrytką, ani nie lubi opływać w blichtrze przesadnej rozpoznawalności. Swoją prywatność w otoczeniu malowniczych i swojskich krajobrazów ceni najbardziej. Spokój, cisza, to czynniki, które są jej wyznacznikiem.

Pani Ania Klejzerowicz stworzyła sympatyczną postać Emila Żądło, który jest jednym z wielu pozytywnych bohaterów w całej garstce pozostałych powieści. To autorka, która nie wstydzi się głosić swoich poglądów głośno, mówić tego, co myśli i czuje na temat otaczającej ją rzeczywistości. Imponuje niezwykłym poczuciem humoru, oazą spokoju i wielbieniem autorów nieco już zapomnianych – jak chociażby Stachura, czy Halina Poświatowska.

Pani Anno,

dziękuję, że znalazła Pani czas na spotkanie z moimi pytaniami i cierpliwość na opracowanie całości. I za sympatycznego Żądło też dziękuję. Jest Pani ciepłą i pozytywną osobą, która dzięki swojej niezależności osiągnęła po części to, co zamierzała.

Czego Pani życzyć?

Dalszej owocnej współpracy z wydawnictwami oraz samych tylko pozytywnych recenzji powieści, które wyjdą jeszcze spod Pani pióra.

Pani Aniu. Przeczytałam co prawda tylko „Sąd Ostateczny” Pani autorstwa. Wiem, że na mnóstwo pytań już Pani odpowiedziała, dotyczących tej powieści. Dla mnie jest to książka przede wszystkim z precyzyjnie i skrupulatnie nakreśloną fabułą. Profesjonalnie skonstruowaną sylwetką Emila Żądło. Nie o to jednak chcę zapytać. Wiem, że pierwodruku powieści dokonało Wydawnictwo Dolnośląskie. Jaka jest zatem historia i początki tej wspaniałej powieści?

Dziękuję za miłe słowa Jeśli chodzi o pierwsze wydanie „Sądu Ostatecznego”, to rzeczywiście, pierwotnie był on wydany przez wydawnictwo Dolnośląskie, w roku… już dobrze nie pamiętam… 2008 chyba, w serii „z odciskiem palca”. To naprawdę była historia z przygodami, bo tekst składałam jeszcze w dawnym, tradycyjnym Dolnośląskim ponad rok wcześniej, ale w międzyczasie zmienił się właściciel, a co za tym idzie, zespół redakcyjny, „maszynopis” czekał, krążył, wędrował, w końcu nawet zawieruszył się, lecz ostatecznie książka ukazała się na rynku, choć z poślizgiem. W zeszłym roku umowa wygasła, więc prawa do niej i co całego cyklu oddałam wydawcy „Cienia gejszy” – to powieść z tym samym „detektywem”, Emilem Żądło. „Sąd” otrzymał nowe opracowanie redakcyjne i szatę graficzną. Jednolitą dla całej serii z Emilem w roli głównej.

Emil Żądło jest takim detektywem, który rozwiązuje jeszcze inne zagadki kryminalne. Skąd wziął się pomysł na dalsze losy tego bohatera? Poznałam go, jako mężczyznę po przejściach, zagubionego samotnika – od strony prywatnej, oraz jako dociekliwego detektywa. W miarę rozwoju akcji Emil starał się wkupić w łaski czytelnika. Przyznam, że w moje się wkupił. Polubiłam tego „drania”.

Muszę przyznać., że sama drania lubię ;-) I dlatego nie zrezygnowałam z niego po pierwszej książce, tylko zatrudniłam go w „Cieniu gejszy”. To powieść, która powstała z potrzeby serca – do tematyki drzeworytu japońskiego mam bardzo osobisty stosunek. Ale nie będę uprzedzać faktów, zapraszam do przeczytania. Powieść przez cały czas jest dostępna na rynku, a wkrótce ukaże się jej drugie wydanie. Tymczasem na przyszły rok zaplanowana jest już trzecia część cyklu, pod tytułem „Dom naszej pani”. Emil nadal rozwiązywać będzie zagadki kryminalne ze sztuką i historią (nie tylko Gdańska) w tle. To chyba nasza wspólna pasja! (śmiech)

Jako autorka wielu powieści jest Pani rozpoznawalna. Jak to jest być osobą znaną?

Hmm… Ujęłabym to tak: ma się o wiele więcej przyjaciół Bo tak właśnie traktuję moich czytelników – jako przyjaciół. Ludzie piszą do mnie, dzielą się wrażeniami, emocjami, przychodzą na spotkania, czuję, że doskonale rozumieją, wyczuwają moje myśli, intencje - to jest piękne uczucie. A tak poważnie: mam to szczęście, że od prawie dziesięciu lat mieszkam na wsi, żyję sobie w takiej oazie spokoju, jak w kokonie. Tutaj ludzie mnie znają, ale są bardzo dyskretni, mogę powiedzieć, że wręcz pilnują, strzegą mojej prywatności. Ja nie bardzo przepadam za blichtrem, nie lubię być na świeczniku, z natury jestem raczej dość nieśmiała. Nie mam natury celebryty (prawdę mówiąc, przerasta mnie to), staram się unikać tłumów - wolę w spokoju sobie pisać. I cieszy mnie, że choć nie udzielam się jakoś specjalnie, nie zabiegam o poklask, to i tak mam liczne grono wiernych i świadomych czytelników, a moje książki cieszą się powodzeniem. I o to właśnie chodzi – bo to przecież nie moja osoba, tylko właśnie one są ważne, to one mają przemawiać w moim imieniu. Autor powinien kryć się w cieniu własnych słów, na tyle oczywiście, na ile to możliwe czy realne. Przynajmniej w moim rozumieniu. To nie zawód sceniczny. Choć, oczywiście, odczuwam pewną presję, odpowiedzialność, wiem, że ludzie uważnie mnie słuchają, że muszę się starać sprostać ich oczekiwaniom, nie zawieść ich. Staram się tak postępować, pozostając jednocześnie w zgodzie z sobą.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że bardzo jest dla Pani ważna niezależność. Daje ona Pani pewną swobodę działania w życiu. Jednak na taką niezależność trzeba umieć sobie zapracować. Ciężko jest się przebić na dzisiejszym polskim rynku wydawniczym?

Podobno tak. Być może coraz ciężej, rynek coraz bardziej się komercjalizuje, czytających nie przybywa, warunki są trudne, bo książka to jednak nie tylko zwyczajny towar, jak - powiedzmy – buraki. A jednocześnie wydawcy są zmuszeni w ten sposób go traktować, inaczej by po prostu nie przetrwali. Cóż, kultura kulturą, ale panuje ekonomia. Mnie się jakoś udało, bezboleśnie, być może zaczynałam jeszcze w lepszych czasach. Choć oczywiście na swoje „nazwisko” pracowałam przez lata; sama, bez wsparcia, „znajomości” czy pomocy jakiegokolwiek lobby. Wspominam o tym, bo często słyszę bzdurne zarzuty, że inaczej się nie da. Da się. Nie korzystałam ze skrótów i z tego jestem dumna. A niezależność jest ważna, może nawet szczególnie na początku drogi. Najgorsze, co może spotkać początkującego pisarza, to słaby lub nieuczciwy wydawca, który kiepsko płaci i nie promuje książki, oraz podpisanie złej, wiążącej ręce, umowy. I to nawet nie dlatego, że potem trudno się od niej uwolnić, ale przede wszystkim z tego powodu, że można uwikłać się w pasmo uzależnień, ulec presji, przestać się rozwijać, pozwolić się zaszufladkować, i na koniec: zarazić goryczą, co oznacza brak satysfakcji z pracy. A to już dla twórcy dramat. Dla mnie osobiście ta niezależność jest ważna także dlatego, że nie potrafię pisać na siłę ani pod dyktando, muszę mieć serce i przekonanie do tego, co robię. Inaczej mi nie wyjdzie. A nie chciałabym przecież rozczarować ani siebie, ani wydawcy, ani – tym bardziej – czytelnika. Owszem, to prawda, teraz mogę sobie na nią pozwolić: mam dobrych, sprawdzonych wydawców, których znam, wiem, że mogę im ufać bez zastrzeżeń (mam nadzieję, że z wzajemnością) i z którymi współpracę sobie cenię. Ważne jednak, by od początku mieć tego świadomość, bo czasem jeden błędny krok może autora na długo wybić z obranego kierunku. Chociaż… może i czasem trzeba się sparzyć, żeby do tego dojść.

Chciałabym z Panią porozmawiać o kinie, teatrze, poezji. Są to standardowe pytania, o które pytam każdego niemalże rozmówcę. Zacznijmy od poezji. To gród, w którym chętnie się Pani rozsiądzie, czy jednak wyjdzie z niego dostrzegając pewne ścieżki niezrozumienia, czy zagubienia?

Dawniej bardzo lubiłam poezję. Czytałam zarówno klasyków, jak współczesnych autorów, kupowałam tomiki, kiedy były one jeszcze wydawane normalnym trybem i dostępne w normalnych księgarniach. A nie wydawane na koszt własny, co niestety bardzo obniżyło wartość poezji i zniechęciło mnie do niej. Do tej pory mam pod ręką zbiorki Poświatowskiej, Stachury, Bursy, Marianny Bocian, skamandrytów, dawnej angielskiej poezji mistycznej. Ale fakt, że teraz każdy, kto zabawia się tworzeniem rymów częstochowskich, publikuje je gdzieś w sieci i od razu uważa się za Poetę, męczy mnie. Nie mam czasu ani cierpliwości na oddzielanie ziarna od plew, od tego powinny być profesjonalni wydawcy, ale… wszystko stanęło na głowie.

Jak jest z kinem? Kocha, lubi, szanuje? Polskie, czy zagraniczne?

Kino to zupełnie nie moja bajka. Słabe mam o nim pojęcie, rzadko oglądam filmy. Moim ukochanym jest – niezmiennie – „Piknik pod wiszącą skałą” Petera Weira. Mogłabym oglądać w nieskończoność, choć go już znam na pamięć. Lubiłam Kieślowskiego, poza tym raczej kino dokumentalne. Dość często oglądam filmy dokumentalne z zakresu historii, historii sztuki, archeologii, choćby po to, żeby „złapać” klimaty, potrzebne mi do własnych książek. Czasem odpoczywam wieczorami przy szwedzkich serialach kryminalnych Choć nawet w tym przypadku wolę książki.

Teatr. Wspomniała Pani w jednym z wywiadów, że niezapomniany dla Pani zapach, to zapach teatru. Jaki jest ten zapach? Jak Pani się odnosi do teatru?

Teatr to dla mnie szczególne miejsce. Jako studentka niemal codziennie biegałam z przyjaciółmi na spektakle, były to lata osiemdziesiąte, wspaniały okres dla teatru. Później przez kilkanaście lat współpracowałam z teatrem Atelier w Sopocie jako fotograf i redaktor publikacji teatralnych. To ten sam teatr, z którym przez ostanie lata swego życia związana była Agnieszka Osiecka. Bardzo ważny etap dla mnie, bardzo twórczy. A jaki to zapach? Nie da się go sprecyzować ani zabutelkować. To bardzo zmysłowy zapach… kawy, dymu, sztuki

A w jakich książkach zaczytuje się Pani Anna Klejzerowicz?

Ostatnio najczęściej w szeroko pojętym kryminale – polskim i zagranicznym – ponieważ głównie kryminały recenzuję dla dwóch portali literackich, z którymi na stałe współpracuję. Ale czytam bardzo różne książki. Moimi ulubionymi autorami są od lat: Eco, Huelle, Perez-Reverte, Choromański. Cenię także polskich pisarzy współczesnych – nie tylko kryminalnych – ale nie wymieniam ich z powodów dyplomatycznych: po prostu większość z nich to moi bliscy znajomi lub przyjaciele, więc nie chcę być posądzona o nepotyzm ;-)

Znalazłam o Pani informacje, które uważam, że i tak są bardzo skąpe, iż jest Pani fotografikiem. To zawód wyuczony, czy zupełna pasja. Czym dla Pani jest fotografia?

Fotografią zajmowałam się zawodowo, długie lata. Przede wszystkim fotografią teatralną (kiedy pracowałam w teatrze), ale nie tylko. Własnymi zdjęciami ilustrowałam także zazwyczaj swoje artykuły prasowe, fotografowałam zwierzaki, na przykład dla miesięcznika „Kocie sprawy”. Jestem po Studium Fotografii ZPAF w Gdańsku, ale to stare dzieje – lata dziewięćdziesiąte. W tej chwili fotografuję już tylko na własny prywatny użytek.

O czym marzy Pani Anna?

Nie marzę, a przynajmniej nie mam odwagi mówić o tym głośno. Obawiam się marzeń, wolę przyjmować życie z dobrodziejstwem inwentarza.

Kilka słów od siebie:

Serdecznie dziękuję za ciekawy wywiad na fantastycznym blogu, pozdrawiam Czytelników

 

sobota, 05 lipca 2014, toksiazki12

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
ministat liczniki.org
Blogi o literaturze genis.pl Blogi o literaturze genis.pl Recenzje Agi Blogi